Grzegorz Walczak – Śmierć jak wielbłąd wpółciemny, czyli Bitwa poetów

0
166

Piękne i wzniosłe są góry Tai, jak piękna i dumna jest Dżondob, córa tych gór, żona Imruulkaisa. Niejeden czarczaf, z otworu którego wystrzelały spojrzenia skryte a ciekawe, opadał przed Imruulkaisem, a za czarczafem i czadra, i reszta zazdrosnej materii, co kryła atłas skóry asadzkich i taiskich piękności. Muallaki Imruulkaisa o miłosnych przygodach lżejsze są niż wiatr, który się dopiero zastanawia nad sobą, rześkie są jak poranek, kiedy światłem pękają gorzkie usta nocy, a ich słowa są celne jak łuku cięciwa. A gdy już załaskoczą pochlebstwem wplątanym w westchnienia „Don Juana pustyni”, o którym Mahomet powiedział, że „jest chorążym poetów w drodze do piekła”, sprawiają wielkie spustoszenie wśród pragnących miłości. Kładły się więc z nim pod namiotem nieba dziewczęta o oczach gazeli,  te, co po raz pierwszy poznawały przez mężczyznę głębię swego ciała, i te wprawne w miłości, po których toczy srebrne palce księżyc, rzeźbiąc kształt najdoskonalszy. Ale nawet one znużyły poetę. W chwilowej przerwie w wojennych wyprawach odbywanych, jak nakazuje adat, dla pomszczenia zabitego ojca, księcia Hodira, zatrzymał się poeta w wyniosłych górach Tai, spotkał dumną córę tych gór – Dżondob i się z nią ożenił.

Mścił się jeszcze przez wiele lat na wrogach, chociaż nic go ojciec nie obchodził, zdejmował głowy tym, co zdjęli ojcową, ponosił nieraz ciężkie porażki mimo pomyślnych wróżb bałwana Zul-Kholosa i zbrojnej pomocy cesarza Justyniana, od którego troskliwości, jak to u władców bywa, miał niebawem zginąć. Skąd mógł przewidzieć, że łaskawy pan Konstantynopola ofiaruje mu nie tylko wojsko, ale wśród podarunków wyszywany złotem zatruty płaszcz. Tymczasem zbierał  swój nieustanny plon miłości urodziwy Imruulkais, a stało się to już koniecznością, od której nie ma ucieczki. Miłował więc szczodrze, ale cały był sobą i mocą swoją najwznioślejszą tylko w miasteczku Okadh, gdzie się odbywały zaciekłe literackie boje. Tu najprzedniejsi poeci ubiegali się o palmę pierwszeństwa, a asadzki Imruulkais miał już chyba tych palm cały las.

Abyś mógł lepiej zrozumieć, kafirze, czym jest dla Araba jego piękna mowa i poezja, opowiem ci pewną historię. Łatwiej wtedy rozstrzygniesz, kafirze, czy honor zwycięstwa nie przerasta czasem  sam siebie i czy zmagania w poezji dla prawdziwych poetów nie mają większego znaczenia niż nagroda za nie.

Tu hodowca owiec, którego wciąż podejrzewałem, że jest dobrze zakonserwowanym Amonem, znacząco zatrzymał swą wzniesioną rękę, co się już rozpędzała. Wreszcie pacnął zamaszyście w ścianę urobionym poprzednio zgrabnym plackiem z wielbłądziego i owczego łajna. Cała ściana domu była już starannie oblepiona gównem. Placki te miały swoją wartość. Łajno skrzętnie zbierane suszyło się teraz na opał do kuchennego paleniska. Mądry Arab ze wszystkiego ma coś, a najwięcej z wielbłąda i palmy daktylowej. Palma i wielbłąd żywi i osłania przed upiornym słońcem, przed piaskiem i wiatrem. Wielbłąd jest cierpliwy i palma jest cierpliwa, dają wszystko, niewiele potrzebują — są szlachetni i bezinteresowni. Palma daje owoc świeży, suszony, przetworzony w różne potrawy, daje mąkę na placki, odurzający napój, daje włókno na maty, drewno do budowy, liście na pokrycie dachu, cienkie płaty, z których – jak to z łyka – można pleść sprzęt przeróżny. Palmy się nie pali. Dobre jest do tego łajno. Wielbłąd jest cieniem człowieka roztropnym, cierpliwym towarzyszem, któremu można nie dać pić, nie dać jeść, nie dać spać, a on i tak przeniesie przez pustynię na swoim garbie ciebie i twoje toboły, a jak ty będziesz bardzo głodny, to on ci da swoje mięso, a jak to będzie wielbłądzica, to ci da jeszcze swoje mleko, i sierść od niej możesz dostać na ubranie, i mocz ci da na sól, i kał wydali, byś miał czym w kuchni palić. O tym wszystkim wiedział stary hodowca owiec podobny do Beduina, ale znacznie jeszcze mądrzejszy.

Pacnął o ścianę ostatnią kupą, potarł sobie ręce, poprawił biały turban na głowie i po raz trzeci zwrócił się do mnie per „kafirze”, chociaż tak przedtem się nie zwracał. To, co mi teraz opowiadał, wzmogło w nim jeszcze bardziej świadomość mojej obcości, więc słowo „niewierny”, choć nie uszczypliwie, brzmiało raczej jak – „ty nie rozumiejący, choćbyś nie wiem jak był rozumujący i inteligentny”. Mówił do mnie „kafirze”, a chciał pewnie przez to powiedzieć, że jestem nie tylko niewierzącym w Allacha, ale nie będę mógł również uwierzyć i zrozumieć szalonego piękna i istoty tkliwej walki poetów, bo nigdy nie byłem w miasteczku Okadh i nie słyszałem prawdziwych „rawi”, którzy jak nikt na świecie lepiej nie pamiętali i wspanialej nie wygłaszali kasyd i perlistych muallak, a zwłaszcza tych sprzed hedżry – ery Mahometa.

 –  Otóż słuchaj – powiedział ten, którego znowu spotkałem przed jednym z domów oazy w godzinę po tępej drzemce w daktylowym cieniu. Wiadome mi już było, że to nie przypadek.

 – Otóż słuchaj – powiedział – o tym, jak poeta

Imruulkais, spotkał się z poetą Amr ben Alabd Sofianem, zwanym Tarafą. Konkurent, z którym od dawna chciał się potykać na doskonałość strofy, był w dość szczególnym położeniu. Tkwił właśnie po szyję zakopany w ziemi z obciętymi rękami i obciętymi nogami, czekając na śmierć, którą najpierw gorliwie przyzywał, a potem, jak już się uspokoił, chciał ją określić, nazwać właściwym słowem, oswoić, lecz ze względu na doznawane cierpienie, nie mógł się z nią uporać z właściwą sobie klasą, więc ze zrozumiałym gniewem, splunąwszy jak najdalej zeschłym od krzyku językiem, zapożyczył, o ile dobrze pamiętam, od sławnego Zuhajra:

–  „Lecz co jutro przyniesie?… i któż mi odsłoni?
Śmierć jak wielbłąd wpółciemny błąka się spragniona.
Kogo minie – ten żyje, kogo dotknie –  skona”.

 A jego ani mijała, ani nie przestała dotykać.

–  Bądź pozdrowiony, sławny Amr ben Alabd Sofianie, zwany Tarafą, bo zapewne jego częścią jesteś – odezwał się pierwszy Imruulkais – kto cię tak niestosownie przykrócił?

–    Gdybym miał chociaż jedną rękę – odpowiedział Tarafa –
i mógłbym nią osłonić przed słońcem swoje oczy, zapewne również  i ja bym rozpoznał ciebie, godny przechodniu, i z właściwym szacunkiem dla wolnych podróżników i gości tej ziemi przywitał, ale przez to, że jestem od jasności podwójnie oślepiony, odkąd wraz ze słońcem stanąłeś nade mną, domyślam się, że musisz być kimś znacznym, może nawet nosisz książęcy pierścień. Tak czy inaczej, pozdrawiam cię w imię Allacha, z którym mam się niebawem pojednać.

–  Zwą mnie Imruulkais – zawołał przybyły – i nie uznaję żadnych poetów nad sobą ani równych w sztuce miłowania. Wiele słyszałem o tobie, Tarafo. Od dawna miałem ochotę sprawić ci bożą chłostę, bośmy się jeszcze ze sobą nie zmagali, ale widzę, że zbytnio zmalałeś. Kto cię tak przykrócił?

 – Z tego, co tu powiadasz – odciął się Tarafa – wnoszę, że ozór masz dłuższy niż rozum. Nie bądź taki pewny wygranej, bo i ja mam niezły język, co mi obciąć zapomnieli, i mogę cię nim zobracać, dopóki całkiem nie osłabnę i z krwi się nie uwolnię. W ziemi mi się tu nieźle siedzi. Święta gleba jak tampon i balsam krew mi tamuje i ból mi łagodzi, więc jeszcze długo mogę gadać i całkiem cię przegadać, a jakbym miał czym swój korzeń dobyć, który też jeszcze we właściwym miejscu mi wyrasta, to bardzo możliwe, że byś się niezgorzej przeraził i uciekł, wstydząc się swego knota.

 – Słyszę, że nieźle prawisz i że język masz wielce poetycki. Dlatego też bez próżnej zwłoki wyzywam cię, okaż perły swoich myśli, zanim się całkiem krew z ciebie wytoczy. Daję ci pierwszeństwo, boś kaleka i słabeusz.

– Cóż, wiatr nas osądzi i tych czterech bałwanów, co się wokół mnie z czterech stron świata rozkraczyli – specjalnie głośno zawołał Tarafa.

A zapomniałem ci powiedzieć, przybyszu z dalekiej Północy, że czterech zbrojnych z włóczniami w ręku jak posągi stało, by być przytomnymi śmierci krnąbrnego poety. Straż nad nim do końca sprawowali, choć mało było prawdopodobne, by się bez rąk z tej ziemi wydobył i by bez nóg mógł po niej umykać. Stali nieruchomo z minami całkowicie obojętnymi, znudzeni słońcem i bzykającymi nad głową muchami.

– Tych czterech kiepskich podnóżków Ben Hinda, zdechłych szakali, które się szczycą mianem mameluków, trudno uważać za świadków poezji, bo prędzej świadkiem poezji może być turecka szabla, moja wielbłądzica albo kupa mojej wielbłądzicy niż te pnie głuche – straż przyboczna, jaką w ostatniej godzinie podarował mi pozbawiony poczucia humoru królewicz Alhiry. Po cóż zresztą sędziowie?! Sam zapewne poznasz, zacny dziwkarzu, Imruulkaisie, jak się dopełnią dźwięki naszej pieśni, że nie ja jestem kaleką przy tobie, ale ty przy mnie, i będziesz błagać, aby ci obcięli i ręce, i nogi, bylebyś tylko mógł mieć mój język. Dlatego pierwszeństwa nie przyjmuję. Tyś gościem na mej przyjaznej ziemi, więc proszę, zaczynaj.

I rozpoczął się bój na śmierć i na życie w honorze. Szły strofy niewymownej piękności, krystaliczne opadały tony, by się wzbić zaraz – niby skrzydlate zwiastuny katharsis napowietrzną fontanną słów wśród słonecznych ogrodów – drżały jak brzemienna tęcza od nadmiaru kokosowych myśli.

I spływały strugi dźwięcznego światła na jeszcze bardziej osłupiałe straże, a poetyckie przenośnie opadały im na skaliste ramiona i zwoje turbanów. Wydawało się, że słuchacze przestali oddychać, i nawet rumak wędrownego poety, co był właśnie zaczął lać krynicę złotą spod wzdętego brzucha, ustał w połowie zdumiony. Cóż to była za poezja, jaka lekkość frazy a czystość zmiennej intonacji brzemiennej w znaczenia, tak jakby ktoś po kataraktach Nilu przebiegał, trącając je dźwięczną stopą. Zmęczyli się poeci, dyszeli w upojeniu chwilę, wreszcie wyrzuciwszy kilka wzajemnych obelg, co niby miały brzmieć jak zachwyty nad ekspresją przeciwnika, złapali się za łby poetycko, no bo już ten jeden bez rąk nie mógłby inaczej. Wreszcie  zadali sobie temat, by najpiękniej wyśpiewać wdzięki swojej pani i przewagi miłosne, i szczyty tkliwości.

Tak też zaczął Imruulkais, a nawoływał, a śpiewał o wdziękach niewypowiedzianych najpiękniejszej taiskiej księżniczki. Gdy skończył, pochwalił go Tarafa:

 – Pięknieś to wyśpiewał, ale twe wiersze nie dosięgają uszu mojej wybranki.

Tedy sam zaczął śpiewny poemat o wdziękach swej wielbłądzicy najdoskonalszej z wielbłądzic. A kiedy skończył, uronił kilka prawdziwych łez. Wiedział bowiem dobrze, że już nie wespnie się na szczyt swej najukochańszej góry, nie dotknie pieszczotliwą ręką garbu wiernego zwierzęcia, którego dostojeństwo i wielkie zalety może tylko w pieśni swojej sławić.

Dumny był Tarafa ze swej wielbłądzicy i płakał teraz szczerze, że musi się na zawsze z nią rozstać. Spojrzał na niego Imruulkais, tak jakby go w tej chwili dopiero zobaczył, chociaż wcześniej układał w myślach drwinę o pięknej włochatej Tarafy kochance, rzekł tylko bez sensu:  – Kto cię tak przykrócił?

 Tarafa długo jeszcze szlochał. Wreszcie się opamiętał i powiedział niemalże chełpliwie:   – Mój język. A tak, giętki i prawdziwy język poety, jego najwierniejszy oręż bitewny i wróg najgorszy w obliczu władzy, która jak towładza nie zna się na żartach ani na poezji – ten język albo zmarnieje i wyschnie, albo się zaplącze w czeluściach jamy gębowej, albo tak, jak widzisz, zetnie ręce i nogi, a często i głowę istoty, z której sam nieopatrznie dla niej wyrasta. I mnie, podobnie jak ciebie, znudziły gonitwy za własnym chwostem, milsza mi się stała mądra i milcząca wielbłądzica o szczerym wielozębnym uśmiechu niż te wszystkie niedoprawione mnogie jednego męża żony. Zacząłem więc z nadmiernej udręki zjełczałego serca pisać satyryczne wiersze o następcy tronu, synu Amr Ben Hinda, sławnego króla Alhiry. Jak się okazało, satyra to niepopłatny gatunek. Nie gustował w nim następca tronu. Dlatego siedzę teraz w ciepłej matce ziemi niby ostry kaktus i kłuję słowem przejeżdżających żywych i umarłych, synów królewskich i bękarty giaurów, lżę wielkość pustyni i światło Allacha, plwam na własną poezję i pod stopy twoje, ale nie ustaję w swej przędzy, chyba już tak będę wiecznie. Bóg mi śmierci nie zsyła, a przecież już dawno krew ze mnie spłynęła.

 – Może jesteś święty? – z niepokojem zapytał Imruulkais.

  – Mam nadzieję, że nie – z jeszcze większym przestrachem wyszeptał Tarafa.  Czyżbym miał tak tkwić, wpółżyjąc na wieki? Mam nadzieję, że nie – powtórzył jeszcze mniej pewnie.

– Tak, przyjacielu – postraszył Imruulkais – władza może zrobić z człowieka świętego, bywały takie wypadki, albo pokutnika.


  – I mnie się to przydarzyło. Tylko, że mnie tę krzywdę wyrządziła władza nieopatrznej miłości, co się nade mną rozpostarła niby namiot nocy. Teraz ty mnie posłuchaj i rozważ, czy nie jestem bardziej niż ty pokrzywdzony. Otóż zdarzyło mi się nieszczęście. Spotkałem w czasie wędrówki po górach Tai nieznanego poetę Alkamę. Był przedziwnej urody i podobnie jak ty chwalił się niezmiernej długości korzeniem. Wyzwałem go więc w świętym oburzeniu na pojedynek, i to nie na poezję, jak się zapewne domyślasz, a rozsądzać miała moja piękna i dumna żona Dżondob.

I to był mój największy błąd. Bo kiedy już wydobyliśmy, miara była nieuczciwa, a to przez to, że moja łatwowierna Dżondob nie robiła już na mnie takiego wrażenia, za to okrutne musiała wywrzeć na Alkamie, bo rósł i rósł, i wydawało się, że dwa razy swoim rozmiarem opasze ziemski kwadrat. A Dżondob, zamiast być spokojnym, obojętnym sędzią, patrzyła na to z nazbyt wyraźną aprobatą i sympatią, jaką ty okazujesz swojej wielbłądzicy. Nie dziw się więc, a to ci mówię w zaufaniu, że turniej ten przegrałem. Ale aby ratować honor i by go znów w niepewnej grze na szwank nie narażać, tym prędzej zaproponowałem poetyckie szranki. I tu popełniłem swój błąd ostateczny. Rozegrałem bój ten nie przed mającymi smak poetycki sprawiedliwymi gminami w miasteczku Okadh, lecz w zupełnie innym miejscu przed własną żoną, piękną i dumną Dżondob. Ona nam była sędzią i nagrodą dla zwycięzcy. Przegrałem poetycki turniej, i nic dziwnego po tym, co wcześniej widziała. Zabrał moją szlachetną Dżondob nieznany poeta Alkama i poszli w kierunku dalekiego morza, a ja nawet nie spojrzałem, jak o zachodzie słońca ściele się ich ślad na czerwonym piasku. To była moja największa klęska w życiu. I tylko tobie to zdradzam.

 – Tak ją kochałeś? – spytał Tarafa.

 – Dżondob? Skądże. Gdybym ją kochał, to bym wygrał turniej.

Ale wtedy straciłem sławę pierwszego z najdłuższych poetów.
– No tak, rozumiem – Tarafa, choć kolczasty w pysku, potrafił szczerze współczuć. I teraz pojął najdotkliwszy z bólów, Imruulkaisowy ból ambicji. Zapłakał więc raz jeszcze nad nieszczęsnym losem druha-poety i byłby tak długo jeszcze płakał, ale umarł. Niektórzy powiadają, że historia ta skończyła się nieco inaczej, że wzruszony większym niż własne okaleczeniem Imruulkaisa, podwójnym okaleczeniem honoru poety Tarafa nie chciał dłużej żyć i wykrzykując na niesprawiedliwość świata, poprosił, aby on, jego ostatni godny przeciwnik  wyświadczył mu drobną przysługę i zakopał go do reszty w tym ziemskim gnojowisku. Zrobiło mu się nagle spieszno do wyzwoliciela – Allacha, a tym, co spieszno, nie należy przeszkadzać.

Zakopał go  z głową, co ledwo wystawała ponad poziom piasku, poeta Imruulkais, przyklepał równo, splunął na gromadzące się  w diunach dżinny, mimo że od nich zależy wielkość talentu poety, i poszedł w kraj cesarza Justyniana, który już czekał, by dać mu hojne dary z zatrutym złotym płaszczem.

Stary Egipcjanin zakończył opowieść. Placki wielbłądziego łajna, które pozawieszał na ścianie, schły należycie. Oazą ciągnął aromat i rześkie powietrze jak niewidzialna karawana. Mój rozmówca patrzał na mnie oczyma wiecznej, bezkresnej pustyni. Ale ja się nie dam nabrać ani na strój Beduina, ani na jego trzody, ani na zapobiegliwość fellaha lub mieszkańca oazy. Nie zamydli mi oczu gównianymi plackami. Wiem dobrze, że to bóg Amon przybrał jego postać, bo mówił do mnie pięknym staroegipskim językiem, którego nie znam, a przecież wszystko rozumiałem. A czasami mówił też po arabsku, zwłaszcza kiedy wygłaszał przedmahometańskie muallaki.

Nie uroniłem żadnej myśli, nawet pojąłem sens starej sentencji, która głosi, że „poezja jest najpierwszą Araba kochanką”. Pojąłem też arabskie przysłowie, którym mnie na koniec mój druh przygodny a wymowny uraczył. A powiedział mi tak: „Mądrość, spadłszy z nieba, osiadła w trzech członkach ludzkich: w mózgu Greków, w ręku Chińczyków i w języku Arabów”. Zastanowiło mnie tylko, że nic tu nie ma o Polakach. Zacząłem nad tym głęboko rozważać.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko