Krystyna HABRAT – CODZIENNOŚĆ

2
211

Koronawirus  zmienił naszą codzienność. Zmienił ją w niekończący się ciąg jednakich, nudnych dni, gdzie nic się nie dzieje. Co dzień tylko komunikaty ile osób znów zachorowało, ile zmarło, ale wreszcie: ile się zaszczepiło.

 Tęsknimy już za taką codziennością, gdzie drobne czynności były jednak przyjemnościami. Może nawet małymi radościami życia, takimi, co składają się na nasze szczęście.

 Poniżej zamieszczam fragment mojej powieści: UCIEC PRZED DRAPIEŻNYMI WSKAZÓWKAMI  ZEGARA, gdzie w latach powojennych Zofia, młoda  wdowa z dwojgiem dzieci, zmaga się z trudami wychowania dzieci, żałobą, brakiem pieniędzy i czasu na wszystko oraz porywami serca. Ale powoli jakoś sobie radzi.


CODZIENNOŚĆ

/ fragment powieści /

    Od kwietnia  Zofia  pracuje już na dwie zmiany. Dni   coraz dłuższe i łatwiej  zerwać się rano na widok jasności przeświecającej przez zasłony. Nawet  jak wraca z pracy wieczorem po jedenastej, na ulicach choć ciemno jeszcze tu i tam kręcą się ludzie. Wracają z walizkami od pociągu. Spacerują przytuleni zakochani. Gorzej  może być zimą, ale o tym    na razie nie chce  myśleć.

  Będzie teraz mogła pozałatwiać rano różne sprawy. Wychowawczyni Andrzeja już dwa razy przysyłała uczennicę z powiadomieniem, że on podczas lekcji przeszkadza a na przerwach hałasuje. To oburzające! Przecież  chłopak musi się ruszać. Nie jest paralitykiem! Ani niemową.  Ta jędza tego nie  pojmuje.  Uwzięła się.  Tymczasem ona naprawdę nie ma do tego czasu ani głowy.  Kiedy w pracy wydaje narzędzia, wypełnia rubryki, robi zamówienia,  cały czas myśli: co dzieci teraz robią, czy zjadły co, żeby się które nie skaleczyło przy krojeniu chleba.  Z pracy wybiega pierwsza i tak  się śpieszy, że nikt jej nie dogoni. Zastaje czasem dzieci  śpiące na dobre, a okna otwarte.   Na próżno wciąż im  wpaja, że mieszkają na parterze i złodziej może wejść! Tylko na co by się połasił u biednej wdowy?

   Tymczasem znowu zapomniała sprawdzić zeszyty Andrzeja. I paznokcie.  Najwyższy czas  wybrać się z kwiatami na cmentarz. Niektóre sąsiadki mają jej za złe, że nie  maszeruje, jak inne wdowy, każdego dnia na grób męża z grabkami i konewką. Chodzi tam,  ale nie robi  tego  na pokaz. Nie ciągnie tam dzieci. Nie chce, by żyły w cieniu grobu. Niech sobie tam ludzie gadają, co chcą.

    Zanim się  wybierze do szkoły, zrobi sobie trwałą ondulację. Musi jakoś wyglądać, a brakuje  czasu na kręcenie papilotów. Pochodzi po sklepach i   kupi sobie coś na wiosnę. Nie powinna dłużej straszyć dzieci czarnym strojem. Żałobę  ma i tak w sercu. Do końca życia! Pieniędzy jakoś starczy, a gromadzić ich nie ma co. Ludzie na wymianie pieniędzy sprzed pięciu lat sporo potracili  a ona – nie. Wtedy jeszcze beztrosko wszystko wydawała. Jaś żył… 

  Dopiero od kilku miesięcy liczy wytrwale wpływy i wydatki z ołówkiem w ręku. Myli się w rachunkach, zapomina na co aż tyle wydała.  Kupiona mimochodem   apaszka, pończochy, pralinki, jakaś zabawka, urastają na papierze w niemiłosiernie długie kolumny. Zaraz przechodzi chęć do kupowania. Zwłaszcza dla  siebie. Bez wielu rzeczy można się obejść. Takie  żmudne wyliczanki męczą,  jak reperowanie starych ubrań. 

 – Mamusiu, a gdzie się podział ten kawałek materiału z dziury – dopytuje  Kalinka pochylając swe sterczące warkoczyki nad  cerowanymi skarpetkami. – Przecież był. Tu na pięcie. A teraz  puste kółeczko.

  Zofia śmieje się a po chwili poważnieje.

– Tak już jest, moje dziecko, coś jest, jest,  nagle nie ma i koniec.

– I trzeba szukać?

  – Nie wszystko da się odnaleźć. Wciąż się coś traci. Takie jest życie – mówi w zamyśleniu Zofia, a widząc w oczach  córki  lęk, pewnie przed tym czymś niezrozumiałym, przytula  jej główkę do siebie i pyta, czy zje kogel-mogel.

  Odkąd Janek zachorował Zofia częściej zamyśla się  nad życiem.   Wcześniej nie miała  takich skłonności. Chciała  śmiać się, bawić, tańczyć i podobać się. Dopiero w smutku i samotności  nachodzą człowieka dziwne   myśli. Ale nie chce pogodzić się z tym, co mówią kobiety – zmęczone, niewyspane, brzydkie, przedwcześnie postarzałe – które dogania w drodze do huty,   że  życie  jest trudne i tak już musi być.  Ona  nie chce tak.

  Mama  zawsze powtarza, żenie wolno się poddawać. Tylko nie  pragnąć dla siebie za wiele. Ale od siebie  wymagać najwięcej. I że trzeba zdobywać coś, osiągać i robić coś dla innych.  Słusznie, ale co ze szczęściem. Jest ono, czy nie

   Kiedy mama przyjeżdża na niedzielę, nie ma odwagi jej o to pytać. Wieczorem, gdy dzieci już śpią, naczynia pozmywane, siadają obie w kuchni   nad spodniami Andrzeja podartymi na kolanach, za krótką już sukienką Kaliny, którą się podłuży, odpruwając listwę, nad sweterkami przetartymi na łokciach.  Pochylone naprawiają to w milczeniu. Ani jedna, ani druga nie przepada za tak żmudnym ściboleniem, ale trzeba to zrobić.   

 – Dzieci tak wszystko niszczą i jeszcze szybciej  ze wszystkiego wyrastają. – mówi wreszcie Zosia, a ma na myśli nie tylko ubrania. Mama jednak pojmuje to jednoznacznie:

– Kto by tam nastarczył kupować nowe… 

 – Dręczy mnie jedno. Może los się na mnie zemścił, bo za  głośno cieszyłam się swym szczęściem? Jak mamo myślisz? Chciałam naiwna przetańczyć całe życie. Zachwycałam się dziećmi… Potem Jaś zachorował…

  Mama odkłada  cerowaną pończochę Kaliny i   odpowiada stanowczo:

 – Moje dziecko, życie  to  trud, wieczny trud. Nie wolno  oczekiwać za wiele. Ale dawać z siebie wszystko… – milknie a po chwili uzupełnia: – Raz bywa dobrze, raz źle. Po deszczu pojawia się tęcza. Lepiej cieszyć się szczęściem, póki się da…   Nie roztrząsać  tego w kółko.

  Zofia  oddycha z ulgą. Ta tak pryncypialna mama, z surowo   ściągniętymi w kok włosami, zawsze potrafi przemówić jej do rozumu. Od razu robi się na duszy lżej. Właściwie nie jest nawet  tak  straszna, każe przecież  się cieszyć. Szkoda, że w poniedziałek,  skoro świt, odjeżdża do  swej szkoły, gdy ona idzie do pracy na drugą zmianę.

  Kiedy pracuje po południu, prawie nie widuje dzieci. Wraca kiedy już śpią. Nie zawsze domyte, ale nakarmione.  Dba o to niezastąpiona Pakulska. „Dobra kobiecina – myśli o niej z wdzięcznością –  muszę jej wreszcie wykończyć ten dawno zaczęty sweter na drutach”.  Ziewając,  mości sobie poduszkę i zasypia  błogo ukojona. Za chwilę podrywa się niespokojna, czy zamknęła drzwi na  łańcuch. Poprawia dzieciom kołdry. Nasłuchuje ich oddechów, dotyka ostrożnie czoła Kaliny, bo ma wrażenie, że  coś szybko oddycha, jakby w gorączce, ale czoło na chłodne. Uspokojona powraca na swój tapczan. Jeszcze raz powtarza sennie: „Panie Boże, dziękuję ci za zdrowie dzieci  a mnie daj odrobinę radości” i zaraz świat znika.

  Nie, jeszcze nie śpi. Uświadamia sobie, że nawet nie wie, czy zdążyła usnąć, a znowu przebiega myślami swój świat przedmiotów. Wędrują jej przed oczami wszystkie rzeczy przeznaczone do naprawy, przetarte na łokciach swetry Andrzeja, podarte pończochy Kaliny i te jej ze spuszczonymi oczkami, dalej popsute żelazko. Zlew ugina się pod ciężarem brudnych naczyń. reszcie, niczym wyrzut sumienia, zjawia się  na półmisku pieczona gęś ze sterczącymi w górę nóżkami, nadziewana jabłkami. Obiecała  taką  upiec w duchówce dzieciom, ale tyle z nią roboty, że wciąż to odkłada.

  Budzi się i myśli, że coraz więcej nie załatwionych rzeczy ją prześladuje. Już ją zasypują. Nie wyrwie się im! Na próżno tłumaczy, że zaniedbuje wszystko przez brak czasu, bo ten moloch, jakim staje się czas, pochłania ją nieubłaganie i ona przemyka z dnia na dzień zaledwie po łebkach zdarzeń.  Tak, wszystko ostatnio robi w pośpiechu po łebkach, żyje po łebkach i za to po nocach rzeczy się mszczą.

   Nagle  staje przed nią roześmiana ironicznie gęba. Szczerzące się zęby stają się teraz wskazówkami zegara i kręcą się jak opętane. Wtem obie czarne wskazówki wysuwają się ku niej niczym kleszcze obrzydliwego chrząszcza. Chwytają ją i pochłaniają. Budzi się, a  serce jej kołacze przerażeniem. Od  miesięcy  dręczą ją takie  zmory. Musi szybko wstać i  przepłoszyć je pastylką na sen.

  Tak mija wiosna, lato. Czasem, zanim zbudzi się rano na dobre,  czuje jakieś   osobliwe, jasne, zadowolenie. Otwiera oczy i od razu wraca  rzeczywistość. Niby zdążyła się oswoić, że Janka już nie ma, wszak przyzwyczajała się  do tej myśli zanim to się stało,  w chwilach zmagań nadziei z rezygnacją, a  wciąż powraca owo dźgnięcie bólu, na które nie ma rady i  nieustannie trzeba się od nowa z tego dźwigać. Musi szybko  zapomnieć się  w domowej krzątaninie.

    Budzi dzieci, szykuje im śniadanie, popędza do wyjścia. Kiedy w końcu zamknie się za nimi drzwi zastanawia się od czego zacząć? Sprzątanie? Zakupy? Zmywanie naczyń? Pranie? To ostatnie najbardziej palące. Zaraz ustawia na piecu wielki kocioł do gotowania wody na pranie.  Zanim się podgrzeje  pośpiesznie zmywa szklanki, talerze, garnki. Teraz może biec do piwnicy po balię. Wyciąga  tarę i zaraz trze na niej zapamiętale każdą sztukę, obcierając sobie palce do krwi. Nie baczy na to i dalej mydli i trze. Dolewa wrzątku do balii.  Bucha w górę para z zapachem mydlin. Zaledwie raz zdoła wszystko przeprać, gdy już musi  biec do  huty. Nazajutrz  gotuje białą pościel, obrusy, ręczniki w kotle i znowu śpieszy do pracy. Dopiero na trzeci dzień płucze bielutką już pościel w zimnej wodzie z dodatkiem galaretowatego krochmalu  i ultramaryny.  Z lubością patrzy, jak spośród jej palców, zanurzonych w wodzie, rozpływają się smugi szafirowej farbki i białe poszwy, obrusy nabierają  błękitnego odcienia. Tylko dolewany z garnka gorący krochmal niepokoi. Kłuje bólem samo słowo: „galareta”!  Kojarzy się z czymś  strasznym! Lepiej  nie przypominać, że  jak dla Janka zabrakło  nadziei i w rozpaczy pobiegła do Pakulskiej, ta akurat przyrządzała galaretę?

  Zawisa  nad balią porażona  obrazem tamtego i po chwili usiłuje się podnieść.  Wie, że jeśli  będzie rozpamiętywać, wadzić się z losem, cierpieć, zatruje życie dzieciom.  Musi zadbać, by one były szczęśliwe! 

   Teraz powinna się pośpieszyć, by zanim wyjdzie do pracy, rozwiesić  pranie   na sznurkach w ogródku i nieco podsuszyć w słońcu. Jeszcze chwilę patrzy zadowolona, jak wiatr nadyma białe prześcieradła, poszwy, obrusy,  unosi je w górę. Jaśnieją wysychając,  sztywnieją od krochmalu.  Wykonała wielką robotę, do której tak trudno się zabrać.  Tylko boli w plecach od schylania się nad  balią, bolą  palce, obtarte na tarze. Pomimo to, czuje przyjemność.

  Odkrywa nagle, że choć szczęście jej odebrane raz na zawsze, i ona miewa  małe przyjemności. Postara się wydobyć takich z życia jak najwięcej. Dla dzieci, żeby  były spokojniejsze, widząc ją  pogodną.

  W sobotę   przynosi z targu dwa kosze pomidorów. Zrobi z nich sok. Do późna w nocy je kroi, gotuje i nareszcie napełnia czerwonym sokiem osiemnaście butelek. Korki obwiązuje mocno sznurkiem, bo fermentując mogłyby wystrzelić. Przepełnia ją satysfakcja, że potrafiła to zrobić, że jest jednak zaradna i będzie miała z czego robić w zimie zupę.  Co dzień przygląda się tym  butelkom. Ustawiła je  na szafce kuchennej koło firanek, jakie uszyła ze starych, pokojowych.  Wycięła uszkodzone fragmenty i wystarczyły do kuchni.  Jeszcze ozdobiła je falbankami. Dobrze, że ma maszynę do szycia. Ta wprawdzie  ciągle zawadza, bo nie da się jej upchnąć byle gdzie, ale teraz z tych firanek taka dumna.

   We wtorek Zofia wybiera się  do lasu po szyszki. Chyba zdąży wrócić zanim zapadnie zmrok. Woła Kalinkę. Andrzej zostaje na podwórku. Biegnie, popychając    wygiętym drutem kółko i tylko macha im z daleka ręką. Zofia drży o niego   lecz cóż  robić. Nie może go  trzymać za rękę. Zdał już do drugiej klasy. Tym silniej ściska rączkę córki.

  Cały las przenika  jasność. Poprzez koronkowe korony sosen prześwieca dużo słońca i wyzłaca ich smukłe pnie. Wszystko tchnie spokojem tylko gdzieś w dali postukuje dzięcioł.  Oddycha się lekko. „Tak chyba  jest w niebie” – myśli Zofia ukojona rześkim powietrzem. „Jasiowi musi tam być dobrze. I na cóż mu tego żałować?” Po raz pierwszy przychodzi jej to do głowy. Obok przygniatającej zmory, której nie da się odsunąć, pojawia się cień pociechy. Pociechy pośród znaków zapytania, bo któż to wie, jak tam jest naprawdę. Ale – myśli – czymś pocieszać się trzeba.

  Szyszek pod  sosnami  co niemiara. Zalegają rude igliwie, leżą pośród kępek – cienkiej,  jak włos – trawy,   ostro najeżone.  Razem z Kaliną szybko napełniają nimi wiaderko i wychodzą na  polanę, porosłą wrzosem. Unoszą się nad nim   motyle. Kalina biegnie za barwnym paziem królowej. Wyciąga doń ręce, on trzepocze i oddala się, znowu wraca. Zofii wydaje się, że ten pstry motyl jest szczęściem, którego dziecku potrzeba i pośpiesza pomóc go schwytać. W ostatniej chwili  rezygnuje. Po co miałby zmarnieć w rękach tak piękny okaz. Pozwala mu odfrunąć. Kalina macha do niego ręką.

   Ruszają  brzegiem lasu, ku żywszej zieleni młodniaka. Tutaj kiedyś zbierała dla Jasia młode pędy na syrop. Przypominały straszne ręce ze sterczącymi w górę  palcami. Były lepkie od soku i pachniały żywicą. Syrop   nie przydał się na nic. Na tę myśl, coś się w jej piersi kurczy boleśnie. Chwieje się i przysiada na  omszałym pniu. Z trudem łapie oddech. Kalinka przykuca obok niej. Niczego się nie domyśla. Przygląda się pobłyskującemu granatowo w igliwiu żuczkowi. Zofia czując ręką, na której się oparła, kłucie szpilek sosnowych, przychodzi do siebie. Podrywa się. Nie da się!- postanawia. Nie zgniecie jej ten przebrzydły los. Będzie się na przekór cieszyć, czym tylko się da. 

  Kalinka spogląda na matkę z przestrachem. Ta zaraz się uśmiecha. Musi przegnać z oczu dziecka taki wyraz. Wędrują dalej  ścieżką z białego piasku koło akacji zieleniejących  na tle szarych sosen. „Jak tu ładnie – myśli Zofia – i wydaje się jej, że świat pojaśniał, nabrał kolorów.

  Po powrocie z lasu  widzą, jak na podwórku Andrzej, czerwony i zgrzany, wykrzykuje coś zadziornie do większych od siebie chłopaków. Potem biegnie za piłką aż mu włosy podskakują. Zofii żal przerywać mu zabawę, nie zmusza go więc, by szedł do domu, choć się ściemnia. Uśmiechnięta otwiera drzwi, niesie szyszki do kuchni i zamiera w progu…Wszystko dookoła w krwawych plamach! Sufit, firanki, ściany.  Straszliwa jatka! Ach,  butelki   eksplodowały sokiem pomidorowym. Powinna je pasteryzować zamiast iść do lasu. Obwiązane sznurkiem korki nie wytrzymały. Pośpiesznie zmywa podłogę, szafki, ściany. Zrywa poplamione firany. Wyrzuca sobie nieudolność w prowadzeniu domu. Ciągle coś robi nie tak. Nie słuchała kiedyś matki, by się  do tego wdrażać. Wolała balować i uwodzić chłopców.

  Kilka butelek nienaruszonych. Włoży je do wielkiego garnka z wodą i zagotuje, żeby nie fermentowały, a dla ochrony przed obiciem da na dno  trochę siana, jakie dostała od Pakulskiej. Późną nocą butelki wreszcie się w garnku gotują, dźwięcząc wesoło, pachnie sianem.  Spiera nad miednicą czerwone ślady z firanek, trąc każdą mydłem. Pewnie tym razem  rozlecą na dobre, ale  cóż tam taka strata wobec utraty człowieka. Kupi nowe firany. Rzeczy można odkupić, tylko człowieka nie.

  Za kilka dni Kalinka rozpoczyna naukę w szkole. Przymierza z przejęciem granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem, ogląda tornister i worek na papucie z wyszytym muchomorkiem. Dla Andrzeja pójście do szkoły  jest zaledwie przeszkodą w podwórkowych zabawach. Trzeba mu będzie przyciąć włosy. Szkoda, że przestały mu  się  kręcić i oklapły.  Zofia  podnosi fajerkę i nagrzewa   w ogniu pogrzebacz. Potem  nawija nań pukiel włosów syna, który  za pierwszy razem protestował, ale dziś senny, już bez sprzeciwu poddaje się  tym zabiegom.   Za chwilę  głowa  pokręcona w loki. Kalina naprasza się, by i jej tak pokręcić.

– Ty będziesz miała warkocze.

– Jak babcia?

 Zofia uświadamia sobie, że mama wciąż splata włosy na staroświecki  sposób. Kiedy  je wieczorem rozplata, włosy opadają jej aż do pasa. Ale nie są już tak bujne i lśniące jak dawniej. Postarzała się.  Pewnie martwi się o   ojca, ale nic nie mówi. Czasy teraz takie, że lepiej za dużo nie mówić.

  Kiedy Kalina idzie pierwszy raz do szkoły  Zofia bierze urlop i odprowadza dzieci. Kalina kroczy przejęta z wielką, białą kokardą na czubku głowy. Obudziła się dziś wcześniej od matki i siedziała bez ruchu na  łóżku. Wraca ze szkoły dumna i przejęta. Od progu oznajmia z naciskiem:

– Mamo, powiedz pani Pakulskiej,  że już chodzę do szkoły i uczę się dobrze!

    Od pierwszych dni  Kalina przynosi  ze szkoły  mnóstwo rewelacji.

 – Wiesz mamo, kto jest w szkole najważniejszy?

 – Pan kierownik.

– A nie! Pan woźny! Bo cały czas krzyczy na chłopaków pod szkołą. Oni się wygłupiali, pchali do wejścia. A pan  woźny tylko  spojrzał…

– I przestali.

  – E tam. Tylko na chwilę.

  Kalina z nabożeństwem traktuje wszelkie wskazania nauczycielki. Chodzi cały czas z wysoko uniesioną brodą, bo pani tak każe. I tak już jest, to co pani powie, jest święte. Nawet, kiedy   później Zofia  wytknie jej  błąd w  zeszycie, Kalina broni się, że tak właśnie pani na tablicy napisała, co ma znaczyć, że to mama się myli. Zaperza się na widok powątpiewającego uśmiechu matki i dalej brnie w kłamstwo, byle postawić na swoim.

  Chwalona w szkole, czuje się tak ważna, że dotąd wrażliwa i nieśmiała, zaczyna śmiało włączać się w rozmowy dorosłych.

 – Nie widziała pani gdzie mojego ancymonka? – zapytuje kiedyś sąsiad z drugiego piętra, Dudziński, i wdaje się w pogawędkę z Zofią, zapominając o szukaniu swego piegowatego urwisa, kolegi Andrzeja.

  Po chwili Kalina szarpie go za rękaw. 

– O! Tam idzie pana cynamonek!! – piszczy.

  Andrzej nie przejmuje się tak szkołą, jak siostra. Zapomina o zadaniach. Ciągle powtarza, że nic nie ma zadane. Gubi zeszyty, plami.  Ale odciąga matkę, kiedy ta zabiera się do sprawdzania mu tornistra. Ona sama, wiecznie czymś zajęta, przypomina sobie o tym najczęściej, kiedy dzieci już śpią i brak jej na to siły.

  Przecież dopiero wczoraj mu przeglądałam – uspokaja się, kończąc obiad na jutro. – Nie, to było przedwczoraj albo jeszcze  dawniej. Były akurat kotlety na obiad i on wcinał z takim apetytem, że dołożyła mu pół swojego. To było w poniedziałek, a dziś już piątek. Boże, jak ten czas leci!

  Jak te dni umykają! Wszystkie powszednie podobne do siebie, że aż nie wiadomo, czy coś było wczoraj, przedwczoraj, czy jeszcze dawniej. Rano podrywa ją budzik. Potem  fabryka,  dom, po drodze sklep, czasem krótka wymiana myśli z sąsiadką i już, szczękając łańcuchem, zamyka drzwi na noc, rozkłada dzieciom fotele do spania, ścieli pościel. Kiedy pracuje na drugą zmianę przestawia się jedynie kolejność. I co dzień to samo.  Każdy dzień zamyka, klęcząc przy  swym posłaniu ze złożonymi rękami. Czasem głowa opadnie jej na poduszkę i zdrzemnie się  na chwilę, ale zawsze  kończy na wpół sennie: „Panie Boże, nie proszę cię o szczęście. To chyba nawet dla Ciebie teraz za trudne, bo jakież to szczęście bez Jasia? Byłam dziecinna, myśląc, że przejdę przez życie tańcząc. Wybacz mi Panie. Ale proszę cię o odrobinę radości. A jakiej, to już Sam Panie, w swej mądrości, zadecyduj.” Powtarza te słowa co wieczór.   Tylko  wystrzega się, by nie prosić już: „Tylko  uchroń mnie Panie dalszych nieszczęść”. Po co o nich  przypominać. Prośba o radość oznacza mniej więcej to samo, bo tylko w okresie wolnym od nieszczęść można zauważać radości. Pan Bóg jak zechce  zrozumie jej milczenie. Żegna się i wsuwa się pod kołdrę.  

   Świat cały znika. Wciąż tylko  prześladuje ją koszmarny sen z budzikiem. Zapewne, dlatego, że wciąż o nim myśli z przestrachem, „żeby ją rano obudził, że już późno i czemu ten czas tak szybko ucieka? We śnie budzik wyciąga do niej wskazówki,  niczym  straszliwe  kleszczoszczęki  chrząszcza i chce ją pochłonąć. Goni ją. Już, już dogania! A ją powstrzymują plączące się pod nogami, wszystkie rzeczy do naprawy, prania, przeróbki, te kilometrowe szeregi, stosy, talerzy do mycia. To wszystko dręczy i w dzień. Nieraz się jej zdaje, że dłużej nie wytrzyma. „Muszę jeszcze tylko do jutra. Później niech się dzieje co chce.  Następnego dnia podobnie: no do jutra chyba wytrzymam.

  I jakoś ciągnie dzień za dniem, choć  zajęć, trosk i spraw odkładanych na później, ma aż za dużo. Sąsiadki  współczują, że źle wygląda. Pytają, czemu  dzieci nie pomagają  jej więcej. Właściwie woli być czymś zajęta, niż siedzieć bezczynnie, co się czasem zdarza w  hucie, kiedy długo nikt nie przychodzi po narzędzia. Z nudy i niecierpliwości wpada wtedy w furię. Nie wyobraża sobie wieczności w niebie, spędzanej w bezczynności. 

    Kiedy poskarżyła się na to szefowi,  dawnemu koledze Jaśka,   dodał do jej zakresu obowiązków kontrolę  przepisów  BHP. Dzięki temu będzie mogła dostać wkrótce podwyżkę i nie będzie uwiązana w swym kantorku? Odtąd musi  chodzić po hali fabrycznej i obserwować pracę. Sam wprowadza ją w nowe obowiązki, bo to bardzo odpowiedzialne. Zapoznaje ją z przepisami, pokazuje pracę na hali. Tu największą uwagę trzeba skupić na jeżdżącej pod sufitem suwnicy z wielkim hakiem u dołu, na którym przenosi ładunki. Najważniejsze, by  o nic nie zawadziła. Zofia patrzy z lękiem na suwnicę sunącą w ich stronę z narastającym wizgiem, która zdaje się zaraz zgniecie ich uwieszonym ciężarem, ale jej hak tu nie dosięga. Krok dalej bardziej niebezpiecznie. Nie daj Boże, gdyby zrobiła krzywdę jakiemuś człowiekowi.   Mówi się o tym z lękiem.  Ona żegna się  zabobonnie a szef  się śmieje:

 –  Dobrze, że sekretarz tego nie  widzi.

 – Ach, podobno i tak spuścił ostatnio z tonu. Sama pamiętam, jak biskup miał przyjechać… wywożono dzieci  szkolne na obowiązkową wycieczkę do lasu.

 – No, Zośka, uważaj! – przerywa srogim okrzykiem. – Tu cały czas trzeba wytrzeszczać oczy! O niczym innym nie myśleć! Moment nieuwagi i… nieszczęście!

  W tym momencie niepostrzeżenie przeszli na ty. Tak jest łatwiej. Któregoś dnia patrzy zatroskany na jej ręce i mówi: – „Ale  masz ręce spracowane.” A  jej robi się jakoś ciepło na sercu. On zawsze się nią tak troskliwie opiekuje.

 – Ile ty Zocha masz właściwie  lat?

 – No… dobiegam trzydziestki –  odpowiada ostrożnie… 

 – Nie przypuszczałem! To już tak długo u nas pracujesz? Wyglądasz  ślicznie.

– E,  tam, tak się tylko mówi…

   Boi się, że on  wyczuje jej wzruszenie. Musi nad sobą panować. Czesiek  przecież ma obrączkę. Gorąco robi się jej na samą myśl, że on mógł  coś zauważyć, Odtąd sztywnieje  ilekroć,  zaglądając do wypożyczalni dotyka jej ręki, by się przywitać. Wcześniej nic sobie nie robiła z jego obecności, dopiero  jedno jego zatroskane spojrzenie na jej spracowane dłonie  coś odmieniło.   Ile razy go  widzi, serce nieposłuszne trochę  trzepocze. Szybko odwraca głowę.

  Czesław, jako najbliższy kolega jej męża czuje się za nią odpowiedzialny. Przygląda się jej dokładny i skupiony a w przerwie na papierosa, żartuje, powtarza anegdoty o osobistościach z dyrekcji. Opowiada, jak to w jednym dziale  wyrywali sobie  z rąk roczne sprawozdanie, bo każdy chciał je  wręczyć naczelnemu osobiście i tak pokazać, jak to się stara, jak zabiega. Kiedy wreszcie z tym sprawozdaniem poleciało aż dwóch, ich szef, osoba wysoko stojąca w hierarchii zakładu, złapał słuchawkę telefonu i na gwałt prosił sekretarkę o rozmowę z naczelnym. Wreszcie przejęty wyksztusił: panie dyrektorze, właśnie wysłałem panu, żądane sprawozdanie przez umyślnych!   

  Zofia wzrusza ramionami.  Za daleko jest od ważnych tego zakładu.   Za to zauważa, że wokół niej pracuje  kilka kobiet rubasznych i hałaśliwych.  Starają się we wszystkim dorównać mężczyznom a ci opowiadają im męskie dowcipy, robią kawały. Wobec niej ci sami zachowują  większy dystans, są uważający i delikatni. Ona  pragnie szacunku, ale chciałby śmiać się razem z nimi. Stara się dorównać im szorstkością. Uczy wykłócać się o swoje sprawy. Powoli wsiąka w otoczenie, choć jest trochę  osobna  i tak woli.

  Z wiosną, gdy znów jasne dni coraz dłuższe, posiawszy w ogródku rzodkiewkę i groszek, przysiada na chwiejącej się już ławeczce, popatrzeć na listeczki, przebijające się przez szarość  ziemi. Po chwili zamyka oczy i wystawia twarz do słońca. Grzejąc się tak rozkosznie  nabiera zwolna przekonania, że choć los tylko czyha by unieszczęśliwić, to jednak można po  cichutku urządzić sobie jakieś malutkie szczęście. Byle tylko ukryć to przed zazdrosnym okiem losu.

  Czas ucieka. Już prawie lato. Łatwiej żyć – myśli sobie Zosia – gdy ciepło i dni dłuższe, jaśniejsze. W piecach nie trzeba palić, tylko tyle, by coś ugotować. Tak, w lecie więcej radości. Posiedzi sobie pośród kwiatów w ogródku, coś posieje, coś podleje.  Czasem  da się skusić sąsiadkom i  przysiądzie się do nich na ławce. Nie przepada za tym, bo okupują tę ławkę dzień w dzień  i nie dają nikomu przejść, żeby go nie obsmarować.  Ale  inaczej  obmówiłyby ją, co pewnie i tak robią. A, niech będzie, bierze kłębek wełny, druty i siada z nimi. Kiedy ona wymachuje drutami sąsiadkom nie zamykają się usta. Dopiero, kiedy już  przekażą jej wszelkie nowinki z bloku zaczynają podziwiać fason  sweterka,  którego przez ten czas kawał wydziergała. Domagają się, by i im coś takiego zrobiła.  Ona zdziwiona, że te niepracujące kobiety  przesiadują bezczynnie godzinami pod blokiem a jej by jeszcze roboty dokładały,  odpowiada z przepraszającym uśmiechem, że robi to tylko dla dzieci. Nie ma czasu na nic  więcej.  

 – Rozpuszcza je  pani – wyrokuje urażona  Pałkowa.

 – Cała moja radość, jak  ładnie wyglądają.  Ja mogę nie spać, nie jeść, ale mogę im szyć i robić sweterki po całych nocach. Ostatni grosz wyskrobię dla nich.

 – A jak straci pani zdrowie? Jak długo  tak można? – dorzuca Famulska.

     Zofia przestaje migać drutami ale zaraz porusza nimi jeszcze energiczniej. Tego właśnie się boi: utraty zdrowia i zostawienia dzieciaków na łasce innych. Nikt by nie był dla nich dobry. Nawet jej mama, osoba  szlachetna, ale oschła i   wymagająca. O pieniądze mniej się lęka. Już się nauczyła odmawiać wszystkiego sobie, byle dzieciaczkom dogodzić.  

   Pośpiesznie  żegna się, by odgonić lęki i  mówi:

–   Cieszę się, że mam  udane dzieci. I jakie ładne!

  – Pani je  naprawdę rozpuszcza!- powtarza twardo  Famulska.

– Dlaczego? Niech będą szczęśliwe!

  Mówi tak i urywa w obawie, by nie kusić losu. Czy znowu nie za wiele  wymaga?  Jaś kiedyś ciągle dopytywał, jak ją uszczęśliwić. I jak się skończyło?  Za wszystko trzeba drogo płacić. Może  każdy uśmiech losu to coś zdrożnego, a nawet grzech?  Gdyby wtedy  złożyła w ofierze za jego zdrowie pierścionek…? Zawahała się i …potem było za późno. Nie!   Stało się. Już się  nie odstanie.

  Sąsiadki ciągle jeszcze kraczą,   co to z jej dzieci wyrośnie, gdy  nie będzie ich krótko trzymała, a jej serce dygoce tamtym przypomnieniem. Niby już się pogodziła ze stratą a to wciąż wraca i dźga ostrą szpilą. Ma dość pouczeń sąsiadek!  Wbija  druty w kłębek wełny i podrywa się z ławki.  Zrobi maturę i będzie od nich lepsza!   Niech już zawistne i ją nazywają: „paniusia”, jak  Pakulską, co ma maturę.

/fragment powieści UCIEC PRZED DRAPIEŻNYMI WSKAZÓWKAMI  ZEGARA  z mojej książki “Ta nadchodząca”/

Krystyna Habrat

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Kolejny raz przeczytałam tę powieść, kolejny raz zadumałam się. Trudne życie miała bohaterka, mądra, dobra, solidna, odpowiedzialna. Kochająca wielką miłością dzieci, bo męża już tylko wspominać mogła. Trudno nam teraz wyobrazić sobie, ile trudu trzeba było włożyć w codzienne prowadzenie domu, choćby wspomniane pranie. Zofia mimo wielu obowiązków, nie straciła subtelności i delikatności. I ambicji, aby uzupełnić wykształcenie. Bo zarobi więcej, dla jej małej rodziny to bardzo ważne. To jej obowiązek.
    Wzruszający, mimo codziennych trudów – optymistyczny tekst. Nie ma beznadziei, jest wiara że będzie dobrze. Ta wiara daje siły.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko