Grzegorz Walczak – „Wileńska przygoda” Pawła Krupki

0
128

Na rynku księgarskim ukazała się właśnie książka poetycka Pawła Krupki – znawcy wielu krain, zwłaszcza Grecji i Litwy, poety, tłumacza z włoskiego, hiszpańskiego, greckiego, humanisty, erudyty, który też wiersz swój śpiewany z akompaniamentem gitary proponuje, a przy tym jest on od wielu lat osobistością na urzędzie w MSZ, obecnie jako zastępca dyrektora Instytutu Polskiego w Wilnie. Ten człowiek Renesansu, który rozważnie chodzi pod rękę z mądrą Ateną, ale i Feb mu się kłania, zapewne i Eros wszędobylski nie omija, bywa częstym gościem litewskiego Parnasu, a po wierszach jego sądzić można, że jest Wilniukiem od urodzenia. W każdym razie w tutejszym terenie solidnie się zakorzenił i posiadł o tej ziemi wiedzę niemałą. Tryska nią z każdego wersu, aż wstyd Koroniarzom, co przy jednym stole z panem Pawłem zasiedli, że wiersze jego czytać muszą z Encyklopedią. Paweł Krupka sam jest Encyklopedią ziemi wileńskiej. W topografii jej mało kto go wyprzedzi, a i szczegółów ze świata tamtejszych myślicieli i i artystów może się od niego uczyć. Sprzyja wyraźnie historii Obojga Narodów, ale najchętniej unosi się w lazury pod skrzydłami filareckiego Adama. Tyle w ogólności o Poecie. O książce będzie mi już nieco trudniej opowiedzieć, gdyż tak, jak pod względem tematycznym jest ona wyjątkowo jednorodna (Wilno, ziemia wileńska, jej tradycja i kultura), o tyle z uwagi na gatunek literacki i styl jest niejednolita. Jakiż bowiem dystynktywny, poetycki rygor da się wyznaczyć dla całego zbioru? Oczywiście, można powiedzieć, że współczesna poezja często odrzuca wszelki rygor, ale nie dotyczy to poezji Pawła Krupki, który lubi i potrafi znakomicie posłużyć się wyjątkowo wymagającym rygorem wersyfikacyjnym, jakim charakteryzuje się np. gatunek sonetów. Potwierdza to jego cykl „Wileńskich sonetów” – moim zdaniem – najdoskonalszych wierszy tego zbioru. Tak wyrazistego „kręgosłupa poetyckiego” nie mają pozostałe trzy cykle P. Krupki. „Wileński zaśpiew” to teksty piosenek, podporządkowane muzyce, nie dające się porównywać z sonetami i nie wymagające takiego kunsztu poetyckiego.  Oczywiście znak rozpoznawczy wszystkich czterech rozdziałów stanowi „wileńskość”, jako tematyczna differentia specifica. „Wileńskie abecadło” i „Wileńskie klepsydry” łączy też wiele w sensie formalnym. Wyrazisty i zasadny jest w „Wileńskim abecadle” zastosowany przez autora chwyt następczości alfabetycznej przy wprowadzaniu wierszy opisujących znane postaci wileńskie, miejsca czy epizody historyczne, jak np.  Antokol, Belmont, Cela Konrada, Faustyna, Giedymin, Kaziuki, Łukiszki, Mickiewicz, Ostra Brama, Sarbievius,Trocki Zamek, Rossa. Bardziej dowolne natomiast wydaje się wprowadzenie wierszy o tytułach nazw pospolitych, jak np. na d – Domy, u – Ulice , j – Jadło, chociaż każde z nich też zawiera charakterystykę wileńską. Jeszcze większą dowolnością charakteryzuje się chwyt „literowego” wprowadzania wiersza w „Wileńskich klepsydrach”, wiersza opisującego np. znaną postać,np. „I –  SŁAWOMIR WOROTYŃSKI –  „I DO BIELSKA ZNAD WILII / SŁAWKA  ANIELI, /ZWABILI”. Widać wyraźnie, że autor zrezygnował  w istocie z rzeczywistego rygoru – z kryterium alfabetycznego – i zabawia się „pseudo rygorem” przez wprowadzanie opisywanej postaci za pomocą swobodnie wybranej w kontekście litery. Typ wiersza – opisowego epigramatu – o podstawowej funkcji poznawczej, jest w zasadzie taki sam, jak w cyklu ” Wileńskie abecadło” i z tego względu można byłoby je umieścić w jednej klasie, ale to są kwestie sekundarne, które rozstrzyga autor. A ten autor lubi figle poetyckie, lubi sobie poigrać materią językową, strukturami wiersza, „pozabawiać” się z samym sobą i z czytelnikami. To należy również do właściwości jego poezji, która w obu tych cyklach jest trochę igrą, trochę układanką poetycką, w której najważniejszy jest przecież przekaz ugruntowanej, bogatej wiedzy o Wileńszczyźnie, wiedzy w utworze często tylko zarysowanej, niekiedy sprowadzonej do znaku językowego, do frazy, do kulturowego symbolu tradycji. Jest to dziś chyba dość rzadka forma poetyzowania.

            Mnie jednak najbardziej urzekła ta wielce tradycyjna, ale jakże szlachetna, wyrafinowana forma sonetów. One bowiem ukazują prawdziwy kunszt Pawła Krupki i swobodę w operowaniu językiem poetyckim. Trzeba bowiem być doświadczonym i sprawnym poetą, żeby się odnaleźć w tej formie, uprawianej przez mistrzów takich jak Petrarka czy Mickiewicz, by strofy sonetu charakteryzowały się stylistyczną adekwatnością wobec treści i wynikającego z niej nastroju. Spróbujmy się im przyjrzeć, np. sonetowi „Wilno za szybą”. Pojawia się tu trafna diagnoza, a wraz z nią kpina z oglądu świata, a raczej oglądu ekranu wirtualnej rzeczywistości. Wraz z domieszką satyrycznej ironii pobrzmiewa tu nutka uzasadnionego żalu: „Dziś niepotrzebni są światu poeci./ W sercach światłowód zamiast ognia płonie./ Myszy w podróży zastąpiły konie/ i ponad ekran dusza nie uleci”… „Zwykle w Ozasa czeluściach bujamy/ lub w zakamarkach Google’a i Facebooka,/ zaś stare Wilno gdzieś za szybą blednie”.

            W sonecie „Wileńskie chmury” – mamywyraźną  archaizacyjną stylizację językową -szczególnie w składni  i w typie zestawień i związków porównawczych: … „bo przecież Ziemi nie równać się z Niebem” lub …”Nie tężąc ducha, oczom nie uwierzę:/ tak światu chowem są wileńskie chmury”/… „I lustra jezior liśćmi malowane.” 

             Opis ten podporządkowuje się klasycystycznej składni i frazeologii, a czasem tchnie Mickiewiczowską liryką. Paweł Krupka robi to celowo i świadomie, archaizując swój sonet na 19 – wieczną poezję, nawet w zakresie form fleksyjnych: …”tu orły lecą złocistemi pióry”, co pozwala na stworzenie zgrabnego rymu do końcowej części poprzedzającego wersu  … „muśnięte pędzlem słonecznej purpury”. Jest tu też wpleciony klasycystyczny wątek: … „unoszą w tańcu Atenę wraz w Febem”. Szerszy kontekst potwierdza nieprzypadkowość tego typu stylizacji, zresztą całkiem udanej. A wszystko to, aby przybliżyć przeszłość, aby nam współczesnym, ożywić jej obrazy, a przy okazji przypomnieć lub pokazać dzisiejsze tych ziem znaczące zakątki:   … „W Kiernowie pośród kopców spędzę ranek,/z duchami kniaziów miodu się napiję,/ a w Mejszagole z gliny ulepię dzbanek,/wileńską palmę w Krawczunach uwiję./ Trockiej Madonnie ucałuję dłonie,/po Bernardyńskim jeziorze popłynę,/ na zamku Witoldowi się pokłonię/  i Tyszkiewiczów odwiedzę dziedzinę./ Drewniany kościół poznam w Rudominie,/ przy nim na stawie nakarmię łabędzie, w szkole zobaczę baśń o Giedyminie. / W mojej palecie nowych barw przybędzie.”

            W sonecie „Wileńska sława” czuć rozpęd, zawadiacką fantazję, gdy w czas sławetnej szarży wileńskiej młodzieży – tej, co ”do broni” rwała się i „do butelki”, by  również Koronę porwać i rozkołysać: „Rzeczpospolitą ferment porwał wielki,/ kiedy Koronę zajęli Wilniuki.” Ale to już przeszłość odległa. W puencie wiersza gaśnie entuzjazm, bo … „ z Ejszyszek, Święcian, Trok i Butrymańców/ ruszał szlachecki orszak z dostojeństwem/ tchnąc puszczy ducha…” – A dziś? – pyta Poeta i sam odpowiada: „Ledwie z gnuśnych nos wystawia szańców.” Wszystko to w dobrym rytmie, trzymając bezwzględny rygor formy sonetu, a zarazem z tą lekką, ale nie sztuczną domieszką patyny, jaka się należy wileńskiej, a zatem i polskiej szlacheckiej sławie tego niezwykłego 19. wieku. W tym trudnym gatunku poetyckim Paweł Krupka odnalazł się znakomicie, i nie dziwota – nasiąkł, jak mało kto z naszych współczesnych rymopisów, otaczającym go, niepowtarzalnym czarem „tych pagórków leśnych i tych pól zielonych”, hipnotycznym obrazem Matki Ostrobramskiej, bo jak sam wyśpiewał (w cyklu „Wileński zaśpiew”): „Śród mgieł bujam po Belmoncie śladem filaretów./ Wilenki smukła wstęga stopy mi oplata/… Polana Zana wzywa…” Nasycił się tą polsko-litewską tradycją, tradycją  przez historię splecionych ze sobą kultur i losów Polaków: …”Tu w setkach jezior kryją się legendy,/ Brzozy i świerki pieśń o wodzach snują,/Ojczystych dziejów echo niesie wszędy. /Litwy i Polski losy się krzyżują.” (z pieśni „Wileńskie wędrówki”).

I wyśpiewał tę tradycję – dosłownie w „Wileńskim zaśpiewie” – ale najpiękniej w sonecie – najbardziej sformalizowanej konstrukcji wiersza, który paradoksalnie ze wszystkich typów utworów zawartych w tym tomie wybrzmiał najnaturalniej. Może przez tę czystość i szczerość melodii, która się wciąż odbija echem w duszy każdego polskiego humanisty.

Grzegorz Walczak

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko