Andrzej Wołosewicz – Poezja – trzymam się sensu, jak pijany płotu

0
142

      Najpierw wyjaśnienie. Wszystkie słowa składające się na tytuł mam wygarbowane na skórze. Przeczytałem „Istnienie” Leszka Szarugi i mam swoje uwagi. Ale uznałem, że nie są one aż tak istotne dla mnie samego, abym się z nimi wychylał, tym bardziej, że o poezji Szarugi pisałem przy okazji poprzedniego tomiku, więc czuję się w „ostatnich Szarugach” trochę już oczytany. I zmęczony. Takie uczucie dopadło mnie przy lekturze „istnienia”. I już bym sobie odpuścił, gdyby nie recenzja Cezarego Sikorskiego (www.pisarze.pl, nr 23/20)), recenzja na wskroś prawdziwa! Z czym więc mam kłopot? Ano z tym, że to, co recenzent powiedział w trzech zwartych akapitach u Szarugi mamy rozciągnięte w mało strawną papkę podlaną sosem wielu nazwisk, odwołań i cytatów zajmującą ponad 60 stron. Awangardyzm w postaci poezji konkretnej (sam Szaruga o niej wspomina) lekko się zestarzał. Gdzieś tak ze sto lat. Co nie oznacza oczywiście, że ktoś komuś chciałby zabronić.

      Poezja, jakakolwiek, i ta nieodległa od rymów częstochowskich i ta zapełniona nazwiskami z historii filozofii, poezja jakakolwiek, i ta drążąca język do niekomunikowalnych już granic lingwizmu i ta po różewiczowsku potoczysta i tak dalej i tak dalej – zawsze, póki nie jest przekłamaniem jakoś się broni. A skoro jest językiem, to nie jest przekłamaniem dopóty jest okrętem i morzem, po którym okręt płynie jednocześnie. I to też wiedzą wszyscy poetyccy żeglarze. Najlepszym sprawdzianem dla okrętu są według mnie słowa autora „Małego Księcia”: „Jeżeli chcesz zbudować okręt, nie zwołuj mężczyzn, by zebrać drewno, przygotować narzędzia, rozdzielić pracę lub przydzielić zadania, lecz naucz ich tęsknoty za bezkresnym, ogromnym morzem”. W tej tęsknocie cały sens, spytajcie czytelników. Istnieje ona czy nie? – spytajcie czytelników. Tymczasem w „Istnieniu” Szarugi nie mamy nawet zbierania drewna (ani innych czynności), mamy autoanalizę „narzędzi”, przyglądanie się ich mikro strukturze, czasami dokonywanej przez makro-okulary za jakie poczytuję słowniki i – symbolicznie pisząc – encyklopedię historii filozofii. Można to robić, jeśli się coś od siebie dodaje. Ale Szaruga tego nie czyni pozostając na poziomie wyjaśnień do własnych przemyśleń. Autoanaliza, przyglądanie się sobie, swojej pracy literackiej, może być i ciekawe, choć najczęściej tylko dla samego autora. Ale i wtedy niewiele się różni od zbędnego ekshibicjonizmu. Nawet nazywanego „pejzażem lingwistycznym”, „lękiem o kondycję języka, w którym spełnia się swoje długotrwałe już życie” czy „pisaniem i publikowaniem (…) kolejnych cykli sylwicznych”, pisaniem „traktowanym jako zadanie wdzięczne i sprawiające mi  (autorowi, czyli Szarudze) sporo satysfakcji a zarazem intersujące jako wyzwanie tyczące w szczególności osobliwych a często dyskretnych i nie dających się do końca racjonalnie wyłożyć doświadczeń zdobywanych w trakcie przemierzania lingwistycznego labiryntu” (i tak dalej i tak dalej). Zacytowałem urywki z ostatnich dwóch stron „Istnienia”. (Na marginesie – zawsze mam kłopot z tytułami pisanymi małą literą, gdy pojawia się niekonsekwencja, czyli są pisane raz tak, a raz inaczej.) Zacytowałem, albowiem to dwustronicowe dopowiedzenie (zakończenie?) jest w moim odczuciu swoistym przyznaniem się – jeśli autor traktuje jej poważnie – do „porażki”. Dlaczego tak sądzę? Ano dlatego, że odbieram zawarte tu wyjaśnienia jako wyjaśnienia właśnie –  jakby autor „bał się” zostawić nas z dotychczasowym tekstem, tj. tekstem bez tych dwóch ostatnich stron, samych! Jeśli się nie mylę, to wtedy odczuwam to jako „porażkę”. Jeśli zaś się mylę, to powiem tyle tylko – a dla mnie może to znaczyć aż tyle – że  Leszek Szaruga znacznie bardziej podoba mi się z tomiku „W tym samym czasie”, z tomiku sprzed dwóch lat, który miałem przyjemność i intelektualno-literacką frajdę zrecenzować w numerze 1(62)/2019 „Migotań”. Mogę mieć taką gradację swoich czytelniczych odczuć z ostatnich dwóch pozycji Leszka Szarugi? Mogę.

      Jeszcze raz powtarzam – nie zadane aż do tej pory – pytanie, które stawiam całym swoim powyższym tekstem: czy intensywność komentarza, także komentarza do własnych przemyśleń, odczuć, refleksji, błądzeń, może przybrać charakter „aktów artystycznych”?. A w wypadku „istnienia” ukonkretniam pytanie: charakter aktów artystycznych wykraczających poza spatynowane błyskotki i świecidełka poezji konkretnej?

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko