Jacek Bocheński – Pogoda

0
380

Coś mi mówi, żeby przed ujściem zwrócić jeszcze uwagę na pewien, być może, znak czasu. Nie udało się kilka kolejnych rewolucji.

Współczesne rewolucje polegają na tym, że tłumy „wychodzą na ulicę” i czegoś domagają się od władz, na przykład sprawiedliwości albo ustąpienia. Sprawiedliwości nie uzyskują nigdy, natomiast różnie bywa z ustępowaniem władz. Niektóre bronią się do upadłego, niekiedy przypłacają to życiem, niekiedy stają przed sądami, inne potrafią w porę uciec za granicę z milionami, których się nachapały lub już je mają gdzieś tam ulokowane. Zawsze jednak po ucieczce z kraju byli wszechwładni rządcy  stają się rozbitkami zdanymi na łaskę i niełaskę zagranicznych protektorów. Można zrozumieć, że starają się za wszelką cenę tego uniknąć, jak w tej chwili Łukaszenka, nieuznawany, poniekąd już utrącony i zarazem wciąż utrzymujący władzę prezydent Białorusi.

Obawiam się o los białoruskiej rewolucji czy też tamtejszego pokojowego protestu. Trwa od wielu tygodni mimo dotkliwych represji i nie osiąga celu.

Poprzednio kilka rewolucji lub masowych „wyjść na ulicę” nie osiągnęło celu. W Polsce masowe wiece przeciw łamaniu konstytucji, odbieraniu niezawisłości sądom i tak dalej, rozmiarami jak na kraj europejski średnie, ale olbrzymie jak na skłonność przeciętnego Polaka do aktywności politycznej, nie zapobiegły odbieraniu niezależności  instytucjom publicznym przez uparte centrum rządzące. Na nieporównanie większą skalę daremność „wychodzenia na ulicę” przejawiła pogrążona w skrajnym rozgardiaszu ustrojowym, zapaści gospodarczej i ogólnej nędzy Wenezuela. Po drugiej stronie globu bogaty i sprawnie funkcjonujący Hongkong też niewiele wskórał niezmordowanymi protestami młodzieży przeciw presji Chin. Można by podać więcej przykładów, ale starczy.

Różne autorytaryzmy, despocje i sobiepańskie władze po całym świecie nauczyły się przeczekiwać długotrwałe rewolucje tłumów, choć żaden reżim nie potrafi całkowicie się powstrzymać od prób uśmierzania takich przewlekłych rewolt siłą. Jednak „wychodzenie na ulicę” z flagami i stanie na placach jest jedynym sposobem buntu i bronią bezbronnych. W poszczególnych  przypadkach okazywało się do niedawna skuteczne. Teraz przestaje skutkować.

Wynika to prawdopodobnie z kilku przyczyn. Rozmnożenie się małych, nieraz kilkuosobowych zaledwie demonstracji z byle powodu osłabiło powagę wielkich. Pandemia odstrasza część ludzi od przebywania w tłumie i daje policjom dobry pretekst do interwencji. To na świecie. Na Białorusi znaczenie może mieć raczej przechwycona z zewnątrz, na przykład z Polski, wskazówka dla Łukaszenki, że zgromadzenia uliczne prędzej czy później się męczą, same do siebie zniechęcają i dają przeczekać. Dzięki temu Łukaszenka, jeśli zapanuje nie tyle nad Białorusią, ile nad własną frustracją , może tam przetrwać, jak nieuznawany prezydent Wenezueli, Maduro.

Odkrycie, że rewolucje uliczne tłumów, spokojnie przeczekane, nie udają się, jest w chwiejnych czasach cenną nauką dla reżimów. A jaką dla społeczeństw? Prawdopodobnie przełomową, ale nie wiadomo jeszcze, jaką merytorycznie. Coś kończy się, coś jak zmiana pogody wzbiera w atmosferze. Wciąż trzeba mieć nadzieję, że niekoniecznie pogoda dla dyktatur, choć w tym kierunku wieją wiatry.

Jest duszno. A do tego jeszcze musimy nosić maseczki. Tymczasem  liczba zakażeń wszędzie wzrasta.

blog III

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko