Wiesław Łuka Opowiada o nieustraszonych bohaterach z czterech wybitnych filmów, z czterech epok

0
418

TOM, zwolniony warunkowo z więzienia,  zwierza się  matce: „…Chcieli  mnie  zdusić – dobrać się do mojej duszy, żebym się czołgał na kolanach…” (Grona gniewu, reż. John Ford, USA, 1939). ORZCHOWSKI, maszynista z  kolei Warszawsko – Wiedeńskiej prawie z krzykiem opuszcza zebranie partyjne z 1950 roku : „… Nie zhańbię imienia kolejarza…”  ( Człowiek na torze, reż. Andrzej Munk, 1956).  MATEUSZ na trybunie pierwszomajowej obok Bolesław a Bieruta,  przekonuje w 1950 jakiegoś towarzysza: „…Trzeba ufać ludowej sprawiedliwości, która tępi wszelkie szczury i robactwo reakcyjne…” (Człowiek z marmuru, reż. Andrzej Wajda,1977)  DANIEL, pensjonariusz z poprawczaka, udający  księdza, w rozmowie z kapelanem przyjmuje jego maksymę życiową jako swoją: „… Mniej ważne jest skąd przychodzimy, dużo ważniejsze, dokąd  zmierzamy…” (Boże ciało, reż. Jan  Komasa, 2019)

Od książki do rychłego fimu

Toma, bohatera  książki i filmu – wybitnych Gron gniewu, chcieli zdusić podczas więziennej odsiadki  za przypadkowe zabójstwo, ale nie dali rady. Opowiedział matce, jak się nie dawał, gdy go zapytała: „… Czy cię nie zgnoili w więzieniu, czy z chłopca w zwierzę cię nie przemienili i nie zatwardzili w zbója…?” . To jeden z pierwszych, krótkich dialogów matki z synem. Zanim odszukał rodzinę po czterech latach odsiadki , natknął się na sąsiada,  ewangelickiego   pastora. Tu wywiązał się nieco dłuższy dialog  pod drzewem.  Dawny  duchowny, który przed laty ochrzcił  Toma, teraz wygląda jak  włóczęga, jeśli nie jak menel.  Tom pamięta podniosłe kazania ojca Jima Casy ‘ego. A teraz słyszy, że pastor stracił wiarę, bo „religia rzadko kiedy i rzadko komu rozwiązuje  ich ludzkie problemy” . Duchowny  pełnił także rolę egzorcysty  i pamięta „dużo  chwil, gdy cucił panienki omdlałe z powodu opanowania przez demony”. Przyznaje, że  „im nie przepuszczał”, ale czynił to tak, by nie czuły, że grzeszą, bo on „w osobistej modlitwie  pokutnej wszystkie grzechy brał na siebie”. Ten dialog  byłego, podstarzałego  już  proboszcza,  z  młodym parafianinem  – zabójcą, zwolnionym warunkowo  z więzienia – brzmi dużo łagodnej  na ekranie niż w powieści Johna Steinbecka (Nobel 1962 rok).  Film Forda jest opary tylko na motywach powieści.  Zachował  w dużym stopniu  jej reporterski charakter. (Tu wtrącam dygresję z czasów studiów polonistycznych, WŁ:  Steinbeck cenił reportaż jako dziennikarski gatunek i odnosił  autorskie sukcesy często nagradzane.   Był pisarzem  i dziennikarzem , wędrowcem  w latach niby światowego, względnego  spokoju, ale także ciągłych,  wojennych niepokojów.  O miłości do dziennikarstwa   zajmująco  opowiadał  nam ,  studentom w listopadzie 1963 roku w sali wydziału filozofii  warszawskiego uniwersytetu.  To już były lata rozkwitu polskiej szkoły reportażu, a wielu pisarzy i krytyków literackich odmawiało mu jednak wartości literackich. Zapytany o to wielki gość z Kalifornii podkreślał właśnie  wartości literatury faktu. Natomiast z  nieukrywanym żalem  – co pamiętam –  opowiedział  o swojej rozmowie z prezydentem Johnem F. Kennedym, bo właśnie tego dnia obiegła świat  i dotarła do uniwersyteckiej sali wiadomość o zamachu na prezydenta.  Gość przerwał podpisywanie studentom swoich książek. Został wezwany do ambasady amerykańskie. Mnie się jednak udało  zdobyć  chwilę wcześniej autograf na tytułowej stronie słynnej powieści: Na wschód od Edenu.)

Głód w kryzysie

Wracam do filmowych Gron gniewu.  Ekranowe dzieło  dość długo czkało na premierę polską; doczekało się  jej po latach stalinowskich (1957 r.)  Pokazano nam je późno  na jakiejś wewnętrznej  projekcji. To zadziwiające, bo z ekranu pobrzmiewają słowa i myśli, które powinny być  bliższe książce, a raczej nie są. Jednak  czarno-biała  opowieść reżysera,  Johna Forda zachowała charakter  reportażu, o co zadbał współautor scenariusza, właśnie Steinbeck. Pisarz  przeżywał ze społeczeństwem amerykańskim ciężki czas słynnego kryzysu społeczno-ekonomicznego lat dwudziestych przeszłego wieku.  Pisał to, co wtedy widział  w Oklahomie i Kalifornii .  W jednym z jego reporterskich listów czytam: „…  Jest tam pięć tysięcy rodzin znajdujących się w obliczu śmierci głodowej, nie tylko głodnych, lecz faktycznie konających z głodu. Rząd usiłuje dożywiać ich i zapewnić im pomoc lekarską, podczas gdy faszyści, banki i wielcy plantatorzy akcję tę w całej rozciągłości sabotują, podnosząc gwałt o zrównoważony budżet. W jednym z obozów widziałem ospę, dwie kobiety na nią chore , a one jeszcze w tym tygodniu oczekują rozwiązania. Związałem się z tą sprawą od samego początku i muszę udać się na miejsce, by zobaczyć, czy potrafię tu coś zdziałać, by rozbić głowę tym mordercom…”  Ten głód jest przeniesiony na ekran.  

Rodzina Jadów, wysiedlona z Oklahomy, jedzie na rozklekotanej ciężarówce, z byłe jakim „majątkiem”, do Kalifornii w poszukiwaniu pracy. Historyczny kryzys  lat dwudziestych ubiegłego wieku „ w rozkwicie”. Tom, wrócił z   więzienia i w ostatniej chwili  „dobił” do rodziców, dziadków i rodzeństwa.  Wszyscy marzą o zarobku, o zrywaniu kalifornijskich „soczystych pomarańczy i winogron”. Dwójka małych dzieci, ciężarna siostra głównego bohatera,  „zaproszony” do rodziny  pastor – przed nimi prawie trzy tysiące kilometrów  słynnej Szosy 66. Męka podróży, dużo czasu do zabicia, dni głodu, Dolina Śmierci,  burze piaskowe, dwa nagłe, przydrożne pogrzeby dziadków,  ostre starcia  z innymi  wędrowcami do krainy „mleka i miodu”,  jeszcze ostrzejsze starcia z policją. Krwawy incydent zabicia  przez policję byłego pastora,  męski odwet Toma, jego strach przed policyjną pogonią (tym razem już dwukrotnego zabójcę).  Tom nocą  zostawia rodzinę i ucieka nie wiadomo dokąd, raczej tam, gdzie go oczy poniosą.  W ostatniej chwili mówi matce: – Nie wiem, skąd bierze  się zło, nie wiem, czy się uda kiedyś naprawić świat i człowieka… Zostawia matkę w rozterce, bo jej wykłada: – Człowiek nie ma swojej duszy, tylko jest cząstką wielkiej duszy człowieczeństwa, która należy do wszystkich…  Mama  wyznaje, że tego nie rozumie, a syn przyznaje, że tego też nie rozumie. Całuje w czoło śpiącego ojca. I znika z jakimś tobołkiem.

 Obraz Johna Forda tchnie autentyzmem scen i nastrojów.   Pobrzmiewają tu nawet  śpiewane, ale tylko w mojej wyobraźni odległe dźwięki pieśni rewolucyjnej: „ Wyklęty, powstań ludu ziemi… powstańcie, których dręczy głód…”  Wiadomo, że Steinbeckowi nie  były  obce  idee – dziś byśmy powiedzieli –  wschodniej,  czerwonej zarazy. Można również przywołać  tu biblijną przypowieść o „człowieku wiecznym tułaczu”  

Tresowanie kolejarzy

Bohater dzieła Andrzeja Munka, Orzechowski,  to mężczyzna nie z tych, których dręczył fizyczny głód chleba w latach stalinowskich. Natomiast dręczył go stres z powodu baraku  dyscypliny pracy  swoich  podwładnych. Pracę  zaczynał w II Rzeczypospolitej, a wtenczas maszynista (niekiedy zwany mechanikiem)  wchodził do parowozu ze skórzanym  kuferkiem i w białych rękawiczkach. (Znów moja dygresja zapamiętana z lat akcji filmu Munka:  Mój rodzony  brat, Stanisław  Łuka, s. Stanisława i Anastazji,  wtedy zaczynał  pracę  właśnie pomocnika maszynisty na siedleckiej, wielkiej  stacji PKP. Przed służbą nie wkładał  białych rękawiczek , bo ich nie miał. Jego obowiązkiem było sypanie węgla do pieca parowozu, a kwadrans wcześniej zaopatrzenie lokomotywy  parowej w wodę. Brat jednak znał status  swego, jeszcze  przedwojennego maszynisty,  Prekurata.  Kilka lat później  namówiłem Staśka, już maszynistę,  na obejrzenie filmu Munka. Zauważyłem w siedleckim kinie Podlasie w jego oczach łezkę, gdy filmowy, oczywiście bezpartyjny,  bohater  z ekranu demonstracyjnie opuścił partyjne zebranie, na którym  partyjno – zetempowskie prezydium zza stołu dokonywało na nim osądu. WŁ ).

Zarzucono Orzechowskiemu, że pomocnika i palacza karci przed rozpoczęciem pracy,  gdy ci przypominają  o nakazie „góry”: oszczędzać węgiel,  sypać do pieca  czarne paliwo gorszego gatunku, zwiększać przebiegi, zintensyfikować współzawodnictwo pracy;  a wszystko podporządkować wykonaniu zobowiązań socjalistycznego, słynnego  Panu 6-letniego.  Pomocnik maszynisty, Zapora,  zetempowiec oskarżył  szefa  do kolegów, a jakże – zetempowców,  o  tresowanie młodych kolejarzy.  Na zebraniu  partyjnym „treser” usłyszał, że jest „czarną owcą”, więc opuścił salę. Partyjna czołówka zarządu kolei oraz partyjne kierownictwo miejskie dyskutowało  w swoim gronie, czy znajdzie się  materiał na oskarżenie maszynisty o sabotaż i szpiegowską   współpracę  z zachodnim wywiadem. Padła propozycja: przestrzec kolejarzy, że na niektórych parowozach pracują szpicle. Jednak nie ogłoszono tego hasła.  

Wysłano za to Orzechowskiego na emeryturę.  Przymusowa, przedwczesna wysyłka  starego kolejarza na  aut,  to zachęta „wyrzutka” do rychłej śmierci.  Znalazła  ona sobie nie taką rzadką, nie tylko w tamtych czasach , formę. Dokonała się samobójstwem na torach. Kierownictwo partyjne szukało teraz sposobu  uwolnienia się od oskarżeń o spowodowanie śmierci „czarnej owcy”.  Kolejny wydumany,  prosty pomysł – oskarżenie dróżnika kolejowego o wepchnięcie  emeryta pod pociąg. Wmawiano to dróżnikowi, ale biedak  się wybronił. Dzięki temu wymowa filmu Munka nabrała  głębokiego wymiaru  tuż  po końcu epoki stalinowskiej  i końcu królującego  wówczas w sztuce socrealizmu. Samobójcy  przydała zasłużonego, niestety, tragicznego, egzystencjalnego bohaterstwa jednostki, a rzeczywistości  tamtej epoki  przykładu politycznego, ogólnospołecznego  zwyrodnienia, które przyszło z sąsiedniego, wschodniego mocarstwa. Akcja filmu rozgrywa się w za ostatnich lat życia Stalina, ale pokazanie jej na ekranie i w innych sztukach,  stało się możliwe po słynnym Październiku 1957 raku.  I właśnie wtedy pojawił się Człowiek na torze, jedno z pierwszych dzieł „polskiej szkoły filmowej.   Ujawniły się artystyczne i filozoficzne talenty jego twórców, Andrzeja Munka oraz scenarzysty Jerzego Stefana Stawińskiego.  Dzięki temu dziełu namiętni miłośnicy historii filmu mogą się uśmiać  z  tamtych metod  zbiorowej tresury  społecznej rodaków, którym również na dworcach kojowych  nakazywano wrzaskiem z mikrofonów  walkę ze stonką ziemniaczaną, zrzuconą nam  samolotami z imperialistycznej Ameryki. A także z mikrofonów nakazywano  „proletariuszom   wszystkich krajów’, by się łączyli. 

Dzieło Munka proste  w kompozycji  i w narracji  – typowe jak na tamte czasy, zalecało się widzowi łatwością odbioru. To ważna  opowieść o człowieku, który nie był łatwy we współżyciu. Może wymagał od siebie  za dużo i uważał, ze inni muszą mu dorównać we współżyciu. A żył w epoce, która nie pozwalała na indywidualizm.  Tolerowała tych, którym wystarczało do egzystencji i zadowalało słuchanie „góry”. On realizował się  przez przedwojenne i wojenne lata, w  których wskazywał innym, jak ma być .Teraz  nie potrafił zmienić roli.

Serducho z marmuru

Arcydzieło Andrzeja Wajdy,  Człowiek z marmuru sięgnął  retrospekcyjnie również  do lat komuny w najbardziej zwyrodniałym wydaniu, właśnie do lat stalinizmu – budowy miasta i  gigantycznego zakładu w Nowej Hucie. Jednak akcja filmu rozwinęła się w  treści  i nabrała  filozoficznej głębi  dwie dekady później,  w komunie dużo łagodniejszej wersji.  Przypominam symboliczną  scenę zwyrodnia stalinowskiego systemu, określam ją bez wątpienia – historyczną. Główny bohater filmu, Matusz  Birkut , przodujący  murarz, budowniczy Nowej Huty  towarzyszy przyjacielowi, także murarzowi  Witkowi w jego przesłuchaniu w gmachu bezpieki.  Mateusz siedzi  na korytarzu i nie może się doczekać końca przesłuchania. W pewnej chwili otwiera z determinacją drzwi gabinetu ubeka i… widzi go samego.  Niewielki gabinet  nie ma żadnych, bocznych drzwi, ma tylko okno. Mateusz pyta gospodarza miejsca:  gdzie  Witek Michalak, który  kilka godzin temu tu wszedł?  Na twarzy  ubeka pojawia się uśmieszek zdziwienia. Jego pytanie  w  powietrze:  Czy tu ktoś był?… To mistrzowska, metaforyczna scena traktowania  człowieka w  nieludzkich czasach. Pierwsza myśl widza – wyrzucono człowieka przez okno!?. Człowiek  tu był i „się zmył”? Nie, nie zmył się, ale go „zmyto”? A w dalszej akcji filmu Witek zaskoczenie  pojawił się jako…  jeden z dyrektorów innej wielkiej budowy socjalizmu, Huty Katowice; awansował, bo poszedł na usługi „systemu’. Dwaj murze byli przyjaciółmi w najtrudniejszych latach komuny.  Jeden z nich, jak widać,  dość szybko zrobił „karierę”, awansował. Drugi, ten„ z marmuru”, niezłomny  przeciwnik nieludzkiego ustroju, zniknął z ekranu. Zdążył  zaliczyć lata jakiejś odsiadki  w więzieniu, doczekał się syna,  przeżył  rodzinny dramat rozstania  z kochaną żoną, która poszła „za innym” i w alkohol.  Ale już go nie widzieliśmy. Widocznie serducho  „z marmuru”  odmówiło działania i nie dało szansy  doczekania się wnuka. Jednak to serducho, silnie bijąc  za życia,  miało niekwestionowany  udział w kruszeniu „nieludzkiego”  systemu, który słabł. My, staruszkowie pamiętamy, że panował jeszcze  „ładne lata”.

Artystyczne  zwycięstwo w mękach

Jesteśmy już przy drugiej odsłonie  przedstawienia  ekranowego, wybitnego i różnorako nagrodzonego w świecie.  W epoce gierkowskiej  dzieło  Andrzeja Wajdy powstawało w politycznych mękach  realizacyjnych.  Chyba na jego szczęście ówczesny minister kultury , Józef  Tejchma  zareagował  w tracie realizacji  inaczej niż filmowy dyrektor telewizji: „Wolę mieć kłopoty z tym filmem niż spokój z innymi”. ( Zaskakujące wsparcie z góry? Tak, ale różnie bywało  – Tejchma za swoją głośną opinię stracił  ministerstwo.) Te męki z lat gierkowskich oglądamy  właśnie w drugiej odsłonie. Niezwykle ambitna  studentka szkoły filmowej zaparła się, że zrobi  dyplomowy , dokumentalny film o  bohaterze epoki stalinowskiej, Mateuszu Birkucie.   I tu przypomnę  drugą historyczną i zarazem symboliczną scenę filmową.  Ambitna  dokumentalistka, Agnieszka   dopięła swego. Zrobiła film na przekór przestraszonego dyrektora telewizyjnego . Powstał   film o przodowniku pracy epoki stalinowskiej, Mateuszu Birkucie.  W tej historycznej scenie  filmu Wajdy,  Agnieszka, odnalazłszy już dorosłego syna Mateusza,  idzie, prawie maszeruje,  korytarzem gmachu telewizji. Nagle z toalety chce wyjść tchórzliwy dyrektor – widzi  młodych prawie w „marszu”.   W popłochu cofa się, zamyka drzwi, chowa się w  „sraczu” niemal przed nosem panny reżyser  i młodego Birkuta;  oni nie zauważają  tchórza.

  To druga, nie do zapomnienia  scena  Człowieka  z marmuru: komunistyczne zakłamanie i tchórzostwo przegrywają z odwagą i determinacją młodej,  nowej siły. Ona rosła wraz z nadzieją przynajmniej na uczłowieczenie  systemu władzy.  Jego obalenie przyszło znacznie później.   

Opowieść Wajdy przemawia nowym językiem nie tylko  w polskim kinie. Oglądaliśmy kompozycję scen i wątków  ułożoną nie chronologicznie  w porządku  czasowym akcji, często  zaskakującą, niespodziewaną, trudniejszą w percepcji. Arcydzieło  zaczyna się w latach pięćdziesiątych, a kończy prawie trzy dekady później.  Bohaterowie, to ludzie wykształceni, często posługujący się  językiem  skrótów, niedopowiedzeń, metafor i innych figur  stylistycznych. Ich  zrozumienie wymaga bystrości widza, ale równocześnie skupienia w odczytywaniu treści (często ukrytych) obrazów i słów. A warto pamiętać,  że bystrość i skupienie łatwo konfliktują się wzajemnie.

 Oczekiwania bożego ludu

Młode, inne już kilka dekad temu, aktualnie  zakrólowało w naszej rzeczywistości;  już zdążyło  ewaluować wraz  z demokratyczną dynamiką przemian społeczno-politycznych. Najbardziej opornie  reaguje na te przemiany   Kościół katolicki. Jednak jest do nich społecznie zmuszany na naszych oczach. Tego wybitnym artystycznie przykładem jest bohater Bożego ciała  wreżyserii  Jana Komasy.  Że wybitnym, oceniamy nad Wisłą, ale tak samo myślą światowi krytycy i miłośnicy filmu. Dowodem tego są liczne nagrody i prestiżowe  nominacje.  Bardzo młody bohater dzieła, Daniel, „drobny” przestępca, jednak już pensjonariusz  domu poprawczego, wchodzi  z odwagą  w wymarzoną  od dzieciństwa rolę księdza. Zastępuje w niej  przypadkowo spotkanego,  starszawego proboszcza ze zharatanym zdrowiem. To wynik  uzależnienia od alkoholu i pęczniejących wątpliwości  co do osobistych relacji  duchownego z Panem Bogiem.  Daniel podczas zasadniczej rozmowy  z  innym księdzem , kapelanem poprawczaka, usłyszał maksymę życiową, również pęczniejącą  w nim: „Nieważne skąd przyszedłeś, ważne dokąd zmierzasz” .

Dwudziestolatek  nie wie, dokąd zmierza, ale widzi gołym okiem , że Kościół instytucjonalny w  ojczyźnie  także nie  wie dokąd  idzie. A może nawet wie, że dawno, dawno temu obrany  kierunek  i  głoszone treści są tak przestarzałe , jak szmirowata, choć nowa  jest wiejska kapliczka poświęcona ofiarom niedawanej miejscowej katastrofy samochodowej.  Jednak Kościół  to wie  i wierni wiedzą , ale  jego kierownicy, duchowi pasterze, są odporni  na potrzebne  zmiany.  Dwudziestolatek  z poprawczaka, fałszywy duszpasterz, zastępca  proboszcza  wprowadza  z determinacją i   demonstracyjnie  zmiany w przebiegu liturgii i głoszeniu  kazań. Jak one są potrzebne  i oczekiwane przez boży  lud świadczy  wysoki  stopień ich  akceptacji w  wiejskiej parafii.

Wybitne dzieło Jana Komasy, świetnie zagrane  przez  chłopca z poprawczaka  i towarzyszącą mu, młodą  wiejską parafiankę,  jest kolejnym  silnym głosem za zmianami oczekiwanymi przez słabnący w wierze lud.  Wygląda jednak na to, że bardzo długo będziemy na nie czekali. A czego symbolem  w ostatniej scenie  filmu jest mocno zakrwawiona twarz  Daniela , pokiereszowana przez rówieśników z poprawczaka. Bohater ucieka nie  wiadomo dokąd.  

Boże ciało przemawia świeżością języka narracji i  bogactwem metaforycznych scen.  Powtórzmy maksymę życiową bohatera:  „.. Nieważne skąd, ważne dokąd…” A tego nie wiemy. Groza. Tylko bohaterowie Człowieka z marmuru z prezentowanej  czwórki wybitnych filmów wiedzą  „dokąd”.  Czy dziś nie przydałaby się nam ta wiedza?

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko