Krystyna Habrat – PEWNIE KWITNĄ JUŻ W PARKU MAGNOLIE?

3
385

  Zaczął się Wielki Tydzień – czas od Niedzieli Palmowej do Wielkanocy. Za oknem  drzewa obsypane kwieciem, kwiatki żółcą się i bielą pośród zielonej trawy, słońce świeci cały boży dzień, a tu wszyscy siedzą w domach. Cicho wszędzie. I strach.

  Dziwny to czas.  Czegoś podobnego nie pamiętam. Może stan wojenny u nas i zamachy terrorystyczne w USA 11 września 2001 roku.

  Zapanował koronawirus. Pandemia. Cały świat przerażony.

  Na szczęście większość z nas nie jest zarażona tylko musi siedzieć w domu, ale to nie ta prawdziwa kwarantanna, jaka twardo obowiązuje  tych, którzy mogą już zarażać, bo mieli kontakt z kimś zarażonym.

  Więc jeszcze nie jest tak źle.

  Czytamy książki, szykujemy święta, wyglądamy przez okno. Coś porządkujemy, coś zmieniamy. Tylko im więcej ma się wolnego czasu, im mniej do roboty, tym bardziej nie chce się nic.

  Najtrudniej zacząć. Zabrać się do jakiejś działalności. Mnie też tym razem wyjątkowo nieskładnie idzie mi dziś rozpoczęcie  felietonu. Jak nigdy. Tyle myśli  szaleje w mojej głowie, ale wszystkie nie najciekawsze.

  W parku pewnie kwitną już magnolie. Niestety nie dane nam ich w tym roku podziwiać. Nie wychodzimy z domu, żeby się nie zarazić. I nie zarażać  potem innych.

  Pod koniec  I wojny światowej też przeszła przez świat podobna epidemia. Historia uczy, że była to hiszpanka, a niektórzy  twierdzą, że w miejscu, o którym opowiem – tyfus. Być może jeszcze i ten się tam przyplątał. Mały chłopiec, może 8-letni,  trafił do szpitala jako pierwszy z rodziny. Za nim po kolei rodzeństwo, wreszcie rodzice. Chłopiec wyzdrowiał pierwszy i wrócił do pustego domu. Tylko nie miał co jeść, nie miał się nim kto zaopiekować. Z sąsiedniej posesji, gdzie mieszkała ciotka, dolatywało czasem ostrzegawcze: “nie zbliżaj się  do niego, bo się zarazisz!”.  Kupował sobie suche bułki i mleko i tak przetrwał kilka dni, aż  powoli  zaczęli powracać do domu: ojciec… kilkoro dzieci. Tylko matka – nie.  

  I cóż z tego, że  dobrze się im  powodziło, ojciec na dobrym stanowisku, najstarszy brat urządzony, gdy nie było już matki. Niby siostry się chłopcem opiekowały, jak i młodszym bratem, ale  miały  własne zadania  życiowe, plany, sercowe rozterki i ślubny kobierzec. Ojciec był zapracowany, najstarszy brat  aż w Wilnie.  Wkrótce  jedna z sióstr, ta, która tak cierpliwie tłumaczyła chłopcu zadania domowe, przed samą maturą zmarła na gruźlicę.  Chłopca zabrał brat.

  Opowiadała mi o tym mama. Ten chłopiec to był mój tato. Tylko od niego niewiele się dowiedziała, a  więcej od jego sióstr.

   Tato  zapytany o  dzieciństwo – milczał jak zaklęty. Nie dziwiłam się też, że nigdy nie zaprowadził mnie na grób swych rodziców, choć jeździliśmy do jego rodzinnego miasta. Chyba nie chciał tego pamiętać. Nigdy  nie chciał  wspominać.  Raz tylko napomknął, że, biegając po dworze, wrzucił przez otwarte szeroko okno do pokoju, wielki portfel, jaki dostał od brata, bo mu zawadzał, i pobiegł   do kolegów. A jego mama za chwilę wchodzi tam i  woła zdumiona, że pośrodku świeżo pomalowanej podłogi coś leży! Tu urwał, jakby go coś zabolało  i   już nic nie dodał.  O  zabawnych wydarzeniach ze szkoły – opowiadał chętnie, o balach również. Jak to ktoś na Sylwestra przyszedł przebrany za koguta i gdy zegar zaczął wybijać  północ – zapiał i zniósł jajko. A na innym balu ktoś słysząc,  nostalgiczną: “Ostatnią niedzielę”, wyszedł i się pod oknami zastrzelił. Pewnie  przeżywał coś podobnego.   Tato ujawnił nawet, co nieco, o polowaniach z najstarszym bratem, gdy przypadkiem trafił się nam raz zając na potrawkę. Za to, gdy wspominał ówczesne filmy, na które  namiętnie chodził i podobno widział wszystkie,  odżywał. Zaraz wyliczał  tytuły ulubionych. Najbardziej wzruszał go, pełen patriotycznych uniesień, film “Młody las”.

  I znowu mamy światową epidemię. No, tego się nie spodziewałam. Ale jakieś ledwo uchwytne niepokoje mnie już targały.  

  W grudniu, nawet w samo Boże Narodzenie, czytałam “Miasto ślepców” Jose Saramagi.  To powieść o epidemii ślepoty.  Ludzie w jednej chwili przestawali cokolwiek widzieć i tym zarażali   jeden drugiego. Pierwszy nie mógł ruszyć samochodem spod zielonych świateł, bo widok przysłoniło mu coś białego. Zaczął wołać o pomoc. Zaraz pojawił się “dobroczyńca” i odwiózł go do domu, ale samochód  ukradł. I tak zresztą już niepotrzebny, gdy on nic nie wiedział. Ale zaraz ślepnie i złodziej. I lekarz, badający pierwszego ślepca. Autor  doskonale przedstawia  przerażające konsekwencje  rozszerzającej się zarazy, reakcje społeczne, emocje poszczególnych osób, patologię, rozpaczliwe poczynania władz, obrazy wymarłego miasta ze stosami trupów i wreszcie zatracanie się w ludziach ludzkiej cechy.  Kiedy już nic nie działa, brakuje wody, prądu i jedzenia, niespodzianie ktoś odzyskuje wzrok. Potem drugi i  inni. Jedna tylko osoba, żona lekarza, nie wiadomo: dlaczego? cały czas widziała. Gdyby nie ona nic by się nie udało.

    Czytając tę książkę, cały czas myślałam, że to wszystko w naszych czasach, z naszymi osiągnięciami nauki i techniki – niemożliwe. A jednak… Byle pozostała choć jedna osoba, jak ta żona lekarza z powieści, która widzi.

  Najdziwniejsze, iż książka ta choć nie wydana aktualnie leżała pośród nowości i ją wybrałam, nie zważając, że nazbyt smutna na czas świąt. Zwyciężyła moja zasada, że tylko poważne książki powinny karmić moją inteligencję.

  Tylko potem miałam jeszcze bardziej koszmarne sny. No i sprawdziło się.  To był jakiś znak – myślę.

  Na ostatnim spacerze przed obowiązkowym siedzeniem teraz w domu podziwialiśmy już w parku  krokusy, fioletowe i żółte, jaśniejsze i ciemniejsze. A wcześniej całe połacie białych przebiśniegów. Na trawniku pod oknem złocą się pierwiosnki i mlecze, co widać z okna. I dalej jakieś białe, których z daleka nie potrafię określić.

  Jestem szczególnie wrażliwa na te wszystkie wiosenne kwiaty i bazie na drzewach, bo w dzieciństwie tego nie znałam. Widywałam tylko na kartkach z życzeniami świątecznymi i nie wierzyłam, że te białe dzwoneczki i zwisające bazie w dzbanuszku obok pisanek naprawdę istnieją. A mieszkałam w nowoczesnym mieście Stalowa Wola, koło pięknego lasu sosnowego i wokół naszych dwupiętrowych  bloków rosły wszędzie dużo od nich wyższe sosny. Tu była zupełnie inna biocenoza. Trawy na piaszczystym podłożu bardziej podobne do nadmorskich, las sosnowy  przejrzysty, bez zarośli i kwiatów. Czasem tylko tu i ówdzie wyrastał nikły, liliowy dzwonek, to żółty dziurawiec, a miejscami kępy paproci, jagód i borówek.

  Pamiętam raz przed Wielkanocą, gdy byłam mała, tato  zabrał mnie, gdy  szedł z kolegą na kotki. Przeszliśmy kawał lasu, w końcu nogi mnie rozbolały i tato niósł mnie na rękach, ale żadnego kotka nie widziałam. A dobrze  patrzyłam, czy gdzieś na drzewie nie siedzi, bo tato i ten pan tam się rozglądali. Dopiero wtedy tato mi  wytłumaczył, że to chodzi o bazie, takie przecież białe i puszyste kuleczki niczym małe kociątka. W Ostrowcu, skąd obaj przyjechali, tak się  je nazywało – kotki. Tylko tu były inne drzewa. Same sosny. Ale bazie już znałam, bo były w  kupowanych na Niedzielę Palmową palmach, z kolorową trawką, jakiej nie znałam i znanymi mi dobrze gałązkami borówek.

  Borówki u nas w lesie rosły, czerwone, i czarne jagody. Gdzie indziej nazywają je na odwrót i zawsze mnie bawi, jak ludzie potrafią się zaperzyć w udowadnianiu, która nazwa jest właściwa. Nie wszystko jedno? Tu tak, tam inaczej. No nie, język mi cierpnie na widok napisu: “Lody borówkowe”. Przecież borówki są kwaśne i cierpkie. No smaczne, ale nie na lody. Ale w Krośnie,  dokąd jeździmy, jest właśnie tak: czarne to borówki i już. Oni tu mają tyle ciekawych zabytków, legend, historii, widoków, nich mi więc moich jagód nie zabierają!

  Myślę, że ubóstwo przyrody mojego sosnowego lasu,  a właściwie ubóstwo pozorne, wcale nie zubożyło mojej wyobraźni. Nawet nie to, że w wakacje widywałam   inne okolice, inne miasta z ich atrakcjami, ale tu mieszkając cały rok, z tych widoków i smaków wysączyłam tyle, że często czuję się bogatsza od innych. Uwrażliwiło mnie to na książki nieco egzotyczne, Conrada, Hemingwaya, Verne’a, na naukę o sprawach nieprzyziemnych, a wzniosłych. I na taką przyrodę, jakiej tu nie było. Dalekie podróże mogły się zrealizować  nieco później. Wcześniej pochłaniałam książki o Madagaskarze i Paryżu, gdzie śpiewała moja ukochana Edith Piaf.

   Wcześniej, gdy znalazłam w Krakowie,  duże wrażenie zrobiła na mnie soczysta zieleń Plant i parków taka  odmienna niż szarość moich sosen z ubogim poszyciem. Ja nawet nie czułam u nas  zapachu żywicy, którym się wszyscy zachwycali. A tu było tyle drzew liściastych i  tyle zieleni. Lubiłam przysiąść gdzieś na ławeczce z koleżankami, czasem sama z książką i się ta przyroda napawać.  Nikomu o tym nie mówiłam, żeby mnie snoby nie wyśmiały. Oczywiście najważniejsze skarby tego miasta zaliczyłam już podczas egzaminów wstępnych na studia. Już pierwszego dnia po przyjeździe  weszłam z koleżankami na Wieżę Mariacką. Kupowałyśmy bilety, gdy strażnik zaczął Hejnał i zdążyłyśmy dobiec po drewnianych schodach zanim skończył. Widziałyśmy stamtąd  dachy Krakowa, ulice, zieleń. Miałyśmy jeszcze siły zwiedzać co najważniejsze kościoły i Wawel z Dzwonem Zygmunta. Tak biegałyśmy przez kilka dni. Potem obowiązkowo muzea i teatry.

  Zamieszkałam w starej kamienicy u dwu sympatycznych pań, matki i córki. Tylko  ich sąsiadki  darły nosa, że są z Krakowa.  

   – Czy była już pani w Teatrze słowackiego? – zapytywały. – Tam trzeba iść jak najprędzej. Zobaczyć słynną kurtynę Siemiradzkiego i  towarzystwo, jakie tam bywa. Ach!

  – Pójdę, jak będą grali coś ciekawego.

  – Och, nieważne co grają! Byle się tam znaleźć wśród tych ludzi… Tego bogactwa…

    Mnie życie tych   pań wydawało się  smutne, bo  ograniczone w  niewielkim kręgu: małe mieszkanko bez wygód, wanny i kafelek,  kawałek zapyziałej ulicy, gdzie wyprowadzały psa, oraz od lat to samo krzesło w pracy, a  w niedzielne popołudnie zawsze ta sama kawiarnia. Te same twarze przy sąsiednich stolikach. I nawet o tej samej porze w  tramwaju. Podczas jazdy do pracy i z powrotem. I na kolację ciągle to samo…

  Ja miałam dużo więcej wrażeń, przemierzałam pieszo więcej ulic, więcej przeżywałam. I w teatrach szybko się zadomowiłam. I filharmonii i na wystawach. I w bibliotekach. Tu najwięcej!  Wszystko mnie wtedy cieszyło.  To pozytywne nastawienie pozwalało przeżyć oddalenie od rodziny.

  Ale zieleń Plant naprawdę mnie uwodziła.  W przerwach pomiędzy zajęciami siadywałam tam  z koleżankami na ławce. Coraz więcej wśród przechodzących obok  było znajomych i często padało jakieś powitanie, krótka choćby rozmowa.

  Po latach usiadłam z mężem na tej samej ławce. Przechodziło obok wiele ludzi, ale my już nikogo tu nie znaliśmy. Nikt nas nie witał, nie cieszył się z naszego widoku. Zrobiło mi się melancholijnie.

  Nagle koło naszych kolan zaczął się przesuwać korowód przedszkolaczków.  Para za parą.

  – Dzień dobry – powiedziało nam jedno.

  – Dzień dobry! – odparliśmy uradowani.

  Wtedy następne dziecko powiedziało szybko: dzień dobry! I następne.

Dzieci mijały nas i wszystkie po kolei się nam kłaniały grzecznie, a nam nie było już markotno.

  Tak, długo byłam zakochana w Plantach krakowskich, które na wiosnę całe zakwitały, a w zimie każda gałązka bielała oszroniona.  Lubiłam je, jak wcześniej nasz las sosnowy, a potem mój pobliski, wielki park.   Dlatego teraz, gdy podczas epidemii, siedzę jak wszyscy w domu, tym bardziej tęsknię za widokiem tego parku, za spacerami i wyjazdami za miasto. Ale trudno.

  Czytam w internecie niepokojące wiersze o pandemii kojarzonej z końcem świata. Myślę chwilami podobnie. Tylko aż boję się ubierać to w słowa. A przecież od miesięcy na widok niepokojących wydarzeń na świecie nawiedzała mnie refleksja: przecież musi to   pieprznąć! A tu coraz bezczelniej zło szczerzyło zęby. Drwiło z nas. Nie, nie szatan, ale ludzie, niektórzy,  demonstrowali, że niczego się nie boją, że wolno im wszystko i posuną się w tym tak daleko, jak   zechcą. Zadziwiali i przerażali, a wielu im przyklaskiwało.

    Nieoczekiwanie zobaczyliśmy w telewizji, jak niepokorny dźwig burzy w Paryżu stary kościółek katolicki, by w tym miejscu powstał parking dla samochodów.  Stare musiało odejść, bo samochody teraz ważniejsze.  Miejsce, gdzie ludzie czerpią nadzieję i sens życia – należało według realnie myślących zburzyć.

   Niedługo później stanęła w ogniu kilkuwiekowa katedra, oddawny symbol miasta, które się ma za stolicę kulturalną świata. Katedra Notre-Dame. To było niesamowite. Nie do uwierzenia, iż ten symbol się pali. Dlaczego? Na naszych oczach. Film to? Jawa? Naprawdę?

  Coś podobnego odczuwaliśmy podczas zamachu terrorystycznego na USA  11 września 2001 roku. “To jakaś audycja” – pomyślałam wtedy, słysząc w radio, że samoloty lecą na Pentagon i dalej spokojnie gotowałam obiad. Pamiętałam przecież film Wellsa o ataku kosmitów, który wywołał straszną panikę. Nagle dobiegły mnie  z pokoju  nawoływania rodziny. A byliśmy w poważnych nastrojach, wróciwszy dopiero co z cmentarza, od grobu mojego taty, bo tego dnia wypadła 12 rocznica jego śmierci. Wchodzę do pokoju, a tam telewizja pokazuje ogień i walące się budowle. I znowu samoloty wbijające się w najwyższe nowojorskie wieże. One osuwają się na ziemię. Jakby klękały. To, jakby nagle walił się cały świat. Takie się wówczas miało wrażenie.

  Teraz, po dziewiętnastu latach, narasta pandemia koronowirusa. Znowu przerażenie wzbiera. Ludzie się zarażają. Coraz więcej ich umiera. Lęk już wszystkich owładnął.  Istna panika!

 Na szczęście syn mnie uspokaja, że jeszcze nie jest  tak źle. Tylko trzeba wszystko myć, dezynfekować, opakowania od razu wyrzucać. I siedzieć w domu.

  Dom też ma tysiące możliwości.

Można poczytać dawno odłożone książki.  Zadbać o dietę i się odchudzić, gdy o zakupy trudniej. Po prostu starsi nie powinni wychodzić z domu, bo są bardziej narażeni, a młodsi muszą unikać  skupisk ludzkich, gdzie ktoś z wirusem może zakaszleć, kichnąć.

  Jakieś zapasy trzeba jednak mieć, aby któregoś dnia nie zostać bez niczego i wtedy, jak się to mówi: “zęby w ścianę!”.   Jednak trzeba wytężyć inteligencję, żeby robić posiłki i nadchodzące Święta z tego, co się ma w domu. Dokupować jak najmniej i nie narażać na zarażenie ( jakie te słowa podobne!) siebie lub tego, co robi te zakupy. Trzeba nauczyć się obywać bez  nadmiaru rzeczy. Analizować, co tak naprawdę niezbędne. Przecież mówiło się od dawna, że nadmierna konsumpcja doprowadzi nas do zguby. Na śmietniskach lądowały zbyt szybko, a tak celowo, psujące się lodówki i komputery. To zatruwało środowisko. Tak jak spaliny samochodów. Czy to nie był kolejny znak ostrzegawczy?

  Szkoły zamknięte. Obok zdalnej nauki przez internet i telewizję powinno wrócić niegdysiejsze hasło: SAMOKSZTAŁCENIE! Ilu  przed wojną samouków doszło do czegoś, choć nie mieli dostępu do szkół. Dużo czytali książek naukowych i literatury pięknej.  Tego już w dobie internetu i smartfonów młodzież nie zrozumie. Kiedyś po internecie krążyła fotka z muzeum, gdzie uczniowie   przed obrazem “Warta nocna” Rembrandta  siedzieli tyłem zapatrzeni w swoje smartfony. Być może słuchali tak wyjaśnień przewodnika. Ale ten, co zrobił to zdjęcie sugerował co innego. Przecież nie podnosili oczu na obraz.

  Tak, na naszych oczach świat się tak błyskawicznie zmienił poprzez techniczne nowości, jak komputery, internet, smartfony, że niestety wiele mądrości odeszło w niebyt.  Należy wypracować nową filozofię, tak w dziedzinie pedagogiki jak i kultury. Przecież inaczej się już czyta. I inne książki. Inaczej się myśli.  Nieco starsze panie, inteligentne, wykształcone i oczytane (znam takie), a ciągle nabywające wiedzę tylko z książek, powinny wreszcie  się przekonać  do komputera, którego się boją. 

   Z powodu epidemii zamknięte szkoły, biblioteki, teatry. Nawet fryzjerzy. Wkrótce wszyscy będziemy wyglądać, jak pewna krowa ze Szkocji z całą głową okrytą grzywą, spod której sterczą tylko rogi.

  Więc jeszcze o rogach.

Ja znałam jeszcze ludzi, którzy nigdy nie wypowiadali słowa: “brzuch”.  Mówili: “Boli mnie w sobie” albo “Boli mnie żołądek”, ale nigdy: “brzuch”. Jest to nawet pokazane w “Lalce” Prusa, gdy pani Stawska opisuje Rzeckiemu  lalkę córki, która mówi.  Tak, dawniej bardzo starannie dobierano słowa. No, pewnie nie wszyscy, ale dziś rzucanie mięsem i robienie z siebie buraka, chama, ćwoka, uchodzi u wielu za dobry styl.   Popisują się tak publicznie ludzie znani z imienia i nazwiska,  często z pierwszych stron gazet, ale też ludzie z małych  mieścin. Oni tym sposobem się dowartościowują.   Tego słownictwa i tych ataków politycznych nie daje się już znieść. To zło musi wreszcie raz pieprznąć. Och, i ja nie znajduję na to przyzwoitszego określenia.  Wszystko staje się trywialne.

  To też jakiś znak!

  A ja miałam sympatię do wirusów! Tak. Do tych wstrętnych, szkodliwych,  wyrządzających tyle zła.  Zadając kiedyś na Psychologie na UJ, dostałam na ustnym z biologii takie tematy: 1) “Żaba jako  organizm przejściowy” i 2) “Wirus, jako ustrój przejściowy”. Egzaminator uprzedził, że gdyby mi tematy nie odpowiadały, da mi inne. Ale mnie było w to graj! Miałam w liceum dobrego nauczyciela. Wprawdzie męczył, żeby udowodnić uczniowi, ze on sam jest mądrzejszy, ale był oblatany w literaturze spoza programu, więc pomimo braku w tamtym roku podręczników, dużo nas nauczył. Żaba, to proste – ustrój wodno-lądowy, więc należy wymienić jej narządy przystosowane do życia w wodzie i te do życia na lądzie. A wirus to ustrój pomiędzy materią martwą , a żywą. Teraz nie pamiętam już co wtedy mówiłam, ale zaskoczyłam egzaminatora ciekawostka o eksperymentach w tym względzie, o których on powiedział, ze nie słyszał. O dziwo! Przyznał się! Nie udawał najmądrzejszego! I zaraz opowiedział mi o podobnych badaniach, z czego ja podekscytowana egzaminem, niewiele zrozumiałam, ale kiwałam poważnie głową, jakby mu równa. A siwy, starszy pan, z komisji egzaminacyjnej tylko się miło uśmiechał. Dopiero później dowiedziałam się, że to był Roman Ingarden z katedry filozofii, wtedy rektor UJ. Ale wyniku egzaminu nie poznałam. Tylko dostałam się na studia! I dlatego dotąd lubiłam wirusy.

  O radosna przewrotność młodości! Później też niezbędna! Choćby w obliczu światowego smutku z powodu jednego wirusa. Nie upadajmy na duchu!

   Mamy kwarantannę, to czytajmy więcej książek. Więcej prawdziwej literatury pięknej! Ukulturalniajmy się. I tak podnośmy naszą inteligencję, co jakoś stało się mniej modne, oraz opanowujmy emocje.  Powróćmy do dawnej elegancji zachowania. Może jeszcze świat się aż tak nie popsuł?  

  No tak, ale taka nachalna pedagogizacja teraz mierzi. Wolimy przecież: Hulaj dusza!

   Znalazłam akurat w internecie recenzję polecającą nową książkę o emocjach. Takie książki bardzo mnie pasjonują. Sama jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale zawsze warto poznawać nowe osiągnięcia. Ta  lektura szczególnie mnie zaciekawiła, bo recenzja pozwala dogłębniej poznać jej zawartość treściową i ją docenić. Chętnie ją przeczytam, gdy tylko koronawirus pozwoli na otwarcie bibliotek i księgarń.

   Mam nadzieję, że znajdę w niej obok problemu emocji tłumionych jeszcze te nietłumione, które wyzwala się nazbyt szybko, pochopnie i potem żałuje, gdy się kogoś niepotrzebnie zrani albo samemu okaże się przez to osobą mało kulturalną. Sama nieraz bym komuś łeb, no głowę, urwała, ale natychmiast przyszyła z powrotem. Ciągle pracuję, nad swym opanowaniem.

  Ciekawa jestem też, co poradzić na plagę naszych czasów nadmiernego folgowania sobie w emocjach, co przejawia się w publicznym demonstrowaniu tego, co dotąd nie wypadało. Wstyd przecież było pokazać się jako ktoś niekulturalny, nieobyty, cham, burak. A teraz, o dziwo, nawet w telewizji można zobaczyć tak nieprzyzwoite zachowania, jak publiczne wyzywanie innych, brudne słowa (wulgarne), kłamanie w żywe oczy bez zahamowań, bezwstydne pokazywanie niedoborów swego intelektu, kultury osobistej czy oczytania, wybuchy złości, popisy nienawiści, itd? A hejt w internecie? Ośmielę się powiedzieć, że jednak potrzeba nam jakichś hamulców. Byle więc nie przesadzić w tę lub drugą stronę. Myślę, że odpowiedź znajdę w tej książce.

/Małgorzata Kuberska – “Ile ważą emocje”/

  Ciekawe czy  zalecona kwarantanna w domu z powodu  koronawirusa skłoni więcej osób do czytania książek?

No to polecę jeszcze jedną książkę za recenzentką z internetu: KSIĄŻKI WARTE CZYTANIA. To japońska. książka: Ichiro Kishimi, Fumitake Koga- ODWAGA BYCIA NIELUBIANYM”

  Ja już w szkole się zastanawiałam, jakiej odwagi potrzeba, aby być sobie słabym uczniem, a tym bardziej złym, potępianym przez wszystkich. Znosić, że rodzice się martwią, że nie jest się kimś ważnym wśród kolegów, że nauczyciele nie lubią. Łatwiej było być dobrym uczniem. A, że ktoś tego zazdrościł, ktoś może nie lubił, było mniej ważne. Wystarczało pomagać innym, podpowiadać, dawać odpisywać. No, nie zawsze. Jednak trzeba się uodporniać na to, co mówią o nas.  Sama długo bałam się złych recenzji wobec mojego pisania. W sumie nie było i nie jest tak źle. Inna sprawa: ile ludzi  moje pisanie czyta? Tu nie tylko ja, a wielu kolegów i koleżanek po piórze musi mieć odwagę, by na to nie zważać, a robić swoje nadal. No, do czasu.  Póki nie zabraknie odwagi. 

  Tak i teraz  w obliczu pandemii koronowirusa życzę wszystkim  spokoju i odwagi. Będzie przecież lepiej.

  Bylebyśmy się choć trochę zmienili. No, na lepsze.

Magnolie jeszcze zobaczymy.

Krystyna Habrat

Katowice 8.4.2020r.

Reklama

3 KOMENTARZE

  1. Piękny i bardzo mądry tekst. To prawda, świat zatrzymał się nagle. Na jak długo ? Czy wyciągniemy wnioski ? Czy dany nam wolny od obowiązków czas wykorzystamy na rozważne przemyślenia, dokąd zmierzamy ? Zniszczyliśmy nie tylko środowisko, nie tylko to, co wokół nas. Zatraciliśmy także poczucie przyzwoitości. Od samej góry do samego dołu. Brak kultury słowa, media nie stawiają poprzeczki, której przekroczyć nie wolno. Pisze się, gada się byle co, byle głośniej, byle nie dać się przekrzyczeć. Dyskusja w studio tv na ogół kończy się chóralnym wrzaskiem, charakteryzującym się brakiem początku, końca i sensu. Nie mogę tego słuchać. Smutno. Zadziwia mnie fakt, że zewsząd płyną porady, jak spędzić czas z rodziną. Bo czasu sporo. Czy to nie sygnał, że coś się porobiło złego ? Musimy słuchać podpowiedzi na te nadzwyczajne okoliczności ? Coraz mniej wiemy o sobie, o najbliższych. To smutne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko