ELŻBIETA MUSIAŁ – wokół książki „Mela Muter. Gorączka życia” Karoliny Prewęckiej

0
567

Lecz gdybyś mnie malowała,
chropowatą ochrą namaściła czoło,
czy bezruch dłoni uniesie zwątpienie,
jaki smutek włożyłabyś w oko, symbol jaki
skryła za głową, moja ty bohaterko
od lat nienapisanego poematu.

Elżbieta Musiał


Mela Muter. Portret sauté 

Kiedy ktoś mówi mi komplement „malujesz portrety psychologiczne”, wewnętrznie buntuję się. Nie, nie maluję portretów psychologicznych. Nie wiem nawet, jak się do tego zabrać. Czy osoba znajdująca się przed sztalugą jest dobra, szczodra, obłudna, inteligentna? Nawet nie zadaję sobie tego pytania. Po prostu staram się zawładnąć nią, tak samo jak przywłaszczam kwiat, pomidor czy drzewo”.

To słowa Meli Muter pozostające w polemice z krytykami i recenzentami jej malarstwa. Oni komentują, że wnika w głąb modela, ona – że raczej wkłada weń siebie. Oni – że sportretowany staje wprost „nagi” przed widzem, z objawioną prawdą własnego charakteru i jakby został uchwycony w nieuchwytnym i „nieraz może jedynym momencie zdrady wewnętrznej przed innym człowiekiem” (Mieczysław Sterling). Twórczość polskiej malarki nazywali „intuicyjną”, a portrety „arcydziełami sztuki malarskiej”.

„Kocham każdy mój model, nawet najbrzydszy. A jeśli nie potrafię go pokochać, nie umiem go też namalować” – powiadała. W istocie, musiała kochać tych ludzi o garbatych nosach, bezimiennych modeli bretońskich wiosek i tę parę staruszków z obrazu olejnego „Dwa wieki”. Musiała, skoro taką czułością obdarzyła matki karmiące dzieci, och, te obrazy są czystą ideą macierzyństwa (tworzyła je po śmierci jedynego syna). Po mistrzowsku chwytała stany emocjonalne i utrwalała niuanse statusu społecznego. Swoją uwagę ogniskowała na drugim człowieku. Fascynowali ją ludzie z ich prawdami. Umiała ich otworzyć, nawiązać nić porozumienia. A malując, dawała upust własnemu nadmiarowi emocji. Zwielokrotniała tym samym ekspresję wyrazu. Widać to w liniach ciała, w układach rąk, ale nade wszystko w oczach. Raz jest to przenikliwe spojrzenie, które mówi wiele, innym razem oczy są przejmująco puste i wtedy skrywają znacznie więcej.

Jedno jest pewne, Muter nie znosiła upiększania modeli, nawet tych, którzy płacili jej za zamówione portrety. Stawała po stronie wewnętrznego przeżycia. Farbą, kolorem, efektami fakturalnymi, układami plam rozprawiała się z czymś najtrudniejszym do wyrażenia. Nie zniekształcała rysów twarzy, jak wielu awangardowych malarzy, ale specyfika artystycznych środków gwarantowała formułę nowoczesną. I w poszukiwaniu tych właśnie wartości dawali się portretować arystokraci i inteligencja Paryża początku XX wieku. Pozował jej nawet premier Georges Clemenceau. Kontakty nawiązywała łatwo, jako że sama należała do tej artystyczno-intelektualnej socjety. Muter była wziętą portrecistką, która nie podąża za modami. Z obowiązujących trendów belle epoque i późniejszych brała to, co z nią współgrało. Gdy we francuskiej stolicy krystalizowały się nowe nurty – fowizm, kubizm, ekspresjonizm, ona umiała wypracować swój osobisty, unikalny styl, równie ekspresyjny, który określano jako „męski”. I znów była w kontrze, gdyż sztukę stawiała ponad płciowymi podziałami i to w czasach, gdy szkoły malarstwa dopiero otwierały drzwi dla kobiet. “Nie jestem kobietą, jestem malarką” – mocno akcentowała.  

Uwieczniła wiele pomnikowych postaci życia artystycznego. Auguste Rodin, Diego Rivera, Leopold Gottlieb, Stefan Żeromski, Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Leopold Staff i inni. Niektórych poznała już w Warszawie w rodzinnym domu otwartym dla artystów i hojnym (ojciec Fabian Klingsland był mecenasem sztuki). Z Władysławem Rejmontem łączyła ją przyjaźń, został świadkiem chrztu, gdy zdecydowała się już jako dorosła osoba z wiary żydowskiej przejść na katolicyzm (1922 r.). Płomienny romans ze Staffem stał się powodem rozpadu jej pierwszego małżeństwa z Michałem Mutermilchem, ojcem jej jedynego syna (Andrzej miał wtedy 3 lata). Uczucie do poety rozgorzało zaledwie 2 lata po wyemigrowaniu Mutermilchów do Paryża. Co ciekawe, artystka uwieczniła na obrazie kochanka i męża, gdy panowie rozgrywali partię szachów. Michał nie był świadomy uczuć małżonki. 

Buntownicza, niepokorna, niezależna, uparta, bezkompromisowa, zawsze wierna sobie. A przy tym piękna, dumna i utalentowana. W mężczyznach wzbudzała podziw i pożądanie. Mela Muter też ulegała miłosnym fascynacjom. Nierzadko wdawała się w romanse, o życiu prywatnym starała się jednak nie rozprawiać. Życie po prostu przeżywała, dogłębnie, gorączkowo. Potem tę gorączkę przelewała na portretowane postaci. Malowała zachłannie i niestrudzenie, jakby twórczość była jej ucieczką. Gdy brakowało podobrazi, wykorzystywała surowe tyły już istniejących płócien (strony recto i verso), a czasem wręcz nanosiła kolejny obraz na obraz, nierzadko też cięła je na mniejsze formaty. Dopuszczała ingerencję w ukończone dzieła nawet po latach. Po śmierci matki „zgasiła” świecę (przypisany atrybut) na jej portrecie.

Dwa lata przed śmiercią miała kolejny zryw, przemalowała wiele płócien, gdy po udanym zabiegu na zaćmę odzyskała wzrok. Operację opłacił dr Bolesław Nawrocki jr, polski dyplomata i kolekcjoner. Otóż wyruszył on do Paryża, by odnaleźć piękną nieznajomą z portretu, który wisiał w rodzinnym domu. Intrygowała go kobieca postać, przyglądał się jej jako chłopak podczas lekcji fortepianu. Tą nieznajomą była Mela Muter. Odnalazł ją nieco zdziwaczałą i wegetującą w jakiejś paryskiej piwnicy, która wtedy była jej domem i pracownią. To cud, że zaufała Nawrockiemu i… zdążyła jeszcze sportretować go w turkusowym swetrze. Na szczęście Nawrocki też zdążył spisać rozmowy z nią, na które przystała po długich namowach. Odnalazł również obrazy rozproszone w wielu miejscach (nawet w składach mebli i opału) i porozdawane dawnym znajomym. Tak powstała kolekcja dzieł tej znamienitej malarki, kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich. Natomiast archiwalia, które zgromadzili, przekazali do Archiwum Emigracji w Toruniu. Wiele obrazów Muter posiada też Jankilevisch Collection. W oparciu o te właśnie zasoby mogła dojść do skutku wystawa w niebywałej przestrzeni 42. piętra apartamentowca Cosmopolitan w Warszawie jesienią 2017 roku. Mela ze swojego autoportretu na powrót mogła zerkać przez szklane ściany na Warszawę z góry, na Leszno, gdzie był niegdyś jej rodzinny dom i gdzie przeżyła swoje pierwsze 25 lat.  

Mela Muter ożywa w naszej pamięci po wielu dziesięcioleciach zapomnienia, pomimo że była Polką (żydowskiego pochodzenia), Polakom prawie w ogóle nie była znana. Z niebytu wydobyło ją kilka krajowych wystaw, m.in. w Toruniu w 2011 roku (kolekcja Nawrockich) i wspomniana w Warszawie w 50. rocznicę śmierci malarki. Tę głośną na 42. piętrze obejrzałam i ja, z wielkim wzruszeniem. Mela zawładnęła mną już znacznie wcześniej. Zarówno malarstwo, jak i burzliwe życie poruszały we mnie czułe struny. Jej emocje były moimi. Dlatego z zainteresowaniem przyjęłam książkę Karoliny Prewęckiej „Mela Muter. Gorączka życia”, która ukazała się w październiku 2019 roku. Jest pierwszą biografią tej znakomitej malarki (wśród znakomitych) początku XX wieku. Prewęckiej z dostępnych danych, wyszukanych recenzji i ocalałych listów udało się stworzyć ciekawą i spójną całość. „Opisałam drogę prowadzącą mnie do Meli oraz przebytą w jej towarzystwie. Nie rywalizuję z historykami sztuki, czy znawcami szeroko rozumianej epoki, w której żyła i tworzyła. Zdecydowałam się pójść za impulsem, za spojrzeniem Meli, uwiecznionym przez Ignacego Łopieńskiego na obrazie, który widziałam w Muzeum Narodowym” – o swoim osobistym podejściu opowiada Prewęcka Natalii Kuchcie w opublikowanym wywiadzie na booklips.pl.    

Prewęcka próbuje odpowiedzieć na pytanie, które i ja sobie zadawałam, jak to możliwe, że malarka tego formatu, która tak dobrze spożytkowała talent (ponad tysiąc obrazów), która kiedyś zyskała uznanie krytyków i europejską sławę, na starość żyła w kompletnej izolacji i nędzy. Zapomniana przez wszystkich. A przecież wcześniej pojedynkowali się o nią Mojżesz Kisling z Leopoldem Gottliebem, podziwiali Wyspiański, Chagall, Picasso i Matisse. Była muzą Staffa i Rilkego. Na próżno jednak szukać w zapiskach obu poetów osobistych wzmianek o niej, no może z wyjątkiem kilku listów do Rilkego i jednego wiersza Leopolda „List”: „Pytasz mnie, jak się czuję. Tak, jak czuć się może / Człowiek dość pełnoletni w końcu listopada, / Gdy w niebie zmierzch pochmurny i błoto na dworze, / A za oknem bez przerwy deszcz ze śniegiem pada…”.

Głęboko przeżyła również związek z młodszym o 15 lat lewicowym pisarzem i dziennikarzem Raymondem Lefebvre’m, przyjacielem syna. Dla Lefebvre’a rozwiodła się z mężem. Niestety, młody kochanek po zaledwie trzech latach znajomości zginął w katastrofie morskiej (1920 r.), a za dwa lata od tej śmierci umarł jej ojciec. Po kolejnych dwóch latach targnęła nią następna rozpacz – zmarł jedyny syn Andrzej. Odchodzili wszyscy, których kochała. To wtedy w załamaniu po raz pierwszy porzuciła na cztery lata malarstwo, niemal całkowicie. Wielka amplituda. Sława i miłość przeplatały się z czarnym smutkiem i dojmującą samotnością. Jej życie było nie mniej ekspresyjne, niż artystyczne eksperymenty i twórczość. Mocno żyła, mocno kochała i doświadczała.  

Publicysta i znawca rynku sztuki Janusz Miliszkiewicz nazwał Melę Muter „Delfiną Potocką naszego stulecia”, a ja – kochaną bohaterką mojego nienapisanego poematu.

26 kwietnia mija 144. rocznica urodzin Meli Muter, a właściwie Marii Melanii Mutermilch z domu Klingsland. Urodziła się w 1876 r. w  Warszawie, zmarła w 1967r. w Paryżu. 

Elżbieta Musiał

Karolina Prewęcka „Mela Muter. Gorączka życia”, Fabuła Fraza, 2019, s. 326

Zdjęcia dzieł Meli Muter zrobiłam podczas wystawy w Cosmopolitan w Warszawie, Twarda 4

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko