Wiersze tygodnia – Andrzej Kosmowski

0
498
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


kropla czasu

czy to się naprawdę zdarzyło
wszak trwało ledwo mrugnięcie
załzawionego oka
 
ta chwila gdy
żarliwy oddech ognia
zerwał wodę do lotu
i dostępny mi świat
stracił swój znany kształt i barwę 

jak udało się uchwycić
ową kroplę czasu
gdy wszystko już się zdarzyło
i nic jeszcze nie było jasne
i tylko jakaś tajemnicza siła
uchylała w zawieszonej w powietrzu
kipieli ognia i wody
portal przeistoczenia

a zaczęło się dość banalnie
łapczywy jęzor lawy w
jaskrawych barwach krwi i żółci
połykał przestrzeń
która jeszcze chwilę wcześniej
była kamienistą górską łąką
to uśpiony islandzki wulkan
niespodziewanie wyruszył 
z korną wikińską pielgrzymką
ku brzegowi atlantyku 

tym razem doszedł
i stało się 

widziałem
jak charon
odpycha wiosłem
łódź od naszego brzegu

czy to się naprawdę zdarzyło

rozgrzana para
miłosiernie oblepiała okulary


otchłań 

szaroniebieska toń
rozmyte granice
morze które nigdzie się nie kończy
niebo które nigdzie się nie zaczyna
gęsty skłębiony wojłok mgły
 jak roztańczona tkanka łączna
mistyczny miraż
lub tylko zdroworozsądkowe alibi

słona łza oceanu osiada na lewym policzku
słodka łza z chmur osiada na prawym policzku
a potem zgodnie płyną
do portu wąsów i brody

orzechowa łupinka lekko drży pod nogami
próbując coś zrozumieć z bezruchu fal
niewyraźny maszt dawno  zapomniał
przesłanie rozpiętych żagli
i bawi się w chowanego kłębkami chmur
jakby już rozpakował  przesyłkę z breslau

cisza wdziera się pod sztormiak
dojmujący bezgłos fal i wiatru
powoli wypełnia  czaszkę
mantrą
wieczności

i nagle wiem
że wszyscy moi zmarli 
też gdzieś  tutaj są

nie jestem zupełnie sam


lodowiec cieli się o świcie

wmówiono nam
sakralny majestat
odwiecznego snu
lodowej góry 

tak było
jest
i będzie

wszak odarpi syn egigwy
wciąż ma przytulne igloo
w zakurzonym kącie
mojej skojarzeniowej rekwizytorni

 bladym świtem stoję przy sterburcie statku
i patrzę w zaciągnięte bielmem oczy wieczności

a z wyspy dobiega
przejmujący apokaliptyczny
skowyt wiatru
zaplątanego w pułapkę
świeżej lodowej szczeliny
jak głos archanioła  i  dźwięk trąby bożej

i nagle stało się
lodowiec  drgnął
 otrząsnął się
jak ziemia z ludzi
w starej  indiańskiej legendzie

wznoszący się dźwięk trąbki
sięgnął obojętności  nieboskłonu

bo niespodziewanie  cały masyw
dostojnie i niespiesznie
ruszył  w ostatnią lądową podróż
pękał  powoli i przesuwał się powoli
bardzo powoli
centymetr po centymetrze
metr po metrze
pełzł ku przeznaczeniu

wznoszący się dźwięk trąbki
sięgnął obojętności  nieboskłonu
i niespodziewanie przeistoczył się
w ravelowskie crescendo na orkiestrę
rozrywające uszy
i wbijające ostre igły poznania w oczy

i oto masyw zerwał się do biegu 
zsuwając  się w otchłań oceanu
wieczność zdychała na moich oczach

parę dni później
już w duńskim porcie
zrozumiałem

 to tylko grenlandia znów
próbuje się stać zieloną wyspą
wszak wciąż śni w polarne noce
 o tym zachwyconym spojrzeniu
pierwszego wikińskiego żeglarza
gdy o świcie potknął się wzrokiem
o jej ukwiecone  brzegi

sny są wieczne


ogród dziadków w żychlinie

od jakże dawna o tym wiem
a jednak za każdym razem boleśnie zaskakują
troskliwie zadeptane tropy dzieciństwa

przepastny
pełen tajemnic sekretów
baz schowków
wojen aliansów i  miłości
ogród dziadków 
przemieniony
 w skład budowlany

już tylko w mrocznych tunelach snów
zachowały się rozświetlone tunele tego ogrodu
a ja wciąż siedzę z dziadkiem 
w konarach gruszy
zwanej panienką
i znów rozmywają się  granice
prostują drogi
mieszają się czasy
historie role ludzie
a każdy trop wiedzie
w moją przyszłość

choć mój czas przeszły
okazał się czymś
zupełnie odmiennym
od tamtej przyszłości
to
jutro przyjeżdża wnuczka
a ja
rozpaczliwie szukam
swojej gruszy


bramka

we wczorajszym śnie dowiedziałem się
iż  ostatnio u wejścia do czyśćca
zainstalowano niczym w metrze
automatyczne bramki

do ręki wepchnięto mi kartonowy bilet
w kolorze gustownie ognistym
z optymistyczną niebiańsko-niebieską obwódką

gdy wsunąłem go  w czytnik
na wysokości oczu wyświetliło się
jaskrawe elektroniczne napomnienie 

nie bój się niczego
tutaj
zranić cię mogą
jedynie twoje własne decyzje

było czego się bać  

obudziłem się zlany potem

i nadal się boję


xxx

bezsenność
promień księżyca
bezradnie szamocze się
w sieci firanki


przejście graniczne

tuż za plecami strażników
długie cienie topól
nielegalnie prześlizgują się
na drugą stronę 


Starość

za przyciemnionymi szybami jutra
ktoś pospiesznie wymiata
strzępki babiego lata
nazywanego niekiedy nadzieją

tożsamość sprawcy jest niepewna
podobnie zresztą jak
i samo jutro 


gdzieś na podolu a może koło lubania

wierni dawno temu
rozwiani po tym
i po tamtym świecie
przez przeciągi historii  
a w porzuconym
zrujnowanym
kościółku 
strzępki modlitw i pieśni
wciąż tulą się
niezłomnie
do cegieł
w załomkach
poszczerbionych murów 


noga

dla Grzegorza Malechy

na boisku w jordanku przy banacha
każdy chciał grać jak eusebio
pele był niedosiężną jaskrawą gwiazdą
na nieboskłonie marzeń
I może się zdziwicie ale johan cruyff
nie zaistniał wówczas jeszcze
w zbiorowych modlitwach

a potem niespodziewanie pokochaliśmy george’a besta

dla mnie to był pierwszy krok
w krainę poezji


warsztaty poetyckie w hotelu prima

to miało być spokojne śniadanie
po niespokojnej nocy
w hotelu na kiełbaśniczej we wrocławiu

tymczasem do mojego stolika
dosiadł się znany z widzenia
a już na pewno z nazwiska
delikatny młody poeta
i głosem drżącym jak struny rozstrojonych skrzypiec
rozpoczął międzygeneracyjny dyskurs
przekonywał z ogniem w gwiaździstych oczach
iż prawdziwy współczesny wiersz
musi mieć jaja
i żyć zgodnie z naturą
żadnego słusznie minionego  pierdu pierdu
bez nabiału nie ma poezji

po czym z oburzeniem odprawił kelnera
próbującego serwować  jajecznicę na boczku
z dobrze wystudiowanym nabożeństwem
przełamał  pachnącą chrupiącą bułeczkę
która jeszcze przed chwilą
swobodnie serfowała po mikrofalach
i posmarował masełkiem zapewne  jarmużowym
tyle że w rzeczywistości nie było to masło
lecz  emulsja tłuszczowo-wodna
wytwarzana poprzez katalityczne uwodornienie
płynnych olejów roślinnych

przed nim dymiła radośnie
jak optymistyczny krater etny
american coffee
w wersji instant
jakże niezwykłej subtelności potrzeba
by w jej rzadkich wodach 
odnaleźć zapach
rozpalonych etiopskich  płaskowyżów
a on prawdziwy artysta potrafił
pewnie pomogła mu śmietanka
która oczywiście też nie była
śmietanką
lecz skomplikowanym związkiem
chemicznym

nim skończył śniadanie
już wiedziałem

współczesny wiersz
musi być zbudowany na bazie nabiału
pod warunkiem
że nie będzie on nabiałem
dixi


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko