STANISŁAW GRABOWSKI – „KTO Z NAS NIE SCHODZI W KOPALNIE DZIECIŃSTWA?” Franciszek Maśluszczak wspomina (część pierwsza)

0
331

            Pani Barbara, żona Franciszka Maśluszczaka, stawia przed nami, na stole, filiżanki z kawą i ciasteczka. I dyskretnie się wycofuje. Zostajemy sami. A dokładniej, to ja zostaję sam na sam, z wybitnym artystą malarzem i grafikiem, który zechciał się podzielić ze mną swoimi wspomnieniami z dzieciństwa.

            – Zastanawiałem się o czym będziemy rozmawiali – mówi Franciszek Maśluszczak  – i pomyślałem, że powinienem wrócić do lat dziecięcych. Stamtąd wszystko się bierze, przede wszystkim ciekawość świata, odwaga, wyobraźnia, świeżość spojrzenia, którą należy jak najdłużej zatrzymać w sobie. „Kto z nas nie schodzi w kopalnie dzieciństwa?” – pytał Stanisław Grochowiak, poeta, którego znałem i ceniłem.

            Urodziłem się we wsi Kotlice, leżącej nad rzeką Siniochą, która znajdowała się jakby na styku trzech powiatów: Tomaszowa Lubelskiego, Zamościa i Hrubieszowa. Mieszkańcy Kotlic posługiwali się tak zwanym językiem chachłackim. Wojna i czas powojenny sprzyjały przemieszaniu się zasiedziałej dotąd ludności. Sporo znalazło się u nas np. uciekinierów z Warszawy. Odeszli

 Żydzi… Moi dziadkowie dobrze pamiętali lata pierwszej wojny światowej i najazd konarmii Budionnego. Budionny zresztą wtargnął do chałupy moich dziadków i… poprosił o mleko. Polska przeżyła ledwie dwadzieścia lat niepodległości i rozpoczęła się druga wojna światowa. W naszej okolicy działał oddział Armii Krajowej zwany „Wikliną”, do którego należało wielu gospodarskich synów. Nasłuchałem się, jako młodzik, sporo opowieści o nich, o bitwach i potyczkach z Niemcami. Z Kotlicami związany był szczególnie pluton dywersji bojowej zwany „Orlikiem”. Ostrzegano nas, dzieci, przed niewypałami i niewybuchami.

            Muszę jeszcze dodać, że w naszej wsi, zresztą, jak w wielu innych, było sporo ludzi, których mógłbym nazwać kolorowymi. Taki Oleś na przykład. Wkładał kołek między nogi i biegł z nim często dłużej niż godzinę. Miał kondycję.

            Ale poza tym „od małego” byłem wdrażany do pracy. Na przykład kopałem torf, albo też z ojcem, miał na imię Józef, jeździłem do młyna, którego właściciel nazywał się Płaneta. Moja mama Zofia z przywiezionej mąki piekła chleb, raz na dwa tygodnie. Był to wielki dzień w naszym domu, należało wtedy chodzić na paluszkach. Wypiekała też ciasteczka, które jadało się z własnymi konfiturami.

            Ojciec miał dwadzieścia uli. I też było przy nich trochę roboty. W lipcu były rojenia. Rój siadał na gałęzi. Bzyczał głośno. Strach było do niego podejść. Jednak trzeba było wpakować go do ula, przykryć daszkiem i szybko się oddalić. Przy okazji wspomnę o takim wydarzeniu. Stryjenkę pokąsały pszczoły, zapuchnięta, nie wyglądała dobrze. Narysowałem ją wtedy i pobiegłem pokazać moje dzieło. Miała do mnie wielkie pretensje…

            Muszę dodać w tym miejscu, że nasz dom był obszerny. Miałem własny pokój, a w nim stół z czarnego dębu, który wykonał mój ojciec, który zajmował się stolarką. Stół miał finezyjnie rzeźbione reliefy w liście i żołędzie. To dawało pole do fantazji, podobnie jak zapach drewna, a każde drzewo ma inny, sobie tylko właściwy zapach. Na tym stole rozkładałem się ze swoimi rysunkami. Podkradałem starszemu o dwa lata bratu Marianowi kredki i próbowałem przenieść na papier to wszystko, co codziennie widziałem, np. żebraków, których wtedy nie brakowało. Nie było dnia, żeby nas nie nawiedzali. Wycinałem też z tektury postaci sąsiadów i zawieszałem je na sznurku przy piecu. Niektórzy się obrażali, a mnie dawało to do myślenia, że to, co mnie się podoba, niekoniecznie musi się podobać innym. 

            Kiedyś odwiedziła nasz dom Cyganka, cygańskie wozy często przejeżdżały przez wieś. I zwróciła uwagę na jeden z moich rysunków. „Jaki piękny obraz”, powiedziała. To mnie uradowało. Po raz pierwszy ktoś spoza rodziny docenił mój malunek. A tak po cichu to zazdrościłem Cyganom ich beztroskiego życia. Ech, wyruszyć w świat, przeprawiać się przez rzeki, z których można było bezkarnie pić wodę, wdychać zapach tataraku, słuchać kwilenia czajek. Muszę dodać, że w czasach mojego dzieciństwa ptaków było mrowie. Na przykład wróbli. Jeden z nich, chory, przezimował u mnie całą zimę. 

            Á propos ojca stolarza, który robił stoły, łóżka, krzesła, ramy do obrazów, drewniane elementy wozów, także trumny. Już gdzieś o tym mówiłem, więc tylko powtórzę, że „Byłem zafascynowany odpadami po pracy ojca, klockami, wiórami układającymi się w sprężyny. Teraz przy maszynowej obróbce lecą tylko drobne wióry. Ręczny hebel pozostawiał wstążeczki. Budowałem z tego architekturę na tekturkach. Kiedy ojciec zaczynał heblować, wchodziłem do niego i czekałem na obrzynki. To był świat moich zabawek”.

            Wspominając tuż powojenne lata podkreślmy, że były to czasy wiecznych niedoborów. Brakowało np. kart do gry, ale kto by się tym przejmował. Władza miała ważniejsze sprawy na głowie. Sąsiedzi bliżsi i dalsi, kiedy się zwiedzieli, że maluję, zaczęli mnie prosić „Franuś, namaluj nam karty”. No i malowałem im. Chwalili mnie i nawet coś tam dawali. Robiłem też tzw. szablony, np. w kształcie winogron, z których korzystały gospodynie przy malowaniu ścian.

            Gdybym jednak wspominał tylko o malarskiej pasji byłbym niesprawiedliwy wobec siebie. Intrygowała mnie również muzyka. Jako dziecko wiązałem swoją przyszłość z orkiestrą wojskową. Wiedziałem, że taka znajdowała się w Zamościu. W Kotlicach powstało kółko muzyczne, którym kierował dyrygent orkiestry wojskowej właśnie z Zamościa. Na początek było nas dwudziestu kilku. Przez kilka miesięcy zgłębialiśmy tajniki akordeonu. Na koniec z tych dwudziestu kilku zostało czterech, w tym ja. Jednak miłość do malarstwa okazała się silniejsza, choć do dziś wysoko cenię muzykę i literaturę, zwłaszcza poezję. Nie zapominam, że Bolesław Leśmian w latach 1922–1935 mieszkał w Zamościu, gdzie miał notariat. Jest o nim taka anegdota: „Przyjechała pusta dorożka i wysiadł z niej Leśmian”. Ale mimo niskiego wzrostu poeta był wielki duchem i tak sobie myślę, że gdzieś ten duch w Zamościu ciągle się błąka. 

            Przypomnę jeszcze, co napisała o mnie Hanna Krall, nawiasem mówiąc moja sąsiadka: „Nie rysował matki, która krzątała się przy kuchni, ani ojca, który wieczorami palił fajkę, a w dzień robił wozy i koła. Nie rysował fajki, kuchni, kół ani wozów. Rysował dym. Ściśle mówiąc – rysował nieostrość, którą dym nadawał przedmiotom dosłownym, bo rzeczywistym”.

            A ten dym szedł z pieca w ojca warsztacie stolarskim, w którym często przebywałem. Muszę zaznaczyć, że dzisiaj nie ma już takich dymów, które ja malowałem. Gdzieś się zapodziały, przepadły?

            Rysowałem też czaszki i piszczele, które wykopano we wsi podczas przebudowy drogi, przeniesiono je na cmentarz. To mnie fascynowało, trochę też przerażało. Dlaczego właśnie ja rysuję ludzkie szczątki? Niepokoiło to też ojca. Tych rysunków starałem się nikomu nie pokazywać. Podskórnie czułem, że ludzie mają inne poglądy na świat, na sztukę, więc niby dlaczego miałem ich drażnić?

            W pięćdziesiątym piątym poszedłem do szkoły. Nie wspominam źle pierwszych szkolnych lat. W klasie więcej było dziewczynek. Na przerwach goniliśmy za zszywaną drutem piłką, łaziliśmy po drzewach. Nasza pani była absolwentką Liceum Pedagogicznego. To była jej pierwsza praca. Pamiętam, że kazała nam rysować kłosy żyta, pszenicy, owsa… Jednego dnia, w pobliżu szkoły gospodarz przyprowadził jałówkę do byka. Płot nie zasłaniał aktu pokrycia. Rzuciliśmy się do okien, żeby zobaczyć, co się będzie działo, zresztą takie sceny nie były nam obce. A nasza biedna pani poczerwieniała i wybiegła z klasy. Na drugi dzień już jej nie ujrzeliśmy.

             W szkole był gramofon, dzięki któremu słuchaliśmy na przykład recytacji wierszy Broniewskiego. Pamiętam, że świetnie je interpretował aktor Świderski. To być może wówczas zaczynało się moje zainteresowanie literaturą, poezją, na pewno ponadprzeciętne. Lektury, które zapamiętałem ze szkolnych lat, to np. książka o malarzu Józefie Chełmońskim, podświadomie zdawałem sobie sprawę, że to wielki artysta. Czytałem też La Fontaine’a. Andersen jakoś mi nie pasował. Byłem regularnym czytelnikiem „Płomyczka”. Z kolei mój ojciec czytał „Kamenę” i prasę rolniczą, do której też zaglądałem. 

            Notabene, z nauką nie miałem kłopotów, ale się do niej nie przykładałem. Z matematyki zadania rozwiązywałem sam, ale miałem kłopoty z zapamiętywaniem dat. Rodzice stale mnie strofowali: „Ty się bierz za naukę, a nie maż po kartkach”. Kierownik naszej szkoły nazywał się… Józef Poniatowski. Miał z uczniami lekcje rysunku. Byłem gorliwy, chętny do malowania więc bywało, że w czasie jednej lekcji potrafiłem wykonać i cztery rysunki. Przydawała mi się malarska zaprawa, którą zacząłem w szóstym roku życia. Pana Poniatowskiego to zaintrygowało. Pytał mnie skąd wiem, jak narysować określony przedmiot, dlaczego właśnie tak? Podpowiedział mi, że z moimi zdolnościami powinienem spróbować nauki w zamojskim liceum plastycznym. I tak zawiozłem do Zamościa moje prace. Dopuścili mnie do egzaminów. Na egzaminie, jako że jestem leworęczny, nauczyciel zauważył, że maluję lewą ręką. Spróbowałem rysować oburącz, ale on się uśmiechnął i mówi: „Nie przejmuj się, rysuj lewą”. I tak, ja mańkut, zdałem do szkoły było nie było elitarnej.

            Dodam jeszcze, że ponadto był egzamin z polskiego, z matematyki. Stworzyłem też z gliny rzeźbę kota, którego nie mogłem ustawić na nogach, dlatego w końcu wyrzeźbiłem go leżącego. Egzaminy były kilkudniowe. Zakwaterowano nas w internacie. Na egzaminy przybyli chętni z Wrocławia, Olsztyna, Włodawy, Hrubieszowa, Lublina, z całej Polski. Ojciec nie bardzo wierzył, że mnie przyjmą. A jednak…  Pojechał do Zamościa załatwiać jakieś sprawy i przy okazji zajrzał do liceum. Przyjechał do domu bardzo zadowolony.  Dostałem się i to za pierwszym razem.  

            Pełna nazwa liceum plastycznego brzmiała: Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych, powstało w 1945 roku. Za moich czasów jego dyrektorem był Zbigniew Kosmiński, mgr filologii polskiej z Krakowa. W 1965 roku zastąpił go artysta malarz Marian Iwanciów.

            Z niepokojem czekałem na spotkanie z nową szkołą we wrześniu. I się doczekałem. Zamieszkaliśmy w tzw. pałacu Zamoyskich. Na sali pomieszczono nas sześćdziesięciu! Ciasno. Łóżko przy łóżku. Zaduch. Żadnej prywatności. Wszystko robiło się przy otwartej kurtynie. W takim tłumie łatwo było się zgubić, ale też łatwo stać się ofiarą. Dlatego umiejętność przystosowania się do tłumu była wówczas bardzo ważna. Trzeba było dobrze pilnować swojego kuferka, bo gapiom ciągle ginęła pasta do zębów, mydło, słoiki np. ze smalcem. W pierwszej klasie było nas trzydziestu. Wielu z moich kolegów było ponadprzeciętnie zdolnych, jeśli chodzi o malarski talent. Jednak nie wszystkim się poszczęściło. Nie wszyscy zostali artystami z Bożej łaski.

            Po pierwszym roku okazało się, że nie będzie z nami kilka osób. Jedną zabił transformator. Dziewczynka, Adela, zmarła na białaczkę. W basenie utopił się także nasz kolega, Jan Matejek. To miało na mnie negatywny wpływ. Czułem się nienajlepiej. Na dodatek miałem kłopoty z językiem francuskim. Do egzaminu z tego języka przygotowywała mnie żona miejscowego weterynarza. Codziennie, przez trzy godziny. Zdałem na trójkę. W sumie w liceum nie błyszczałem. To inni otrzymywali piątki z wszystkich przedmiotów, za czym szły stypendia, nagrody i wyróżnienia. Jakoś im nie zazdrościłem. Pocieszałem się, że wszystko jest jeszcze przede mną! Ba, ale jak to wytłumaczyć rodzicom, którzy przecież łożyli na moje licealne utrzymanie, przejmowali się moją nauką. 

            W szkole obowiązywał regulamin, jak w wojsku. Nosiło się granatowy garniturek, białą koszulę, spodnie z czerwonym lampasem, buty musiały być wypucowane. Nasze życie było pod całkowitą kontrolą. Gdy z kolegą poszedłem do kawiarni, by napić się oranżady, zaraz na lekcji wychowawczej ostrzeżono mnie, że do tego typu przybytku chodzą tylko chuligani.

            Podobnie było z koncertem Niemena w Zamościu. Niemen to od początku była wielka indywidualność, no i ten jego intrygujący głos. A ja lubiłem muzykę. Jednak nasi nauczyciele uważali, że chodzenie na koncerty big-beatowe to nie jest zajęcie dla uczniów [sic!].

            Nie powiedziałem, że szkoła mieściła się w dawnym budynku klasztoru Franciszkanów. W głównej nawie znajdowało się kino. W nawach bocznych – klasy. Zaznaczyłem wyżej, że czułem się wówczas samotny. Wynikało to z faktu, iż nie byłem prymusem. Ciężko pracowałem na każdą trójkę. Czułem się gorszy od innych. Nie potrafiłem też pięknie mówić. Nie ceniłem wodolejstwa. Maturę zdałem z poprawkami, co mnie odtąd uczuliło na egzaminy. Po prostu nie należy się ich bać. W stosunku do nauczycieli nigdy nie byłem służalczy. Nie leciałem na przykład zdejmować piórko z ubrania naszego pana, jak to robili inni. Także gdy nauczycielowi pod tablicą upadła gąbka czy kreda nie zrywałem się pierwszy z ławki by je podnieść. I tak dotrwałem do końca nauki. Niepokorny. Nieufny. Nie ulegający konwenansom. Wszystko to miało zaowocować w przyszłości, ale tego wówczas nie wiedziałem. Nie wiedziałem jak dalej potoczy się moje życie, że dostanę się na studia w ASP, poznam profesorskie grono, także wielu wybitnych pisarzy, aktorów i artystów. Ale to już temat na inne opowiadanie.  

FRANCISZEK MAŚLUSZCZAK urodził się 21 stycznia 1948 roku w Kotlicach k. Zamościa. Po ukończeniu liceum plastycznego w Zamościu studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom uzyskał w 1974 roku. Skończywszy akademię, nie zerwał już ze stolicą. Zamieszkał na nowopowstającym osiedlu w części południowej stołecznego miasta – Ursynowie. Tu, można rzec, okrzepł artystycznie, wrósł w środowisko plastyków, mocno związał swoją twórczość z Dzielnicą; przykładem jakże wymownym Droga Krzyżowa, w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, której jest autorem.

            Maśluszczak to artysta znany i rozpoznawalny, był wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą m.st. Warszawy, nie decydujemy się by zaprezentować wszystkie nagrody, i wyróżnienia, jakie otrzymał. To wymaga osobnej publikacji. Także wymienić wystawy zbiorowe i indywidualne, na których prezentował swoje dzieło przekracza nasze możliwości. W każdym razie można napisać, że był i jest obecny na wszystkich kontynentach.

            Jego malarstwo, rysunki i grafika znajdują się w wielu szacownych galeriach i muzeach, zdobią ponadto wiele ważnych urzędów. „Maśluszczaki” obecne są także w licznych kolekcjach prywatnych, ciągle poszukiwane i adorowane. Są dumą ich posiadaczy. Ważne uzupełnienie jego obecności w przestrzeni publicznej to także ilustracje do książek zarówno dla dorosłych, jak i dla najmłodszych czytelników. Od dziesiątków lat zaznacza swoją artystyczną obecność w prasie. Jest też bohaterem kilku filmów dokumentalnych, ale naszym zdaniem ten najważniejszy film o Artyście jeszcze nie powstał, boć jego sztuka stale się rozwija, a na dodatek twórca ma nam tyle do powiedzenia, i to z gawędziarską swadą, że tylko włączyć kamerę i słuchać go i słuchać. Zwłaszcza młodzi powinni wysłuchać Go z uwagą.

            Franciszek Maśluszczak uczestniczy w plenerach malarskich oraz wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Odbywa podróże artystyczne. Posługuje się perfekcyjnie różnymi technikami malarskimi. Długie lata wykładał na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

            Z pewnością jest tytanem pracy, którego nie zawodzi artystyczna intuicja, talent i smak. Stworzył dzieło sztuki, pod którym mogliby się podpisać najwięksi. Głównym elementem jego kompozycji jest i pozostaje człowiek. Maluje też pejzaże, architekturę i lasy, unika jedynie martwych natur. Popiera instalacje, happeningi i inne eksperymenty artystyczne.

            Jest na warszawskim Ursynowie osobą bodaj najbardziej popularną i szanowaną. Przy całej swej wielkości kimś niezwykle skromnym i serdecznym, ciepłym. Zna go nie tylko świat plastyków, ale i środowisko literackie, teatralne czy muzyczne, wydawnictwa i redakcje. Często bywa obecny na wernisażach czy na spotkaniach autorskich przyjaciół, również w telewizji i w radiu. Jest „duszą” przeróżnych spotkań towarzyskich. Umie nachylić się nad każdym kogo spotka i wysłuchać go, wspomóc czy pocieszyć jeśli tylko jest taka potrzeba.

            Należy też bezwzględnie pamiętać, że jego Muzą i jednocześnie Aniołem Stróżem jest ukochana żona Basia, bez której trudno sobie wyobrazić żywot Artysty tak dynamicznego i wielostronnego jak Franciszek Maśluszczak. A „oczkiem w głowie” oczywiście ukochana wnuczka Julia.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko