Jerzy Grotowski – wiersze

0
347
Portret 1983r. Jerzego Grotowskiego, herbu Rawicz, wykonał Zbigniew Kresowaty
Portret 1983r. Jerzego Grotowskiego, herbu Rawicz, wykonał Zbigniew Kresowaty

Wiersze z tomiku pt. „Pożegnanie Barw”
(wchodzącego w skład albumu wspomnieniowego)

„W STRONĘ ŹRÓDEŁ TWÓRCZOŚCI
JERZEGO GROTOWSKIEGO”

podał Zbyszek Ikona – Kresowaty


pożegnanie barw

moje oczy powoli umierają
barwy były pulchne
                    wonne
                          odurzające
przebijały sie światłami
                         uderzeniem stalowych noży
ostre
           palące
                        kwaśne
barwy przemieniały się w mętne bagniska
uciekały kołysząc się na boki
zamierały w niepewnych dygotaniach
                           dzisiaj barw nie uchwycę w palce
                           są płynne
                                              niepewne
                                                                  pełzające
                            przelewają się jedne w drugie
                            przykurzone wycinanki
                            przyczajone szare kłębowiska
                            w których trzepocze się
                            mój ptak

barwy odurzające
wzroku
               oszałamiające
upojone tysiącem ptaków
                              malujących jesienne deszcze
upojone złotem zrodzonym z zieleni
                              kiedy lato
                                                         obgryźli
                                                                    zjadacze jabłek
upojenie gorzkim oparem rozgrzanego piachu
upojenie krajobrazem
                             konającym
                                            niby schorzała paleta
                                             którą źle
                                                          zoperowano
                                                                   w szpitalu

               żegnam was


koniec miłości

wierzba zżółcona
kora odarta
liście
spękane
popiół  i żużel

trawa zdeptana
szczeki zrośnięte
światło brunatne
słone rozdarte
płuca spruchniałe

rzeka bagnista
idą komary
niosą malarię

smażą sie z trzaskiem
suche piołuny

wierzba zżółcona
kora odarta
liście spękane
smak spalenizny


jezuitom

przesłaniacie
                      piersi
                      i usta
okiennicą
maską i księgą
a wychodzą
wasze
         pająki
wasze serca
szare
         pająki
otępione żądzą
                        i lękiem
powyległe
                          z białych
                          gąsienic
gąsienice
toczą
padliną
powyległe
                       z białych
                       gąsienic
przyczajone
                       głodne
                                  i wściekłe
rozpełzają
                         brudem
                                 po ścianach
oblepiają
                          uszy i oczy
a ogarniają żyły po tętna
to rozdzielą swoją komunię
to odprawią swoje godzinki
abym musiał szemrać do rytmu
kadzidlanych dymów i dzwonków
póki głowy
                       w garść
                                podkurczonej
nie uchwycą
                       lepkie
                              kolana
by do wtóru
                       sercu mojemu
mogły tańczyć
wasze
             pająki
mogły tańczyć
             wasze
                         pająki
aż i ono stanie się szare
aż i ono
               będzie
                          pająkiem


kawiarniarzom

noc
noc
po wszystkich, ścianach biegają oślizłe latarnie
różaniec zmęczonej ulicznicy
szeleszczenie myśli

wiem
wiem
przecież mogę odjechać tramwajem
na igrzyska bokserów przy „czarnej”
a na skrzyżowaniach ulic
są prawdziwe pajęczyny dźwięków jazzu

ja nie chcę
ziemio
zabierz mnie
ziemio


sielska piosenka

miedzą zetlałą powracać
zboże rozgarniać gorące

miedza na bosych nogach
śpiewa pastuszą piosenkę
kłosy zalewa metalem
niebios mięsista płomienność
głowa obłapia słońce
w żyłach nagrzane powietrze
oddech jest suchym bajorem
żarzy się blady horyzont
ptaki jak ciemne żużle
gasną w ospałym trzeszczeniu
miedzą zetlałą powracać
w zbożu się nurzać gorącym


pieśń na potęgę wichrów

przysięgam
ziemio moja
pieśń
na potęgę wichrów
                 wichrów
wstających w ciemności
o długich szponach drapieżnych
wichrów
zrodzonych w odchłani wichrów
spłoszonych koni wichrów
żarzących się w pustce wichrów
gryzących przestrzenie wichrów
rosnących wieżami
wichrów
płynących strumieniem wichrów
w ogrodach serc wichrów
w pustyniach sumienie wichrów
w krwawych jutrzniach
płomieniach
ludów
wzburzonych

wichrów
dyszących ziemią
jesteście strugą oczyszczeń
batem na karku czasu
raną rosnącą na bliznach
blizna szumiącą na ranach
skrzydłem olbrzymich kruków
na
        rozpadlinie historii
pięścią bijącą w nieba
niebem kruszącym pięści
krzykiem zranionej duszności

chmurą we włosach poety

przysięgam
ziemio moja
pieśń
na potęgę wichrów


wyznanie

wyszarpnijcie drzewo w owocach
z ziemi szarej
słodkiej żywicielki
a obróci swe ciało w kamień

oderwijcie mnie
od braci moich
towarzyszy
ogrodników ojczyzny
spowiedników
moich tęsknot niedorosłych
moich doznań
w posmakach życia

a opłynę krwią rannego serca
i zamilknę


Kenia

trupy rozpływające się w siności słońca
trupy nagie czarne oślizgłe i cuchnące
trupy szeleszczące na drzewach dziwaczne daktyle
trupy o głowach zrąbanych o pięściach krzyczących milczeniem
trupy idące w rzekach

te ciała były młode męskie i piękne
cieniem nocy zgarniały owoce dziewcząt
a gdy nadchodził czas odwiecznych obrzędów
w oparach ognisk rozgwieżdżonych jak niebo
tańczyły swoja młodość miłość i utęsknienie wolności

ziemia czarna matka zdeptana
jest żyzna swoimi dziećmi
krew zapładnia ja buntem
wonią murzyńskiej wiosny
stalą na głodzie serca
jutrznia czarnego pożaru

zioła zatrute

           na promenadzie
               młode mniszki
                                      czarne habity
               mniszki jędrne
                                       usta czerwone
               mniszki blade
                                       głodne spojrzenia
sucha gleba
               święci kwitnienie
               święci ciemne
                                       owocobrania
czarne szaty
               pyłem okryte
w ustach
               barwy zwiędły
                                       w grymasie
kwadrę nieba
              starły powieki
              zioła zatrute


noc

jest moją zoną niewierną
utęsknieniem oczu i serca
miękką dłonią
na mojej twarzy
noc oddycha śpiewem gałęzi
zęby drzew sięgają po gwiazdy
przebijają ciężarne obłoki
oplątują włosy przechodniów

zanim jutrznie wytrysną fontanną
ulicznica ubrana w trykoty
noc
okrąży już wszystkie latarnie
bladym lampom odda swe ciało
noc jest moja niewierną
kusicielką lubieżnych kochanków,
jest
miłosnym odejściem w światło

noc jest moją żoną niewierna
jest wołaniem w napływach szeptu
jest milczeniem żywej pokusy
a samotna wyciągnie ramiona
i księżycem spojrzy mi w oczy
i zanuci senne szczekanie
spływające z wiejskich opłotków
wtedy jestem jej
jestem cieniem
jestem krokiem gasnącym w ciszy
jestem twarzą płynącą w latarniach
jestem tylko
jak kształt
jej ciemności


czas

rzeko płynąca niebem
chmuro jesiennych owoców
wiosno w mijaniu kwitnąca
czasie
jedyna „ucieczko”
jesteś obłędem odejścia
na którym kwitną jabłonie
chustą żałobnych tunik
w splotach miłosnych godów

pijany jestem twym winem
niknąc strugami potu
rosnąc pierścieniem ludu
wysiłkiem mojej ojczyzny
płomień zaklęty w pieśni
sięgam do twoich przepływów
wód ściekających błękitem
rzeźbiących szlak
mego serca

jesteś płynącą chorągwią
wiatrem na młyńskich kamieniach
nie od ciebie odbieżeń
drzewo wieczystej przemiany
rzeko płynąca niebem
chmuro jesiennych owoców
wiosno w mijaniu kwitnąca
czasie
jedyna „ucieczko”


Jerzy Waszyngton

i zasadził
rękami miłującymi
drzewa dżungli
i napoił
krwią miłującą
suche korzenie
i oddawał
oddech ostatni
korze spękanej

a gdy powstały
drzewa dżungli
odepchnęły jego żebra
i kiedy szumią
drzewa dżungli
odnalazł swoja samotność


Poezję Jerzego Grotowskiego podał na portal Zbyszek Kresowaty.

– Otóż prezentowane wyżej 12 wierszy Jerzego Grotowskiego „Grota” znalazły się w broszurze Albumu poświęconym mistrzowi i reformatorowi teatru, wydanym przepięknie dokładnie 20 lat wstecz przy Uniwersytecie Rzeszowskim. Jak już pisałem, w swoim eseju wspomnieniowym o mistrzu, mając swój udział w wydaniu, słodko wspominając twórcę, nie każdy wiedział i wie do dziś, że J. Grotowski pisał poezję na miarę tamtej XX w epoki i byłego zafajdanego ustroju  komunistycznego. Chciał nawet wydać te teksty, składając w Wydawnictwie Poznańskim tomik wierszy, jednakże cenzura nie dopuściła do druku. Ocalało jedynie 12 wierszy, które warto dziś przeczytać. „Grot” zapowiadał się na bardzo dobrego poetę w tych trudnych czasach, jednak pilnowała Go cenzura.
                                                                                            Z. K.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko