Andrzej Walter – Szczeliny i strach Martyna Goncarczyk – rozmawiała z Józefem Kariką

0
548

   Żyjemy w epoce lęku. W epoce zdeformowanych zasad, skarlałych wartości i w epoce obaw przed coraz silniej niewiadomą przyszłością.

   Jakie zadania ma w takim świecie literatura? W dobie prób podważania jej roli, znaczenia i doniosłości, w dobie defraudacji znaczeń, w dobie kultury obrazka i treści wirtualnych? Jedną z podskórnych prób udowodnienia nam, że literatura oprócz rozrywki spełnia przecież jeszcze funkcje: pobudzacza do myślenia, do kształtowania wyobraźni czy wreszcie do zapomnienia w trakcie lektury o całym Bożym świecie podjął znakomity, młody, współczesny słowacki pisarz Jozef Karika w swojej drugiej wydanej w Polsce książce „Szczelina”.

    Nie da się dobrze i rzetelnie opisać czym jest „Szczelina”. W sieci znajdziecie mnóstwo recenzji, wypowiedzi i opisów tek książki. Uderzająca jest pewnego rodzaju zgodność, czy jednorodność pochwał, porównań czy skojarzeń. To książka o strachu. Książka bez efekciarstwa, eksplozji, szalonej akcji oraz literackiego dynamitu. Książka wyrafinowana i niebezpieczna. Groza jest jakoby zwielokrotniania możliwościami konfrontacji w sieci fikcji z faktami, o których wręcz możemy przeczytać na wielu portalach badawczych. Pewien z kolei słowacki Trójkąt Bermudzki Gór pasma Trybecz oraz wydarzenia (niektóre faktyczne) z nim związane (odnotowane w kronikach policyjnych) potęgują nastrój wątpliwości, niepewności i … no właśnie, po prostu strachu. Książka jest tak napisana, że wywołuje realny lęk. Silnie działa na czytelnika, nie tylko wciąga go w fabułę, w treść i opowiedzianą historię, ale i niesłychanie mocno pobudza wyobraźnię, atmosferę wątpliwości, pytań, stanów metafizycznych, poszukiwań transcendentalnych.

   Sądzę, że Karika przekroczył Rubikon wielkiej literatury. Wygląda na to, że napisał powieść przerastającą słynnego Franza Kafkę, zwłaszcza w umiejętnym zestawieniu stanów absurdu ze stanami refleksji, a do tego ów kafkowski absurd ubogacił współczesną wersją „czarodziejskości pewnej góry”. Chciałby, aby nie zrozumiano mnie opatrznie. Nie porównuję go do Kafki, czy do Manna, zestawiam, skojarzam jedynie pewne elementy społecznie dziś istotne dla scharakteryzowania czasów i naszego w nich miejsca zaistniałego na kartach tej powieści, a czerpiącego wzorce z tamtej epoki największej z wielkich dzieł literackich, które stanowią już dziś klasykę. W dobie przestrogi, że wszystko już było ja powiem, ale Jozefa Kariki jeszcze nie było. To pisarz indywidualny. Jedyny w swoim rodzaju. Osiąga mistrzostwo bez efekciarstwa. Nie na darmo wydał książkę w … „Starej szkole”.

   Warto przy okazji przeczytać (oprócz przeróżnych wypowiedzi na temat samej książki) znakomity wywiad z autorem, który przeprowadziła Martyna Gancarczyk na łamach portalu Czytaj.pl i za zgodą publikujących pozwalam sobie przytoczyć z tego portalu(Czytaj.pl):

https://czytajpl.pl/2019/02/01/jozef-karika-celowo-wywoluje-u-siebie-strach-wywiad-z-autorem-szczeliny/


Jozef Karika: „Celowo wywołuję u siebie strach” – wywiad z autorem „Szczeliny”
(Opublikowano 1 lutego 2019    by Martyna Gancarczyk)

Jozef Karika to słowacki autor horrorów, thrillerów oraz powieści sensacyjnych, laureat licznych nagród literackich,w tym najbardziej prestiżowej słowackiej nagrody literackiej Anasoft Litera w kategorii Nagroda Czytelników (2017). Karika jest także jednym z najpopularniejszych słowackich pisarzy. Dotychczas na polskim rynku ukazały się dwie powieści Słowaka łączące horror i thriller – „Strach” oraz „Szczelina”, które od razu podbiły serca polskich czytelników. W wywiadzie dla Czytaj PL Jozef Karika opowiada o tajemniczych zaginięciach na Słowacji, wyprawie na Trybecz, swojej twórczości, inspiracjach i własnych lękach. Zdradza także czy wierzy w zjawiska nadprzyrodzone. Zapraszamy do lektury!

M.G.:
Zarówno „Szczelina” jak i „Strach” to powieści bardzo oryginalne, brak tutaj oklepanych rozwiązań i horrorowych klisz. Pisze Pan książki przerażające i niebanalne. Chciałabym zapytać czym inspiruje się Pan podczas pisania?

Jozef Karika:
Dziękuję. W dzisiejszych czasach zarówno Słowacja jak i inne kraje Europy Środkowej są wręcz napompowane niepewnością i specyficznym rodzajem lęku. Jakby życie w notorycznym poczuciu zagrożenia zaczynało stawać się naszą normą. I chociaż taka atmosfera jest męcząca, to stanowi ona wspaniałą inspirację podczas pisania. Bezcenną. Atmosfera społecznego lęku sprzyja także szerokim dyskusjom, a książki stanowią często ich punkt wyjściowy.

„Szczelina” to jeden z najlepszych i najstraszniejszych horrorów jakie czytałam. Wcześniej tak silne uczucie napięcia i niepokoju wywołał we mnie tylko „Ring” Koji Suzukiego. W wywiadach z Panem czytałam, że swoją twórczością składa Pan hołd wielkim twórcom literatury grozy jak Simmons, Chambers czy, co może zaskakiwać Kafka. Kiedy rozpoczęła się w Panu fascynacja horrorem i chęć napisania własnego?

Szczerze mówiąc, nie myślę o swoich powieściach jako o horrorach. Właściwie o żadnych książkach nie myślę w takich kategoriach. Współczesna literatura oraz kierunki jej rozwoju opierają się na łączeniu gatunków i na porzuceniu myślenia o podziałach. Już dziś z praktycznego punktu widzenia są one przydatne tylko w dwóch przypadkach. Po pierwsze, żeby było wiadomo według jakiego klucza ułożyć książki na półce w księgarni, i po drugie, żeby słabi pisarze mogli się pocieszać, że nie piszą powieści gatunkowych, tylko bardzo artystyczną literaturę, której zwykli śmiertelnicy nie rozumieją.

Czego bał się Pan najbardziej jako dziecko? Czy któryś z dziecięcych lęków przetrwał do dzisiaj?

W swoich powieściach horrorowych pracuję właśnie ze swoimi lękami z dzieciństwa. Każda książka oparta jest na innej fobii, na przykład „Szczelina” na strachu przed zgubieniem się i przed nieznanym. „Strach” dotyczy przerażenia wywoływanego przez las, „Ciemność” lęku przed ciemnością, a „Przepaść” lęku wysokości i strachu przed pustką.

Historia przedstawiona w „Szczelinie” wydaje się początkowo zupełnie nieprawdopodobna. Jednakże, paradoksalnie im dalej się w nią zagłębiałam tym mocniej na mnie oddziaływała i stawała się coraz bardziej możliwa. Czy przed „Szczeliną” słyszał Pan o zaginięciach w Trybeczu? Jakie było Pana zdanie na ten temat? Czy zmieniło się podczas pracy nad książką?

O tej pogłosce po raz pierwszy usłyszałem pod koniec lat dziewięćdziesiątych lub na początku dwutysięcznych, ale nie zagłębiałem się w ten temat. Była to tylko jedna z wielu plotek, które krążą po naszym kraju. Moja opinia w zasadzie do dziś się nie zmieniła, nadal uważam, że to fama, chociaż w połączeniu z opowieścią Igora zobaczyłem w tym świetną historię na książkę.

Trybecz to nie tylko owiane tajemnicą zniknięcia, ale i ciekawe zagadki historyczne oraz dziwne miejsca kultu. Podczas pracy nad „Szczeliną” odwiedził Pan te rejony i pokazał czytelnikom na YouTube’owym kanale filmiki z opisywanych okolic pokazujące niepokojące krzyże, kapliczki i miejsca kultu. Czy podczas wycieczki przydarzyło się Panu coś dziwnego? Czy czuł Pan niepokój podczas wędrówki?

Nie doświadczyłem w tych górach niczego paranormalnego. Chociaż dla pewności unikałem tego krytycznego czasu, kiedy rzekomo giną tam ludzie, czyli od grudnia do marca, akurat ten okres mamy teraz. Trybecz jest bardzo specyficzny. Dziwna okolica, ruiny starych domów głęboko w lesie, starożytne mogiły i grodziska, opuszczone groby, kapliczki, jakieś religijne totemy… Najbardziej kojarzy mi się to wszystko z Twin Peaks. Duże nagromadzenie drobnych, dziwnych rzeczy na niewielkiej powierzchni.

Jak głośna jest sprawa tajemniczych zaginięć na Słowacji? Czy komukolwiek udało się dojść do tego czy przytoczony w książce artykuł opisuje prawdziwe wydarzenia czy jest to tylko mistyfikacja?

Rzeczywiście, obecnie zajmuje się tym tematem wiele osób – niektóre informacje zostały potwierdzone, większość jednak nie. Myślę, że najbardziej przyjęła się opinia, iż chodzi o ciekawą mistyfikację stworzoną z różnych elementów legend o znikaniu ludzi, krążących w miejscowościach na terenie Trybecza od dziesięcioleci. Do tej opinii skłaniam się także ja jako autor – także bezpośrednio w „Szczelinie”.

Czy wierzy Pan w podobne historie? Na co dzień bliżej Panu do wierzącego w zjawiska nadprzyrodzone Andreja czy do twardo stąpającego po zmieni Davida?

Pod tym względem zdecydowanie bliżej mi do Davida. Jestem sceptykiem, nie wierzę w takie historie. Ale w przypadku „Szczeliny” nie ma dla mnie znaczenia, czy to prawda czy mistyfikacja. Znacznie bardziej pociąga mnie ta niepewność, niejasność. W dzisiejszych przetechnizowanych czasach, w których króluje system binarny, wydaje mi się to po prostu piękne. Jak kawałek jakiegoś magicznego lądu. Jeśli mam w tym przypadku wybierać między pięknem a prawdą, to wybieram piękno.

Jak często zgłaszają się do Pana ludzie, aby opowiedzieć Panu niesamowitą historię wartą opisania?

Praktycznie codziennie. Ale nie ma na to większych szans, bo obecnie mam w notatkach dokładnie 167 własnych pomysłów na książki, z czego nad jakimiś 25 zacząłem już pracować. Zobaczymy, czy i ile z nich uda mi się dokończyć.

Czy po premierze „Szczeliny” zaczęli pisać do Pana ludzie twierdzący, że przeżyli na Trybeczu coś podobnego do opisanej historii?

Tak, już teraz na podstawie ich przeżyć mógłbym napisać „Szczelinę” 2, 3 i 4. Większość z nich to pewnie autosugestia, ale kilka jest tak przerażających, że sam bym tego nie wymyślił. To już dla mnie jednak temat zamknięty. „Szczelina” powstała cztery lata temu. Szczerze mówiąc, interesują mnie już zupełnie inne rzeczy i w ciągu najbliższych lat z pewnością nie planuję powracać do Trybecza.

„Strach” i „Szczelina” nie są klasycznymi horrorami – daje Pan czytelnikowi wybór czy będzie on odbierał przeczytaną powieść jako thriller czy raczej jako powieść grozy. W „Szczelinie” nie straszą nas żadne wampiry czy inne upiory a niesamowita poczucie zagubienia, popadania w szaleństwo i niemożność ufania własnym zmysłom. Cała historia to, jak pisze Pan we wstępie, opowieść Igora zapisana przez Pana w formie powieści. W jaki sposób udało się Panu tak dobrze oddać czyjś strach?

Jądro „Szczeliny” stanowią obawy przed nieznanym. Pisząc, konsekwentnie unikałem sytuacji, w której jedno z „wyjaśnień” tego co się dzieje w Trybeczu byłoby przeważające. To właśnie ta niepewność była dla mnie fascynująca. Dziś powstaje stosunkowo mało dzieł, w których przerażenie wywoływane jest przez nieznane w czystej postaci. A jednocześnie to właśnie ono króluje nad wszystkimi lękami. Podobny strach czułem kiedyś dawno, czytając książki Carlosa Castanedu i podczas stosowania niektórych technik, które w nich opisuje.

A jak udało się Panu stworzyć w „Strachu” tak realistyczny i oddziałujący na czytelnika opis zagubienia i przerażenia?

Jak wspomniałem, stosuję niektóre techniki z książek Carlosa Castanedu. Ale także introspekcyjne metody Piotra Uspienskiego czy metody Konstantyna Stanisławskiego. Uważnie obserwuję, co wywołuje impulsywne reakcje związane ze strachem we mnie samym, a później wprowadzam te elementy do powieści. Jeśli zrobi się to umiejętnie, to działają one jak włącznik światła. Pstryk i nagle zaczynasz się bać, chociaż wcale tego nie chcesz. Człowiek jest jak maszyna, nasza psychika w większości przypadków działa mechanicznie, pod wpływem bodźców. Jeśli autor potrafi dobrze obserwować siebie, to później z łatwością może wykorzystać te obserwacje podczas pisania.

Czy odczuwa Pan lęk i niepokój podczas pisania horrorów?

Tak, pisząc, celowo wywołuję u siebie strach. Wierzę, że jeśli autor nie odczuwa prawdziwego, dogłębnego lęku, to czytelnik także go nie odczuje. Tekst oddziałuje na co najmniej dwóch płaszczyznach – semantycznej, ale także na takiej, którą ciężko zdefiniować. Mimo to oddziałuje ona tak samo mocno jak ta słowna.

 „Szczelina” to, póki co, druga Pana powieść przetłumaczona na język polski. Mam nadzieję, że nie ostatnia. Jakich gatunków literackich mogą spodziewać się polscy czytelnicy? Czy ma Pan w zanadrzu jeszcze inne horrory? A może pracuje Pan już nad kolejną, zupełnie nową powieścią grozy?

Do tej pory wydanych zostało jedenaście moich książek, wśród których znajdują się powieści historyczne, kryminalno-społeczne i horrory. Decyzję podejmuje polski wydawca, ja cieszę się z wydania każdej mojej książki w waszym kraju.

Czy horror jest Pana ulubionym gatunkiem literackim?

Właściwie nie, jak mówiłem nie myślę w kategoriach gatunkowych. Nie ograniczam się, teraz czytam na przykład zbiór opowiadań Czechowa, „Problem trzech ciał” Liu Cixina, „Monachium” Roberta Harrisa i „Ostatnie Królestwo” Bernarda Cornwella. W głównej mierze jednak przeważa literatura non-fiction. Dziesiątki książek z wszelkich możliwych dziedzin. Nawet takich, z którymi zupełnie nie mam nic wspólnego. Właśnie podczas takich wycieczek w nieznane pisarz może znaleźć najcenniejsze inspiracje.

Jak często sięga Pan po literaturę grozy? Jakie horrory wywarły na Panu największe wrażenie i kto jest dla Pana niekwestionowanym mistrzem grozy?

Z pewnością nie ma jednego, ale na przykład Kafka, Lovercraft, Meyrink, King, Suzuki, a także polski autor Stefan Grabiński. Ostatnio doświadczyłem naprawdę porządnego egzystencjalnego lęku, oglądając serial HBO – „Ślepnąc od świateł”, który powstał na podstawie powieści Jakuba Żulczyka. To jest naprawdę mistrzowskie wielogatunkowe dzieło – mam wielką nadzieję, że w najbliższym czasie ta powieść zostanie przetłumaczona na język słowacki albo czeski. Nie potrafię nawet wyrazić, jak to było świetne.

Na koniec chciałabym zapytać jakie są Pana ulubione książki – takie ścisłe Top 5?

„American Psycho” – Bret Easton Ellis
„Golem” – Gustav Meyrink
„Panowie i damy” – Terry Pratchett
„Proces” – Franz Kafka
„To” – Stephen King

Bardzo dziękuję za wywiad i czekam z niecierpliwością na Pana kolejną książkę.
Ja dziękuję za zainteresowanie!

Wywiad z Jozefem Kariką przeprowadziła Martyna Gancarczyk


   W niniejszym, bardzo ciekawym wywiadzie dojmująco wręcz uderzyły mnie dwie wypowiedzi (początkowe). Warto je przypomnieć i utrwalić. Otóż sprawa pierwsza – żyjemy dziś w atmosferze społecznego lęku, w obawach przed jakimkolwiek, acz nieznanym z założenia jutrem, wątpliwościami nad możliwymi scenariuszami przyszłości. To bardzo ważna uwaga. Krótka i lapidarna, wręcz maksymalnie zwięzła charakterystyka epoki. Cybernetycznej oraz wirtualnej epoki chaosu. Takie jest właśnie nasze literackie tło, nasze, że się tak wyrażę kulturowe i duchowe zaplecze dla słowa we współczesności. A literatura? I to sprawa druga – literatura dziś to również chaos.

Współczesna literatura oraz kierunki jej rozwoju opierają się na łączeniu gatunków i na porzuceniu myślenia o podziałach.

   Święte słowa. Współczesna literatura zmiksowała wszystkie gatunki, na fali destrukcyjnego hasła, że wszystko przecież już było, zniwelowała kategoryzację do powiedzmy, literatury dobrej, albo złej, z naciskiem, (bądźmy brutalnie szczerzy), iż coraz więcej mamy niestety tej złej – no cóż, pieniądz gorszy wypiera lepszy, a że wszystko dziś … to pieniądz… Oczywiście nie tylko to warto zapamiętać z tego wywiadu, lecz to jest dla mnie jakby ramą przesłania dziejowego. Na marginesie świetnej książki, mile spędzonego na lekturze czasu czy wszelkich pozytywnych doznań z tym związanych.

   Świat nigdy nie był jednorodny, monochromatyczny, szczelny. Pomimo stworzenia nam go w jego nowoczesnej odsłonie, jak już wspomniałem: cyfrowej, wirtualnej i cybernetycznej w tym świecie narasta lęk i powstają co rusz to nowe, nawet póki co niedostrzegalne szczeliny. Te szczeliny są najprawdopodobniej początkiem nowego, nieznanego nam dziś wymiaru rzeczywistości.

   Jeśli tak spojrzeć nie tylko na literaturę, czy nawet na to prawdziwe, nie fikcyjne życie, ale i na wymiar tych najgłębszych lęków i emocji, to w tych szczelinach można wypatrzeć zarodki nadziei. Na co? Zapytacie. Na przetrwanie ludzkości. Z kulturą słowa, z tradycją, z odwiecznymi, najprostszymi, że się tak wyrażę podstawowymi dążeniami i oczekiwaniami. Nie z tymi nowymi, lansowanymi – wynaturzonymi i zdeformowanymi, sprzecznymi z naturą i normą… Czego i Wam i sobie szczerze życzę.

Andrzej Walter

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko