DARIUSZ PAWLICKI – NIEARTYŚCI W SKÓRACH ARTYSTÓW

0
525
Fot. Dariusz Pawlicki

      Słownik wyrazów obcych [1] definiuje pojęcie ,,artysty” jako twórcy i odtwórcy dzieła sztuki. Identycznie czynią to inne słowniki np. Słownik języka polskiego [2]. Rzecz jednak w tym, że nie zgadzam się z tą definicją. Konkretnie z tym, że na tym samym poziomie stawia ona twórcę i odtwórcę; nie czyni rozróżnienia pomiędzy nimi. A czym innym, i to zdecydowanie innym, jest przecież bycie twórcą dzieła, a czym innym jego odtwórcą. Nie można stawiać obok siebie, dla przykładu, muzyka-kompozytora i muzyka-wykonawcę grającego jego kompozycję. I to bez względu na to, czy czyniłby to najwierniej, jak tylko można, czyli nuta w nutę, czy też nie tak doskonale, ze względu na brak pewnych umiejętności  (świadome nieco inne wykonanie nadałoby ich prezentacji znamion „artystyczności”, ale tylko znamion). To pierwsze jeszcze bardziej dowodziłoby jego odtwórczości.

      Miano artysty winno przysługiwać wyłącznie temu, kto stwarza dzieło sztuki; jego ranga nie ma znaczenia: dzieło jest dziełem. Natomiast nie jest nim, i to nigdy, ten kto je odtwarza. On bowiem kopiuje/powiela. To zaś jest niezbędne w przypadku muzyki (pomijam muzykę utrwaloną na płytach winylowych czy innych nośnikach. W tym wypadku jej „odtwarzalność” jest jak najbardziej oczywista). A przez wiele, wiele wieków, do wynalezienia fonografu (1877 r.), jedyny możliwy kontakt z muzyką polegał na słuchaniu jej w czyimś wykonaniu bądź na graniu samemu na jakimś instrumencie. Obecność muzyki we wszechświecie była więc uzależniona od np. skrzypków, wiolonczelistów wpatrzonych, wręcz wgapionych w nuty i wiernie je przemieniających w dźwięki, bądź próbujących to czynić, za pomocą odpowiednich instrumentów. Ale mimo istnienia coraz to nowych urządzeń odtwarzających muzykę (mechaniczną), świat nie może obyć się bez odtwórców, chociażby dla dokonania pierwszego nagrania. Oni wciąż mają, na szczęście, wielkie pole do działania. Bez nich nie może istnieć znaczna część twórców: kompozytorów, dramaturgów, komediopisarzy, reżyserów itp. Brak odtwórców spowodowałby, że ich dzieła pozostawałyby, w przenośni i dosłownie, w szufladach.

      Alberto Savinio na temat nieartystyczności muzyka-wykonawcy (pianista jest w tym przypadku tylko przykładem) wypowiedział się tak:

      „Dla pianisty inteligencja jest czymś raczej szkodliwym niż pożytecznym, bo
       pianista to raczej rzemieślnik niż poeta: musi spędzać wiele godzin dziennie przed
       tą ogromną biało-czarną sztuczną szczęką, żeby grać skale, ćwiczyć palce,
       opracowywać sobie i zapamiętywać kawałki programu… Uznałem, że byłoby
       niedorzecznością wyrzekać się wdzięków Inteligencji, aby móc zagrać względnie
       czysto menuet Scarlattiego czy canzonę Bacha…” (Nuova enciclopedia).

      W bycie artystami odtwórców wykonujących muzykę powątpiewał – może było to coś więcej – Witold Gombrowicz. I wyraził to tak:

    „(…) nabieram coraz większej awersji do tych wszystkich grajków, co krążą jak
     komety w pogoni za dolarami. Jeżeli oni mienią się artystami, to ja chętnie
     zrzekam się tego tytułu – ale jeśli ja mam być artystą, to niech nędzny przebieracz
     palcami nie waży się stosować do siebie tego określenia” (w liście do Jerzego
     Giedroycia z maja bądź czerwca 1953 r.).

*

      W przypadku malarza malującego wierną kopię obrazu, którego oryginał stworzył ktoś inny, uważam, że jednak mamy do czynienia z twórcą, a nie z kopistą/odtwórcą. Dlaczego? No bo jednak stwarza on obraz. To fakt, że jego treść/,,zawartość” nie będzie oryginalna. Lecz faktem będzie również istnienie obrazu. Kopista tego rodzaju, w każdym takim przypadku będzie Stworzycielem.

*

      O ile nie mam wątpliwości co do tego, że artystą jest dramaturg (nie wspominając, jeśli chodzi o ludzi pióra, o poecie, eseiście, powieściopisarzu), tak jak i reżyser (i to chyba każdy), to coraz bardziej utwierdzam się w podejrzeniach, że nie jest nim ‒ wbrew powszechnie panującej opinii ‒ osoba wykonująca zawód aktora. Aktorstwo jest zawsze odtwarzaniem zachowań rzeczywistych ludzi, konfrontowaniem się z nimi, ich życiem w rozmaitych aspektach/sytuacjach. I niczym innym być nie może, gdyż zadaniem aktora jest (tylko i aż) jak najwierniejsze/najwiarygodniejsze odtwarzanie. Tym mierzy się jego umiejętności. O genialności w graniu jakiejś roli można wtedy mówić, gdy osoba aktora zostanie maksymalnie zminimalizowana (prostota jego osobowości będzie bardzo mu w tym pomocna). W jej miejsce zostanie natomiast wprowadzona ‒ za sprawą aktora-odtwórcy i służących mu pomocą innych osób (głównie reżysera) ‒ owa wyobrażana postać, nijak mająca się do osoby aktora. On jest bowiem rodzajem medium, przez które przemawia postać, którą gra/odtwarza; nie stwarza jej jednak. Właśnie o tym, mając na myśli aktora Konrada Ekhofa grającego Hamleta, napisał Friedrich Schiller w liście do Christiana G. Körnera:

    „[…] Ekhof był zarazem marmurem, z którego jego geniusz formował Hamleta; a
     ponieważ jego (aktora) osoba ulega zupełnemu unicestwieniu w artystycznej
     osobie Hamleta, ponieważ tylko forma (charakter Hamleta), a nigdy materia
     (nigdy rzeczywista osoba aktora) nie dała się zauważyć – ponieważ wszystko
     było w nim tylko formą (tylko Hamletem), mówi się więc, że grał pięknie. […]”

            (Schiller, Kallias, czyli o pięknie). 

      Genialnym aktorem jest więc ten, kto potrafi zagrać wiarygodnie/przekonująco przykładowo wariata, człowieka cierpiącego na padaczkę, czy też śmiertelnie przerażonego. I to zarówno jeśli chodzi o sferę dźwiękową, jak i grę ciałem, w tym mimikę. Aktor zawsze jednak kieruje się jakimś wzorem. Ten zaś jego wynikiem jego własnych bądź cudzych obserwacji dotyczących zachowania (się) w konkretnej sytuacji. Do tego, ,,budując”, a następnie prezentując jakąś postać, korzysta jeszcze z korygujących wskazówek; swego rodzaju lustra, w którym może się przeglądać. Bez takiej pomocy, choćby śladowej, aktor zadaniu nie sprosta. Będzie wyłącznie kimś przebywającym w tunelu, do którego światło wprawdzie dociera, ale z którego wyjścia nie widzi się. Najczęściej tym pomagającym jest reżyser, któremu m. in. ta funkcja jest przypisana. Ten zaś, i to niewątpliwie – jak już zaznaczyłem – jest twórcą. On inscenizuje np. operę, realizuje film fabularny czy dokumentalny. A w każdym takim przypadku, w grę wchodzi wykreowanie całościowego dzieła. Na ten zaś składa się nie tylko odtwórczość aktorów i aktorek, lecz także muzyka, scenografia, kostiumy, za którymi to elementami stoją inni „stworzyciele” (niekiedy są to jednak odtwórcy korzystający z istniejących obiektów, jako miejsc akcji i z ogólnie dostępnych ubrań, jako kostiumów).

      W razie problemów z przybraniem cudzej skóry, np. podczas próby jednego z dramatów szekspirowskich, aktor (powiedzmy, początkujący), któremu powierzono rolę króla, z ust reżysera może usłyszeć i taką uwagę:

      ‒ Wczuj się w rolę: jesteś władcą absolutnym. Nie jesteś prezesem, którego mogą zwolnić akcjonariusze.

      Oczywiście mała jest szansa na to, aby reżyser zetknął się z monarchą absolutnym. Ma on jednak wyraźną wizję, jak może, czy wręcz powinien zachowywać się taki władca. W nakłonieniu aktora do zastosowania się do jego wizji, „pomóc” może reżyserowi i to, że to on jest panem niemal absolutnym sceny (przynajmniej najczęściej tak jest). A fakt ten pociąga za sobą istotne konsekwencje.

     Nie jestem pierwszym – i najpewniej nie ostatnim ‒ który w artystyczność zawodu aktorskiego powątpiewa (w miarę upływu czasu skłaniam się coraz bardziej ku pewności). Przede mną byli, dla przykładu, dwaj ludzie słowa pisanego.

      Pierwszy z nich, Witold Gombrowicz stwierdził:

    „Niech diabli wezmą wszystkich aktorów, grajków i innych interpretatorów” (list do J. Giedroycia z 14 lipca 1952 r.).

      Zaś Jan Lechoń skomentował to tak:

       „Aktor zawsze gra, nigdy nie jest sobą, bo w ogóle nie jest sobą, tylko pustym            naczyniem, gotowym do przyjęcia każdej obcej duszy” (Dziennik).


[1] Np. Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego; Wiedza

  Powszechna, Warszawa 1988.

[2] Przykładowo: Słownik języka polskiego, redaktor nauk.: Mieczysław Szymczak; PWN, Warszawa 1978.

Reklama