Mikołaj Melanowicz – Jestem, tęsknię, mówię

0
577

     Nie mam wątpliwości, że Jestem, tęsknię, mówię jest książką zasługującą na szczególne zainteresowanie czytelników. chociaż to tylko debiut córki Dazaia Osamu w Polsce. Debiut kilkadziesiąt lat spóźniony, podobnie jak wielu innych, wybitnych pisarzy japońskich, wskutek przerwy w popularyzacji literatury japońskiej, jaka nastąpiła po roku 1989. Może wyjątkiem jest Murakami, który w Polsce zyskał liczne grono czytelników, ale dopiero w XXI wieku. 

   Autorką książki pt. Jestem, tęsknię, mówię jest Yūko Tsushima, o której pisałem na łamach Pisarze.pl w  artykule pt. „Pisarka japońska Tsushima Yūko, córka Dazaia Osamu, nie żyje”. (Wciąż wierny jestem japońskiemu porządkowi podawania najpierw nazwiska Tsushima, a następnie – imienia Yūko). Odnotowałem wtedy, że  jej twórczość jest w Polsce nieznana, chociaż jej powieści i opowiadania przetłumaczono na wiele innych języków, m.in. na francuski, angielski czy koreański. Teraz, dzięki Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu, otrzymaliśmy wartościową lekturę, zapowiadającą nowe zjawisko, to znaczy twórczość pobudzająca do myślenia nie tylko o sobie, lecz także o innych, obecnych i utraconych na zawsze w  opowieściach o niekonformistycznych bohaterkach, osamotnionych i cierpiących matkach, odzyskujących pamięć o utraconych najbliższych osobach.  

   Również Jestem, tęsknię, mówię nosi piętno osobistych, bolesnych doznań, które w jej opowiadaniach stały się uniwersalnym językiem wszystkich istot, zwłaszcza narażonych nie tylko na niesprawiedliwość losu, lecz także ludzi.

    Los często sprawia wiele niespodzianek. Wyobraźmy sobie taką sytuację z pierwszych lat powojennych w Tokio, gdy Michiko z rodu Ishihara w 1947 roku urodziła córkę, której ojciec – gdy córka miała zaledwie rok i kilka miesięcy – popełnił samobójstwo. Tym ojcem jest Dazai Osamu, a tą córeczką, która nie miała okazji poznać swego ojca, jest Yūko o nazwisku Tsushima, to znaczy tym samym, jakie nosił  Shūji, zanim przyjął pseudonim Dazai Osamu, i zasłynął jako autor Zmierzchu i Zauroczenia. Mając 12 lat Satoko (później przyjęła pseudonim Yūko) przeżyła śmierć trzyletniego brata, a już jako matka straciła ośmioletniego syna. I chyba dlatego śmierć bliskich często towarzyszy wielu bohaterkom jej powieści i opowiadań. Również opowiadań opublikowanych w Polsce  pt. „Jestem, tęsknię, mówię”. Wyjaśnić należy, że tytuł ten rozwija i konkretyzuje  treść japońskiego tytułu książki, a mianowicie Watashi (Ja, 1999, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019), ksiązki przetłumaczonej na język polski przez Toko Annę Okazaki-Pindur, Barbarę Słomkę i Aleksandrę Szczechlę, autorkę świetnego wstępu pt. Yūko Tsushima – w poszukiwaniu „ja”.

  Uwagi i refleksje na temat piętnastu opowiadań tego zbioru rozpocznę od japońskiego tytułu, tzn. watashi (ja), często występującego w tekstach w tejj nieodmienianej postaci watashi (czyt. uataśi), gdyż  zaimki w języku japońskim są nieodmienne, dlatego w tłumaczeniu polski zaimek  „ja”  przybiera rozmaitą postać, jak np. wyróżnione w druku tłustą czcionką:  „moje” , „mój”, „mnie”, „mojego”, „siebie”, „mi”, „moja”, „sama”, „sobie”. Tak jest  w opowiadaniu Tsuki no manzoku w tłumaczeniu Aleksandry Szczechli jako „Pełnia”  Należy zauważyć, że w oryginale tytułu jest  przydawka „tsuki no”, którą można tłumaczyć jako  „księżyca, księżycowy”, a  poprzedza ona rzeczownik ”manzoku”,  wyjaśniany w słownikach jako „satysfakcja”, „zadowolenie”, „kompletność” itp., jak np. w wyrażeniu  „manzoku no kao”, tzn. „zadowolona twarz”. Pamiętać też warto, że „pełnię księżyca” na japoński  tłumaczy się jako „mangetsu” (dosł. „pełny księżyc”, „cały księżyc”). I gdyby oryginalny tytuł tłumaczyć słowo za słowo, można by uzyskać  wyrażenie brzmiące dość tajemniczo jako „zadowolenie księżyca”. Ale tylko dzięki kontekstowi opowiadania  można ostatecznie przełożyć japoński tytuł  na „pełnię”. Jednak  tłumacząc  w ten sposób coś chyba tracimy z japońskiego  tytułu, w którym kryje się coś więcej niż tylko „pełnia księżyca”, czego autorka nie wyjaśnia, ale zasiewa w myśli  czytelnika ziarno wątpliwości, może nawet skłania do przypuszczenia, że jednak w tak określonej „pełni” kryje się „zadowolenie księżyca, na podobieństwo  wyrażenia „zadowolonej twarzy”, czy „twarzy podobnej do pelni księżyca (mangetsu no yō na kao).  Może jednak autorka ukryła w tym tytule metaforyczny odcień „satysfakcji księżyca” jako istoty czującej zadowolenie z jakiegoś powodu?  I może tym powodem jest obecność człowieka na jego powierzchni, dzięki czemu księżyc  nie czuje się samotny, ponieważ przybył do niego „chłopczyk” lub  „dziewczynka”.  Może to niepotrzebna dywagacja, ale zmusza mnie ona do zastanawiania się nad metaforycznym i zapewne celowym  odstępstwem autorki od zwyczajnego „mangetsu”.

  Na tym przykładzie starałem się również wykazać, jak łatwo jest – albo trudno jest nie  – utracić wielu odcieni, czy aluzji zawartych w znakach ideograficznych, tłumacząc tekst japoński. To prawda, że  w  literackim tłumaczeniu często odczuwamy jakiś niedostatek, niemoc w osiąganiu zadowalającego efektu, starając się o precyzję  tłumaczonego  słowa na obce  słowo.  Stan bezradności ogarnia zwłaszcza tłumacza tekstu japońskiego, chińskiego lub koreańskiego. Dlatego cieszyć się należy, gdy wydawca publikuje tylko przekłady z oryginału dokonanego przez tłumaczy dobrze wykształconych w dziedzinie kultury japońskiej.

    W opowiadaniu pt. Pełnia  Księżyc ( może w tym opowiadaniu lepiej by było nadać mu dużą literą imię Księżyc) jest nie tylko astronomicznym obiektem obserwowanym czy podziwianym w okresie jego fazy zwanej pełnią, lecz staje się przestrzenią określającą los ludzi, konkretnie mówiąc, staje się miejscem zesłania dzieci za jakieś przewiny, np. za lenistwo lub nieposłuszeństwo.

   Bohaterem narracji jest  bowiem „chłopiec uwięziony na księżycu”,  a narratorką jest 37-lenia matka, która mówi, że od uwięzienia dziecka na księżycu minęło osiem lat. Wspomniane  jakby mimochodem szczegóły każą czytelnikowi przypomnieć smutne zdarzenia z biografii autorki, a mianowicie  śmierć jej małoletniego syna w 1985 roku, gdy wkrótce potem  narratorka spotkała starego profesora, nauczyciela języka angielskiego, w którego mieszkaniu rozpoczyna się akcja opowieści.

   Opowiadanie rozpoczyna się przypomnieniem baśni ajnuskiej o chłopcu uwięzionym na księżycu, o którym narratorka usłyszała podczas spotkania uczniów z profesorem w okresie pełni księżyca. W tym dniu jeden z gości opowiedział bajkę o małym chłopcu uwięzionym na księżycu, przekazywaną z pokolenia na pokolenie wśród Ajnów na Hokkaido. A w tej bajce opiekunka posłała chłopca po wodę na dół, do rzeki, a on niezadowolony, wyładował swą złość na różnych przedmiotach. Był bardzo niezadowolony, że musi nosić ciężkie cebry, ale zszedł na dół. Jednak nie wrócił już do domu. Kobieta poszła nad rzekę i pytała rybek o chłopca. W końcu  od łososi dowiedziała się, że  chłopca spotkała kara za lenistwo, więc teraz jest na księżycu.

  Opowiadający wspomniał również, że w baśni Ajnów na Sachalinie zamiast chłopca występuje dziewczynka. Podobnie jest u Oroków, nazywających siebie Uilta. Podobna opowieść pojawia się również w pieśniach na wyspie Miyako w Archipelagu Riukiu. I tak słuchając o różnych przypadkach dziecka uwięzionego na księżycu, narratorkę zaniepokoiła ciężka kara – samotność na księżycu – wymierzana dzieciom. Postanowiła więc dokładniej zbadać historie chłopca na księżycu. Zapisała tytuły książek, a w następnych dniach wypożyczyła je z biblioteki. I czytała ajnuskie pieśni i sagi o bogach (kamui yukara).

 Czytając historię o chłopcu zesłanym na księżyc narratorka w toku tej samej narracji  przeistacza się w kobietę, która chłopca posłała po wodę. I kiedy jej łososie odpowiedziały, gdzie znajduje się chłopiec, spojrzała w górę, na szczyt  kamiennych, zmoczonych deszczem schodów, prowadzących do świątyni. I tam dostrzegła swego syna, który wcześniej gdzieś się jej zapodział. A teraz zobaczyła, że

 „Mój chłopczyk wdrapał się na samą górę.. / Pomachałam do niego wołając głośno jego imię (…). I wtedy on się zachwiał, przechylił w moim kierunku i runął ze schodów głową w dół…” ( s.42).

 I w tym momencie stał się chłopcem na księżycu, za którego śmierć narratorka czuje się odpowiedzialna, powtarzając sobie „dziecko zamordowane przeze mnie”.

   Przytoczyłem kilka szczegółów fabuły opowiadania Pełnia dlatego, że w tym utworze skupiają się jak w soczewce główne cechy opowiadań zawartych w tym tomie. Mam tu na myśli przede wszystkim  częste wykorzystywania folkloru, zwłaszcza z tradycji Ajnów, doskonale wplatanego w realistyczne życie narratorki. (Na temat Ajnów zob.  „Święto Ajnów”. Pisarze.pl)

  Drugą, może najważniejszą cechą opowiadań Tsushimy jest wiązanie w jednym utworze w spójną całość narracyjną postaci z różnych przestrzeni i różnych czasów fabularnych. To znaczy, że np. w opowiadaniu Pełnia narratorka „ja” (watashi) występuje w kilku postaciach, symbolizuje wiele głosów, między którymi granice są zatarte. A mianowicie, płynnie przeistacza się z jednej narratorki w drugą. Najpierw  jest osobą pomagającą staremu profesorowi podczas towarzyskiego spotkania w jego domu, a następnie staje się kobietą, która posłała po wodę do rzeki sierotę z baśni ajnuskiej. A wraz z rosnącym napięciem przeistacza się w matkę, która straciła syna w wypadku, podobnie jak autorka opowiadania.

  Natomiast chłopczyk z baśni ajnuskiej staje się synem narratorki, który ginie, spadając z wysokich schodów tylko dlatego, że matka go zawołała, zamiast samej wejść na strome schody i zaopiekować się nim. Tak ukształtowany strumień świadomości narratorki sprawia wrażenie pewnej polifonii w podświadomości, w której nawet wiadomości o Ajnach czy o Mikołaju Newskim (1892-1937), badaczu języków Ajnu i Riukiu, zaciekawia i wzrusza.

(Newski  przebywał  w Japonii w latach 1915-1929, po powrocie został aresztowany przez NKWD jako szpieg japoński i skazany na śmierć podczas czerwonej czystki.)

    Podania Ajnów narratorka czyta również w opowiadaniu „Ptasie łzy”, żeby poznać pochodzenie  „opowieści”, czy opowiadanej przez jej mamę „kołysanki”,  która  zaczynała się słowami:

 Wasz tata wciąż nie wraca […]a ja się wami opiekuję każdego dnia  tonąc we łzach. Waszego tatę zabrali ludzie z sąsiedniego kraju. (s. 101).

  A krajem tym był Wa.  Przypomina sobie, że w starożytności tak nazywano Japonię, która skolonizowała Ajnów. „Tata”, zmuszony do wyjazdu w morze, żegnając się powiedział, że gdyby długo nie wracał, to powinni  (jego rodzina) wyjść na brzeg morza i wypatrywać przylotu ptaków. A gdy na czele będzie leciał ptak bez głowy, „to będę ja. Zobaczysz  mnie  i pożegnasz modlitwą, dobrze?” (s. 102).

  Tak jak w tej ajnuskiej (komputer sam poprawia na ajnoskiej) smutnej kołysance, narratorka wychowywała się bez ojca, który ją opuścił i poszedł do młodszej, gdy  brat był jeszcze malutki. W końcu narratorka przypomniała sobie, że jej babcia pochodziła z Aomori, a więc z miasta znajdującego się w pobliżu wyspy Hokkaido, na której mieszkali Ajnowie. I pomyślała, że pewnie ta kołysanka o tacie, który nie wraca, pochodzi stamtąd. Zaczęła więc czytać książkę o podaniach ajnuskich. I znalazła pieśń podobną do zapamiętanej kołysanki, opowiadanej przez matkę. I wyobraziła sobie sytuację, w której na plaży na dalekiej północy spotkały się dwie dziewczynki – jedną była babcią, a drugą  – dziewczynką z warkoczami z rodziny Ajnów. I pewnie to od niej  babcia poznała kołysankę o ojcu, który nie wrócił ze służby Japończykom.

Teraz już babcia opowiadała dokładniej  smutną historię o swym mężu i skończyła tak:

   – … Twój tata mieszka teraz razem z bogami. Dlatego opowiadam ci tę historię…

    –  Au hottu ro. No, już nie płacz. (tłum.  Aleksandra Szczechla)

     Największe wrażenie wywarło na mnie opowiadanie Gdy płoną góry (Yama kaji), chyba  najlepsze pośród piętnastu mistrzowskich narracji rozwijających się wokół samotnych matek i prób przezwyciężenia traumy po śmierci bliskich. Ich niewątpliwą siłą jest niezwykła zdolność przywoływania i ożywiania utraconych istot za pomocą oszczędnego i klarownego języka.

    W opowiadaniu Yama kaji  (dosł. pożar w górach) narratorka nie wie, czy naprawdę widziała kiedyś pożar lasu w górach. A jednak pamięta dokładnie, co się dzieje, gdy płoną góry. I poczuła ból. I w tym momencie przeistoczyła się w uciekającą  przed ogniem sarnę.

  Podnoszę pełen  smutku krzyk, leżąc na ziemi w kłębach białego dymu. Moje płowe ciało sarny już się nie porusza… (s. 197)

  W tym strumieniu świadomości narratorka przypomina sobie koleżankę z gimnazjum, która twierdziła, że jest wcieleniem dziecka z Okinawy, które zginęło na morzu, gdy amerykańska łódź podwodna zatopiła ewakuujący ją wraz  z innymi dziećmi  statek o nazwie Taiba Maru. Urodziła się bowiem w dniu katastrofy, tzn. 22 sierpnia 1944 roku, w której zginęło w sumie 1484 osób.  (Statek towarowy Poczty Japońskiej o nazwie Tsushima-maru na rozkaz wojska ewakuował dzieci z Okinawy i został storpedowany przez  amerykańską łódź podwodną USS Bowfin.) Oczywiście, nie chciała wierzyć koleżance, zresztą nie mającej nic wspólnego z Okinawą, ale przekonanej w prawdy buddyjskiej reinkarnacji.

  Od opowiadania koleżanki o dzieciach z Okinawy minęło czterdzieści lat. Nie mogła jej teraz o to zapytać, ponieważ już nie żyła. W tym czasie narratorka zaczęła coraz częściej dostawać wiadomości o pogrzebach, m.in. otrzymała wiadomość od znacznie młodszej koleżanki, której mąż zginął w wypadku. Posłała jej na pocieszenie perfumy, a później nadszedł od niej długi list na temat tożsamości zmarłego męża, który w jej wyobraźni objawiał się pod różnymi wcieleniami. Miała więc ochotę odpisać, że również odnajduje swoje dziecko pod różnymi postaciami, jakby w łańcuchu reinkarnacji (w którą narratorka nie wierzyła). Jej od dawne nieżyjące dziecko wcielało się to w rybkę to znów w kwiatek. Ale nie wiedziała, co ma jej odpisać.

Nauczyłam się, że każde życie jest jedynym i niepowtarzanym fenomenem. Dlatego boję się własnej śmierci i mam obsesję na punkcie mojego dziecka (s.207)

 I wraca myślami do wspomnień o pożarze, kończąc historię uciekającej sarny.

    …Ścigał mnie ogień, więc biegłam co sił. Odgłos płonącego lasu. Żar nadciągających płomieni. Wijący się biały dym. Krzyk ptaków.

   Wciąż biegłam. Biegłam, płacząc i drżąc. Jak daleko bym nie uciekała, płomienie i tak dosięgają mojego ciała. Obejmują mnie. Swąd mojego palącego się ciała. Ale ja biegłam wciąż dalej.  Całkiem sama. Roniąc łzy.

 Ja zginęłam w pożarze lasu w górach.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko