Christian Medard Manteuffel – Janusz Żernicki, ojciec chrzestny Orientacji Poetyckiej –„Hybrydy”

0
443

     Pochyl się w siebie usłyszysz płowe pola, „wilki idą zbożem” – będzie chleb (jak niegdyś, jak niegdyś);

wspomnij łęgi nadwiślańskie, odarte burty Tężniopolis (martwa fala jak zawsze).

Pochyl się w siebie usłysz swoje lata, pomruk autostrad w letni wieczór, krzyk dzikich gęsi w poprzek horyzontu
(on zostaje)

Pochyl się w sobie usłyszysz zmarłych, ich niemy wyrzut stanie za płomień dalekich ognisk w urwanej przestrzeni.

Janusz Żernicki (ojciec chrzestny Orientacji Poetyckiej HYBRYDY

 – Pewność z której nic nie wynika

*

    Nie wiem czy historia będzie sprawiedliwa, zastrzegł Jerzy Leszin Koperski, komentując wybór wierszy Andrzeja K. Waśkiewicza Widmowe światło wspólnoty (Anagram 2001).  Chciałoby się odpowiedzieć: zależy, kto tworzy historię. A wtedy z widmowego światła wspólnoty pojawia się głos Józefa Stalina –  „historie piszą zwycięzcy”. Jerzy Koperski odszedł jako twórca Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”. Nie można mówić też o sprawiedliwości historycznej tylko dlatego, że jego postać powraca jak bumerang po raz pięćdziesiąty każdego stycznia w związku z protestami studenckimi po zdjęciu przedstawienia „Dziadów”, co rozpoczęło falę rozruchów politycznych w marcu 1968 roku; Jerzy Koperski był wówczas etatowym cenzorem do spraw widowisk teatralnych KC PZPR, a rola jaką w tej aferze odegrał pozostaje tyle kontrowersyjna, co nie wyjaśniona do końca: Dejmek został wydalony z partii, Koperski nie. Na ile ma się dwuznaczna rola Jerzego Koperskiego w tamtej inscenizacji do roli w tworzeniu Orientacji Politycznej „Hybrydy” próbuję dociec, gdy sięgam do wierszy Janusza Żernickiego. W roku 2002 ukazała się w  toruńskim Wydawnictwie Adama Marszałka książka Stanisława Jasińskiego „Janusz Żernicki – poeta osobny” nie przebiła swoją obszerną treścią ciszy nad rolą ciechocińskiego poety w powstaniu „Hybryd” jako orientacji poetyckiej. Cisza przeradza się w zapomnienie. Pochyl się w sobie usłyszysz zmarłych, ich niemy wyrzut stanie za płomień dalekich ognisk w urwanej przestrzeni.

   Pochylam się kolejny raz.

            Na takie niedwuznaczne stwierdzenie może pozwolić sobie dyktator, który świadomie, jak on, czy jak Hitler, który chroniąc „prawdziwych Niemców” przed skażeniem literaturą –  wrogą duchowi niemieckiemu, wyselekcjonował ją i spalił. Wychowanych na takiej wyselekcjonowanej literaturze charakteryzuje niewiedza, a ta jest matką głupoty,  mierzwą, z której rodzą się nowi dyktatorzy, tyranizujący maluczkich i kształtujący „nieumnych” na wzór tego, co chcą dla korzyści własnej lub mocodawców osiągnąć. Oni zawsze posłuch znajdą, nawet wśród tych, przeciwko którym działalność demagogów jest wymierzona. Być może  mając nadzieję na okruchy ze stołu pańskiego lub z przyczyn nikomu nieznanych przeciwnikami są ustalonego porządku i radość im sprawia burzenie tego, na czym kultura i wiara narodowa stworzone zostały. Może niepotrzebnie wstawiłem na wstępie tych kilka upolitycznionych zdań nieco pod wpływem lansowanego nowego pojęcia: „historia polityczna”, czy „polityka historyczna”. Może to komuś potrzebne, mnie nie: historia kraju tworzy się w każdej epoce, w każdym ustroju i rzecz jest być tego świadomym, a nie wycierać. Czy przyjdzie ten czas w naszych dziejach, że zapiszemy na kartkach historii, jak w kronice, czas bieżący, a naturalnym będzie, że którzy przyjdą po nas wyciągną z tego wnioski dla dumy lub dla hańby i zamiast deptać w miejscu, pójdą swoją drogą mając świadomość, że jesteśmy narodem, jak każdy inny naród, a kształt cienia, który po nas zostanie, będzie tym straszniejszy im więcej ruchów będziemy wykonywać, aby go zmienić lub wymazać. NIC NIE MOŻE ISTNIEĆ BEZ WŁASNEGO CIENIA. To, co pisze się o niecnych zamierzeniach dotyczących Orientacji Poetyckiej HYBRYDY,  jest temu bliskie – tylko że historia wchłania już tę orientację literacką z pierwszej połowy lat 60 i wątpliwościom Koperskiego, „czy historia będzie sprawiedliwa” trzeba przyznać rację. Wynika to, jak na razie z niewiedzy o rzeczywistej idei przyświecającej ojcu chrzestnemu tej nazwy, Januszowi Żernickiemu.

    Datę utworzenia Klubu Studenckiego przy ulicy Mokotowskiej 48 określa się rokiem 1957.  Za to w polityce peerelowskiej sam klub stał się solą w oku już wtedy.  W prasie reżimowej wypisywane był sensacyjne informacje o działaniu w pomieszczeniu klubu zespołu młodych ludzi połączonych „nie tyle wspólnym celem szampańskiej, co demoralizującej zabawy”. Bawili się studenci warszawscy w tym pomieszczeniu do 1973 a że w tym środowisku kpiono sobie z demagogicznych kanonów soc-kultury, stamtąd wydostawała się muzyka, śpiew i skecz kabaretowy niosąc coś, co nie miało jeszcze swojej idei politycznej, ale włączało się w tok historii kraju, która rodzi się zawsze poza wolą wodzów partyjnych. Studencki Klub „HYBRYDY” wniósł wiele w odrodzenie swobody w życiu intelektualnym stolicy i tylko jakaś dyktatura mogłaby zakazać jego działalności. Stało się: organy prasowe ogłosiły z satysfakcją: „Po latach prób zamknięto klub Hybrydy. Okoliczni mieszkańcy mogą spać spokojnie.” Faktycznie Klub z powodu wewnętrznego kryzysu zawiesił swoją działalność, wznowił 10 października 1977 w nowym lokalu przy ówczesnej ulicy Kniewskiego 7/9 (dziś ulica Złota).

„Hybrydy” są dwie.

   Nie jest to możliwe mówienie „Orientacja Poetycka Hybrydy” bez oddzielenia pojęcia „HYBRYDY” – Klub Studencki. Łączenie tych dwóch hybryd wynika właśnie z niewiedzy. Trudno jest odnaleźć jakieś ślady ich bliskiej współpracy.

(…) 11 listopada 1961 roku w herbaciarni Gong spotkali się M. Bordowicz, K. Gąsiorowski, J. Górzański, A. Jastrzębiec-Kozłowski, Z. Jerzyna, J. Markiewicz, A. Zaniewski, Ojciec i, podobno spóźnieni, E. Stachura i B. Sadowska. Powstaje grupa o nazwie Orientacja Poetycka , Ojciec dodaje słowo HYBRYDY, co w efekcie daje nazwę ORIENTACJA POETYCKA HYBRYDY. Celów istnienia grupy jest wiele, najważniejszym są pierwsze debiuty książkowe. Ponieważ sprawy wydawnicze się przeciągają, Ojciec w 1962 roku wyjeżdża do Władysławowa, potem, w listopadzie tegoż roku do Lądka Zdroju.To fragment z zapisów o mężu i ojcu (Żernickim), przechowywanych przez żonę Janusza Wandę i ich dwie córki, Darię i Iwonę.

      Na spotkaniu założycielskim nie było Leszina, nie było też Waśkiewicza. Wątpliwe nawet, czy był tam Stachura. Spotkanie grupy poetów, którzy chcieli, organizując się w grupę jakich wówczas powstawało dużo, uzyskać dojście do wydawnictw, odbyło się poza Klubem Studenckim, w herbaciarni „Gong” w Alejach Jerozolimskich. W zapisie bliskich Janusza znajdujemy tylko, że zebrani podejmują decyzję o połączeniu się w orientację polityczną a Ojciec dodaje słowo HYBRYDY. W jaki sposób Janusz wpadł na ten pomysł można się domyślać: w tym budynku – w kamienicy, gdzie funkcjonował Klub Studencki, który studenci-poeci M. Bordowicz, K. Gąsiorowski, J. Górzański, A. Jastrzębiec-Kozłowski, Z. Jerzyna, J. Markiewicz, A. Zaniewski, J. Żernicki, E. Stachura i B. Sadowska obraliza swoją siedzibę mieszkał w tym budynku w latach 1860 do 1863 Józef Ignacy Kraszewski, kiedy musiał uciekać z kraju przed grożącą mu zsyłką na Sybir za zaangażowanie w powstaniu Styczniowym. Mógł Żernicki chcieć ten fakt w ten sposób utrwalić.

   Co oznaczało w tamtym czasie określenie się jako „orientacji politycznej”. Wtedy nie oznaczało nic. Kraszewski w krótkim wprowadzeniu do swojej powieści, od której ten klub przyjął swoją nazwę, pisze sto lat wcześniej: 

(…) Jest to w obyczajach wieku dzisiejszego żeby w domu nie siedzieć…      Nie wiem czy ostatecznie społeczność na tem wygra czy straci, ale ta ruchawość człowieka wpłynąć musi źle czy dobrze na jego charakter wiekowy.    Dawniej zasiedziały człowiek był na widowni i pod sądem nieustannym otoczenia swego, kraju, rodziny, społeczności… zmuszało go to do pilnowania się i baczenia na siebie… Dziś nieznajomy, obcy, robi, co chce, a przynajmniej czynić może, co mu się podoba, jak gdyby nikt na niego nie patrzał; gra taką rolę, jaka mu do smaku przypada… nie jest pod nadzorem niczyim prócz swojego sumienia. Z sumieniem zaś… jak wiadomo, człowiek wchodzi w różne układy w potrzebie.    Mało jest tak surowych ludzi, żeby, uzyskawszy swobodę, nie korzystali z niej..
„Józef Ignacy Kraszewski – z powodu pięćdziesięciolecia pracy i   zasługi jego dla społeczeństwa” – Warszawa, drukiem Józefa Ungera

   Żernicki tworzył, bo urodził się poetą, ale to nie było proste dla poety z prowincji, jeśli nie dał się uświadomić politycznie. Janusza Żernickiego nie wciągnęła ani indywidualność Jana Pietrzaka, ani tym bardziej ideologia niektórych kolegów wekslujących w kierunku socrealizmu ułatwiającemu im dojście do publikacji. Janusz cenił sobie bardzo współpracę z redakcją „Poezji”. Janusz jednak poznaje partnerkę na swoje dalsze życie, wraca do Ciechocinka, pracuje na utrzymanie rodziny, dostaje mieszkanie na trzecim piętrze i… pisze. Podjął pracę w Miejskiej Radzie Narodowej w Ciechocinku jako koordynator do spraw kultury. (zapoczątkował festiwal „Wiosna pod tężniami” – sic. ch.m.m.). Zasada hybryd w życiu prywatnym funkcjonuje, w realizacji marzeń twórczych pojawia się układ hybrydowy z wiernym przyjacielem, Edwardem Stachurą. Nie było go już w gronie założycieli Orientacji, a sama Orientacja zaczęła się rozpadać po jego odejściu. Bo aby stworzyć hybrydę, potrzeba dwóch, co najmniej dwóch.       

Casus Stachura.  Janusz Kwiatkowski (takie było rzeczywiste nazwisko poety, nazwisko „Żernicki” było nazwiskiem panieńskim jego matki) pochodził ze znanej i powszechnie szanowanej w Ciechocinku rodziny nauczycielskiej. Edward Stachura  przybył tam z rodzicami z emigracji we Francji w roku 1948. Poznali się w szkole. Żartobliwie w swoim stylu wspomina Stachura tę przyjaźń: „Był w liceum jeden piszący wiersze chłopak, z którego wielu kolegów drwiło (…), więc wziąłem się za pisanie wierszy, żeby przejąć na siebie połowę drwin i w ten sposób ulżyć mu w niedoli”.

      Serdeczna korespondencja między przyjaciółmi rozpoczęła się zaraz po przeniesieniu się Stachury z Ciechocinka, gdzie razem uczęszczali do miejscowego liceum, do Gdańska. Kilka listów, które tutaj wykorzystuję, dotyczą batalii Stachury o wydanie pierwszej książki przyjaciela w „Iskrach”. Żernicki osobiście udostępnił te listy do publikacji. Możemy się z nich wystarczająco dowiedzieć też o stosunkach panujących nie tylko wśród byłych członków orientacji „Hybrydy”, ale i w szerszym spektrum literackim lat sześćdziesiątych.

_________________

W-wa 3 III/1964

Drogi Januszu,

dziękuję bardzo za list i dziękujemy bardzo za cytryny i pomarańcze. Tu u nas marzyć nie można, żeby kupić. Jak się coś takiego pokaże, to za godzinę już wszystko rozchwytane. A pomarańcz w tym roku i w ubiegłym nawet nigdzie nie widziałem.
Janusz, wysłałem Ci numer “Kultury”, gdzie są Twoje wiersze. Czy dostałeś? W “Iskrach” ciągle nic nowego. Jeszcze trochę poczekamy. Nie martw się. Co słychać u Ciebie? Czy dostałeś forsę i jak z Twoją robotą? I co piszesz? Jak Ci idzie? Przyślij jak coś masz. Proszę bardzo.
Pisał do mnie Mietek Czychowski. Przysłał mi bardzo dobre wiersze. Spróbuję jeszcze raz uderzyć do Fedeckiego. Może wydrukuje.
U mnie ciągle bryndza, że piszczy. Złożyłem podanie o stypendium Borowskiego. Czekam. I czekam na list od Ciebie. Jak się czuje Żona Twoja. Pozdrawiamy Ją serdecznie i Ciebie tak samo. Odpisz prędko.  Sted.

__________
W “Iskrach” Stachura dowiadywał się, pilnował wydania pierwszej książki. Mieczysław Czychowski to wielki przyjaciel ich obu, znakomity poeta i plastyk.

W-wa 31 XII/64
Drogi Januszu,
jest dziesięć po jedenastej, za niecałą godzinę Anno Domini 65 i chciałbym bardzo a także i Zyta życzyć Wam Dobrego Spokojnego Szczęśliwego Owocpięknego Nowego Roku.
Ja Ci jeszcze życzę tego, czego i sobie: parę wierszy, mój Boże. I żeby to tak nas nie zabijało bezlitośnie.
Dostałem Twój krótki list. Nic mi nie piszesz o Twoim tomiku, a ja już go widziałem jakieś dwa tygodnie temu w “Iskrach”. Powiedzieli mi tam, że wysłali Ci. Napisz – zadowolonyś? I kiedy ewentualnie będziesz w W-wie?
Ja teraz czekam na egzamin magisterski i ciężko powolutku, coraz wolniej, coraz straszniej próbuję pisać. Chcę skończyć tom opowiadań tak zwanych, ale kto wie, co to jest.
Masz nowy wiesz albo dwa? Przyślij. I ja ci przyślę coś.
Tak się cieszę, że jakoś doszliśmy do zgody. I bardzo się cieszę, że chociaż ciężko pracujesz, to jakoś Ci się układa i mieszkanie i w ogóle.

Trzymaj się. Ściskam – Sted.


       Pozdrowienia i życzenia od Zyty dla Twojej Żony. I ja się kłaniam.

__________
Rzeczywiście, gdy Żernicki otrzymał ten list, nie widział jeszcze książki. Motyw egzaminu magisterskiego tu i w innych listach – Stachura do końca, tzn. do chwili obronienia pracy magisterskiej z Henri Michaux, na przemian pokpiwał z siebie lub z trudem przekonywał się, że jednak magisterkę zrobi. Powodem owych niedowierzań nie był oczywiście brak znajomości materiału czy też trudności lingwistyczne (Stachura posiadał wyjątkowe uzdolnienia językowe, poza tym francuski znał od kołyski równie dobrze jak polski), ale niezależna cygańska natura poety, który poza własną twórczością nie planował nigdy niczego, obawiając się, że plany te i konieczność ich realizacji na tyle mogą go terroryzować, że pisaniu przeszkodzą.


W-wa 24 II/65
Drogi Januszu,
chciałem Ci w pierwszych słowach tego listu powiedzieć, żebyś się przypadkiem nie martwił artykułem Pana Juliana Rogozińskiego we “Współczesności”, gdzie pomieszał Ciebie z resztą, P. – dawnym Twoim przyjacielem, a teraz ściągaczem, Dziubą i tak dalej.
Myślę więc, że tacy ludzie jak Pan Rogoziński i takie artykuły nie powinni mącić Twojej zasłużonej radości. On się literaturą zajmuje – to już wszystko rozumiesz. Ja może więcej niż Ty byłem oburzony jego paranoją. Powiedziałem to Drozdowskiemu – ale Wy drukujecie gówna w tym Waszym piśmie. Myślałem z początku coś napisać, ale tu naprawdę szkoda czasu, którego mamy tak mało, jak piszesz.
Słuckiemu pożyczyłem Twój tomik, bo on to nic nie kupi i kiedy jest pora “Ekspresu Wieczornego”  po obiedzie, to też nie kupi gazety, ale chodzi i pożycza. Będę Cię o tym dalej informował.
Mnie nareszcie dali w poniedziałek nagrodę za to opowiadanie konkursowe związane z W-wą i jest, jeśli chodzi o to, nieźle. Jest teraz u mnie mój biedny przyjaciel z Poznania, którego chcę przyodziać i w ogóle.
Wysyłam Ci “Przystępuję do Ciebie”. Drukowała to w całości w dwóch partiach “Twórczość”. Tak, że jest to niejako rzecz już wydana.
Smutny Twój list i mnie to nie dziwi. Ale trzymajmy się. Mówię to również do siebie. Masz chyba lepiej w własnym mieszkaniu. Rób swoje, zawsze Ci mówię i bzdurami przejmuj się krótko.
Ciekawy jestem Twojej recenzji. I chyba mnie rozumiesz. Gdybyś wpadł do W-wy, to napisz kiedy.

Na razie tyle, Stary
Ściskam Cię. Zyta dziękuje za pozdrowienia i pozdrawia serdecznie Was troje. Sted.

__________
Dotyczy napastliwego artykułu we “Współczesności” Juliana Rogozińskiego i ustawicznych spraw niedoboru pieniężnego poety.


W-wa 4-8/1965
Drogi Mój,
Michael Deguy przysłał mi przekłady Twoich rzeczy, które zrobiliśmy w Paryżu. Mam jeszcze “Ars poetica” i “Tristis hiems”. Poprawię coś tam przy nich i prześlę Ci również. Nic nie piszesz. Co z wierszami w “Kulturze”? Mało czytam współczesnych periodyków, prócz codziennej gazety, więc nie wiem czy poszły, czy też nie.
Miałem wpaść do Ciebie, bo byłem niedaleko. W Gnieźnie odwiedzić chorego przyjaciela.
Zrobiłem egzamin magisterki, jest to jedna z najśmieszniejszych rzeczy tych ostatnich dla mnie czasów. Idę gdzieś w połowie września. Chciałbym jeszcze przedtem zobaczyć raz się z Tobą. Wszystko jest dobrze. Pieniędzy oczywiście nie jest za dużo. A muszę zdobyć. Chcę trochę zostawić Zycie na ten nieokreślony czas.
Piszę jak rzadko właściwie jak nigdy. Podobnie rozpęd miałem pisząc “Dużo ognia”. Mam tego, co trochę słyszałeś, już przeszło dwieście linijek i ciągle się zanosi na dużo więcej. Napisz czy jesteś w Ciechocinku i co dalej.
Co się dzieje w kółkach, klubach i orientacjach nie wiem. Do Związku zakazałem sobie chodzić. 7 czerwca wychodząc z tej trupieciarni powiedziałem sobie, że nie wejdę tam przez rok. Więc nie wiem nic i nie mam wiedzieć najmniejszej ochoty.
Taki jest mniej więcej obrót rzeczy. Ściskam Cię i pozdrawiam. Jeśli chcesz odpisać to lekko się pośpiesz.  Sted

Pozdrowienia najlepsze od Zyty dla Trójki.
__________
List charakterystyczny dla poety, pisany niejako na postoju, w trakcie zaawansowanej pracy nad książką (Po ogrodzie niech hula szarańcza). O motywach opieki Steda nad chorymi przyjaciółmi, przebywającymi czasowo na leczeniu w Gnieźnie w Szpitalu Psychiatrycznym (tzw. “Gdziezno-Dziekanka”), pisał Żernicki w artykule pt. Wiersz i jego wiara  w PIW-ie Stachura w 1977 r.


W-wa 29 XII 67
Janusz,
Leszin zaproponował mi zrobienie wyboru wierszy do “Rocznika poetyckiego”, który zamierza wkrótce wydać i na który ma pieniądze, które też zamierza wydać. Ale pieniądze są tu ostatnią sprawą mnie interesującą. Zgodziłem się na to, po pewnym namyśle. Powiedziałem, że przyjmuję to, ale jako tak zwaną robotę zleconą, bez wchodzenia do ewentualnego kolegium “Rocznika”.
Leszin, jak Ci może wiadomo, pożarł się mocno z Hybrydowcami, a zwłaszcza z panem Gąsiorowskim i ja się nie chcę w to mieszać. Mnie to ani ziębi, ani parzy. Próbowałem niemniej pogodzić Leszina z Gąsiorowskim, tłumacząc Leszinowi, że ze mnie dużej pociechy i tak mieć nie będzie, a z Gąsiorowskim dogadywali się przecież bardzo długo i w ogóle jest to robota, która G. odpowiada, w przeciwieństwie do mnie. Ale nic z tego nie wyszło. Więc robię wybór wierszy i reszta mnie nie obchodzi.
Widziałem w materiałach, które już są, Twoje trzy wiersze. Czy mógłbyś nadesłać jeszcze parę wierszy, trzy, cztery, mogą być drukowane, myślę. Osobiście bardzo bym prosił o ten wiersz, który mnie tak zachwycił, wiesz o którym myślę. Ten, który mówiłeś mi. Drukując go w roczniku będziesz mógł śmiało drukować go również gdzie indziej.
Przyślij więc go i parę innych na adres Studencka Agencja Wydawnicza W-wa, Mokotowska 48, Hybrydy.
Korzystając z okazji życzę Szczęśliwego Nowego Roku  Sted.



Gdybyś mógł przysłać wiersze możliwie szybko, to byłoby bardzo dobrze. Złych wierszy oczywiście nie przyślesz, bo takich nie masz i nawet chyba nie potrafiłbyś napisać, ale przyślij te z dobrych najlepsze, a jeśli wszystkie najlepsze to przyślij ulubione, a jeśli wszystkie ulubione to niech decyduje los.

         Tym słowem kończę. Sted

__________
Dotyczy prac przygotowawczych do wydania publikacji Za progiem wyboru (taki ostatecznie przybrała tytuł, jako suplement do niej wydany został poemat Janusza Trzynaście miesięcy).


W-wa 5 XI 68 r.
Drogi,
Twoje sny o tym jak rzucają mnie w przepaść i Zyta jako oszalała wdowa – są eufeministycznie mówiąc, straszliwe. Sen – mara, Bóg – wiara, mam wiarę, że nie spełnią się, a przynajmniej nie szybko.
Drogi! Dwa Twoje piękne wiersze idą w “Twórczości”  w jednym z najbliższych numerów. W najbliższym idą dwa Wojtka. Wracając do Twoich, to (jeszcze to sprawdzę): “Miesiąc adwentowy” i “Miesiąc ptaków z Kapitolu”. Więc bądź łaskaw nigdzie tych dwóch nie posyłać.
Ruszyła sprawa rocznika, dla którego robiłem wybór wierszy (pięć Twoich tam jest między innymi). Leszin mówił mi, że rocznik jest po cenzurze. Teraz chce, żebym objął dział prozy w kwartalniku, który ma wydawać pod nazwą, zdaje się “”Orientacja”. Ale wiesz, jak jest.
U nas bida. Kończę powoli “Całą jaskrawość”. Im prędzej oddam do Wyd. tym prędzej będzie forsa. Dużo mamy długów. Dużo.
Janusz, z załatwieniem wierszy w innych redakcjach, to nie trzeba do tego, myślę, mojej ręki. Wyślij im sam i na pewno pójdą. Myślę, że rozumiesz mnie.
Twoją recenzją o mnie dla “Pomorza”   nie przejmuj się zupełnie. Najważniejsze w końcu, że Ty ją napisałeś, a ja ją przeczytałem.
Pozdrów Wandę i Nonę i Darię. Tudzież Włodka Paźniewskiego. Piękna była ta droga z Odolionu i lasem i potem wąwozem. Wspominam ją jak sen.
Ściskam Cię mocno i wybacz, że tak piszę skokami i trochę obłędnie. Zmęczony jestem.
Czwarta ranna godzina
jeszcze broczy ale już ją dopadają
psy naganki

Ściskam Cię mocno i całuję w brodę i wąsy. Czekam na dobre wieści od Ciebie. Napisz. Zyta dziękuje za pozdrowienia i Ciebie, Wandę, Darię i cudowną Nonę  pozdrawia gorąco. Sted.

Ukłony również dla Mamy Wandy.

__________
Komentarz J. Ż.: O niesamowitym i strasznym (proroczym?) śnie pisze w artykule. Recenzja do “Pomorza” – zarówno tam, jak i w “Faktach i myślach” nikt jej z uwagi na rangę, jaką przypisywałem poezji Steda, nie chciał drukować, mówiono, że za wcześnie tak o poecie pisać, a przecież było to o książkach, o których teraz tak właśnie się pisze. Ten głos osłodziłby wówczas Stedowi wiele przykrości z odgłosów recenzenckich pp. Rogozińskich czy Matuszewskich! O wspomnianej drodze z Odolionu do Łazieńca pisałem już we wspomnieniu o Stedzie w “Integracji”, piszę o niej również w artykule.


Sława Śląska 4 XI 68 r.
Drogi!
posyłam Ci “Szarańczę”. Myślę, że to, co napisałeś o “Przystępuję” możesz śmiało przypisać “Szarańczy”, gdybyś miał zamiar, tak jak mówiłeś, coś o niej pisać. Najlepiej jeśli uprzedzisz “Pomorze”, że zastrzegasz sobie pisanie o mnie. Żeby Cię znowu nie wyrolowali jak z poprzednim Twoim tekstem.
Piszę Ci o tym, bo chyba nie mam powodu tłumaczyć, że wolałbym, żebyś to Ty pisał o “Szarańczy”, niż ktokolwiek inny. Melkowski czy jakiś inny polonistyczny pan.
Zdaje się, że byłeś na Sympozjonie ostatnim. Ja opuściłem W-wę dzień przedtem. I co sądzisz? – jak mówi Bruno. O tej imprezie. Leszin mówił mi, że wydaje Ci “Trzynaście miesięcy”. Cieszę się bardzo. Miałbyś wtedy po “Landszafcie” – trzy tomiki.
W W-wie nie dostałem tyle pieniędzy, na ile liczyłem. Tak więc tylko część długów oddałem i ta ruda kita wlecze się za mną nadal. Ciężko jest, ale nie mówmy o tym.
Jesień jest niesamowita w lesie i na polu. Wieczorem mgły też niesamowite. W Zaduszki byliśmy z Zytą i Czopikami na starym całopolnym cmentarzysku łużyckim pod Głogowem. Tam na wydmach paliliśmy świeczki, a potem rozpaliliśmy wielkie ognisko z kartoflanych łęgów i skakaliśmy przez nie i piliśmy alpagę, wylewając pół butelki w piasek – duchom w gardła.

Pozdrawiam Cię oraz Trzy Gracje. Także Zyta bardzo pozdrawia.

                                                                                                                   Sted


       
Pisz na W-wę. Listy nam odsyłają tu, gdzie jesteśmy.


__________
Komentarz Żernickiego: Książka, nad którą pracował w okresie tutaj drukowanych listów, nareszcie ukazała się.  Janek Czopik –  poeta i prozaik, przyjaciel Steda, zginął tragicznie. On swoją śmiercią zapoczątkował tę najsmutniejszą serię zgonów poetów średniego pokolenia. Daję do druku ten list, bo jakby groźne memento ów żalnik prasłowiański na końcu się pojawia.

Komentarz mój (ch.m.m.): Za dołączenie cyklu „Trzynaście miesięcy” zapłacił Stachura Leszinowi współpracą przy „roczniku”. I tak ziarnko do ziarnka…

Sława Śląska 4.XI.68 – Pozdrawiam Cię oraz Trzy Gracje. Także Zyta bardzo pozdrawia.

W-wa 5 XI 68 r.  Zyta dziękuje za pozdrowienia i Ciebie, Wandę, Darię i cudowną Nonę – pozdrawia gorąco.

Aneks od autoa. Ostatnia wędrówka.

   Od lipca 1988 nie było mnie już w Polsce; wiem tylko z istniejących zapisów i rozmów.  „19 maja 1992 roku amputowano poecie nogę powyżej kolana, znieczulono Żernickiego przez kręgosłup” – relacjonował Jasiński – „mimo wielu prób nie nauczył się sprawnie poruszać z protezą nogi”.

  Janusz pozostawił 14 zbiorów poezji. W roku 1998 włocławska MBP wydała całościowy zbiór zatytułowany „Wędrowiec z Tężniopolis”. To byławspaniała inicjatywa włocławskiego działacza kulturalnego, Aleksandra Kociłowicza i bibliotekarki pani Janiny Górniak. Kilka osób pracowało przy tym wydaniu jeżdżąc do poety bez nogi, mieszkającego na trzecim piętrze. Rozmawiam z panią Górniak:

    „(…) Jeździłyśmy do Ciechocinka (często towarzyszył nam Aleksander Kociołowicz, to on był inicjatorem wydania zbioru) i byłyśmy oczarowane nie tylko samym Januszem, ale i atmosferą, jaką potrafiła stworzyć przy redagowaniu książki Jego żona – cudowna pani Wanda, bo trzeba podkreślić, że godne ostatnie lata swojego życia Janusz tylko jej zawdzięczał. Nikt nie przyszedł im z pomocą (władze Ciechocinka), by Żernickich przenieść z trzeciego piętra na parter, a przecież Janusz nie miał nogi, a i ta która mu pozostała, była niesprawna. Pamiętam, że popełniłam niewielki artykuł na ten temat, który zatytułowałam “Pegaz w klatce” (Janusz był laureatem nagrody wojewody włocławskiego “Pegaz”). Niestety, nie było odzewu. Janusz był jednak pogodny, często podejmował w rozmowach tematy, które nas i cieszyły i bawiły, a Wanda cieszyła się, że do ich domu zawitało trochę radości. Tytuł książki – “Wędrowiec z Tężniopolis” ustalaliśmy wspólnie z Januszem, który w pierwszej wersji, zaproponowanej przez niego, miał brzmieć “Wędrowiec z jedną nogą”. Ja jednak wybrałam „Tężniopolis”, bo było i pogodniejsze, i więcej mówiło o stosunku Janusza, któremu, już nie wędrującemu, przyszło spędzić ostatnie lata swojego życia.”

   Oddajmy jeszcze raz głos stenotypiście:

„Sierpień 1997 roku przynosi upał trudny do zniesienia, któregoś dnia brat Wojciech zabiera Janusza na spacer. W wózku inwalidzkim Żernicki objeżdża okolice swojego dzieciństwa. Nie zdaje sobie sprawy, że jest to ostatni taki spacer. Lata zamknięcia na balkonie, który stał się „zagubionym dworcem mijających się ptaków”, dają znienacka znać o sobie. Przeżywa rozległy udar mózgu”. „Mój tryb życia jest na pewno dla wielu zaskakujący i przez wielu odrzucany” – zwierzał się poeta Janowi Marxowi w 1985 roku – „Jest to raczej bardzo smutne. Posiadając skrzydła pozwalające wyfruwać poza miasteczko, region, odgrywam trochę rolę prowincjonalnego bociana, któremu podcina się lotki, żeby nie wyfrunął. Kiedyś w Ciechocinku takie kalekie ptaki chodziły po parku, stanowiąc turystyczną atrakcję. Zbyt mało jednak porusza mnie spraw, by występować w roli młodego faraona z powieści Prusa, próbującego wprowadzić reformy, które muszą dopiero dojrzeć”. (K.S.)

   Janusz Żernicki ostatnie lata swojego życia przeżył w mieszkaniu na trzecim pietrze bez windy; balkon był dla niego „dworcem przelotnych ptaków” a w dole roztaczał się „Teżniopolis”. Wędrowca w jednym sandale umiera w październiku 2001 roku na skutek silnego krwotoku wewnętrznego.

   Na wszystko brakowało mu pieniędzy. Przyjaciela, Edwarda Stachury, z którym tworzyli jedyną rzeczywistą Hybrydową Orientację Poetycką nie było już na tym świecie. Ale gdzie są członkowie tamtej orientacji, której Janusz nadał imię? Kilka dni przed jego śmiercią kapituła im. Juliusza Słowackiego, składająca się z najbardziej uznanych polskich literatów, członków ZLP, przyznała mu nagrodę za całokształt twórczości. Pieniądze z nagrody jednak zniknęły, tak jak dyplom, list gratulacyjny i szacunek dla żony zmarłego, zdaniem większości krytyków literackich jednego z najwybitniejszych współczesnych polskich poetów. Na jego pogrzeb przyjechało wielu poetów i przyjaciół z całego kraju. Nad trumną płomienną mowę na cześć zmarłego wygłosił Krzysztof Gąsiorowski, członek kapituły Nagrody im. Juliusza Słowackiego.  Wszyscy literaci, decydujący kogo wyróżnić, byli filarami elitarnego Związku Literatów Polskich. W skład kapituły wchodzili wówczas m. in.: Piotr Kuncewicz, Jan Zdzisław Brudnicki, Andrzej Zieniewicz, a prezesem ZLP był i jest do dzisiaj Marek Wawrzkiewicz.

 – Januszku, zapomnieliśmy o tobie… –  mówił nad grobem Krzysztof Gąsiorowski – Ale  postanowiliśmy przyznać ci wspaniałą nagrodę. Niestety, za życia nie zdążyłeś się o tym dowiedzieć.
   Na stypie Krzysztof Gąsiorowski w gronie przyjaciół prosił żonę zmarłego o przyjazd do Warszawy po odbiór nagrody. Uroczystość miała odbyć się w Zamku Królewskim w Warszawie. Honorowy patronat nad imprezą objęła Jolanta Kwaśniewska, ale na nią nie przyszła.

    – Dzień po pogrzebie miałam jechać do Warszawy –  wspomina Wanda Kwiatkowska, wdowa po Januszu Żernickim. – Nie miałam na to jednak siły. Ciężko znosiłam śmierć męża. Wtedy jednak sam gest przyznania tej nagrody wydawał mi się bardzo miły. Zbieram całą dokumentację mówiącą o twórczości Janusza. Bardziej niż na pieniądzach zależało mi na dowodzie, że mąż taką nagrodę rzeczywiście otrzymał. Dla wnuków.

*

Na zboczach snu cisną się sobowtóry, napierając, żebym przyznał się do nich, choćby od niechcenia.

O poranku-wspominam-miąższ sytuacji, nonszalancki kaprys klimatów, puls brzóz, przymrużone oczy wertepów- bardziej mi były bliskie niż potwierdzenie własnej tożsamości.

Dlatego odprawiam ich nie bacząc na chronologię, dlatego odprawiam ich nie pamiętając win, ( a jakże ! ) z którymi każdy się trzepocze, dlatego odprawiam ich, jakby byli obcy i skończeni (w rzeźbiarskim odczuciu fałd, sandałów i kostura)- teraźniejszy senior i uciętą nogą..

Zabiorę ich ze sobą, kiedy przyjdzie się tłumaczyć, jak na ośnieżonym peronie repatriantów- może Wielki Nieznajomy okaże się pobłażliwym?

  Janusz Żernicki – „Na zboczu snu”                    

Christian Medard Manteuffel w Ciechocinku w 2005 roku.                                                   

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko