Andrzej Mencwel – Pytanie o realność „Wielkiego bloku”*

0
420

Rewolucje są momentami, w których społeczeństwa zapoznają się ze swoją istotną strukturą – napisał Stanisław Brzozowski w inspirowanej rewolucją 1904-1906 roku rozprawie o literaturze Młodej Polski. Brzozowski miał wtedy słuszność – podczas tamtej rewolucji bowiem, społeczeństwo polskie zapoznało się ze swoją istotną strukturą, ponieważ ujrzało i uznało istnienie klasy robotniczej, jako realnej, nawet dominującej klasy społecznej. Miary tego uznania zależały od uprzedniego położenia klasowego, idei społecznych i praktyk politycznych, jeden wszelako rezultat był bezspornyi musiał być przez wszystkich przyjęty. Ten mianowicie, iż przemysłowa klasa robotnicza stanowi tak podstawowy składnik społeczny, że bez jej czynnej obecności nie da się społeczeństwa pojąć, narodu scalić, państwa odzyskać i urządzić. Jeśli inteligencja polska osiąga wówczas swoje historyczne apogeum, gdyż jej przedstawicieli widzimy na czele ówczesnych prac i walk, dzieje się to ze sprawą masowej obecności i aktywności robotników[i]. Zjawiają się oni wcześniej, nawet ich organizacje społeczne i polityczne są wcześniejsze, a wejście do industrialnej „ziemi obiecanej” wiąże się z protestami, strajkami i buntami. Można jednak przyjąć, że przedrewolucyjne organizacje mają charakter głównie „kółkowy”, zaś protesty i bunty przebiegają żywiołowo. W rewolucji 1904-1906 roku zmienia się to gruntownie – organizacje stają się masowe, wystąpienia świadome i celowe. Kiedy w roku 1918, w odzyskującej niepodległość Polsce powstają pierwsze własne rządy, tworzą je socjaliści, a ich założenia programowe spełniają podstawowe oczekiwania i postulaty ludu pracującego, jak wówczas pisano[ii].

            Czy wydarzenia lat 1980-81 były w nowoczesnych naszych dziejach wzmożonym odpowiednikiem rewolucyjnych lat 1904-1906? W perspektywie historycznej wskazywanej przez sentencję Brzozowskiego – niewątpliwie tak! Społeczeństwo polskie bowiem, zapoznało się wtedy ze swoją istotną strukturą, w tym sensie, że dominacja klasy robotniczej stała się społecznie i politycznie, nawet wizualnie, nieodparta, aby w swoich następstwach doprowadzić do pokojowego przewrotu roku 1989, nierzadko uznawanego za odpowiednik roku 1918, czyli odzyskania niepodległości. Rzecz jasna to sierpniowe unaocznienie dominacji robotniczej, będące przecież wydarzeniem zmieniającym oblicza kraju i świata, nie było cudem odosobnionym, lecz końcowym, masywnym ogniwem długotrwałego procesu, poprzedzanym przez wydarzenia lat 1956, 1970, 1976. Wszystkie one, włącznie z marcem 1968 roku, nie byłyby, z kolei, możliwe bez tego wielkiego przekształcenia industrialnego, urbanizacyjnego i edukacyjnego, jakiego dokonano w powojennej Polsce. Przemiany te ponadto, chociaż częściowo narzucone, były również oczekiwane, co wyrażano jasno w powstających podczas wojny i okupacji programach politycznych, których wspólnym, przeważnie, punktem wyjścia była społeczna, przede wszystkim, krytyka Polski międzywojennej. Krytyka ta, z kolei, odsyłała do wspomnianych już postępowych podwalin ustrojowych II Rzeczypospolitej, założonych przez rządy socjalistyczne, a potwierdzonych przez pierwszy sejm Niepodległej, w którym przeważała prawica. Będąc w zgodzie z elementarną prawdą historyczną, trzeba znowu wskazać rewolucję 1904-1906 roku, podczas której społeczeństwo polskie, jak to słusznie orzekał Brzozowski, zapoznało się ze swoją istotną strukturą i u progu niepodległości samowiedzy tej nie mogło już porzucić.

            Dalej w przeszłość cofać się nie mogę, choć jestem przekonany, że w każdej teraźniejszości obecne jest wiele złóż przeszłości, które jeśli nie są czynne, to co najmniej oporne. I tak dla całego polskiego wieku XIX decydująca społecznie i narodowo jest kwestia chłopska, a jej rozwiązanie nie następuje bynajmniej wraz z tak zwanym uwłaszczeniem w kolejnych trzech zaborach, gdyż realizacja reformy rolnej dokona się w następnym stuleciu. Tutaj jednak zajmuje mnie szczególnie relacja zachodząca pomiędzy rzeczywistością ludzi i rzeczy (strukturą istotną), a zbiorowymi o niej wyobrażeniami (zapoznaniem się), czyli samowiedzą. W dekadzie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, klasie robotniczej u nas, choć nieustannie „rosła ona w siłę”, żeby użyć ówczesnego liczmanu, władze nadawały głównie byt ideologiczny i frazeologiczny, zakłamując tym samym rzeczywistość społeczną, razem z własnym w niej istnieniem. Sierpień 1980 zakłamanie to zdruzgotał, społeczeństwo odsłoniło swoją istotną strukturę i się z nią zapoznało, uzyskało zatem odpowiednią samowiedzę swego istnienia, co odebrałowładzom dotąd panującym rację bytu, choć ich ostateczne odejście trwało jeszcze prawie dekadę.

            Historia nie jest wiedzą ani łatwą, ani małą, ale przeszłość ponad stuletnia (od 1904-1906) czy prawie półwieczna (od lat 1970-1980), pozostając przedmiotem wszechstronnych sporów, jest jednak bardziej przejrzysta od współczesności, którą zrozumieć się staram. Pierwszym jej zaćmieniem, które rzuca nam się na oczy, jest doszczętne nieomal zniknięcie z publicznego wokabularza „klasy robotniczej”, a wraz z nim klasowej wizji, czy też koncepcji społeczeństwa. Czy klasa robotnicza, zasadniczo dominująca w dwudziestowiecznych dziejach Polski, zniknęła z teraźniejszej struktury społecznej realnie, czy też unieważniono ją pojęciowo, aby pozbyć się jej jako problemu politycznego? Robotnicy rzeczywiście zmienili swoje miejsce społeczne wraz z postindustrialnymi, jak się je nazywa, zmianami gospodarczymi, ale przecież się nie ulotnili, bo mamy nadal górników, hutników, mechaników i murarzy. O wiele bardziej niż ze społeczeństwa znikali oni z języka publicznego, a ich narastająca pojęciowa nieobecność ułatwiała najpierw ideologizację liberalnego „społeczeństwa obywatelskiego”, później zaś konserwatywnej „wspólnoty narodowej”. Obie te ideologizacje, każda na swój sposób odwoływały się do tradycji „Solidarności”, coraz bardziej mityzowanej i coraz mocniej pozbawianej konkretnego oblicza społecznego. W budowę sieci związków, stowarzyszeń i ogniw tworzących społeczeństwo obywatelskie byłem osobiście zaangażowany, więc jest mi ono bliższe, ale to nie znaczy, że pozwalam utożsamiać naród z beztreściwą społecznie „wspólnotą narodową”.  

Co do klasowej wizji lub koncepcji społeczeństwa, to miały one w nowoczesnej myśli socjologicznej różne konkretyzacje (konserwatywne, liberalne i socjalistyczne), ale zawsze związane były z narodzinami i rozwojem społeczeństw przemysłowych i kapitalistycznych. Najprościej mówiąc społeczeństwa feudalne były stanowe, społeczeństwa kapitalistyczne – klasowe. Polska rewolucja lat 1904-1906 dlatego tak wiele znaczy, że po raz pierwszy w naszych dziejach, nowoczesna struktura klasowa przełamywała w niej anachroniczną strukturę stanową. Transformacja zachodzącą w Polsce po roku 1989, choć nazywano ją często rewolucyjną, w swojej istocie gospodarczo-społecznej, była jednak restauracyjna. Restaurowano bowiem kapitalizm oraz właściwe mu społeczeństwo klasowe, choć na gruncie cywilizacyjnym zasadniczo zmienionym przez przeobrażenia powojenne. Społeczeństwo Polski Ludowej było uprzemysłowione, zurbanizowane, zdemokratyzowane, a także niezrównanie bardziej wykształcone, gdy II Rzeczpospolita pozostawała przeważnie wiejska, pełna stanowych przeżytków i niepiśmienna na znacznych obszarach. Restauracja ta nie tłumaczy bynajmniej tego, że jedynym zwrotem odnoszącym się do struktury społecznej, rozpowszechnionym w III Rzeczypospolitej stała się „klasa średnia”, zaś inne byty społeczne przesłoniły tumany niewiedzy. Próby wznawiania sporu o inteligencję miały regresywny charakter, ponieważ ignorowały przetworzenie całej struktury istotnej[iii]. Wyglądało na to, że nowa, dominująca klasa średnia, będąc zagadnieniem rzeczywistym, istnieje jednak głównie frazeologicznie oraz ideologicznie, w każdym razie nie zapoznała się sama ze sobą, nie jest więc siebie świadoma. Podobnie jak całe współczesne społeczeństwo polskie, co dodatkowo potwierdza zanikanie historiografii społecznej i osłabienie krytycznych studiów socjologicznych. Z tym większą więc oskomą rzucam się na dziełko, w którego tytule wybito Klasy w Polsce i chętnie wchodzę w rzecz samą[iv].

Czy, na przykład, sposoby posługiwania się rowerami, rozpowszechnionymi w ostatnich dekadach, uwidoczniają nam podziały klasowe, odrzucone w naukowych rzekomo teoriach i wykluczone z podniosłych, narodowych idealizacji? Maciej Gdula,  nie tylko odpowiada twierdząco na to pytanie, ale odpowiedzią tą wspiera również swoją koncepcję obecnych podziałów klasowych[v]. I tak, jego zdaniem, członkowie klasy ludowej, posługują się rowerami w sposób zwyczajowy, to znaczy używają ich do robienia zakupów i podobnych posług; w klasie średniej przeważa spacerowe i komunikacyjne wykorzystywanie bicykli, dlatego jej reprezentanci domagają się rozbudowy ścieżek rowerowych; elity zaś, czyli klasa wyższa, nabywają sprzęt najwyższej jakości wraz z towarzyszącym mu ekwipunkiem, a jeżdżą gdzie chcą i jak chcą. Przyznaję, że moje własne obserwacje (z Łomianek i okolic) potwierdzają trójpodział Gduli i to tak naocznie, że dla zachowania rezerwy umysłowej, jestem gotów poddać go w wątpliwość. W tej samej książce Henryk Domański, znany dobrze ze swoich analiz socjologicznych[vi], twierdzi, że współczesne społeczeństwo nasze dzieli się na klas sześć (właściciele, specjaliści czyli menadżerowie, urzędnicy niżsi, robotnicy wykwalifikowani, rolnicy, robotnicy niewykwalifikowani), przy czym jego studium obejmuje lata 1982-2015, czyli przekracza ramy periodyzacji politycznej, pośród historyków wszechwładne. Nie jest to chronologiczny przypadek, Domański bowiem dowodzi, że we współczesnej Polsce, podobnie jak w ostatnich dekadach PRL, bariery klasowe były i są dość trwałe, zaś ruchliwość międzyklasowa zasadniczo słaba: elity reprodukują się we własnych kręgach, potomstwo klas niższych (robotnicy, urzędnicy, rolnicy) pozostaje na pozycjach wyjściowych. Mogę i to potwierdzić własnym doświadczeniem, o którym już pisałem[vii], ale z przekonywających studiów autorów tej pracy zbiorowej wydobywam taki wniosek: społeczeństwo, którego przytłaczająca większość członków przywiązana jest do swoich pozycji wyjściowych, nie jest naprawdę otwartym. Aby się rzeczywiście otworzyć, musi się przynajmniej adekwatnie rozpoznać.

Książeczka ta szczupła objętością, wiedzą jest obfita, powstrzymuję się przed   dyskusją socjologiczną (klasy podług Domańskiego czy Gduli?), aby wejść w spór kulturowy. Przekonuje ona o owocności języka analizy społecznej w poznawaniu współczesności, jeśli tylko język ten podda się krytycznemu namysłowi i refleksyjnie odnowi. Odkładając na biblioteczne półki dwubiegunowy podział społeczny Marksa i marksistów (wyzyskiwacze i wyzyskiwani), przyjmujemy przeto podziały społeczne bardziej złożone i wieloczłonowe, a musimy je badać rzetelnie, aby lepiej rozumieć świat, w którym żyjemy. Wieloczłonowych zróżnicowań społecznych nie określają tylko kryteria ekonomiczne (bogaci i biedni), lecz także socjologiczne i kulturowe, czyli, żeby użyć języka wprowadzonego przez Pierre’a Bourdieu, za którym nie przepadam: „kapitał społeczny” oraz „kapitał kulturowy”. Nie przepadam dlatego, że niewątpliwą dominację kapitału w naszym świecie nie musi koniecznie wzmacniać „kapitałowy” język jego opisu, ale przyznaję, że dostępność „sieci społecznych” (czyli „stosunków” lub „układów”) oraz zasobów edukacyjno-kulturalnych (elitarne pepiniery, biblioteki domowe itp.), jest wyraźnie różna w różnych grupach społecznych. Oczywiście, na przykład, jest ona wyższa dla rodowitych warszawiaków z klasy średniej, niż dla przybyszów z prowincji, mianowanych „słoikami”, aby odebrać im „szacowność”, również hierarchizującą społecznie[viii]. Autorki i autorzy tego tomu są konkretni i subtelni w swoich analizach, niekiedy wyciągają z nich wnioski, które wydają się radykalne, ale to, że otwierają zamkniętą zbyt długo przestrzeń dyskusji społecznej, przyjmuję z ochotą. Aby tę przestrzeń dopełniać, podejmuję właśnie spór o zagadnienie tożsamości, przez nich oddalone.

Magda Szcześniak[ix] spostrzega, że „klasa średnia” w pierwszych latach transformacji była „budowana” ideologicznie, jak „klasa robotnicza” za dawnego reżimu, a co więcej, że występowała jako swego rodzaju metonimia całej struktury społecznej, aby właśnie ją przesłonić, przez co inne grupy postawione w dramatycznej nierzadko sytuacji, stawały się zbiorowo „niewidzialne”. Inteligentnie też analizuje towarzyszące tej ideologizacji przemiany kultury wizualnej, głównie wtedy telewizyjnej (internet dopiero raczkował), narzucającej różne imitacje elitarnych stylów życia, jako pożądanej „kultury wyższej”. Dobrze pamiętam magiczną siłę Dynastii, podczas nadawania której pustoszały uliczki Targówka, oraz niezliczone w polskich miasteczkach lumpeksy, nazwane imieniem Alexis. Kiedy jednak dzisiaj, a będzie już niedługo trzydzieści lat od tamtych siermiężnych początków nowej kultury wizualnej, zaglądam sporadycznie w seriale dowolnej rodzimej sieci telewizyjnej, widzę, że wszystkie one dzieją się w tym samym prawie, wymyślonym środowisku klasy średnio-średniej, zarówno w metropoliach, jak na prowincji. W tę schematyczną scenerię, wrzuca się epizodycznie jakiegoś „wykluczonego”, który, rzecz jasna, okazuje się nieudacznikiem, alkoholikiem lub przestępcą. Wszystkie te postacie razem wzięte zieją pustką, ponieważ pozbawiono je naprawdę ludzkiej substancji. Ale nie ma tej substancji bez kulturowej specyfiki, społecznej genealogii i historycznej tradycji. Podobnie jak nie istnieją pozbawione tych właściwości klasy i grupy społeczne.

Sylwia Urbańska, która owe „normy szacowności” uznaje za ważny wyznacznik pozycji społecznej, w swoim studium poświęconym przekształceniom klasowym w procesach migracji[x], pisze, że polscy emigranci ulegają łatwo gettoizacji, a związana z tym izolacja od wieloetnicznego i wielokulturowego otoczenia, sprzyja przeniesieniu różnic społecznych (w tym klasowych) na swoistą „politykę tożsamości”, opartą na przeciwstawieniu „swoich” i „obcych”. Nie mam wątpliwości, że we wszelkich diasporach przeniesienie takie się dokonuje, ponieważ sama gettoizacja na nim się opiera – wewnątrz żyją „swoi”, na zewnątrz – „obcy”. Pytam jednak, czy podobny proces nie dokonuje się wewnątrz kraju i czy „polityka tożsamości” mityzująca swojską „wspólnotę narodową” nie przykrywa różnic społecznych, zwłaszcza klasowych, w całym współczesnym polskim społeczeństwie? Jeśli tak, to trzeba różnice te odsłaniać i analizować w odpowiednim dla nich, odnowionym języku socjologicznym, co czynią autorzy tej książki. Społeczeństwa nowoczesne są złożonymi systemami wieloczłonowymi, a nie homogenicznymi społecznościami pierwotnymi, które bywały etnologicznym czarem, lecz przeniesione do współczesności są zwykłą ideologizacją. Składniki społeczeństw rozwiniętych nie spadły jednak z nieba, są ziemskimi tworami dziejowymi, niekiedy wielowiekowymi, jak klasa chłopska, która podlega zanikowi w naszej przytomności[xi]. Tworami dziejowymi są również właściwe tym klasom style życia, wyobrażenia zbiorowe, pojęcia świadomości, konstrukcje tradycji. Dlatego nie da się zrozumieć współczesnego społeczeństwa polskiego bez odniesienia do ukształtowanych w nim kulturowych wzorów tożsamości[xii].

Na początku zeszłego stulecia, wraz ze zmianą tradycyjnych odniesień społecznych, artykułują się także nowe idee – nacjonalizm, agraryzm, liberalizm, socjalizm – powstają też i rozwijają się nowoczesne ruchy polityczne. Alternatywy współczesne odpowiadają w pewnej mierze zeszłowiecznym, a choć ciągłość postaw i organizacji została zerwana przez wojny i przewroty, korespondencje pomiędzy nimi są słyszalne. Nie sądzę wszelako, że żyjemy ciągle w cieniu dwóch wielkich trumien, Piłsudskiego i Dmowskiego, przed czym przestrzegał Jerzy Giedroyc. Wygląda raczej na to, że obecnie rządzi w Polsce widomo Dmowskiego, przybrane w pośmiertną maskę Piłsudskiego. Tym ważniejsze jest więc otwarcie nowego horyzontu przez nowe siły społeczne.    

Maciej Gdula nie jest obojętnym naukowcem akademickim, lecz badaczem ideowo zaangażowanym, co jawnie wypowiadając, zyskuje na wiarygodności. Jego autorska książka Nowy autorytaryzm spowodowała tak rozległą dyskusję społeczną, jakiej dawno nie mieliśmy. Ponieważ ta rzecz o „Miastku” rymuje się z moim esejem o „Wiosce” (też bez nazwy), pozostawiam ją w tle, aby nie wdawać się w egotyczne niechybnie porównania. Skupiam się natomiast na Klasach w Polsce, szczególnie na pytaniu wysłowionym wprost przez autora: Czy możliwa jest zmiana układu sił? Zarówno samo to pytanie, jak i proponowana odpowiedź dalekie są od pospolitej, spaczonej polityzacji wszelkich zagadnień życia publicznego w Polsce. Gduli nie chodzi o tworzenie koalicji partyjnej, a zmiana, którą ma na uwadze, nie polega na  doraźnym odparciu rządzącej prawicy. Zmiana układu sił oznacza zmianę stosunków społecznych, podstawę wszelkich trwałych konstelacji politycznych. Ma się u nas utworzyć wielki blok dwóch klas, ludowej i średniej, obejmujący swą wielopostaciową hegemonią cały naród. Uwięźliśmy bowiem w relacjach właściwie odwróconych – hegemonię sprawuje zarówno politycznie, jak ekonomicznie i kulturowo, elitarna klasa wyższa, odpowiednio manipulując demokracją. Natomiast klasy najliczniejsze i podstawowe poddane są jej wszechstronnej dominacji i pozostają w ideowym uśpieniu. Maciej Gdula mógłby napisać, jak Emanuel-Joseph Sieyès, w sławnej broszurze, zapowiadającej Wielką Rewolucję Francuską, Czym jest stan trzeci?, że ten blok społeczny, który wskazuje, jest zupełnym narodem, a jeśli teraz politycznie jest niczym, to powinien stać się wszystkim.

            Podzielam dążenia Gduli i podobnie jak on, chciałbym przyczyniać się do powstania wielkiego, społecznego, prawdziwie demokratycznego bloku, zmieniającego całą współczesną rzeczywistość, więc także kulturę symboliczną, w której krytyczną przebudowę zaangażowany jestem od lat. Obawiam się jednak, że jego klasa średnia, podobnie jak i klasa ludowa, nie są pokaźnymi monolitami społecznymi, lecz pozostając wewnętrznie rozwarstwione, rozsadzane też są sprzecznymi interesami oraz identyfikacjami. Wielostopniowe podziały społeczne, jak w badaniach i koncepcjach Henryka Domańskiego, są bliższe moim doświadczeniom, choć utrudniają ideowe wizje „wielkich bloków”. Pozostawiam jednak tę dyskusję socjologom, z wiarą w to, że sprowadzi ona na społeczną ziemię wszelkie polityzacje naszej rzeczywistości. Moje pytania krytyczne wynikają natomiast z przedstawionych powyżej napięć i sprzeczności w kwestii tożsamości, a trzeba je koniecznie uświadamiać, jeśli szanse zmiany społecznej mają stać się realnością przeważających ludzkich postaw, a nie pozostać tylko abstrakcyjną konstrukcją intelektualną. Zapoznać się ze swoją strukturą istotną, to znaczy uzyskać jej czynną, sprawczą samowiedzę, bez której żadne poważne zmiany nie są możliwe.  

I tak: czy w tym wyczekiwanym „wielkim bloku” widzimy reprezentatywne grupy tych, którzy twardo stoją na gruncie politycznej i obywatelskiej koncepcji narodu i potrafią ją nie tylko teoretycznie uzasadniać, ale i upowszechniać tak, abyśmy wszyscy czuli się powszednio odpowiedzialni za kulturową, religijną i etniczną otwartość naszego społeczeństwa i państwa? Dalej: gdzie znajdują się ci, którzy identyfikują się z nowoczesną tradycją demokratyczną, a jej socjalistyczne składniki uważają za niezbywalne, zarówno w sferze obyczajowej, jak i symbolicznej? Czyli ci, dla których ludzie wolni są braćmi, zwłaszcza wtedy, gdy pozostają „pracobiorcami”; hasło za wolność naszą i waszą odnoszą do uchodźców całego świata, a socjalizmu nie mylą ze stalinizmem? Polska Ludowa w formie politycznej była tworem narzuconym, ale w swojej treści społecznej oczekiwanym przez większość Polaków, którzy też brali udział w jej budowaniu, i to nie tylko wtedy, kiedy szło o pożądane i jednoczące ludzi odgruzowanie. Pokojowa, długotrwała praca przetwarzania struktur zastanych i wymuszanych, gdzie ma teraz swoich słyszalnych, publicznych rzeczników? Której uznanie winno również wiązać się nie tylko z biernym przyjęciem powojennych zmian terytorialnych, ale i uszanowaniem „pionierów Ziem Zachodnich” oraz akceptującym zrozumieniem nowoczesnych przemian cywilizacyjnych, dokonywanych w różnych rytmach i z nierównym skutkami, podczas powojennych dekad. Wreszcie – czy mamy taką siłę społeczną, wyrażającą się w oficjalnej reprezentacji politycznej, która bez żadnej incydentalnej agresji, ale za to pryncypialnie i stanowczo broni świeckości państwa we wszystkich jego instytucjonalizacjach, a jasnością i otwartością swego stanowiska działa także na panujący model polskiej, katolickiej religijności? Jest dość oczywiste, że na wszystkie te pytania można odpowiedzieć pozytywnie, jeśli wskazuje się wyodrębnione, na ogół dość elitarne, środowiska. Ale gdy mamy na uwadze „wielki blok społeczny” odpowiedź, niestety, musi być negatywna. I nie zostanie zmieniona dopóty, dopóki nie zmieni się przeważający wzór polskiej tożsamości. 

                                                                        Andrzej Mencwel

Fragment pracy pt.          , przygotowywanej do publikacji książkowej


[i] Por. Wiktor Marzec, Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i plebejskie doświadczenie polityczne. Łódź-Kraków 2016, zwłaszcza rozdział pt. Proletariacka sfera publiczna, s. 49-126.

[ii] Zob. Adam Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej (1918-1933), Zarys dziejów politycznych. Warszawa 1083, zwłaszcza rozdział drugi, Rządy ludowe, s. 31-40. Także Paweł Zaremba, Historia Dwudziestolecia (1918-1939), Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, szczególnie Demokratyczne podstawy państwa, s. 33-38.

[iii] Opinia ta nie dotyczy książki Piotra Kulasa, Inteligenckość zaprzeczona. Etos i tozsamość młodych inteligenckich elit. Warszawa 2017. To rzetelne i wszechstronne badanie współczesnego stanu tej problematyki.

[iv]  Klasy w Polsce. Teorie, dyskusje, badania, konteksty. Redakcja Maciej Gdula, Michał Sutowski. Autorzy: Henryk Domański, Klauss Dorre, Adrianna Drozdowska, Maciej Gdula, Mikołaj Lewicki, Adam Mrozowicki, Magda Szcześniak, Sylwia Urbańska. Warszawa 2017.

[v]   Maciej Gdula, Pożytki z klasowości. Klasy w Polsce i szanse zmiany społecznej, tamże s. 136-162.

[vi]  Henryk Domański, Stratyfikacja klasowa w Polsce, tamże s. 16-45. Oraz książka tegoż autora pt. Czy są w Polsce klasy społeczne?, Warszawa 2015.

[vii] Zob. Andrzej Mencwel, Toast na progu, Kraków 2017. Ostatnio ukazała się też bardzo ważna dla tej problematyki książka Przemysława Sadury, Państwo, szkoła, klasy, Warszawa 2017.

[viii]  Zob. pouczające studium Mikołaja Lewickiego i Adrianny Drozdowskiej, “Słoiki” i warszawiacy: klasowe wojny o Warszawę, w: Klasy w Polsce, wyd. cyt. s. 93-135.

[ix] Magda Szcześniak, Obrazy klasy. Wyobrażenia o strukturze klasowej w czasach transformacji ustrojowej, tamże, s. 61-76..

[x] Sylwia Urbańska, Normy szacowności i płeć jako oś przekształceń klasowych w procesach migracji, tamże s. 77-92.

[xi]  Zob. Kultura chłopska: kres, koniec, próg? w: Andrzej Mencwel, Toast na progu, wyd. cyt. 273-299.

[xii]  Bliżej o dylematach tożsamości w podrozdziale Tożsamość – napięcia i sprzeczności, s…. w tym tomie.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko