Andrzej Wołosewicz – Na peryferiach, czyli gdzie? – gdzieś między morzem, wierszem a światem? I – O jednym wierszu Wrocławskiego (zanim o całości)

1
78

Zamierzałem napisać recenzję ze „Skazanego na peryferie” Bohdana Wrocławskiego, recenzję z całości, ale musiałem zmienić ten zamiar. Dlaczego? Bo lektura pierwszego wiersza zatrzymała mnie na dłużej niż przystępującemu do lektury z zamiarem przyjrzenia się całości wydawało się możliwe. I co więcej, tę wyjaśniającą preambułę napisałem już na końcu, po wszystkim co niżej, co po niej. Napisałem ją jako usprawiedliwiające wyjaśnienie. A skąd, po co i dlaczego to wszystko? – czytajcie dalej.

Pierwszy wiersz da się czytać na dwa sposoby, ja czytam na dwa sposoby, zapewne wbrew autorowi. Pierwszy sposób to ten wewnętrzny, wynikający z mego głębokiego wejścia w tekst. Z tym, że owo głębokie wejście w tekst choć jest moim głębokim wejściem nie dzieje się ani dzięki interpretacyjnej aktywności, ani przez jakieś krytyczno-literackie zabiegi czy przyzwyczajenia – cała aktywność jest po stronie wiersza, który mnie wciągnął. I tylko to, że mnie, pozwala mi pisać o moim głębokim wejściu w tekst. Ale jestem tu bierny, wciągnięty, zaanektowany. I… wypluty dwa wersy przed końcem pierwszej strony, czyli po frazie:

pozbawiona jego oddechu
przerażona ginie w ciszy nie do zaakceptowania

Tu się wiersz dla mnie skończył, to jest to pierwsze czytanie, czytanie wbrew autorowi. Spójrzmy więc na tę niecałą „całość” wiersza „Il Silenzio – Studium w szarości”:

Mężczyzna siedzi przy stole
książki na parapecie przysłaniają mu światło

W półmroku czyta wiersz Roberta Lovella o umieraniu
od dłuższego czasu próbuje zrozumieć swoją śmierć – rozpisuje ją
nieomal w sposób sceniczny
jakby stawiał znaki interpunkcyjne przy każdym oddechu

już wie że można być scenarzystą reżyserem i aktorem
a gra w każdej komedii
jest niczym wpływanie małego strumienia
w cisze oceanu

zauważył że znajomi telefonują do niego coraz rzadziej
w gruncie rzeczy
nie przeszkadza mu to – odczytuje jako znak umykającego czasu

W wyobraźni stara się odnaleźć siebie dawnego
słucha grającą na trąbce Il Silenzio Melisse Veneme
aż do tego momentu
w którym orkiestra włącza się w krwiobieg utworu

powraca do książki Lovella
szelest kartek wytrąca równowagę w pokoju
powietrze przepływa spokojnie przez jego wyciągniętą dłoń

i ginie gdzieś w zupełnie nieokreślonej przestrzeni
za otwartym oknem

Kiedyś myślał że śmierć nigdy nie będzie jego udziałem

dziś dostrzega – każdego dnia jakaś maluteńka część ciała
opuszcza go
przemierza ogromne przestrzenie kosmosu

pozbawiona jego oddechu
przerażona ginie w ciszy nie do zaakceptowania (…)

Wiersz się tu dla mnie skończył, bo mnie odbiorczo wyczerpał. Jest cichy, spokojny, tak odbieram jego tonację a przecież drapieżny, fatalistyczny, choć przecież nie dodaje żadnej wiedzy do tego, co wiemy, że śmierć, że umieranie, że tylu już przed nami. Ale to nie śmierć jest tu bohaterem a umieranie. A ono zostało przez poetę przedstawione tak, że właśnie odbiera oddech stawiając nas przerażonych na granicy „ciszy nie do zaakceptowania”. Dlatego mówię, że wiersz się tutaj dla mnie skończył. Skończył się tu dla mnie w mocny psychologiczny sposób. Dalej już czytałem, gdy złapałem oddech, uciekłem spod topora dojmującej grozy końca podanego w formie matczynego przytulenia. To właśnie ten dysonans: między poetycką ciszą przekazu pisanego jakby zatrzymanym spokojnym obrazem Starca – wybacz, Bohdanie, ale tak przecież jest – czytającego wiersz Roberta Lovella (o umieraniu!) a drapieżnością uświadomionej sytuacji, że „każdego dnia jakaś maluteńka część ciała/ opuszcza go/ przemierza ogromne przestrzenie kosmosu// pozbawiona jego oddechu/ przerażona ginie w ciszy nie do zaakceptowania”. W tym momencie, od tej frazy czytam już dalej tak jak powinien to uczynić przyzwoity krytyk, bo do tej pory byłem – wobec wiersza i wobec siebie – tylko uczciwy. Teraz będę przyzwoity. Ale jeszcze na chwilę zatrzymam się, bo znalazłem wytłumaczenie dla swojej postawy, a może i dla autorskiego zabiegu (świadomego?, nieświadomego?) jaki dostrzegam w tym wierszu. Trzeba więc spojrzeć – wreszcie! – na cały wiersz:

Mężczyzna siedzi przy stole
książki na parapecie przysłaniają mu światło

W półmroku czyta wiersz Roberta Lovella o umieraniu
od dłuższego czasu próbuje zrozumieć swoją śmierć – rozpisuje ją
nieomal w sposób sceniczny
jakby stawiał znaki interpunkcyjne przy każdym oddechu

już wie że można być scenarzystą reżyserem i aktorem
a gra w każdej komedii
jest niczym wpływanie małego strumienia
w cisze oceanu

zauważył że znajomi telefonują do niego coraz rzadziej
w gruncie rzeczy
nie przeszkadza mu to – odczytuje jako znak umykającego czasu

W wyobraźni stara się odnaleźć siebie dawnego
słucha grającą na trąbce Il Silenzio Melisse Veneme
aż do tego momentu
w którym orkiestra włącza się w krwiobieg utworu

powraca do książki Lovella
szelest kartek wytrąca równowagę w pokoju
powietrze przepływa spokojnie przez jego wyciągniętą dłoń

i ginie gdzieś w zupełnie nieokreślonej przestrzeni
za otwartym oknem

Kiedyś myślał że śmierć nigdy nie będzie jego udziałem

dziś dostrzega – każdego dnia jakaś maluteńka część ciała
opuszcza go
przemierza ogromne przestrzenie kosmosu

pozbawiona jego oddechu
przerażona ginie w ciszy nie do zaakceptowania

to codzienność i jej tło
odczytane jakby znajdowało się za brudną szybą
którą swoją obecnością
pokaleczyły liczne sztormy krzyki mijających pór roku

nadal próbuje odnaleźć nieodległe przecież fragmenty młodości
i dzieciństwa do których chce się uśmiechnąć
ale wargi zaledwie wykrzywiają się
w jakimś niezrozumiałym szaleńczym grymasie niepokoju

mężczyzna odkłada książkę na stolik
przez chwilę zatrzymuje dłoń na jej okładkach – jest w tym czułość
całej biologicznej potęgi wszechświata

powrót do muzyki wydaje mu się zbyt śmiały

dlatego odwraca się do światła
i przez moment kieruje wyobraźnię
do pobytu Norwida w Domu Świętego Kazimierza w Ivry
być może przywołuje kogoś jakiegoś Michała Zalewskiego

czuje narastający ucisk w piersi
próbuje podnieść dłoń na wysokość serca
słyszy coraz głośniejszą muzykę
natrętność grającej trąbki wydaje mu się nie do wytrzymania

Il Silenzio wyszeptuje
chcąc wzrokiem odnaleźć płaszcz którym mógłby się przykryć

trąbka milknie

dłoń podniesiona do serca opada takim gestem
który wyrównuje wszystkie niedoskonałości naszego świata

Te moje męczarnie, przychodzenie i odchodzenie od toku lektury, jakiś lęk i chęć obejrzenia go z bliska, wydają się mieścić w takiej oto figurze rodem z Freuda: śmierć jest jednak mocnym tabu, ta jej moc to to, że wiedząc o niej zostawiamy ją niejako z boku, wiemy o niej, ale jakby jej „trochę” nie było, inaczej życie byłoby nieznośne o ile w ogóle możliwe – być może coś mogliby powiedzieć nam samobójcy, Stachura choćby, ale milczą. I Bohdan Wrocławski w wierszu „inicjacyjnym” dla tomiku robi właśnie to – przebija balon tabu dotyczący śmierci, umierania. A tabu nas przecież chroni. To jedna z jej funkcji, być może podstawowa. Tymczasem odarci z tabu stajemy w ostrości prawdy. Spróbujcie przytulić się do czegoś ostrego! A więc jest tak, że czytam spokojny nastrojowy wiersz „Il Silenzio – Studium w szarości”, przecież wiersz o starym mężczyźnie, maluje mi się przed oczami obraz niczym z Rembrandta, gdy tymczasem – i to sobie uświadamiam, i to jest to, co mnie wciągnęło i uczyniło odbiorcą uczciwym bardziej niż przyzwoitym – to nie wiersz, to Starzec dotknięty do żywego swoim umieraniem, wiersz jest wobec tej sytuacji wtórny, jest ledwie „plagiatem”. I właśnie Bohdan Wrocławski tym sowim „plagiatem” przeciągnął mnie na stronę owej ostrej prawdy. I jestem po jej stronie pozbawiony ochrony jaką daje tabu. I dlatego piszę to ze ściśniętym gardłem, co zakłóca moją krytyczno-literacką przyzwoitość. Ale zdobywam się na nią, by dokończyć lekturę „Il Silenzio –Studium w szarości”. Druga „część” wiersza (przypominam, że to wyróżnienie części, ten podział, to jedynie moje uzurpatorskie czytelnicze widzimisię wynikające z uczciwej lektury) jest dla mnie wynikiem roli, którą poeta bardzo trafnie uchwycił we frazie:

W półmroku czyta wiersz Roberta Lovella umieraniu
od dłuższego czasu próbuje zrozumieć swoją śmierć – rozpisuje ją
nieomal w sposób sceniczny
jakby stawiał znaki interpunkcyjne przy każdym oddechu

już wie że można być scenarzystą reżyserem i aktorem
a gra w każdym akcie komedii
jest niczym wpływanie małego strumienia
w ciszę oceanu

I w logice mojej lektury Wrocławski jawi się teraz właśnie jako wszechmocny, bo scenarzysta, reżyser i aktor jednocześnie i wykorzystuje tę moc, wykorzystuje poetycko na powrót wtrącając czytelnika (albo tylko mnie) w bezpieczny kokon tabu, w którym śmierć ucieka z dramatycznej ludzkiej przestrzeni umierania, ucieka wraz ze mną, w poetycki rembrandtowski fresk „Rozmowa starca ze śmiercią”. Jesteśmy już bezpieczni, stoimy przed reżyserowanym przez Wrocławskiego obrazem i możemy zachwycać się takimi choćby frazami: „mężczyzna odkłada książkę na stolik/ przez chwilę zatrzymuje dłoń na jej okładkach – jest w tym czułość/ całej biologicznej potęgi wszechświata” i teraz wszystkie opisy umierania z pierwszej części jawią się „niczym wpływanie małego strumienia/ w ciszę oceanu” dodatkowo łagodząc obecną świadomość poety tak różną od czasu kiedy „myślał że śmierć nigdy nie będzie jego udziałem”.

W dynamicznej relacji między czytaniem uczciwym a przyzwoitym, którą dostrzegam w „Il Silenzio – Studium w szarości” zwracam uwagę na dominację fabuły: na „obrazie” ciągle coś się dzieje, starzec wykonuje określone gesty, a to sięga po książkę, czyta, a to ją odkłada, wraca do muzyki, wie, myśli, odwraca się od światła – czasowniki, czasowniki, czynności i czynności. Formy czasownikowe są w poezji trudne, tylko więcej niż dobry warsztat autora decyduje o tym, że tworzą one piękną aurę owego studium, studium szarości. Większość poetyckich użytkowników form czasownikowych wpada w pułapkę zupełnie niepoetyckiej gadaniny. Wrocławskiego „studium szarości” zaś jawi mi się właśnie jako studium, czyli pieczołowite przyglądanie się, obserwacja, tu także, a może przede wszystkim – samoobserwacja. Ten sposób prowadzenia wiersza – bo Wrocławski swój wiersz, swoje wiersze, wyraźnie prowadzi – który widać w pełnym panowaniu nad materią poetycką, więc ten sposób mnie jako czytelnika bardziej osadza we wrażeniach, w bezpośredniości odbierania i oddziaływania niż w wyjaśnieniach i tłumaczeniach. Inaczej pisząc: jeżeli dla mnie interpretacja = wrażenie (to, co wiersz ze mną robi) + krytyczno-literacka roztropność (to, co chcielibyśmy, aby inni o nas usłyszeli – o nas, o nas, nie pomyliłem się!, tego oczekujemy pisząc recenzje, choć się do tego nie przyznajemy, no, chyba, że ja w swej próżności tutaj – gdy mówimy, piszemy o wierszu), to ja cenię sobie bardziej ten pierwszy składnik sumy, to, co wiersz ze mną robi. Zawsze, sądzę, pozostajemy w lekturze jakoś (biegunowo?) rozpięci między jednym a drugim, balansujemy na niewidocznej (i być może nieistniejącej!) między nimi granicy i dopiero w lekturze przekonujemy się gdzie nam bliżej – do uczciwości czy przyzwoitości. Zwracam uwagę, że i uczciwość i przyzwoitość należą do tej samej sfery wartości pozytywnych, co ich przeciwstawienie, którego tu cały czas dokonuję czyni tym bardziej dramatycznym, trudnym. I co nas bardziej przyciągnie, pochłonie, zauroczy pozostaje niewiadomą aż do momentu gdy, jak ten starzec z Bohdanowego fresku, usiądziemy przy stole, sięgniemy po książkę.

Co mnie w „Il Silenzio – Studium w szarości” najpierw przyciągnęło i wchłonęło starałem się wyżej pokazać.

II – O całości (wreszcie!)

Najpierw to, co najważniejsze, czyli wiersz, wiersz „Zdjęcie z autografem”:

Zaparkowałem na niewielkim klifie
wszechstronne morze wdzierało się szarym kolorem
w górę aż do nieba z nisko zawieszonymi chmurami

listopad otwierał swój dwudziesty pierwszy dzień 2017 roku

W Apollo Theater w nowojorskim Harlemie 21 listopada
w kulisach niewyraźnie rysuje się postać Chicka Webba
zaplątany między oświetleniowcami i akustykami z bólem głowy
po wczorajszym przyjęciu

zastanawia się po jaką cholerę przyjechał do teatru
miast siedzieć w domu i szykować program dla swojej orkiestry
na sylwestrowe zakończenie mijającego 1934 roku

Wkładam kasetę do samochodowego radia
Ella Fitzgerald and Her Famous Orchestra

Tę debiutująca Ellę Fitzgerald
słuchał w kulisach nowojorskiego teatru w Harlemie Chick Webb

mimo bolącej głowy czarna dziewczyna wydała mu się objawieniem
krwią która powinna pulsować najlepszymi rytmami
w prowadzonej przez niego orkiestrze

Po jego śmierci ona przejęła orkiestrę

W dziesięć lat później
w czasie powstania warszawskiego w nieodległym Milanówka
urodziłem się ja
słuchając zupełnie innych rytmów brzmiących na zewnątrz

W latach siedemdziesiątych na aukcji kup[iłem zdjęcie Elli z jej autografem
nie było już jej na tym świecie

na fotografii stałą prosto z dłonią odstającą od reszty ciała

jakby chciała jeszcze wykrzyczeć wyśpiewać zamkniętą przestrzeń zdjęcia
być może powiedzieć tylko mi coś bardzo ważnego artystycznie
zaskoczyć tym razem nie śpiewem ale gestem uskrzydlającym scenę i jej kulisy

jakiś matowy cień zarysowany na fragmencie kurtyny
ostro kontrastował z sukienką pełną kolorowych kwiatów
autografem napisanym niedbale cienką szminką do ust
który wdzierał się na wysokie czoło
w uplecione do góry włosy spięte szeroką jedwabną opaską

W młodości wyobrażałem sobie że odwiedzę kiedyś Newport News pójdę
brzegiem James aż do tego miejsca w którym wpada ona do zatoki Chespeake
i w małych drewnianych butwiejących ze starości domkach odnajdę tamten
świat i rytm nieodległej przecież murzyńskiej muzyki

Nie odwiedziłem Newport News ani Beverly Hills
ani Stanów Zjednoczonych

w licznych przeprowadzkach gdzieś zginęło zdjęcie Elli

Jest rok 2017 klif na brzegu Bałtyku pośród sosnowych drzew na parkingu
w starym samochodzie siedzi siwy mężczyzna
słucha śpiewającej Elli Fitzgerald

i jak mały chłopiec oddaje się ciągle wszechobecnym w nim marzeniom

Patrzę na „Zdjęcie z autografem” – wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia „siwego mężczyzny” jak pisze o sobie autor, wspomnienia dokonywane anno domini 2017. Ten wiersz jest oglądaniem się wstecz nie tylko dlatego, że dotyka wydarzeń sprzed lat, sprzed wielu lat, sprzed kilkudziesięciu lat, bo to dla nas naturalne, dla Bohdana i dla mnie skoro – jak gdzieś już pisałem – już zdecydowanie więcej za nami niż przed. Zostało nam wspominanie, kontemplowanie przebytego dystansu skoro meta coraz bliżej. Ten wiersz i ten dwie strony dalej, „Na schodach rzymskiego Senatu”, są pisane wedle kalejdoskopowej konstrukcji, konstrukcji spłaszczonego czasu. Co mam na myśli? Czas spłaszczony to czas od rozpoczynającego wiersz „Na schodach rzymskiego Senatu” Brutusowego mordu do dziś, czas rozpięty przed nami niczym na ekranie czasoprzestrzeni wiersza będącej wiecznym teraz. Pozwala to autorowi swobodnie żonglować wydarzeniami, łączyć i spinać Pliniusza i Tacyta z kanałami grzewczymi przedmieść Warszawy i kominami – jak to nazywa – warszawskiego Wezuwiusza (wiersz „Ostatni list Pliniusza Młodszego”), łączyć sycylijskich wieśniaków z Kopernikiem patrzącym w niebo z wieży fromborskiego zamku (wiersz „Na schodach rzymskiego Senatu”). Świadomość poetycka Wrocławskiego miksuje te wydarzenia, postaci i historie (oraz Historię) w spójną opowieść, przedziwnie spójną, jeśli uwzględnić, jakie fakty, miejsca i czasy są spajane. Zdaje się, że za czytelniczą skuteczność takiego poetyckiego przekazu, za to, że on nam się nie rozpada, nie zgrzyta i nie skrzeczy, a przecież czymś naturalnym mogłyby być wewnętrzne napięcia i naprężenia rozsadzające narrację wiersza przy takiej rozpiętości czasu który obejmuje, zdaje się więc, że za skuteczność odpowiada sposób „przemielenia” tego wszystkiego przez autorską świadomość, przez jej niwelujący te możliwe napięcia oddech. To w tym oddechu, w tej autorskiej samoświadomości następuje przejęcie tych wszystkich połaci Historii, które u Wrocławskiego notorycznie się pojawiają i uczynienie z nich głos wpsółczesny. Podstawowym sposobem tego przejęcia jest pełna absorbcja w wyniku której te historie ze swoim (historycznym) kolorytem nie tracąc swej historyczności zaczynają dziać się tu i teraz. Wrocławski przecież nie czyni tych wszystkich zabiegów wokół historii na zasadzie przywołania i cytowania, on czyni je głosem rozlegającym się tu i teraz. Tacyt, Edith Piaf (wiersz „Kwiaty magnolii”), Kant (wiersz „List który nie ma adresata”), Rzym (wiersz „Miejsce odwiedzin”), chłopak jadący rowerem (wiersz „Chłopak”) czy cmentarz Al Hibbler (znowu „Kwiaty magnolii”), oni wszyscy są żywymi interlokutorami poety, nie funkcjonują na prawach cytatu lecz jako pełnokrwiści rozmówcy. Najlepiej ilustruje moją tezę taka oto fraza z wiersza „List który nie ma adresata”, wiersza, którego bohaterami jest autor (Bohdan Wrocławski), Immanuel Kant i Kąty Rybackie:

spoglądał w stronę bliskiego przecież Królewca
odnajdując w pejzażu wieżę zamku fromborskiego
być może odgadywał ascetyczną twarz Kopernika
jego zamyślenie unerwiające nieboskłon
krużganki schody prowadzące do miejsc
w których umierała samotność mistrza

milczały krążące dookoła głowy Immanuela mewy
milczałem i ja zagubiony na wysokiej skarpie
z lornetką przytkniętą do łzawiących od wiatru oczu
starający się odnaleźć to co zagubione w zakamarkach
najodleglejszych zdarzeń historycznych

Kolejnym ważnym wyróżnikiem Skazanego na peryferie” jest dźwięk, muzyka. Właściwie cały tom, te ponad sto dwadzieścia stron, te pięćdziesiąt dwa wiersze są nieustającym koncertem, jedną wielką płytą. Decyduje tu po pierwsze kulturowe zanurzenie autora w muzyce, po wtóre specyficzna dla Wrocławskiego melodia języka, melodia jego (długiej) frazy i po trzecie poetyckie ucho autora wyczulone na dźwiękową stronę świata od ferii dźwięków morza poczynając poprzez całą przyrodę (choćby dzięcioła z wiersza „Wśród odwiecznej pięciolinii”, zwróćmy uwagę: odwiecznej a nie jakiejś tam przypadkowej, incydentalnej, zdarzającej się) po skrzypienie szafy czy powietrza. Nie znam poezji bardziej wyczulonej na dźwięki. I jest w tych wierszach jeszcze jeden dźwięk, być może najdonioślejszy choć przecież schowany, dyskretny, odzywający się mimochodem, dźwięk niesprecyzowany, wieloraki, dźwięk rozproszony w przestrzeni między słowami, wersami, wierszami – to dźwięk zaklęty w tytule jednego z wierszy, w tytule „W podróży do siebie”. Zaszyfrowany , więc to jego słyszenie należy do czytelnika, do naszej zdolności kryptografii. Na szczęście poezja Wrocławskiego jest silnie klasyczna, więc ta poetycka kryptografia sytuuje się na biegunie przeciwległym wobec współczesnych (ponowoczesnych?) poetyckich kalamburów i wynaturzeń rozpychających się w swej mentalno-językowo-intelektualnej ciasnocie. Tę silną klasyczność dobrze widać w przywołanym właśnie swym tytułem wierszu „W podróży do siebie”, wierszu wielce autotematycznym:

Poezja szuka w nas miejsc
najbardziej intymnych opuszczonych
pełnych korowodów ustawicznie
wirującego świata

strun pękających na obrzeżach
wiecznej niedoskonałości
wszechświata

jest w tym muzyka
starych skrzypiec
dialog który rezonuje w nas
w tych momentach
kiedy z bólem i nieśmiałością
staramy się
otwierać w sobie pejzaż za pejzażem

aż do całkowitego wyczerpania widnokręgu

nadal nie potrafię odczytać dotykiem warg
smakiem podniebienia
najbliższych mi geograficznie słów
spojrzeń
dłuższych niż kolorowe tęsknoty
spływających do morza rzek

i one i my błądzimy wers po wersie
w najchłodniejszym dotyku kosmosu
jego urojeniach
nieznanych nam bliżej
dramatach

aby znów odnaleźć siebie
w niecierpliwości dziecka
biegnącego do otwartych ramion matki

w gestach o których dawno zapomniała cywilizacja

smaku kobiet zabłąkanych między strofami
dobrotliwego ciepła
które otwiera w nas łkających
bezradnych

próbujących odnaleźć siebie
aż do dna
najbardziej oddalonego krateru
samotnego księżyca

Wiersz ten rezonuje we mnie przypomnieniem mojej własnej frazy (będącej tytułem tomiku sprzed lat) „prawdziwą podróżą naszego życia jest podróż wewnętrzna”. Bohdan Wrocławski w „Skazanym na peryferie” taką – moim zdaniem – podróż odbywa. Pozwalam sobie na te dość osobiste peregrynacje, porównania i skojarzenia, bo klimaty, w których porusza się Bohdanowa dusza w tym być może pożegnalnym tomie są mi bardzo bliskie, bliższe niżby się, Bohdanie, mogło Ci się zdawać, także dlatego, że dzieli nas ledwie czternaście lat więc będąc w wieku w jakim już jesteśmy, jesteśmy z jednej półki, z półki, z której już wielu naszych kostucha wzięła. Dlatego Twoje wiersze są dla mnie trudne psychicznie, szarpiące. I jeszcze może dlatego, że mamy za sobą kilka rozmów, niewiele ich ale są dla mnie znaczące.

Chciałbym zakończyć przywołaniem wiersza „U ujścia rzeki”. Jest w nim fraza o niepokoju „wypływającym rzeczną falą/ w całkowity bezkres oceanu”, która, niczym klamra (choć wiersz jest z samego środka tomu, ale nie ma to znaczenia), odwołuje się do wiersza zaczynającego „Skazanego na peryferie” z jego frazą o życiu będącym „niczym wpływanie małego strumienia/ w cisze oceanu”:

Znów jesteśmy przy ujściu Wisły
siedząc na rozgrzanym betonie falochronu
w nieuchronnej bliskości jego końca

słyszę rozmowę chmur
zagęszczających się wokół piersi
w konsystencji pełnej załamań światła
i nadziei

ustawicznego biegu codzienności
trudnej do zdefiniowania

w narastającym wietrze
gdy morze bezskutecznie próbuje wedrzeć się
w głąb lądu
i koryta rzecznego

wiem

W tym roku
maj minął szybko
abym poczuł dostrzegł zrozumiał
cudowny smak
rozgrzanego we mnie widnokręgu

wysublimowanego zapachu
dojrzewających czereśni

żółci rzepaków rozsypanych
wzdłuż żuławskich pól

mojej codzienności trzepoczącej
zranionym ptakiem
w ciasnym obramowaniu piersi

obserwuję młode mewy
wychylające się z gniazd

jutro zaczną rozumieć przestrzeń
pod swoimi skrzydłami
jej kolorowy alfabet
na zawsze pozostanie z nimi

będą tu jeszcze wracać przez kilka dni
późnym wieczorem
siadając coraz dalej od gniazda
i rodziców

aż któregoś dnia jedna z nich nie wróci
a potem wszystkie powędrują
w całkowicie nieodgadnioną dal

tworząc inną rzeczywistość

Tylko czasem jeszcze zadzwoni telefon
usłyszysz zdawkowe

Co u ciebie?

Będziesz odpowiadał szybko starając się
wytłumić to wszystko
co podpala twój wielki niepokój

wpływający rzeczną falą
w całkowity bezkres oceanu

I po kilkunastu sekundach już wiesz
odgadniesz

że to co przelewa się w dół
po twoich policzkach

to słony smak bryzy
wychodzącej z najgłębszego cienia

i wysuszającej
ostatnie fragmenty opuszczonego gniazda

Widzę tu Wrocławskiego siedzącego nad wodą jak Heraklita na skraju losu i wiedzącego to samo: że życie nasze pełne jednostkowej niepowtarzalności jest ani do ujęcia, ani do zatrzymania a tylko do przeżycia, i wiedzą obaj, że mimo tego łapiemy je w słowa, bezczelnie, boleśnie, twardo i z rozmysłem.

Ach, te obrazy, obrazy rysowane przez wiersze „Skazanego na peryferie”. Obrazowanie – powtarzam – jest mocną stroną tej poezji. A malować słowem nie jest łatwo, to jest kunszt. I autor jest tego świadom:

Odgadłem i spotkałem na jednej z tych dróg nierównowagi

z wiedzą że nadal trwa literacka projekcja

obrazów

słów o mocno rozrzedzonej konsystencji

(…)

Nieśmiertelność tych obrazów

jest integralną częścią mojej pamięci

Właśnie.

A na tych obrazach królują „trzy gatunki poetyckich zwierząt”, które – niemal jak trzy wymiary przestrzeni – wypełniają poetycką przestrzeń tomu, definiują ją.

Pierwszy gatunek jest stricte przyrodniczy i – wbrew nieskończonej różnorodności przyrody – ograniczony do wody, wiatru, powietrza, piasku,, klifu, drzewa, znacznie rzadziej – zwierząt. Ba, ależ mi ograniczenie, ograniczenie wody czy wiatru! Wrocławski umie posługiwać się nimi w tak zróżnicowany sposób, że te uruchamiane przez niego konfiguracje zapełniają z naddatkiem całą poetycką przyrodniczą warstwę jego poezji. W tym sensie mogę powiedzieć, że Wrocławski jest poetyckim pejzażystą. Ale od razu powinienem dodać, że nie są to pejzaże pastelowe, raczej oleje w temperaturze Chełmońskiego przechodzące w krzyczące faktury Van Gogha.

Drugi „gatunek” to ludzie, ich czyny, zachowania, pasje i niechęci.

Trzeci tworzą przedmioty z łodzią (łodziami) na pierwszym poetyckim planie. Dalej idą płyty z muzyką, książki i meble z najbliższego otoczenia takie jak stół czy skrzypiąca szafa. Bohaterowie wszystkich trzech przywołanych tu planów doskonale współegzystują w poetyckiej przestrzeni autorskiej narracji.

Wrocławski pisze, że jest „Skazany na peryferie” i być może tak jest, ale dopowiedzmy – bo to widać w wierszu, który udzielił swego tytułu całemu tomikowi – że peryferie są całością, są wszystkim i dopowiedzmy jeszcze i to, że poetykę Wrocławskiego określają z jednej strony śmierć i umieranie, które wszak są swoistą peryferyjnością w wielorakim sensie, choćby w takim, że są przez naszą świadomość spychane przez lwią część życia w bezpieczne tabu i w takim, że sytuują się na końcu, na granicy życia, więc na jego peryferiach a z drugiej strony samo myślenie autora, które przez swą jasność i otwartość, te konstytutywne cechy klasyczności, też sytuuje go na obrzeżach, poza zmanierowaną i – tak naprawdę – strachliwą współczesnością, strachliwą wobec tematów podstawowych, lgnącą do błyskotek i literackich awansów. A to nie miejsce poetyckiego (i życiowego) pobytu Wrocławskiego. Czyż nie mam racji, Bohdanie?

I na koniec chcę odwołać się do początku, bo do wiersza „Pierwsze kroki”, pierwsze, wiec na Początku, ale wiersz niemal zamyka tomik, jest przedostatni. To w nim prawdziwie wykrzykujesz siebie. Ostatni wiersz jest zbyt spokojny, jest Pogodzeniem, a ja jeszcze nie na wszystko co nas dotyczy, Bohdanie, się zgadzam, dlatego nie nim zamykam swój tekst tylko „Pierwszymi krokami”:

Jestem zupełnie przekonany
w okresie kultury Etrusków
udało mi się postawić pierwsze kroki

do dziś w pełni niewybrzmiałe wykrzykujące swój bunt
błądzące w nieokreślonej przestrzeni
nutka po nutce litera po literze

ciągle wdzierają się w najintymniejsze miejsca
naszego alfabetu
połówki ćwiartki ósemki pełne niecierpliwości
wpatrują się w leżącą na pulpicie batutę

i obok ja – ogień
lawa wypływająca
z nieodległych przecież wzgórz
pochłaniający historyczną cierpliwość Greków
odwiedzający beczkę wypełnioną filozoficznymi zdziwieniami

ja – zwycięzca poznający w ustach cierpki smak cykuty
odczytujący
gniewne pomruki zgromadzonych na Agorze tłumów

ciągle ten sam
schodzący między szarościami góry Masada
wśród drwiących spojrzeń legionistów
w miejscu w którym przestrzeń bielejących od strachu skał
łagodnie łączyła się z kolorem togi
narzuconej na półpancerz Flawiusza Silwy

odgadujący
niezwykłą muzykę mieczy rzymskich legionistów
gdzieś na gnijących od mgieł brzegach Bretanii

przed chwilą obserwowałem modlącego się pod Poitiers
Ab ar-Rahmana jego łukowate wygięte do ziemi plecy
słowa wyszeptywane z prośbą o zwycięstwo
koralik do koralika

wiem zostałem pokonany we wszystkich bitwach świata
jestem syntezą klęsk
zwycięstwa omijały moja ulicę szerokim łukiem

dziś trafiłem na jarmark staroci
wypełniony dziełami Platona Thomasa Morusa
Tomasza z Akwinu

dziełami początku i środka

na zewnątrz słyszałem gwar bitwy
niecierpliwy stukot kopyt końskich, szum husarskich skrzydeł
docierających do przestrzeni pól otaczających Gersthof

pobladłego Kara Mustafę na tle kolorowych namiotów

zaczynam rozumieć – znów musimy tam powrócić

zaczynam wam mówić – znów musicie tam powrócić

tymczasem staram się odczytać samego siebie
zagubionego w bibliotecznych salach
pełnych ciszy i skupienia

ja – ciągle zbuntowany dzieciak peryferii

przez całe życie
biegnący w połatanym pragnieniami i nadzieją swetrze

ja – pożar wszystkich sumień
obserwujący konającego Woltera
jego krzyk błagający o ostatnią spowiedź życia

ja prostytuujący swoją wyobraźnię

oszukujący i oszukiwany

w ciągłej podróży i modlitwie
między wyspami dzieciństwa i wiecznej starości

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko