Janusz Termer – Magia i realizm, czyli inny obraz kresów

0
197
Filip Wrocławski

     Historycy i publicyści polscy, od ładnych już paru wieków spierają się o sens, znaczenie i rozliczne późniejsze konsekwencje polityczno-społeczne i kulturowe unii zawartej miedzy Rzeczpospolitą, a Litwą Jagiełły w końcu XIV w., podpisanej przez Jagiełłę i „panów małopolskich” w styczniu 1386r., wielokrotnie potem w różnej formie odnawianej. Po stronie polskiej niemal zawsze uważano ją za sukces, zwłaszcza w walce ze wspólnymi wrogami: Krzyżakami i moskiewską Rusią, która rosła w siłę po zrzuceniu jarzma tatarskiego. Wyrażał to dobitnie np. w  XIX w. przedstawiciel krakowskiej szkoły historycznej Michał Bobrzyński: „Połączenie się z Polską, przyjęcie obrządku rzymskiego przedstawiało się zatem Litwie jak deska zbawienia od mściwego Zakonu, a zarazem jako wyzwolenie spod ruskiego wpływu”. Nieliczni polscy przeciwnicy unii, nie tylko w wieku XX, w tym skierowaniu się ówczesnej Polski na Wschodni eterytoria Wielkiego Księstwa Litewskiego i w ogóle Słowiańszczyzny (z ideą stania się jej hegemonem), przy zaniedbaniu spraw zachodnich, widzieli wielką pułapkę historyczną, tworzoną przez niekończące się wojny (mimo początkowych sukcesów – Grunwald), konieczność obrony bezkresnych zdobyczy terytorialnych,wciąganie kraju w długi proces poszukiwania niełatwych form koegzystencji ustrojowej, narodowej, kulturowej i religijnej, trwający od samych początków unii, do Konstytucji 3-maja, która też nie do końca przecież połączyła oba organizmy państwowe i terytoria w jeden wielonarodowy byt. Idea ta nie zginęła u nas nawet ostatecznie wraz z tragedią rozbiorów, bo owe „jagiellońskie” pomysły unijne-federacyjne – już raczej jako idee tylko – miały u nas żywot znacznie trwalszy (odżywały w międzywojniu, np. w myśli i poglądach politycznych Józefa Piłsudskiego), a może i żyją jeszcze i dziś!.

    Jest o czym podumać, i jest o co się spierać! Korzystali z tej okazji już pisarze staropolscy, którzy również niebyli tutaj wcale, jak nam się może dzisiaj wydawać, jednomyślni, lecz przeciwników miała unia litewsko-polska raczej nielicznych. Ich głosy z wielkim trudem przebijały się do świadomości potocznej. Należał do nich między innymi głos Macieja Stryjkowskiego (ok. 1547-1593), staropolskiego poety i historyka, który w obszernym utworze, wydanym z rękopisu .dopiero po paru stuleciach, bo w 1978 roku (oprac. Julia. Radziszewska), poetycko-prozatorskim dziele o  barokowym tytule O początkach, wywodach, dzielnościach,sprawach rycerskich i domowych sławnego narodu litewskiego, żejmodzkiego i ruskiego, przedtem nigdy od żadnego ani kuszone, ani opisane…, dawał wyraz niepopularnym wówczas (jak i dziś też nie za bardzo) poglądom o szkodach i krzywdach płynących z tego nierównego związku Litwy i Rzeczpospolitej dla słabszych partnerów ze Wschodu, zwłaszcza dla Litwinów i innych narodów przez nich podbijanych. W podobnym duchu tworzył swe trzyczęściowe, pisane wierszem,młodzieńcze dzieło (również wywodzące dzieje Litwy z mityczno-rzymskich korzeni),potem dopiero popularny niezmiernie prozaik – Józef Ignacy Kraszewski (wyd. Wilno, 1840-1845), pt. Anafielas. Pieśni z podań Litwy Witoldowe boje.Przynosi ono obraz świata z punktu widzenia narodów „kresowych”: Litwinów, a także  budzących się z historycznego letargu Białorusinów czy Ukraińców, mówiące – zapewne pod wpływem rodzących się romantycznych koncepcji historiozoficznych – o ich problemach z tożsamością narodową i poczuciu krzywd doznawanych ze strony silniejszych nacji i kultur, w tym i polskiej. W dziele Kraszewskiego (wówczas tłumaczonym od razu na litewski, rosyjski, czeski i francuski). Polska obejrzała samą siebie „z zażenowaniem i zdumieniem”, jak pisał kilka lat temu na łamach „Przeglądu Humanistycznego” współczesny polskiej badacz literatury „kresowej” (prof. Eugeniusz Czaplejewicz z Uniwersytetu Warszawskiego), i nie przyjmując do wiadomości faktu „iż z byłej wspólnoty kresowej nikt właściwie jej nie szanuje, raczej darzy jakąś niewytłumaczalną niechęcią, która gotowa jest od czasu do czasu nagle eksplodować nienawiścią”. Utwór Kraszewskiego, skazany w Polsce na zapomnienie przez dawniejszych badaczy literatury polskiej (nawet prof. Juliana Krzyżanowskiego), uważany jest dziś (choć znany tylko nielicznym, bo niewznawiany) za zapowiedź owego „wadzenia się z polskością” przez takich XX-wiecznych twórców, jak Jerzy Stempowski, Stanisław Vincenz, Józef Mackiewicz czy Czesław Miłosz…

    O tym wszystkim trzeba pamiętać podczas lektury powieści Eugeniusza Kabatca Czarnoruska kronika trędowatych, wydanej w 2008 r. ale jak w przypadku każdej „niesezonowej” prozy wartej lektury i przypomnienia także dziś. Bowiem mamy tu do czynienia ze swoistą – i rzadką w naszej  literaturze – próbą zerwania z tradycją polonocentryzmu. Autor występuj niejako w imieniu owych milionów ludziu rodzonych na tzw. wschodnich „kresach” byłej Rzeczpospolitej. Mówiąc nawiasem bardziej przypada mi do gustu raczej neutralny termin „pogranicze”, gdyż„kresy” bardzo źle się kojarzą naszym wschodnim sąsiadom, szczególnie zaś przedstawicielom owej tytułowej Czarnorusi: nadniemeńska okolica, dawne centrum polityczne Wielkiego Księstwa Litewskiego z dorzecza Niemna, z Nowogródkiem,Nieświeżem i Wołkowyskiem. U Eugeniusza Kabatca mamy do czynienia, choć możenie z tak ostrym jak u Kraszewskiego spojrzeniem na – liczne niestety – te ciemniejsze strony polskiej historycznej, a pośrednie przecież i obecnej,„polityki wschodniej”. Na sprawy tak zwanego przez autora „wschodniego oblicza polskości”.

     Pokutuje oto u nas stereotyp Polski jako kraju i narodu ‘wybranego’, cierpiącego, szczególnie wystawionego przez swe geopolityczne położenie na historyczne zawieruchy i nieszczęścia inspirowane przez politykę i działania sąsiadów. A przecież, poza wieloma wspólnymi zresztą nam wynikającymi stąd tragediami, dodatkowo dotykał  naszych słowiańskich sąsiadów ów kilkuwiekowy polski pęd na Wschód oraz związany z tym- jak powiada jeden z powieściowych bohaterów Czarnoruskiej kroniki trędowatych sprzed przed około sześciuset lat, Mikołaj Kabacilos – „wiarołomny oręż łacinników”!

     Ówże Mikołaj, polityk i mnich-agnostyk,podróżujący „służbowo” do Bizancjum zetknął się między innymi z symboliczną tragifarsą pośmiertnych losów i sporów o legendarnego cudotwórcę, patrona wielu zawodów i miast europejskich, w tym i włoskiego miasta Bari oraz całego prawosławia – św. Mikołaja, którego prochy Baryjczycy podstępnie zawłaszczyli wykradając je w 1087 roku mnichom z Miry w Antiochii. Rzekomo by chronić je przed nadciągającymi wojskami tureckimi oraz zakusami silnych i podstępnych konkurentów – Wenecjan! Ten wytrawny czarnoruski znawca średniowiecznej kultury śródziemnomorskiej,wypowiada się tu jasno i niedwuznacznie w kwestii podziału chrześcijaństwa i teologicznych ówczesnych sporów religijnych: „Najgorsze odszczepieństwo było nie ludzi od Kościoła, lecz Kościoła od ludzi, wśród których zrodził się Bóg.Wielka schizma katolicka nie była niczym innym jak pożegnaniem Boga”.

     Utwór Eugeniusza Kabatca przepojony jest wpisanymi weń dyskretnie pierwiastkami historiozoficznymi i wyznaniowymi oraz realiami z owych „dawnych czasów”oraz wątkami fantastyki historycznej (spod znaku m. in. prozy Teodora Parnickiego). Utwór nasycony licznymi erudycyjnymi filiacjami aluzjami  literackimi, do m. in. Imienia róży Umberto Eco, pism teologicznych okresu średniowiecza,a nawet i samej Boskiej komedii Dantego (jak na przykład kpiące i znaczące przywoływanie losów nieszczęsnego hrabiego Ugolino, cierpiącego w piekle nie za swoje winy).

    Powieść Kabatca wyrasta jednakże przede wszystkim z podłoża rozlicznych jego młodzieńczych doświadczeń autobiograficznych. Człowieka i pisarza polskiego wywodzącego się z pogranicza wschodniego – jak wiadomo terenów tak ogromnie „twórczogennych” w naszej literaturze. A także z pasji i przeżyć autora, któremu dane było, jako dyplomacie przebywającemu przez kilka lat w Rzymie, zetknąć się także z tradycją zachodniego punktu patrzenia na te historycznie ukształtowane i współcześnie ważące  wschodnio-prawosławne losy i odmiany europejskości. Traktowane jako jedno ze źródeł wielu owych tak zwanych przezeń – wraz całym ich osobistym i historycznym powikłaniem i dzisiejszych problemów  z tym związanych- mocy i niemocy wschodniego pogranicza.

    Aby rzecz uwiarygodnić pisarz staje się sam jedną z głównych postaci Czarnoruskiej kroniki trędowatych. Współczesny jej narrator nosi bowiem wiele cech autorskiego alter ego. Powieść jest tyleż historyczna, co i współczesna. Zasnąwszy bowiem podczas przerwy w swej podróży na wschód trafia do epoki sprzed bez mała sześciuset lat staje się,jako nieletnie  chłopię, świadkiem zawiązywania intryg prowadzących do podpisania unii (u Kabatca jest to właśnie to jego rodzinne miasteczko Wołkowysk, w którym urodził się Anno Domini 11 stycznia 1930 r.!). Do ustaleń porozumienia, tak zwanej potem i kontynuowanej,Unii polsko-litewskiej. Wielkim przeciwnikiem Unii okazuje się jego powieściowy„wuj” Mikołaj Kabacilos (nazwisko autentyczne, jak przewrotnie dowodzi autor, bo znane z ówczesnych urzędowych dokumentów Wielkiego Księstwa Litewskiego!). Czarnoruski mnich-intelektualista, próbuje za wszelką cenę odwrócić bieg historii, by nie dopuścić do unii Jagiełły z Polakami, gdyż przeczuwa, czym grozi nieuchronne przez to zerwanie z „tutejszą”, własną rodzimą tradycją i kulturą (wcale nie tak “barbarzyńską”, bo pozostającą pod ogromnym wpływem oddziaływania starej kultury bizantyńsko-prawosławnej!).

    Młody i „naiwny” sekretarz Mikołaja Kabacilosa, towarzyszący mu w tej podróży, między innymi do średniowiecznego włoskiego miasta Bari, „snujący” niejako w imieniu autora tę literacką para-kronikę, także wraca odmieniony z tej wyprawy w głąb czasu. Jest już pogodzony ze światem, nieuchronnością pewnych procesów historycznych i politycznych, choć nadal pozostaje nie wyleczony z tej „pięknej choroby” – zamyśleń nad aktualnymi konsekwencjami tamtych wyborów związanych z losami swojej „czarnoruskiej” krainy. Powiada na koniec: „Nie była do wyleczenia ta ciężka choroba uświęconej krwią ziemi, pozostałem z nimi trochę na dobre, więcej na złe, choć nie szedłem prostą drogą, zbaczając na manowce renegacji, ilekroć odnosiłem wrażenie, że powracam do zdrowia. Granica nie biegła już przez stare grody i bory, lecz we mnie, pękniętym jak dzwon zrzucony z wołkowyskiej wspólnej świątyni”.

    Czarnoruską kronikę trędowatych Eugeniusza Kabatca można śmiało uznać za przykładnie wygasłej siły owego kresowego genius loci – siły oddziaływania tego wciąż „magicznie” twórczego miejsca (zwanego dziś w Polsce nawet niekiedy przez historyków literatury Wielkim Księstwem Literackim). Miejsca „magicznego” i realnego zarazem, które od tylu już wieków  – a co najmniej od czasów Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów, poprzez Sofiówkę Stanisława Trembeckiego, słynne dzieła romantyków z Adamem Mickiewiczem, Juliuszem Słowackim i Antonim Malczewskim na czele, po współczesnych dwudziestowiecznych prozaików, takich jak Andrzej Kuśniewicz, Włodzimierz Odojewski, Zbigniew Żakiewicz, Zbigniew Domino czy Stanisław Srokowski i wielu, wielu innych – jest nadal wielkim i żywotnym źródłem inspiracji dla ogromnego zastępu naszych twórców. Również – dodajmy – i z innych dziedzin sztuki; nadal zasilającym naszą kulturę w dzieła pełne artystycznej urody i wielkiej twórczej energii poznawczej.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko