Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
128

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

Szatański czar polityki i sensacji        

diabelski urokKryminał polityczny – taką definicję na użytek własny zastosowałem do „Diabelskiego uroku” Janusza Rolickiego, który, mając na koncie duży dorobek pisarski o charakterze głównie publicystycznym (m.in. wywiady rzeki z Edwardem Gierkiem i jego biografię, wywiad rzekę z nim samym – „Wańka-wstańka”, sagę rodzinną „Wyklęte pokolenie”) zadebiutował właśnie jako autor powieści. Od razu przyznam, że generalnie rzecz ujmując, jestem większym smakoszem gatunku jakim jest powieść polityczna niż powieść kryminalna, sensacyjna, aliści nie raz już przekonałem się, że mieszanka tych dwóch rodzajów prozy bardzo dobrze wpływa na smak owoców, jakie rodzą się z ich połączenia. Już Bolesław Prus zastosował tę mieszankę w swojej wielkiej powieści politycznej jaką jest „Faraon”, dodając motywy sensacyjne, tajemnicze, nawet kryminalne do mistrzowskiej analizy uniwersalnych mechanizmów władzy na przykładzie starożytnego Egiptu fikcyjnego Ramzesa XIII. Elementy, a co najmniej akcenty sensacyjne są obecne w takich powieściach politycznych jak „Płomienie” Stanisława Brzozowskiego, „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego, „Generał Barcz” Juliusza Kadena-Bandrowskiego, „Nienasycenie” Witkacego, „Nurt” Wacława Berenta, „Zdobycie władzy” Czesława Miłosza, „Czerwone tarcze” Jarosława Iwaszkiewicza, „Boski Juliusz” i „Nazo poeta” Jacka Bocheńskiego, „Labirynt” Hanny Malewskiej, cykle powieści politycznych Teodora Parnickiego i Władysława Lecha Terleckiego, „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa, „Obłęd” Jerzego Krzysztonia, „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego, „Sprzysiężenie, „Śledztwo” i kilka innych powieści politycznych Stefana Kisielewskiego, „Cyrograf” Andrzeja Brauna, „Dolina nicości” Bronisława Wildsteina czy „Pole niczyje” Zbigniewa Safjana, gdzie zagadka politycznego mordu jest punktem wyjściowym i osią narracji. Gdzie tkwią źródła tego wzajemnego przyciągania się sensacyjności z politycznością? Być może czysta polityka bez przyprawy sensacji jest nazbyt nudna w opisie? A może jest przeciwnie? Może mechanizmy polityki są nieodłączne od tego, co nazywamy sensacją?

Jeśli szukałbym jakiegoś pokrewieństwa „Diabelskiego uroku” Janusza Rolickiego, z którąś z pozycji wyliczonego wyżej katalogu, to wskazałbym na Stefana Kisielewskiego, głównie z powodu czasu i miejsca akcji – to lata PRL, w tym przypadku sam schyłek rządów Władysława Gomułki. Akcja „Diabelskiego uroku” rozpoczyna się bowiem w lipcu 1970 roku i osnuta jest wokół dramatycznej śmierci dwojga młodych ludzi na granicy polsko-czechosłowackiej. Ninoczka (aluzja do głośnego przedwojennego filmu szpiegowskiego?), córka literackiego dygnitarza radzieckiego ginie wraz ze swoim młodym towarzyszem podróży, dziennikarzem warszawskiej „Nowej Myśli”. W jakich okolicznościach? Nie zdradzę, bo byłoby to nielojalnością zarówno w stosunku do autora powieści, jak i czytelników, zwłaszcza tych gustujących w tworzywie sensacyjnym. W sprawę zamieszane są służby specjalne PRL, Czechosłowacji i radzieckie KGB. Równolegle mamy fragmenty obrazu środowiska dziennikarsko-partyjnego stolicy, przedstawione w osobach redaktora Stefana Zajączkowskiego, jego zastępczyni Mirosławy Mądrzyckiej, czy Wacława Kiczora z KC. Wymieniając te postaci dotykamy innego aspektu „Diabelskiego uroku” – jako powieści politycznej z kluczem. Pod tymi kryptonimami kryją się bowiem autentyczne postacie tamtych czasów, ale choć mam swoje graniczące z pewnością hipotezy co do tego, o kogo chodzi, to i tego nie zdradzę, bo z kolei odebrałbym przyjemność łamigłówki tym, którzy lubią rozwiązywać takie zagadki. Z postaci historycznych podanych wprost pojawiają się w powieści, by tak rzec – w toku akcji –  Władysław Gomułka i Leonid Breżniew, padają też nazwiska Ryszarda Frelka i Zenona Kliszko. W tle akcji, i tej politycznej i tej sensacyjnej, pojawiają się okruchy codziennej materii życia PRL. Podkreślam słowo „okruchy”. Rolicki nie należy do prozaików-sentymentalistów i „zmysłowców”, lubujących się w rekonstruowaniu wizualnego, materialnego, obyczajowego obrazu ówczesnej ulicy, ówczesnego życia, jego smaków, zapachów, barw, kształtów i dźwięków. Tylko z rzadka rzuca jakiś akcent tego rodzaju, a to już na pierwszej stronie wspominając o siermiężnym „terminalu” lotniczym na Okęciu (pamiętam, pamiętam (!), to tam „odprawiano” mnie w okropnym ścisku i zaduchu w podróż do Paryża w sierpniu 1981 roku, pierwszą moją podróż na zachód Europy), a to wspominając o ulicznym saturatorze z wodą sodową (ze sokiem lub bez), a to dając rzut oka na bardzo jeszcze niekompletnie odbudowaną Warszawę (do dziś zresztą ten proces nie został zakończony) zza szyb Polskiego  Fiata 125 P. Rolicki koncentruje się na materii polityczno-sensacyjnej, do tego zresztą stopnia, że co pewien czas wtapia w akcję rozbudowane dygresje publicystyczne mające na celu zobrazować generalny kontekst polityczny. Być może niektórzy uznają to za mankament konstrukcyjny – mnie się ten chwyt wydaje uzasadniony, przydatny zwłaszcza młodemu czytelnikowi, zazwyczaj słabo znającemu tło historyczne tamtych, i nie tylko zresztą tamtych czasów. Za dodatkowy atut powieści uważam fakt, że biografia zawodowa Janusza Rolickiego (rocznik 1938) uwiarygodnia obraz, który stworzył w powieści, że nie pisał jej posiłkując się wyłącznie wyobraźnią i wiedzą z drugiej ręki. Jako reporter tygodników „Polityka” i „Kultura” w latach 60-tych i 70-tych, szef i prawdziwy kreator znakomitej publicystyki kulturalnej i artystycznej w TVP w latach 1974-1980 czy redaktor naczelny „Trybuny” (1997-2000), zdobył ogromne doświadczenie jako obserwator i uczestnik życia politycznego i zna od podszewki jego mechanizmy.

Słyszałem, że Janusz Rolicki przygotowuje kolejną powieść. Naprawdę zajmująca lektura „Diabelskiego uroku”, którą gorąco rekomenduję, sprawia, że czekam na kolejną jego powieść z prawdziwą przyjemnością.

Janusz Rolicki – „Diabelski urok”, Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2016, str. 341, ISBN 979-83-7785-877-6

 

 

Paryż to ocean

moj paryzNie ukrywam, że należę do światowej rodziny ludzi zakochanych w Paryżu po same uszy. Trwa ta miłość już ponad pół wieku i nie rdzewieje. Jej owocem jest mój „Paryż. Przewodnik literacko-historyczny”, wydany przez Instytut Kultury Polskiej nad Sekwaną. Paryż to więc dla mnie ocean myśli, wrażeń, uczuć, ocean pamięci, ocean chwil, minut, godzin, lat, dziesięcioleci. Paryż do pewnego stopnia wyznaczył rytm i kształt mojego własnego życia, istotnie na nie wpłynął. Co więcej, dowodnie i niejednokrotnie przekonałem się, że owe opisywane w tysiącach, może milionach publikacji i wypowiedzi czar, wdzięk, uroda Paryża bynajmniej nie są frazesem, wydmuchaną fikcją, „piarem”. Paryż ma w sobie coś, czego nie ma żadne inne miasto na świecie. I nie potrafię dociec tajemnicy tej charyzmy, genius loci i wdzięku tego miasta. Sama jego uroda wszystkiego nie wyjaśnia. Rzym też jest piękny, fragmentami może nawet bardziej, piękna jest Florencja, piękna jest Lizbona, piękne są miasta Hiszpanii, piękne są pejzaże Grecji, piękne są pejzaże i miasta w innych krajach, a jednak gdy tam jestem nie ogarnia mnie to paryskie oszołomienie, jakby po wypiciu musującego wina. I chyba umrę nie odkrywszy tej zagadki. Może to literacka legenda Paryża to sprawia, może legenda „Trzech muszkieterów” Dumasa, „Nędzników” Hugo, klimat poezji Baudelaire’a, Verlaine’a, Apolinaire’a? Może patos Wielkiej Rewolucji i epoki napoleońskiej? Może klimat filmów poetyckiego realizmu lat 30-tych? W odniesieniu do mnie tak, ale przecież tysiące ludzi kocha Paryż, ulega jego czarowi, nie mając o nim większej wiedzy…

Dlatego każda paryska lektura jest dla mnie wyjątkowo ważna. Tym razem wydawnictwo Burda NG Polska wspólnie z National Geographic sprezentowało miłośnikom Paryża piękny album, ukazujący to miasto oczyma grona kilkunastu jego znanych mieszkańców. Opowieść osobistą o mieście rozpoczyna reżyser Jean Jacques Annaud, twórca m.in. „Czarnego i białego w kolorze” czy „Imienia róży”,  a dalej opowiadają m.in. aktorka i piosenkarka Jane Birkin (ta od kultowej piosenki „Je t’aime”), aktorka Isabelle Huppert, reżyser Claude Lelouch, twórca niezapomnianego filmu o miłości „Kobieta i mężczyzna”, a także m.in. grono legend francuskiej kuchni i mody, jak Helene Darroze i Elie Saab. Ich osobiste relacje i zwierzenia poprzedza wstęp autorki zbioru, Alessandry Mattanza, a wzbogaca wspaniały zestaw fotografii mistrzowsko estetyzujących to i tak niezwykle estetyczne miasto. Gorąco polecam lekturę,  a następnie podróż, pierwszą lub kolejną – do Paryża oczywiście.

Alessandra Mattanza – „Mój Paryż. Słynni paryżanie o swoim mieście”, przekł. Jacek Sikora, wyd. Burda NG Polska, National Geografic, str. 255, ISBN 978-83-7596-744-9

 

 

Życie Aleksandra Kiereńskiego

kierenskiPewien nieżyjący już, dość popularny polski pisarz opowiedział mi, że podczas swojego stypendialnego pobytu w USA pod koniec lat sześćdziesiątych poznał dość blisko pewnego mocno starszego pana po 80-tce i jego młodą przyjaciółkę. Twierdził nawet, że między nim, a starszym panem i ową młodą kobietą doszło do czegoś w rodzaju trójkąta erotycznego. Tym starszym panem miał okazać się Aleksander Kiereński, premier osławionego rosyjskiego Rządu Tymczasowego, który w październiku (czyli listopadzie) 1917 roku obaliła rewolta bolszewików pod dowództwem Lenina, kończąc dzieje dawnej Rosji  i rozpoczynając historię Związku Radzieckiego oraz komunizmu u władzy. Ponieważ ów literat był znany ze skłonności do fantazjowania nie jestem pewien, czy nie zmyślał, ale historia mieściła się w granicach prawdopodobieństwa. Słyszałem też kiedyś anegdotę o tym, że w paryskich i amerykańskich bibliotekach oraz archiwach, bywał starszy pan studiujący dzieje roku 1917, Rewolucji Lutowej w Rosji oraz Wielkiej Rewolucji Lenina. Kiedy pewnego dnia ktoś zapytał go dlaczego zajmuje się tą tematyką, miał odpowiedzieć, że próbuje dociec, jak to się stało, że dał sobie odebrać władzę Leninowi i przyczynił się w ten sposób do powstania światowego imperium radzieckiego. Podobno prawie całe 53 lata, które spędził na emigracji, poświęcił studiom nad tym zagadnieniem. Zostawił zresztą pewną spuściznę publicystyczną na ten temat. Jak przypomniano  w nocie odwydawniczej, Kiereński był „adwokatem, premierem jedynego rosyjskiego rządu demokratycznego (choć jego samego okrzyknięto „bonapartystą” i „małym Napoleonem” – przyp. KL), wytrawnym publicystą, filosemitą, masonem, znakomitym mówcą, mistrzem autokreacji, ulubieńcem”. Był też człowiekiem o bogatej umysłowości i skomplikowanej osobowości.

Nakładem „Bellony” ukazała się jego biografia, portretująca frapującą postać, wybitną, barwną, pełną sprzeczności, bujną, na tle epoki, w  której przyszło mu żyć.  Burzliwe było jego życie zarówno publiczne jak i osobiste. Andrzej Andrusiewicz, historyk, znawca historii Rosji, autor m.in. biografii Dymitra Samozwańca, Piotra Wielkiego, Katarzyny Wielkiej, Aleksandra I, monografii dynastii Romanowych, napisał potoczyście frapujące, oparte o bogate źródła dzieło biograficzne o Aleksandrze Kiereńskim (1881-1970). Gorąco polecam lekturę.

Andrzej Andrusiewicz – „Kiereński. Czerwony liberał”, Wyd. Bellona, Warszawa 2016, str.367, ISBN 978-83-11-14302-9

 

 

Wielki Marlon opowiada

marlon brandoDzięki Axis Mundi od kilku lat poznajemy co myślą i robią gwiazdy, dawne i dzisiejsze, żyjące i umarłe. Tym razem dowiadujemy się tego z wywiadu rzeki Lawrence’a Grobela z Marlonem Brando. Należę do ostatniej chyba generacji, której dane było w młodości oglądać nowe, głośne filmy z udziałem Brando, kapitana Fletschera w „Buncie na „Bounty” Milestone’a, starego Corleone w „Ojcu chrzestnym” Coppoli, partnera Marii Schneider w „Ostatnim tangu w Paryżu” Bertolucciego, czy Kurtza w „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Był obdarzony fenomenalną charyzmą aktorską, a kamera filmowa go kochała. Nigdy nie przydarzyło mu się typologiczne zaszufladkowanie, które dotknęło wielu jego sławnych kolegów, jak choćby Johna Wyane czy Roberta Redforda. Tworzył kapitalne role także w westernach („Dwa oblicza zemsty”), w filmach społecznych, psychologicznych „Tramwaj zwany pożądaniem”), kostiumowych („Quemada”). Jego talent był pojemny, a osobowość potężna. W rozmowie z Grobbelem objawia się Brando inaczej – jako uważny obserwator sceny publicznej, niepokorny i niestandardowy komentator, wrażliwy działacz społeczny, krytyk wad establishmentu, do którego należał. Bez wahania rekomenduję tę interesującą lekturę.

„Marlon Brando. Rozmawia Lawrence Grobbel”, przekł. Piotr Pieńkowski, wyd. Axis Mundi, Warszawa 2017, str. 219, ISBN 978-83-64980-42-8

 

 

Wciągające moczary sarmackie

palusU lewicy i liberałów sarmatyzm miał zawsze bardzo złą tzw. prasę albo opinię, jako ucieleśnienie najgorszych cech szlacheckiego narodu polskiego, jego anarchii, warcholstwa, pijaństwa, pychy, prowincjonalizmu, dewocji i dziesiątków innych przywar. Sarmatyzm  w tym ujęciu to owe łby podgolone, dymiące, wymachujące szablami, zrywające sejmy i sejmiki, to owa tłuszcza tak ostro oceniona w „Popiołach” przez Żeromskiego słowami księcia Gintułta w rozmowie z Piotrem Olbromskim, to Jędruś Kmicic odmawiający zdrowaśki między jednym a drugim podpaleniem wsi, to groteskowo-potworne sarmackie postaci w dramatach Juliusza Słowackiego z „Mazepą” na czele, w „Opisie obyczajów” księdza Jędrzeja Kitowicza i w „Pamiętnikach” pana Jana Chryzostoma Paska. U części prawicy (zapewne niecałej) z kolei Sarmacja cieszy się uznaniem, jako specyficzna forma unikalnej, dawnej polskości. Niektórzy nawet chętnie by pewne jej formy życia zaimplantowali na niwie naszej współczesności („Fronda”).

 Krzysztofa Koehlera Sarmacja fascynuje od lat. Owocem jego studiów nad nią jest „Palus sarmatica” co oznacza mniej więcej sarmackie moczary, grzęzawisko, bagno. Fascynacji tej nie dziwię się, bo choć moralnej sympatii Sarmacja we mnie nie budzi, to podziwiam jej niektóre formy estetyczne, ubiory, portrety, np. trumienne, barokowe kościoły i tuż obok orientalizm form, literaturę, poezję (np. księdza Baki) i tak dalej. Sarmacja może była i okropna,  ale w swoim wyrazie estetycznym, tym już artystycznie przetworzonym, niebywale bujna, atrakcyjna, soczysta, zmysłowa. I postanowił Koehler nam tę Sarmację, te sarmackie moczary, bagna i grzęzawiska pokazać, układając coś rodzaju alfabetu, słownika Sarmacji, rozpoczynającego się od absolutum dominium i adwentu poprzez gorzkie żale, choroby, herby, kobiecość, leki, niebiosa, okopy, pielgrzymowanie, sejmy, sejmiki, śmierć sarmacką, wąsy, aż po „Żonę” (sarmacką) i wiele, wiele innych. Alfabet czy też słownik Koehlera układa się w uczony, błyskotliwy, bardzo dowcipny esej o kulturze staropolskiej, w jej panoramę. Lektura to przepyszna, fascynująca i jak zauważa wydawca, „wciągająca jak bagno”. W rzeczy samej i tuż obok

Krzysztof Koehler – „Palus sarmatica”,  Warszawa 2016, str. 455, ISBN 978-83-65248-10-7(Muzeum Historii Polski),ISBN 978-83-65459-01-5 (Wydawnictwo Sic!)

 

 

Łazienki w zwierciadle literatury

literacka legenda lazienekW wstępie do tej wspaniałej edycji, którą przyjemnie, z powodu jej walorów estetycznych choćby tylko wziąć do ręki, nie mówiąc już o czytaniu, prof. Marian Marek Drozdowski napisał: „Związek tych terenów z literaturą zapoczątkował Jan Kochanowski, który uświetnił zaślubiny Jana Zamoyskiego z Krystyną Radziwiłłówną wystawieniem w rezydencji królewskiej na Ujazdowie 12 stycznia 1578 roku „Odprawy posłów greckich”. Ale to odrobinę dalej niż położone nieopodal Łazienki Królewskie, właściwy bohater edycji. Literacką legendę samych Łazienek zaczął Adam Jarzębski, nadworny artysta Władysława IV. O tego momentu literackie konotacje zaczynały narastać, najpierw leniwie z wolna, by proces ten nabrał dynamiki od czasu, gdy Łazienki objął we władanie, w 1764 roku, król Stanisław August Poniatowski i jego wykwintna świta artystów, poetów, malarzy, spotykająca się na obiadach czwartkowych, Naruszewicz, Trembecki, Węgierski, Zabłocki, biskup Krasicki, Kniaźnin. Także inni. Są też cudzoziemskie świadectwa, Niemców, Anglików, Szweda. To w okresie Oświecenia. Bo na takie rozdziały podzielił całość edytor i redaktor edycji. Dalej następuje relatywnie najmniej obfity w przykłady dzieł „łazienkowskie” Romantyzm, ale Mickiewicza czy Słowackiego tu nie napotkamy, a jedynie Anczyca, Lenartowicza, Syrokomlę czy Sławeńko Sławińskiego. Słowacki nie zdążył, Mickiewicz nigdy  Warszawie nie był. Ciekawie dlaczego nic nie zostawił Zygmunt Krasiński, choć jego ojciec Wincenty generał w Łazienkach m.in. kolaborował z Wielkim Księciem Konstantym. Za to okres Pozytywizmu i Młodej Polski, to już epoka pełnego rozwoju legendy literackiej Łazienek. Mamy tu i Przerwę-Tetmajera, i Marię Konopnicką, Sienkiewicz, Prusa („Lalka” rzecz jasna), Żeromskiego, Wyspiańskiego, jego „Noc listopadową”, który walnie się do rozwoju legendy Łazienek przyczynił, choć był tu tylko jeden raz, w śnieżną zimę przez kilka zaledwie godzin. Nie mniej obficie kwitła legenda w dwudziestoleciu międzywojennym, dzięki poetom takim jak Oppman, Lechoń, Wierzyński, Iłłakowiczówna i dzięki temu, że od 1926 roku mieszkał tu, w przyłazienkowskim Belwederze Józef Piłsudski, ale i z innych też powodów. Antologię wieńczy czas II wojny światowej i niemieckiej okupacji. Znajdujemy tam m.in. „Teatr na Wyspie” Lechonia i „Zniszczenie pomnika Chopina w Warszawie” Staffa. Tę edycję, wzbogaconą we wspaniałą ikonografię fotograficzną i reprodukcje obrazów, powinien mieć na swojej półce nie tylko każdy varsavianista (bo to oczywiste), ale każdy kto kocha Warszawę.

„Literacka legenda Łazienek”, wybór i oprac. Marian Marek Drozdowski, wyd. Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, Warszawa 2014, str. 455, ISBN 978-83-64178-06-1

 

 

Powrót do Lovecrafta

w gorach szalenstwaJeszcze kilkanaście lat temu niesamowita proza Howarda Philipsa Lovecrafta (1890-1937) przeżywała boom na polskim rynku wydawniczym, ale od dawna boom ten był wygasły. I ja też trochę o bardzo cenionym Lovecrafcie zapomniałem, ale  z tego zapomnienia wyciągnął mnie tom „W górach szaleństwa i inne opowieści”. Jest ich 17. A John Carpenter, wybitny mistrz filmowego horroru i suspensu, twórca m.in. „Mgły”, „Halloween” i „W paszczy szaleństwa” tak o nim napisał: „Lovecraft ukazuje zniewalające wizje koszmarnej grozy, przeklętych światów i demonów podświadomości, jakich nikt przed nim nie odważył się nawet nazwać”. Jego proza inspirowała m.in. takich pisarzy jak Stephen King, a wśród jego wielkich antenatów można by wymienić Edgara Alla Poe, Ambrose’a Bierce czy twórców brytyjskiej powieści gotyckiej z Horacym Walpole i Anne Radcliff na czele. W Polsce tego rodzaju pisarzem był na pewno Stefan Grabiński, choć „Antologia noweli fantastycznej”, którą kiedyś przygotował Julian Tuwim pokazała, że i u nas coś w tej domenie kiełkowało (a i kiełkuje do dziś). Oczywiście każdy z nich jest inny, inna jest też proza  Lovecrafta. Nie wiem jak wy, ale ja w jego prozie  pławię się jak kot w walerianie (bo mleka podobno koty, przynajmniej dorosłe, nie piją, o czym dowiedziałem się z „Ucha prezesa”). Rozkoszne jest to zanurzenie się w grozę. Bać się co prawda tego nie umiem, ale sama tylko symulacja jest naprawdę podniecająca.

H.P. Lovecraft – W górach szaleństwa i inne opowieści”, wyd. Zysk i s-ka, przekł. Ryszarda Grzybowska, Grzegorz Iwańciw, Robert P. Lipski, Michał Wroczyński, Poznań 2017, str. 735, ISBN 978-83-7785-782-3 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko