Krzysztof Lubczyński rozmawia z Andrzejem Bychowskim

0
57

Z ANDRZEJEM BYCHOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński


Żyłka do parodiowania


Stanisław Ignacy Witkiewicz


Używając sienkiewiczowskiej frazy powiedziałbym, że dwóch było kiedyś parodystów w Rzeczypospolitej: Bolesław Gromnicki i Pan. Gdzie zniknął Bychowski? Pracuje Pan jeszcze?


– Gdy z rzadka dostanę jakąś propozycję. Młodzież nas, bez mała osiemdziesięciolatków, całkowicie zepchnęła na mieliznę zakładając dziesiątki kabaretów koleżeńskich, ale sztuka czystej parodii estradowej zaginęła. Jest taka audycja telewizyjna, w której aktorzy przebierają się za jakąś postać, na przykład piosenkarza i odgrywają ją, imitują Nie jest to jednak czyta parodia, lecz raczej rodzaj naśladownictwa, imitacji. Bo klasyczna parodia polega na precyzyjnym parodiowaniu głosu, sposobu zachowywania się i mówienia aktorów, polityków, sportowców. Poza tym parodyści pokazywali kiedyś nie jedną postać w ciągu godziny, lecz całą plejadę postaci w ciągu kwadransa .


Można się nauczyć parodiowania bez specjalnych predyspozycji, za pomocą samego tylko ćwiczenia?


– Podejrzewam, że nie. Trzeba mieć w sobie tę żyłkę do parodiowania, Ja jestem zawodowym aktorem, byłem przed wielu laty w zespole teatru w Jeleniej Górze, Hamleta nie zagrałem, grałem drugi plan i tzw. ogony, ale ze sceną się otrzaskałem. Jednym, z moich kolegów był tam nieżyjący już Henryk Machalica, który podczas pewnej rewii w Bolesławcu kontuzjował mnie w nogę, a był to kawał chłopa.


Przed laty, w okresie PRL bardzo często widywałem Pana w telewizji, w różnych programach estradowych. Szczególnie utkwiło mi Pana opowiadanie o perypetiach związanych z obsikaniem przez Pana niemieckiego oficera za okupacji. Było to nieodparcie komiczne, zwłaszcza gdy parodiował Pan charakterystyczne zachowanie Niemca i jego furię…


– Jestem dzieckiem wojny i to rzeczywiście mi się przydarzyło. Miałem wtedy sześć albo siedem lat. Mieszkaliśmy z mamą u babci w domku przy ulicy Bliskiej w Warszawie. Pewnego razu bawiłem się koleżką na balkonie i zobaczyłem idącego ulicą niemieckiego oficera. „Obeszczamy go?” – zaproponowałem koledze. „Obeszczamy” – podchwycił. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Oficer zorientował się, zaczął wykrzykiwać „Verfkluchre donnerwttter, obeszczali niemiecki ofizir!!” i skierował się do drzwi naszego domku. Szybko pobiegliśmy do babci i powiedzieliśmy co się stało. Babcia zna chwilę załamała ręce, ale że nie była w ciemię bita szybko pobiegła na balkon z konewką i obficie podlała kwiaty. Tymczasem niemiecki oficer ze swoim „verfluchte donerwetter” był już w hallu. „Co się stało panie oficerze?” – pyta babcia. „Te szczeniaki obeszczali deutsche ofizir” – żołądkował się Niemiec. Babcia zawołała nas. Stanęliśmy z niewinnymi minkami. „Jedrusiu – zwróciła się do mnie – obsikałeś pana oficera?”. „Nie babciu”, „A ty?” – zapytała mojego koleżki. „Nie, proszę pani”. „No widzi pan – powiedziała babcia i nagle zawołała z miną osoby olśnionej – Już wiem o co chodzi. Podlałam przed chwilą kwiaty na balkonie i pewnie jakaś kropelka spadła na pana, za co serdecznie przepraszam”. W tym czasie w hallu, zwabieni krzykami, pojawili się dwaj sąsiedzi, warsiawskie chłopaki, nieogoleni i z nieświeżym chuchem. „Nasze chłopaki nie szczają na niemieckich oficerów” – zaświadczyli. Krąg wokół Niemca zacieśniał się, więc chyba w obawie o swoją skórę wolał uwierzyć w wodę z podlewanych kwiatów,. Zamamrotał coś w rodzaju „Ja, ja, madame, naturlich” i dał spokój. Opowiedziałem tę  historyjkę na początku lat dziewięćdziesiątych w telewizyjnym programie „Gwiazdy z tamtych lat” Andrzeja Horodniczego. Było tego chyba ponad sto odcinków, rozmowy z weteranami, już wtedy, aktorstwa, estrady, opery, operetki, z Aliną Janowską, Bernardem Ładyszem i dziesiątkami innych. Dziś artyści naszego pokolenia są kompletnie zapomniani.


A wy sami o sobie pamiętacie?


– Wiem, że wielu z nas żyje na uboczu, samotnie. Ja akurat trzymam się z niewielką grupką dawnych kolegów ze szkoły teatralnej w Warszawie, której nawiasem mówiąc, nie ukończyłem, porwany wirem pracy estradowej. Na czele tej grupki jest nasza urocza koleżanka Adrianna Godlewska, kiedyś żona Wojtka Młynarskiego, mama znanych dziennikarek, Agaty i Pauliny. Na spotkania w ZASP przychodzi też piosenkarz Tadeusz Woźniakowski. Ja utrzymuję kontakty z kolegą Bogdanem Czyżewskim, ze słynnego niegdyś duetu piosenkarskiego „Bogdan Czyżewski i Danuta Rinn”, trochę rzadziej z kolegą Wiktorem Zatwarskim. Nie żyje już niestety kolega z roku, Wacek Ulewicz, który był dość znanym aktorem


A z Bolesławem Gromnickim, drugim z najświetniejszych parodystów tamtych czasów, spotyka się Pan?


– Nie, bo Bolek mieszka daleko, w Brzegu. Przyjaźnie się rozłażą. Ale jest jeszcze inna przyczyna zerwania rozmaitych kontaktów środowiskowych. Ja byłem gorącym zwolennikiem Polski Ludowej i mówiłem to wielu kolegom wprost, od razu po 1989 roku, po jej demontażu. Wielu z nich jak wiadomo zakochało się w nowym ustroju, mówili o „własnym domu”, ale większość z nich ten ustrój zepchnął do narożnika. I potem tylko robili dobrą minę do złej gry. Dla części z nich stałem przebrzydłym komuchem, zjadającym na surowo wspaniałych Polaków. A socjalizm PRL-owski, przy wszystkich swoich wadach, to był humanistyczny ustrój. PRL była wspaniała, sprawiedliwa, nie wyrzucano nikogo z mieszkań na bruk. Humanizm i wielkość PRL kontrastuje z małością tego ustroju, w którym z egoizmu uczyniono cnotę. Nie godzę się z tymi rządami oszustów. Chodzi im tylko o napchanie kabzy. A to, że w pewnym okresie trochę ludzi ucierpiało w PRL… Niech mi pan wskaże ustrój, w którym ktoś nie ucierpiał, tak czy inaczej. W każdym ustroju kogoś stuknięto, nie tylko w PRL. A przed wojną w Polsce, a w USA? W USA, gdzie byłem wiele razy, spotykałem z niechęcią ludności kolorowej do białej Ameryki. Znalazłem się kiedyś przypadkiem u fryzjera w czarnej dzielnicy, zwabiony niską ceną strzyżenia. Wchodzę, sami, czarni, patrzą na mnie podejrzliwie, a było to po zabiciu przez policję jakiegoś czarnoskórego chłopaka. Siadłem na fotelu, a czarnoskóry fryzjer przynosi wiadro i stawia obok. Myślę sobie: poderżnie mi gardło i utoczy krwi na kaszankę, przekonany, że jestem policyjnym szpiclem. Ale pyta mnie skąd jestem. „Polish” –  mówię. Nie wiedział o co chodzi. Powtarzałem to „polish”, bo niewiele więcej umiałem powiedzieć, a on nic. Wreszcie mówię: „Warsaw, Poland”. A on woła: „Ah, Warsaw, Russia, okey, good”. Twarze fryzjerów i klientów rozpromieniły się. W Polsce nas Ruscy są traktowani jak samo zło, a dla nich to dobro, bo są w kontrze do nienawidzonych przez nich białych Amerykanów. Nawet nie próbowałem korygować pomyłki, zadowolony, że nie zrobią ze mnie kaszanki. Do Związku Radzieckiego też podróżowałem, spędziłem tam w sumie prawie dwa lata. Ogromny kraj.


Opowiedział Pan epizod okupacyjny z Warszawy, ale urodził się Pan w Mińsku Mazowieckim, a potem mieszkał Pan w Bydgoszczy. Skąd te wędrówki?


– A do samej wojny mieszkaliśmy w Tczewie i stamtąd mama uciekła ze mną do Warszawy. Ojciec był poborcą podatkowym, a żeby się nie tworzyły kliki, poborców przerzucano z miejsca na miejsce, stąd Mińsk, Tczew, Warszawa. W 1939 roku ojciec został zmobilizowany jako oficer finansowy, dostał karabin bez amunicji, bryczkę z końmi i kasę pancerną. W jakimś momencie dostał się w łapy Niemców i osadzono go w oflagu w Murnau. Kiedy wybuchła wojna, mama uciekła ze mną, dwulatkiem, z Tczewa. Uciekała, jak to wtedy, okazjami, czym się dało. Miałem dwa lata i zapamiętałem moment, jak leżę zasłaniany przez matkę, z ustami pełnymi ziemi i płaczę, a wokół wybuchy bomb, matka mnie uspokaja. To dowód, że ślady pamięciowe mogą sięgać drugiego roku życia. Po wojnie zamieszkaliśmy w Bydgoszczy, gdzie spędziłem dzieciństwo i ukończyłem szkołę średnią, Liceum Kulturalno-Oświatowe.


Jak Pan wspomina czasy w Teatrze „Syrena”, w tym wielkich kolegów, Adolfa Dymszę, Ludwika Sempolińskiego,  Lopka Krukowskiego?


– Lopek był sympatyczny, nie podkreślał, że ma rodowód przedwojenny w legendarnych kabaretach „Qui pro quo” czy „Morskie Oko”. Dodek Dymsza niestety, trzeba sobie to szczerze powiedzieć, był zawistną mendą. Podobno o zmarłych powinno się mówić albo dobrze albo wcale, ale stosując tę zasadę nie można by mówić źle ani o Stalinie, ani o Hitlerze czy Kaliguli. Nie porównuję Dodka do tych zbrodniarzy, ale w obejściu nie był przyjemnym, miłym człowiekiem. Zawsze złośliwie dogadujący, krytykujący. Drażniły go cudze sukcesy, zwłaszcza młodych. Podobnie nieprzyjemny, arogancki, zawistny, awanturniczy, chamski był Jerzy Ofierski, czyli „Sołtys Kierdziołek, cię choroba”. Maniacko nie dawał dotknąć swojego „świętego” kapelusza. Po latach przeprosił mnie podczas jakiegoś opłatka w ZASP, już po tym, jak odratowałem go po zapaści cukrzycowej. Kilka miesięcy później zmarł. Za to bardzo miłym, uczynnym kolegą był Jarema Stempowski. Byłem niemal świadkiem jego śmierci, bo ciężko zaziębił się podczas tournee w Stanach. Przyjemny był też Jerzy Bielenia, mistrz w odgrywaniu pijaczków różnego gatunku, i prymitywów i inteligentów. Ludwik Sempoliński natomiast przesiadywał w garderobach młodych, bo nie lubił przebywać ze „starcami”, jak mawiał. Mile też wspominam swoją profesorkę ze szkoły teatralnej, panią Hanię Bielicką.


Czym się Pan teraz zajmuje?


– Z rzadka występuję na zamówienie. Poza tym zbieram antyczne meble i rozmaite i starocie.  Mam oko do znalezisk. Miałem kiedyś domek nad Brdą, w Tryszynie. Znalazłem tam młotek, jak się okazało młotek z epoki neolitu (ok. 4 tys. lat temu) Ziemia czasem oddaje takie skarby. Oddałem go Muzeum Mazowsza.


2014


Dziękuję za rozmowę.


Andrzej Bychowski  – ur. 1937 w Mińsku Mazowieckim – aktor estradowy i parodysta. Dzieciństwo i młodość spędził w Bydgoszczy. Studiował w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, a egzamin aktorski zdał jako eksternista w 1962 r. W latach 50. występował w bydgoskiej „Estradzie dla amatora”, a następnie w Estradzie Bydgoskiej i miejscowej Rozgłośni Polskiego Radia. Na antenie ogólnopolskiej zadebiutował jako w popularnym i słuchanym przez całą Polskę „Podwieczorku przy mikrofonie”. Od 1962 r. występował w warszawskim Teatrze Syrena. W latach 1963-1964 współpracował z zespołem jazzu tradycyjnego New Orlean Slompers. Występował z powodzeniem na festiwalach opolskich. W 1964 r. otrzymał wyróżnienie, a rok później zdobył nagrodę publiczności. Zaliczył także w 1965 r. festiwal w Sopocie. W latach 1965-1966 koncertował z zespołem „Niebiesko-Czarni”. Swoją muzykalność i walory wokalne wykorzystywał w perfekcyjnych parodiach polskich piosenkarzy i piosenkarek. Sięgał też po mistrzów estrady światowej, zwłaszcza po Włochów i Francuzów. Karykaturując wyraźną kreską manierę wokalną, wyśmiewał także, posługując się satyrycznymi tekstami, specyfikę parodiowanych artystów. W swoich recitalach imitował także mistrzów polskiej sceny dramatycznej, z Gustawem Holoubkiem na czele. Przez szereg lat rywalizował o palmę pierwszeństwa wśród krajowych parodystów z Bolesławem Gromnickim. Wiele razy odbywał podróże artystyczne do USA, gdzie m.in. w towarzystwie „Filipinek” bawił amerykańską Polonię.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko