Adam Buszek – Porwane struny

0
138

Adam Buszek


Porwane struny

                                   

 

Śladami poety Mariana Ośniałowskiego, Chocimów 2010 *

 

 

Młode brzozy białe, eleganckie                                                 

I pogoda po polach woła.

Kto całował się za miedzą w parowie

W mokrym świcie – wróble nie powiedzą.

Kół piosenka na szosie wesoła.

Dziś niedziela, kawalerowie.

 

osmialowski  Jedzie się po falujących parowach z brązowej trzciny i cynamonu. Niebo pochyłe, zalotne. W krętych wstęgach wąskiego asfaltu czegoś szukają wróble. Biją w południe dzwony kościołów. Idą przez upał rumiane babcie, idą smyki czupurne, idą panien suknie ze wszystkich szwalni lipca.

 

  Dziś niedziela, kawalerowie.

 

Trzeba umieć przynieść z dróg nieznanych

Pogodę, lato w świetlistych oczach.

Trzeba wierzyć w rzeczy niesłychane

Jak biała wiewiórka,

Jak uśmiech Maharadży,

Wiersz Apollinaire’a.

 

  Siwy Hermes kreśli mapę na powietrzu. Aleją topól i grabów płynie czerwony samochód. Za kierownicą Antek o grzywce w barwie żyta, w bibliotecznych okularach i koszuli w pstrokate pasy. Bianka wypatruje drogowskazów. Zenon śpiewa o pierwszych warkoczach po sianokosach. Cała trójka szuka gniazda wiotkiego poety.

 

Chałupy zanurzone w czeremchowej pianie,

Podkrążone cieniutko cichym skrzypiec graniem,

Które wieś rozmarzoną w słońcu na wpół rozwesela,

Na wpół zasmuca.

 

  Dworek z rdzewiejącego beżu rośnie na krzywej łące. Wierzby czeszą trawę. Parną ciszę szczypią tylko much powietrzne salta.

 

  Tu wykluł się Tymon, poeta.

 

  Antek, Bianka i Zenon po raz pierwszy cofają zegarki. Tylko o pół wieku.

 

  (Przypomnij godzinę w serdecznym miasteczku, kiedy myliły się wszystkie zegary. Na harmonii gra kaleka. O snu zachodzie. O dziewczynie. Mylą się zegary, a wszystkie kształty są w porę.)

 

  Dworek ma drzwi z próchniejącego lakieru: wiśnia i czekolada. Obok drzwi czarna tabliczka z gałązką lipy:

 

Zgodzimy się z każdym

Już wyrokiem Bożym

Tylko niech nie wytną

Naszych lip najdroższych.

Niech wśród słońca kwitną,

Niech dzwonią pszczołami –

Matko Boska Zielna

Módl się za lipami…

 

W tym domu urodził się i mieszkał 20 lat                                                              

                Poeta Tymon

 

  Antek stroi zacną Prakticę. Bianka przegania muchy. Zenon zagląda w półkola okiennic i łowi leniwą woń barszczu.

 

– Tymek, obiad!

 

  Tymek na ławce parnej lipcem kreśli w kajecie porwane struny.

 

Porwane struny

Na sercu chorym

Gra świat.

Postać sceniczna szuka aktora

W spiętrzonej warstwie codziennych spraw.

 

– Tymek! Obiad stygnie.

 

Pieśń z dni codziennych chce się wydzwonić,

Błaga o ciało, melodię, kształt.

Gaśnie w powietrzu, zły los ją trwoni,

Z warg ją poety porywa wiatr.

 

– Co tam widzisz za oknem? – przytomna Bianka.

 

–  Mama Tymona podaje obiad.

 

   Zapada uśmiech rozumiejący.

   Antek złowił chwilę z dobrym światłem. Fotografuje, a to zawsze jak niemy hymn.

 

Nagły muzyki poryw – skąd?

– Tam w lutym kwitnie bez.

Szarpnie nerwami gorący ton,

Romanca Portuguez.

 

Wróć, zanim księżycowy nów

stoczy się w pustkę.

Zaklinam cię, złodzieju snów,

na świętej Eulalii usta.

 

  Z zapachu barszczu wyrywa nas afisz na drzwiach dworku, krzyczący odblaskową żółcią. Koło studentów zaprasza na warsztaty. Jest i świetlica, otwarta dwa razy na tydzień. Nie dziś. Tymon poszedł na obiad, my nie zdążymy.

 

  Jeszcze niedawno była tu szkoła. Dziś tablica do gry w kosza przyjmuje już tylko piruety końskich much; słupki od siatki zarosły wściekłym, zachłannym zielskiem. Tymon  o szczapowatych ramionach raczej nie zbijał piłek. Był libero rozdającym podania do ulewnych ataków.

    

Czekoladowe boisko;

– tłukło się serce jak piłka.

Ściana wysokich drzew blisko.

Zanurz się w lata lepki śmiech.

Niech myśli, oczy, usta, serce

Zaleje ciepła zielona krew.

 

  Z pomocą chmielnego nektaru szukamy dawnej pieśni zielonej krwi. Antoni wyławia z plecaka trzy antykwaryczne tomiki Tymona. Potem stroi ten sam uroczysty obrzęd podpalenia tytoniowej bibułki. Bianka, która nie lubi tytoniu, mówi, że bardzo lubi ten obrzęd.

 

  Powietrze w gorącym bezruchu. Tylko owady kołują jak obłąkane, pukają do nosa, oczu, szczypią ręce i nogi, lądują na czarnych literach wierszy.

 

Nie całuj mnie tak bardzo długo

ani ze sobą nie zabieraj.

Bo w nas prócz nas jest innych wielu.

Ktoś najpiękniejszy z nich umiera.

 

  W oczach Bianki wrzące światło.

 

*

 

   Znowu jesień. Świat o dwie wiosny starszy. Kto nas nauczy umierać?

 

Żyć mi kazano widocznie po to,

bym nie znajdował dla tęsknot nazw.

 

Komu zapala jesień, komu

brzozy i graby w świerków czerni.

Wyjdziemy cicho w noc ogromną

pić księżyc w pełni i październik.

 

To nie tamtych drzew, nie naszych

wniebowzięte pióropusze.

W jakich stronach teraz tańczysz

niepowrotna Magdaleno.

 

   Zenon pakuje prezent dla Tymona na czterdziestą szóstą rocznicę śmierci. To tylko kilka sąsiednich zdań, kilkaset serdecznych liter. W kremowym zeszycie czarny długopis Zenona ostrożnie umawia randkę…

 

 

 

 

____________

 

*  Tekst jest śladem wycieczki odbytej w lipcu 2010 roku do miejscowości Chocimów – miejsca narodzin  i lat dziecinnych poety Mariana Ośniałowskiego. Urokliwy pałacyk, otoczony sędziwymi lipami, domaga się pilnych zabiegów restaurujących. Podobnie jak twórczość artysty, zmaga się z długimi latami zapomnienia.

 

Imiona poety oraz realnych osób w tekście zostały zmienione. Cytowane fragmenty wierszy poety pochodzą z tomów: „Kontrasty”    ( 1958 ), „Suita cygańska” ( 1959 ), „Mam na sprzedaż tylko serce” ( 1976 ).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko