Dariusz Pawlicki – Przede wszystkim przeciw imperatywowi odbywania egzotycznych podróży

0
193

DARIUSZ PAWLICKI

 

PRZEDE WSZYSTKIM PRZECIW IMPERATYWOWI

ODBYWANIA EGZOTYCZNYCH PODRÓŻY

 

 

      Nie przejawiam, i to choćby w minimalnym stopniu, ochoty do odbywania dalekich podróży, do miejsc nazywanych egzotycznymi. To znaczy do opuszczania obszaru kulturowego, do którego przynależę. W niniejszym eseju przedstawię racje, moje racje stojące za nieprzejawianiem takowych chęci. I uczynię to także dlatego, aby namówić innych do tego samego. A ponieważ jedną z cech eseju, którym niniejszy tekst ma być, jest ujęcie określonego tematu w sposób subiektywny, będę nawet bardzo subiektywny.

 

*

 

      Żywię przekonanie, że podróżowanie na inne kontynenty, mam na myśli cele turystyczne, jest wyłącznie jeszcze jednym sposobem na zapełnienie wolnego czasu. Takim samym jak czytanie dla czytania, chodzenie do teatru dla chodzenia, oglądanie telewizji dla telewizji (w przeciwieństwie do czytania dla dowiedzenia się Czegoś; oglądnięcia sztuki teatralnej, aby Coś z Czymś skonfrontować…; włączenia telewizora dla konkretnego programu poświęconego np. robieniu bigosu). Z tym, że podróżowanie, w przeciwieństwie do pozostałych wymienionych sposobów zagospodarowania indywidualnego czasu, wymaga poświęcenia na ten cel, nie godzin, ale dni, tygodni… Wymaga także dysponowania zdecydowanie większymi środkami finansowymi. To znaczy takimi, aby gwarantowały wygodę. A ta jest niezwykle ważna. Bo czyż w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci, przynajmniej na Zachodzie, potrzeba życia w wygodzie, wręcz w komforcie, nie stała się tak silna, że zastąpiła pragnienie szczęścia? Moim zdaniem – zastąpiła. Nakłada się na to jeszcze potrzeba doznawania ustawicznych wrażeń. I to wciąż nowych. W to pragnienie wpisuje się, wręcz idealnie, imperatyw odbywania dalekich podróży. Najlepiej w takie miejsca, w jakie nie udał się jeszcze nikt z rodziny bądź pracy. Owe podróże, obok łączącego się z nimi prestiżu, dla wielu stanowią też rodzaj znieczulenia.

A tym, co chcą znieczulić, są problemy. I nie muszą to być wyłącznie kłopoty zawodowe, rodzinne. Problemy mają bowiem to do siebie, że gdy przebywa się setki, tysiące kilometrów od miejsc, w których one „powstają”, zdają się być mniejszymi, mniej doskwierającymi. To znieczulenie potrwa jednak tylko tak długo, jak pozwoli na to stan konta, „Kodeks pracy” i, ewentualna, dobra wola pracodawcy.

      Ale obok wymienionych powyżej, powód odbywania owych podróży może być jeszcze jeden  – nuda, zwykła nuda.

       Jeśli powodem wyjazdów w odległe zakątki Ziemi, jest jeden z tych, o których wspomniałem powyżej, niech chętni jadą gdziekolwiek, choćby na

Wyspę Wielkanocną.

 

*

 

      Podróż do innych miejsc może jednak służyć również pogłębieniu indywidualnej wiedzy na ich temat. I w tym momencie należy przypomnieć istniejący w Europie, przed epoką masowego przemieszczania się, której początki sięgają połowy XIX w., pewien obyczaj, wręcz swoistą instytucję. Nazywał się on z francuska Grand Tour. Władysław Kopaliński w jednym ze swych nieocenionych słowników* podał  nst. tłumaczenie tego terminu: Wielki Objazd bądź Wielka Przejażdżka (pierwsze określenie jest, moim zdaniem, bliższe istoty zjawiska). A chodzi o rodzaj podróży trwającej rok-dwa lata, jaką odbywali młodzi europejscy arystokraci i intelektualiści. Ci pierwsi czynili to obowiązkowo w towarzystwie guwernera i pochodzącego z poznawanego

kraju sługi-przewodnika. Grand Tour będący podróżą edukacyjną, miał na celu poszerzenie horyzontów przez uzupełnienie wiedzy o kulturze i cywilizacji, a także wyrobienie gustu artystycznego, nabranie dobrych manier. Niezmiernie ważną rolę odgrywały w owych podróżach listy polecające umożliwiające nawiązanie kontaktu z ważnymi, z różnych powodów, osobistościami.

 

piazza-navona

Widok placu Navona w Rzymie, rycina Giovanniego Battisty Piranesiego, ok. 1750 r.

 

      Owa forma uzupełniania edukacji narodziła się w Anglii. A za jej ojca uważa się Thomasa Coryata (1577-1617), który w 1608 r. przemierzył pieszo wiele państw włoskich (także część Francji). Nie był wprawdzie pierwszym, który odbył Wielki Objazd, ale pierwszym, który w książce swego autorstwa Coryat’s Crudities hastily gobbled up in Five Months Travels in France, Italy,  &c’ (1611), uwzględnił elementy, które złożyły się następnie na powstanie pojęcia Grand Tour. Wymienił, chociażby, obiekty architektoniczne, dzieła sztuki, którym należy przyjrzeć się na trasie podróży. I choć wspomniał o

Francji, to jednak szczególną uwagę poświęcił Włochom. Bo też one przyciągały najbardziej, przede wszystkim na początku. Zwłaszcza takie ośrodki miejskie jak Rzym, Florencja, Padwa, Lukka czy Wenecja. W II połowie XVII w. zaczęto zwracać baczniejszą uwagę na Francję, ze szczególnym uwzględnieniem Paryża i Wersalu. Zaś w XVIII w. obszar, którego dotyczył Grand Tour, wzbogacił się o kraje przodujące w rozwoju przemysłu i rolnictwa – Anglię i Holandię. Z kolei w II połowie XVIII w.

dużym zainteresowaniem zaczęły cieszyć się niektóre miasta niemieckie.

A to ze względu na pełnioną rolę ośrodka władzy (Berlin, Wiedeń, Drezno), kultury (Weimar, Jena, Getynga, Heidelberg, Lipsk), albo też funkcję uzdrowiskową (Baden-Baden, Marienbad).

      Wielki Objazd, jeśli chodzi o wizyty we Włoszech, a były one modne przez cały ten czas, miał ewidentny wpływ na rozwój kultury północnej Europy. Chociażby jeśli chodzi o muzykę. Do czego przyczynił się Grand Tour odbyty przez takich wybitnych kompozytorów pochodzących z Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego jak np. Heinrich Schütz, Johann Georg Pisendel, Georg Friedrich Händel, Wolfgang Amadeusz Mozart.

 

      Wielki Objazd odbywał się w kręgu spraw, które młodemu Europejczykowi należącemu do tej czy innej warstwy uprzywilejowanej, były już nieco znane. Składały się nań bowiem nazwiska twórców, których utwory przeczytał bądź, w przypadku dzieł sztuki i budowli, o których słyszał np. na studiach. Znane były mu także podstawy wiedzy historycznej obejmującej zwłaszcza, co wówczas uważano za podstawę, starożytną Grecję i Rzym. Bogaty zestaw nazwisk, pojęć, nazw geograficznych, faktów historycznych, którymi operowali wykształceni ówcześni Europejczycy, był bowiem wspólny. Powszechna była też wśród nich, choć na różnym poziomie, znajomość dwóch języków: łacińskiego i francuskiego. Przynależność do tej kulturowej wspólnoty miała miejsce niezależnie od tego, którego państwa było się mieszkańcem. Więzi owe spajało także chrześcijaństwo (choć różne składające się na nie wyznania, mogły być w pewnym sytuacjach źródłem problemów). A wszystko to stanowiło, w sumie, określony kod kulturowy. Powszechnie przy tym akceptowany.                                                               

      Kres Grand Tour, zjawiska zdecydowanie elitarnego, przyniósł rozwój kolejnictwa, który spowodował umasowienie podróżowania. Ów masowy podróżny przybywając np. do Włoch zainteresowany był patrzeniem (czy również widzeniem?), przebywaniem w konkretnych miejscach – ich zaliczaniem.

 

  *

 

      Zjawisko określane  jako Wielki Objazd nie istnieje (gdyby je reaktywować, winno ono obejmować całą Europę, jak też, ze względu na pokrewieństwo kulturowe, USA i Kanadę, ewentualnie – Australię i Nową Zelandię). Rozwija się bowiem, i to w najlepsze, to, co sprawiło, że Grand Tour przeszedł do

historii. To znaczy, wspomniana masowa turystyka, której cechą charakterystyczną jest wycieczka najczęściej trwająca dwa tygodnie. A cóż można zobaczyć w tak krótkim czasie np. w  ogromnej Kanadzie? Co można pamiętać, po powrocie do domu, z takiej wycieczki? W przypadku podróży autobusem – przede wszystkim stan moteli, toalet, autostrad; a jeśli chodzi o przemieszczanie się samolotami – poziom obsługi na dworcach lotniczych, ich funkcjonalność. Nie myślę jednak, aby uzyskanie takich informacji było czymś cennym, wartym odbycia podróży. Ale one i tak będą dawały jakiś jednorodny obraz kraju. Nie tak jak w przypadku Amerykanina odbywającego turystyczne, czternastodniowe „turne”, z użyciem autokaru, po Europie. Jeśli chodzi o ten drugi przykład celu podróży, to kłania się amerykańska komedia pod znamiennych, gdyż bardzo wiele mówiącym, tytułem: Jeśli dziś wtorek – jesteśmy w Belgii. Z takiego wojażu europejskiego pozostanie jedynie zestaw zdjęć i filmów wideo, na których zostały zarejestrowane rozmaite obiekty. Nie powiązane jednak z konkretnymi miejscami, nie połączone wiedzą np. historyczną. Owo podróżowanie, z postojami na użycie kamer wideo i aparatów fotograficznych (to, co zostało dzięki nim zarejestrowane, będzie obejrzane po powrocie do domu), odbywa się bowiem na zasadzie: szybko, szybko, już jesteśmy spóźnieni! Równie dobrze, zamiast odbywać taką podróż, Amerykanin może przejrzeć różnotematyczne albumy dotyczące Europy, z uwzględnieniem jej kultury. Chyba, że… pojedzie do Europy z zamiarem spędzenia w niej nie dwóch tygodni, ale roku lub dwóch lat (pewna bliskość kulturowa będzie sprzyjała poznaniu i zrozumieniu). I to nie ograniczając tego kontaktu do zapoznania się z  Londynem czy Paryżem.

 

      Marzeniem ściętej głowy przy podróżowaniu w pośpiechu, jest kontemplacja. A do tego nie ma ona, wręcz sensu. Żeby bowiem kontemplować, nie trzeba nigdzie wyruszać, nie trzeba nawet opuszczać, nie tyle przysłowiowych, co wręcz dosłownych, czterech ścian. Poza tym podróżowanie nie sprzyja kontemplowaniu. Mało tego, jest jego zaprzeczeniem. O spokoju mającym źródło w niepodróżowanie, mówią, przytoczone poniżej, myśli sformułowane przez Rosjanina i Chińczyka. Pierwszą z nich, ojca Germana, zakonnika z Wysp Sołowieckich, przytacza Mariusz Wilk w Odlocie dzikich gęsi. Brzmi ona następująco:

      „(…) czy nie szkoda trwonić czasu na ciągłe wojaże, skoro można wędrować po świecie, nie wychodząc z celi? Zatrzymaj się, (…), a zobaczysz, jak daleko dojdziesz…”.

 

      Żyjący wiele wieków wcześniej Lao Tsy, w podobnej kwestii, w Drodze** wypowiedział się oto tak:

 

Możesz poznać świat,

Nie wychodząc z domu,

Możesz ujrzeć swoją Drogę,

Wyglądając przez okno.

Im dalej pójdziesz,

Tym mniej będziesz rozumiał.

 

                  

posagi-memnona

Posągi Memnona, akwarela Dawida Robertsa, 1838.

 

      Natłok wrażeń nie sprzyja rozumieniu/zrozumieniu; wręcz mu szkodzi. Tymczasem żądza wrażeń, wciąż nowych wrażeń, jak wspomniałem, dominuje współcześnie. Stanowi po prostu imperatyw. Do tego, po pewnym czasie, poszukiwane są wrażenia jeszcze mocniejsze/intensywniejsze. Na te doznawane dotychczas zostało się bowiem uodpornionym. Podróżowanie też jest przykładem poszukiwania wrażeń. A te, zgodnie z panującym stylem życia, wymagają również wzmacniania; jeśli było się w Egipcie (czytaj: w Gizie i Dolinie Królów tudzież Dolinie Królowych), to następne wakacje (maksymalnie – 2 tygodnie) należy spędzić na Seszelach.

 

*

 

      Na moją negatywną opinię co do podróży odbywanych do odległych zakątków Ziemi, obok natłoku wrażeń zlewających się w nijaką całość, wpływ ma, w tym samym stopniu, to, że ich celem są kraje/krainy należące do innych, obcych kultur. Innych i obcych dla, w tym wypadku, Europejczyka, człowieka, ogólnie rozumianego, Zachodu. Bezcelowość takich podróży zauważał Paweł Hertz, który w szkicu O podróży*** tak napisał na ten temat:       

      „Nie wyobrażam sobie, żebym miał ochotę pojechać do Chin, Indii czy Japonii. Myślę, że to byłoby daremne, że nic się z tego nie zrozumie. Europejczyk musiałby poświęcić życie, aby poznać religie, obyczaje, zasadę etyczną tamtego świata, jego historię i literaturę. Ja nie jestem ich ciekawy”.

      To fakt, że Hertz napisał to z pozycji człowieka przekonanego, że z owej inności nic bądź niewiele zrozumie, jak też, wprost, stwierdzającego, że nie jest jej ciekawy. Podobnie jest ze mną. Tymczasem od człowieka współczesnego oczekuje się chłonności, tego, aby interesował się, dosłownie, wszystkim. Rzecz jasna taki jest ideał. Ale jest on nagłaśniany, reklamowany. Do tego nie słychać o żadnej alternatywie w tym względzie. Rezultatem tego jest to, że ów ideał jest przyswajany, w swych założeniach, przez bardzo wielu ludzi.

 

      Pobieżne zaznajamianie się z odrębną kulturą (dogłębne niezmiernie rzadko ma miejsce) np. chińską, może zaowocować użyciem, co najwyżej, cytatów z pism jej przedstawicieli, aby zobrazować głoszony pogląd. A przykładami takich wyimków może być ten przywołany już na stronach tego eseju, z Lao-Tsy’ego jak też taki oto:      

      „Poezja/pieśń jest wyrazem ludzkich dążeń”. Pochodzi ono z Wielkiej przedmowy do Księgi pieśni (dzieło powstawało od XI do VI w. p.n.e.)****.

     

      Za każdym razem, w przypadku odległych kultur, zabraknie jednak wiedzy gruntownej, przynajmniej w jakiejś jej dziedzinie. Takową posiadają bowiem bardzo nieliczni. Dla pozostałych, jakże licznych (w tym autora niniejszego tekstu), pozostają cytaty.

      Ci którzy zachwycają się tym, co oferują inne kultury, w pierwszym rzędzie stykają się z najbardziej spektakularnymi ich „wytworami” (gdyby z takowymi nie zetknęli się, najpewniej nie mówiliby o zachwycie). A na kultury składają się nie tylko wspaniałe, wręcz genialne osiągnięcia, ale i te jak najbardziej przeciętne, zresztą zdecydowanie dominujące. Na gruntowne ich poznanie, na przyjrzenie się temu, co znajduje się za wspaniałą fasadą, decyduje się jednak bardzo niewielu. Przy tym, zachwycając się, dla przykładu, cytowaną w wielu antologiach i opracowaniach myślą chińskiego filozofa i poety Czuang-Tsu

(zmarł ok. 300 p.n.e.), najczęściej nie wiedzą o poglądzie podobnym w swej wymowie, a sformułowanym przez niemieckiego poetę średniowiecznego Waltera von der Vogelweide’a (ok. 1170 – ok. 1230). Otóż Czuang-Tsu śnił „kiedyś, że jest motylem, a kiedy się zbudził, nie wiedział, czy jest człowiekiem, któremu śniło się, że był motylem, czy też motylem, któremu śni się teraz, że

jest człowiekiem”.

      Nie ukrywam –  myśl powyższa jest piękna, przy tym intrygująca, zagadkowa. Ale czymś podobnym jest fragment wiersza von der Vogelweide’a, który brzmi tak:

      „Czy życie mi się śniło, czy było naprawdę?”

      To fakt, że Chińczyk swoje wątpliwości sformułował dużo, dużo wcześniej niż

Niemiec swe zapytanie. Lecz cóż z tego, skoro pierwszy nie miał żadnego wpływu na drugiego. A ten drugi o pierwszym nie słyszał (jest bardzo prawdopodobne, że przytoczone w tym eseju cytaty z dawnych tekstów chińskiej, miały swoje odpowiedniki, co do przekazywanych w nich treści, w myśli zachodniej).

      Przykładem zgrabnego, ale i trafnego cytatu, jest stwierdzenie występujące w kulturze chińskiej od epoki Song (960-1279 n.e.):

      „Poezja to malarstwo pozbawione kształtów, malarstwo to poezja pozbawiona dźwięku”*****. Wiele miesięcy po wykorzystaniu w niniejszym eseju tego wyimka, we wstępie do pewnej książki****** natknąłem się na nst. fragment:

      „Pierwszym, który scharakteryzował poezję poprzez malarstwo i malarstwo poprzez poezję był prawdopodobnie Simonides z Keos (V w.p.n.e.). I chociaż jego pisma nie zachowały się, na podstawie relacji Plutarcha właśnie jemu przypisuje się twierdzenie, że malarstwo to niema poezja, a poezja – mówiące malarstwo”. Tak więc jeśli nawet nie w V w. p.n.e., kiedy żył wspomniany Simonides, to przynajmniej na przełomie I i II w.n.e., za życia Plutarcha, pogląd na temat przenikania się poezji i malarstwa był na pewno znany. A są dowody na to, że i wcześniej. Dowodzi tego, chociażby, następujące porównanie (zrobiło niebywałą „karierę”) użyte przez Horacego w Liście do Pizonów (czas powstania: 23-20 p.n.e.): „ut pictura poesis”, to znaczy: poemat – niczym obraz.

 

*

          

      Czy aby nie jest tak, że jeśli interesuje nas wszystko, tak naprawdę nie interesuje

nas nic?

 

      Jestem zdania, że zamiast doznawać podczas dalekich podróży mnóstwa wrażeń, krótkotrwałych i tylko wrażeń, nie dostarczających przy tym żadnej głębszej wiedzy, lepiej jest ten czas poświęcić najbliższemu otoczeniu (najbliższemu w sensie dosłownym, jak też temu odleglejszemu, ale należącemu do świata, który rozumiemy, przez co nam bliskiego). Na poznawanie go krok po kroku. Także w tym wypadku możemy doczekać się wielu wrażeń, ale z racji poruszania się w obrębie pewnej wspólnej tradycji kulturowej, więcej będziemy w stanie zrozumieć. A owe wrażenia – odnieść do konkretnych treści, nadać im też kształty. Z tym, że trzeba być uważnym i wykazywać się wyobraźnią, jak też wiedzą. Wyobraźnia o tyle jest wskazana, że odbywając peregrynacje po bliższym świecie, nie ma się do czynienia z tak spektakularnymi, okrzyczanymi obiektami. A owa spektakularność i „okrzyczaność” sprawia, że recepcja takich obiektów jak np. piramidy egipskie, jest łatwiejsza niż, chociażby, ruin pozostałych po okazałym pałacu gen. Ludwika Paca w Dowspudzie nad Rospudą. Ile bowiem napisano i ile przeciętny człowiek (nie tylko turysta) przeczytał o tych pierwszych, a ile o tych drugich?

 

ruiny-pałacu-w-dowspudzie

Ruiny pałacu w Dowspudzie, sztych nieznanego autora, 1867 r.

 

      Na temat zwracania uwagi na to, co tylko pozornie jest nieistotne, bo niby opatrzone, wspomniał w Wędrowcu i jego cieniu******* Friedrich Nietzsche:        

      „Musimy znowu stać się dobrymi sąsiadami rzeczy najbliższych i nie odwracać od [nich] wzroku tak wzgardliwie, jak dotąd, by patrzeć na chmury nad nimi…”.

 

 

  * Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych; Wiedza   

     Powszechna, Warszawa 1988.

          ** Lao Tsy, Droga; przeł. Michał Fostowicz-Zahorski; Rękodzielnia „Arhat”, Wrocław 1992.

        *** O podróży. Rozmowa z Januszem Majcherkiem i Markiem Zagańczykiem, w: Paweł

              Hertz, Patrzę się inaczej; Pavo, Warszawa 1994.

       **** Adina Zemanek, Wprowadzenie do Estetyki chińskiej. Antologii, red. Edyta Podolska-

             Frej; Universitas, Kraków 2007.

     ***** tamże.

    ****** Seweryna Wysłouch, Ut pictura poesis – stara formuła i nowe problemy, w: Ut pictura

             poesis, red. Piotr Sitkiewicz; słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2006.

  ******* Friedrich Nietzsche, Wędrowiec i jego cień; przeł. Konrad Drzewiecki; „Zielona Sowa”,

             Kraków 2003.

 

__________________


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko