Janusz Taranienko – Kłopoty z poezją (3)

0
371

Janusz Taranienko

Subiekcje

 

Kłopoty z poezją (3)

 

                                     

„Tak było”, czyli o referencji. O prawdzie świata i prawdzie utworu

 

janusz-taranienko1

Obecna subiekcja zapowiada się, jak myślę, karkołomnie. I dla mnie samego (występującego w kilku rolach, samemu sobie nadanych) – i zapewne będzie równie ekwilibrystyczna dla czytelników. Jednakże, co powtarzam z nudziarstwem katarynki: to subiekcje przecież! Tak więc: 1. wolno mi pisać to, co zechcę, 2. nie roszczę sobie prawa do obiektywności, tj. do posiadania racji; ergo 3. od redaktora wyłącznie zależy, czy zapisek obecny uzna za wart jego zachodu w postaci lektury i przemyśleń oraz, za sprawą jego decyzji, tejże subiekcji ewentualnego wschodu na łamach portalu. Zatem: dzięki swojej prawie niczym nieskrępowanej wolności słowa, ja-autor pozwalam sobie na frywolne (intelektualnie) i wieloznaczne (semantycznie) felietonowanie krytyczno-poetycko-literackie. I jestem z tego zadowolony!

Umyśliłem dziś napisać o tym, „co autor chciał powiedzieć”. Jak widać, od samego początku, na własne życzenie, wpadam w zastawioną przez siebie samego pułapkę: oto muszę bowiem zacząć wyjaśniać! I definiować wstępnie, i czynić zastrzeżenia… Ano: sam chciałem, więc brnę! „Co autor chciał powiedzieć”, w moim zamiarze, nie oznacza zwykłego, przysłowiowo-szkolnego rozumienia w znaczeniu: „idea, ideologia, wymowa” utworu; owszem: jest to wielki temat, zupełnie niesłusznie obśmiewany (jako przykład przysłowiowego szkolnego schematyzmu nauczania i interpretowania literatury) – lecz wymagający rzetelnych osobnych rozważań. Warto takie działania podejmować. Na pewno zaś można wyczytać, w samej immanencji dzieła, to, „co zostało w nim powiedziane”; piszę te słowa świadomie, wbrew panoszącemu się subiektywizmowi w każdej dziedzinie, mającej cokolwiek wspólnego z wszelkimi „gustami” (co to niby nie podlegają dyskusji), także i w odbiorze sztuki i literatury. Da się nawet odnaleźć podstawy teoretyczne (metodologiczne), by podjąć taką próbę analizy i interpretacji tekstu, aby w opcji wewnątrztekstowej odczytywać nie tylko to, „co zostało powiedziane”, ale również i to, „co autor chciał powiedzieć” i to w zupełnie „nieszkolny” sposób. Jest to już jednak na tyle zaawansowana perspektywa teoretycznoliteracka, wymagająca studiów i analiz, że jej właściwe miejsce rozstrząsań to – tak uważam – bardziej czy mniej przestronne sale uniwersytetów i akademii, w których odbywają się sympozja i konferencje, a nie zaś  łamy internetowego pisma. Tak więc temat ten, na rzecz tej subiekcji, pominę.

Moje dzisiejsze „co autor chciał powiedzieć” powinno raczej brzmieć: „co autor chciał (był) powiedzieć”. A dokładniej, uzupełniając: „co chciał był (jaki miał zamiar w momencie pierwszego zapisu wiersza), ale czego nie powiedział (zrezygnował) oraz co zmodyfikował w wierszu (zmienił, nie dopowiedział, przekłamał) w stosunku do pierwotnego zamiaru”. I – oczywiście – w imię jakich racji tak postąpił. Wszystko powyższe, wiem, brzmi zawile. I wydaje się, że rozwiązanie tak postawionego problemu (badawczego? krytycznego?) jest nieosiągalne, gdy brać pod uwagę „gotowe” utwory. Skąd bowiem wiadomo nam, odbiorcom, choćby nawet jedynie to – by zredukować przedmiot zainteresowań – jaki był wstępny zamiar poety, co zostało przez niego skreślone / zmienione w trakcie tworzenia utworu, co zaś „ostało się” w poznanym przez nas „kształcie ostatecznym”, tj. w przeczytanym wierszu? Ano tak, fakt: problem trudny badawczo na poziomie „gotowego” tekstu – łatwiejszy na poziomie analiz wielu redakcji / wersji tego samego tekstu, obserwacji jego przemian: od surowego materiału, zapisu pomysłu, do wersji opublikowanej (ostatecznej?). Przeobrażenia tekstu łatwiej dają się zaobserwować w przypadku wierszy; łatwiej da się wyodrębnić poszczególne etapy: np. od wersji wysłanej na konkurs, przez wersję drukowaną w antologii pokonkursowej (o ile jurorom-redaktorom zechce się „przyłożyć” do redakcji i skonsultują się z autorem by pracować nad tekstem do druku…), przez wiersz w tomiku poetyckim autora, aż do tegoż utworu w autorskim wydaniu wybranym czy zebranym. Zakładając przy tym, że autor wciąż żyje i każdorazowo pracuje nad kolejnym kształtem publikacji; wówczas ten sam wiersz ulega zmianom „na przestrzeni czasu” (cóż to za dychotomiczna i wewnętrznie sprzeczna konstrukcja językowa: „na przestrzeni czasu”! A może właśnie Einsteinowska? Nie wiem…). Na tym właśnie, między innymi, polega praca filologa, by zmiany tekstowe śledzić i ustalać „wersję oryginalną” (czy też przeróbki autorskie). Ale nie o tym miało być w tym eseju; kolejny raz wikłam się we własną dygresję-pułapkę…

Definiując problem rozważań tak, jak powyżej, myślę o świadomej rezygnacji autorskiej z pierwotnej „surówki” (zewnętrznego bodźca tekstu i jego pierwszego wysłowienia, wierszowego zapisu), począwszy już od początkowego etapu powstawania wiersza; o rezygnacji z elementów tego, co początkowo „chciałoby się” zapisać (wyrażającej się zdaniem „tak rzeczywiście było, to chciałem zapisać!”) – aż do tego momentu, gdy autor-poeta uzna wiersz za „skończony / gotowy”; to jest „skończony na teraz” na tyle, że poeta gotów jest skierować wiersz do publicznego odbioru – na przykład wysłać go na konkurs czy opublikować. Inaczej można by ten sam problem sprecyzować tak: co z zamiaru poety pozostaje w gotowym wierszu? Dlaczego nie wszystko? Skąd biorą się skreślenia? (Pytanie jest ważne, gdyż wiadomo, że sztuka pisania jest sztuką skreślania.) I, od drugiej strony: dlaczego wiersz się przekształca: skąd biorą się uzupełnienia? Albo te fragmenty, które nie były pierwotnie (w zamyśle) brane pod uwagę?

Z jeszcze bardziej ogólnego punktu widzenia, wszelkie powyższe pytania można zasadnie postawić dopiero wówczas, gdy wcześniej przyjmie się założenie, pochodzące wprost z rosyjskiego formalizmu (jest ono tyleż modelowe, co idealistyczne): tekst literacki zawsze jest czymś “sztucznym” – co znaczy, że jest on „zrobiony” i „uformowany”, z pełną świadomością co do roli i miejsca zastosowanych “chwytów” stylistycznych w semantycznym materiale dzieła. Więc, w konsekwencji, formalizm uważa, że każdy „chwyt” w dziele literackim został przez autora użyty świadomie i celowo. Formule powyższej przyświeca myśl, iż artysta tworzy bardziej (pewnie nawet wyłącznie!) „rozumem” niż „sercem”, myśleniem – niż by uczuciem; w metodologii tej pominięta jest niepoddająca się racjonalizacji rola natchnienia, intuicji, czy też innych elementów pozaracjonalnych procesu twórczego. Jednocześnie również przyjmuje się za pewnik opanowanie warsztatu pisarskiego przez autora. Miarą wartości utworu staje się – chyba można tak powiedzieć w uproszczeniu – sprawność warsztatowa autora, umiejętność stosowania chwytów literackich. Przy czym każda „figura”, każdy środek stylistyczny – i nie tylko stylistyczny w wąskim rozumieniu – może być „chwytem” literackim.

Tyle nieco teoretycznego wstępu, zastrzeżeń i definicji. Pora na interpretacje. W pierwszych zdaniach tego eseju pisałem o jego karkołomności oraz o rolach, jakie sam sobie nadałem. Więc jeszcze i te określenia – jednak! – wymagają wyjaśnień. Otóż, by odnieść się do „tak było (w świecie)” i do zapisu tego w wierszu, należy przypatrzeć się jakiemuś tekstowi. Wymyśliłem zatem, że zamiast by dywagować o czyimś utworze – wezmę na warsztat własny wiersz. Jasne, rodzi się w tym miejscu kilka dalszych pytań, znowu i jak zawsze prowadzących na pogmatwane ścieżki dygresji. Uprzedzę te wątpliwości i odpowiem na część z nich, zanim zostaną sformułowane. Trochę ten mój pomysł wygląda niesmacznie: interpretować własny wiersz?… Fakt, można to tak traktować, jednakże wiersz, który chcę tu przywołać i został już opublikowany na łamach portalu pisarze.pl, i znalazł się również w zestawie nagrodzonym podczas ostatniej, grudniowej edycji „Połowów Poetyckich” w Gdyni – zdawałoby się więc, że jest to tekst nieźle napisany i nie wymaga promocji. I raczej nie ma też wstydu, że grafomański. Zaś po drugie: jako autor wiersza to akurat ja sam najlepiej wiem, „jak było”! Co wykreśliłem z pierwotnego zamiaru, co z niego zmodyfikowałem oraz co dopisałem, sprzeniewierzając się temu „co było”; wiem też w jakim celu podjąłem te wszystkie warsztatowe czynności. Karkołomność analizy zaś polega na tym, że w dalszej części tej subiekcji będę przyjmował na zmianę co najmniej dwa różne stanowiska: punkt widzenia autora wiersza, ale też i opcję krytyka-interpretatora. Nauk z ekwilibrystyki nie pobierałem, więc z góry uprzedzam, że może mi się noga poślizgnąć lub ręka opsnąć na jakimś drążku czy poręczach, asymetrycznych, zresztą. Ale, powtarzam: po to właśnie są subiekcje! A przynajmniej – ja je tak widzę.

Oto poniżej wiersz; [13] przed tytułem oznacza numer wiersza w cyklu; cykl nosi tytuł przeszłości.

 

„wiktorowi”

 

[13] krzesła, zegar, pistolet

 

 

nie uwierzysz, panie janie: przyniosłem dziś z piwnicy twoje

stare krzesło, to z fabryki mebli giętych mistrza józefa mintza

z radomska. z wytłaczanym góralem na sosnowej sklejce

siedziska i oparcia. nadal trzyma się świetnie mimo trzech

 

czwartych stulecia. nie możesz wiedzieć, że po odejściu twojej

żony (przyszywanej ciotki jasi: do ciebie wszak nigdy

nie mówiłem wujku) krzesła, razem z biurkowym zegarem,

trafiły do moich rodziców. a potem do mnie. zwariowany

 

chronometr wskazuje wciąż tę samą godzinę i bije, gdy przyjdzie

mu na to ochota. nie słyszysz go od prawie czterdziestu lat,

ale przez ten czas na pewno utrwaliłeś sobie w pamięci pogrzebną

mowę kolegi z ak. o sachsenhausen, majdanku, ubeckich

 

przesłuchaniach. co się więc dziwić wódce, cukrzycy i marskości

wątroby. sylwestra to zły czas na pochówki, za szybko robi się

ciemno. pewnie dlatego nie udaje mi się trafić do ciebie, choć

ponawiam próbę za każdą bytnością. ot, też i po to, byś w końcu

 

zdradził, gdzie zakopałeś partyzancki pistolet, który obiecałeś

mi dać, gdy dorosnę. pasowałby do krzeseł i do zegara. i tych

kilku czarnobiałych fotografii. a przecież mam przed oczami

zdjęcie ślubne, twoje i ciotki jasi, wiszące nad łóżkiem w sypialni.

 

u was, przez korytarz czynszowego domu mojego dzieciństwa.

 

Proszę się nie obawiać, nie będę analizował wersa po wersie; zdecydowaną większość linijek opuszczę. Nie będzie to pełna „autointerpretacja” – ale wyłącznie interpretacja, by tak rzec, „aspektowa”: wskazująca różnice pomiędzy „tak było” w rzeczywistości (tu: z moją znajomością z panem Janem oraz jaki był jego życiorys), a tym, co w wierszu zapisałem. Po prawdzie, tekst cytowany powyżej jest piątą wersją tego wiersza. I znów proszę się nie obawiać: nie o to idzie, by analizować wszystkie zmiany, jakie w każdej z nich poczyniłem; przytoczę tylko te, które wydają mi się najważniejsze. Oczywiście: „aspektowo”, to znaczy, biorąc pod uwagę temat tej subiekcji. Ano: zaczynajmy!

Ja, autor wiersza, napisałem w najwcześniej wersji tak:


nie uwierzysz, panie janie, mentorze dzieciństwa. przyniosłem

dziś z piwnicy twoje stare krzesło. z fabryki mebli giętych

mistrza józefa mintza z radomska. z wytłaczanym góralem

na sosnowej sklejce siedziska i oparcia. nadal trzyma się

 

świetnie mimo trzech czwartych stulecia. mam ich jeszcze

kilka (ile było u ciebie, naprzeciw mieszkania moich narodzin:

cztery, czy sześć?). nie wiesz, że po śmierci twojej żony /…/

 

Na dwie sprawy, z punktu widzenia autora i interpretatora równocześnie, chcę tu zwrócić uwagę: została wykreślona apostrofa mentorze dzieciństwa oraz dwa wersy drugiej zwrotki, mówiące o ilości krzeseł i też relacjonujące sąsiedzką bliskość. Najpierw arytmetyka: „tak było!” – mówię ja-autor – w mieszkaniu pana Jana i ciotki Jasi było wiele takich krzeseł, komplet, ale nie pamiętam, z ilu sztuk się składał (nota bene: do dziś nie wiem, dlaczego komplet krzeseł /lub talerzy czy naczyń/, liczony jest akurat w tuzinach…). No dobrze – mówi siedzący we mnie krytyk – ale czy to istotne, ile sztuk? Czy ta ilość jest ważna z punktu widzenia treści wiersza? Bowiem jaką rolę w tekście pełni przyniesione z piwnicy krzesło? Głównie przecież przywołuje postać pana Jana, stanowi pretekst, by o nim rozmyślać. Więc: co ma do tego moja-autorska zawodna pamięć? Po co o tym pisać? Tylko dlatego, że „tak było”? Ilość krzeseł mogłaby mieć znaczenie w wierszu wówczas, gdybym usadowił na nich inne jeszcze postacie – albo gdybym chciał opisać scenerię mieszkania państwa „Janostwa”. Zatem: to nie jest ważne, że „tak naprawdę było sześć krzeseł”, bowiem z punktu widzenia wiersza (jego treści i wartości) jest to tylko „bleblanie”, gadanie, które niczego nie wnosi. Podobnie nie jest też ważne, że mam w piwnicy jeszcze kilka krzeseł z tego kompletu. Każde słowo w wierszu, które nie jest niezbędne (np. nie przydaje treści – ale nie tylko o treść idzie, bowiem w grę wchodzą również zagadanienia bardziej „formalne”, np.: rytmu, rymu, brzmienia, języka) – otóż słowo nie-niezbędne jest zbyteczne i niepotrzebne. Jest wręcz balastem i błędem warsztatowym. Co nie znaczy, że sam ustrzegłem się „przegadania” w tym wierszu; tego nie powiedziałem. Wersja cytowana tutaj jest „czystsza” – ale jeszcze nie „wyczyszczona” do końca, nieostateczna (te dwa ostatnie zdania wypowiedział już ja-autor, niepozbawiony autokrytycyzmu…).

I drugie skreślenie, oprócz arytmetyki: usunięcie mentora dzieciństwa i zapisu o bliskim sąsiedztwie; ba: podkreślonego nawet moimi narodzinami „przez korytarz”. Ta zmiana już z innych powodów niż tylko „tak było” – a i owszem, to wszystko prawda (mówię ja-autor), ale ten aspekt osobistego stosunku autora do bohatera wiersza został przeniesiony: z bezpośredniego nazywania prawie od początku wiersza (jak było w pierwotnym zamyśle) do określenia expressis verbis wyłącznie w puencie tekstu. Relacja: „nadawca (autor, czy/i/lub podmiot liryczny) – bohater” wiersza narasta z każdym wypowiedzianym słowem, tj. podmiot mówiący objawia się (przedstawia się) coraz bardziej w miarę przybywania treści tekstu; jednocześnie jest to relacja dwuzwrotna: treść wiersza przyrasta tylko i dzięki wypowiedzi podmiotu (jak pisał niezrównany profesor Janusz Sławiński). I o tej wzajemnej relacji „narastania” podmiotu tekstu i świata przedstawionego przyjdzie mi zapewne jeszcze napisać w kolejnych subiekcjach.

Nie będę już, zgodnie z zapowiedzią, zadręczał cztelnika dokładnymi przytoczeniami poprzednich wersji wiersza i ich konfrontacją z wersją „ostateczną na teraz”, tj. tu oto opublikowaną. Dość, że ja-autor borykałem się z wyborem zdarzeń, faktów, wspomnień o panu Janie. Czy by nie napisać – na przykład – że hodował króliki na podwórku przy domu (co było wówczas dla mnie istotne), że świetnie gotował (takich flaków już później w życiu nie jadłem! – a może to tylko pamięć smaku?…), że był facecjonistą i kawalarzem, i stąd trudno powiedzieć, jak bardzo ubarwiał swój życiorys, opowiadając go małemu chłopcu (łącznie z zakopanym pistolecikiem – „na wszelki wypadek”). „Tak było”, ale czy te wszystkie przymglone fakty są ważne – z punktu widzenia wiersza, oczywiście! – nie zaś biorąc pod uwagę wspomnienia dzieciństwa?

Z dotychczasowych rozważań jasno wynika, że zadanie poety polega nie na przedstawieniu wydarzeń rzeczywistych, lecz takich, które mogłyby się zdarzyć, przy czym ta możliwość opiera się na prawdopodobieństwie i konieczności. Historyk i poeta różnią się przecież nie tym, że jeden posługuje się prozą, a drugi wierszem, bo dzieło Herodota można by ułożyć wierszem i mimo to pozostałoby ono historią, jak jest nią w prozie. Różnią się oni natomiast tym, że jeden mówi o wydarzeniach, które miały miejsce w rzeczywistości, a drugi o takich, które mogą się wydarzyć. Dlatego też poezja jest bardziej filozoficzna i poważna niż historia; poezja wyraża przecież to, co ogólne, historia natomiast to, co jednostkowe – to fragment z początku 9. rozdziału Poetyki Arystotelesa (ok. 335 p.n.e.). I jeszcze cytat z rozdziału 24: Poeta powinien raczej przedstawiać zdarzenia niemożliwe lecz prawdopodobne, niż możliwe ale nieprawdopodobne. I sentencja rozdziału następnego: pisarz naśladuje rzeczy nie tylko takimi, jakie są, ale także takimi, jakie powinny być lub takimi, jakie są według opinii innych ludzi.

Popatrzmy jeszcze przez chwilę na inny aspekt „tak było”, również wstępnie zapowiadany: nazwijmy go (zdrobniale) „przekształceniami i uzupełnieniami” w stosunku do pierwotnego zamiaru – by nie powiedzieć „przekłamaniami”. Ja-autor wiersza tu oto zdradzę prawdę: nie pamiętam dokładnie, kiedy miał miejsce pogrzeb pana Jana; może dzień lub dwa dni wcześniej, a może właśnie w Sylwestra. Było to prawie na pewno w 1977 – a może w 1978… Piszę w wierszu, że sylwestrowy wieczór nie jest dobrym czasem na pochówki, bo za wcześnie zapada zmrok… Chodzi o co innego przecież: wieczór ten jest (wg opinii innych ludzi: Arystoteles!) czasem świętowania, radości i zabawy, nie zaś smutku. Dlatego „kłamię” w wierszu i celowo mówię właśnie o tym dniu. Czy to ma znaczenie? W wierszu (ja-krytyk) uważam, że tak, bo kontrastowo wydobywam nowe sensy, w jakiś sposób buduję „symbol”: postać pana Jana; w życiu – oczywiście, że też – ale jest to raczej sens zwykły, by tak rzec: prozaiczny. Mimo podniosłej i dojmującej uroczystości pogrzebu. Jeszcze jedno: w wierszu zegar wskazuje wciąż tę samą godzinę. Przecież to absolutna bzdura! Da się wyczytać, że ciocia Jasia przeżyła męża (nie napisałem, jak długo) i ten zegar jakiś czas jeszcze „chodził” w jej wdowim mieszkaniu! Dlaczego zatrzymałem zegar w tekście? By odwołać się do powszechnego mniemania: zegar staje w godzinę śmierci swego właściciela.

Przykłady „dopisków”, zupełnie niezgodnych z rzeczywistością „tak było”, mógłbym mnożyć. Ale obiecałem, że nie będę tego robił szczegółowo. Czas więc na puentę. Postawię podstawowe pytanie: co sprawia, że cały wiersz wydaje się prawdziwym opisem, zgodnym z rzeczywistością, mimetycznym – że użyję kategorii Arystotelesa? Przecież, jak słusznie twierdził Roman Ingarden, zdania orzekające w literaturze mają charakter quasi-sądów; są to zdania „pozornie twierdzące”. Są one zbudowane tak, jak zdania logiczne opisujące rzeczywistość – lecz nie poddają się weryfikacji (falsyfikacji), bo nie orzekają o świecie rzeczywistym, ale o fikcyjnym, takim, który faktycznie nie istnieje. Nie możemy przydać wartości prawdy czy fałszu na przykład takiemu oto zdaniu (dokładniej: trzem zdaniom twierdzącym); cytuję: Nastęnego dnia nie unikał Jurand  bynajmniej Zbyszka ani mu też przeszkadzał w oddawaniu Danusi w drodze rozmaitych przysług, które jako rycerz powinien by jej oddawać. Cóż więc powoduje, że mój cytowany wiersz wydaje się być prawdziwy?

Myślę, że jedyny niepodważalny fakt, który ten wiersz uwiarygodnia, to Fabryka Mebli Giętych Józefa Mintza z Radomska! Ten konkret, tę prawdę (historyk – też i historyk literatury) może sprawdzić: fabryka taka istniała, zapewne powstała po 1913 roku, jako kolejny tego rodzaju zakład w tym mieście; zapewne istniała do II wojny, zapewne w 1945 – tak, jak i pozostałe fabryki – została upaństwowiona albo też ślad i po niej, i po Mintzu i spółce, zaginął. Ale istniała i to jest sąd prawdziwy w sensie logicznym. Gdyby zachował się gdzieś katalog jej produktów – to znaleźlibyśmy serię krzeseł z góralem. „Tak było” – i tego „górala”, wbrew namowom swoich pierwszych recenzentów, nie usunąłem z tekstu. To nieważne (z punktu widzenia wiersza), jaki wizerunek jest na siedzisku i oparciu krzesła: ale ten wizerunek uwiarygodnia. Konkret, prawda rzeczywistości, (obiektywna?), które rozciągają się na dalszą całość tekstu. Nie zweryfikujemy (z punktu widzenia odbiorcy) faktu, czy rzeczywiście przyniosłem z piwnicy krzesło. To quasi-sąd. Ale dzięki konkretowi, prawdzie w odniesieniu do świata pozatekstowego, niby-orzekania w dalszej części wiersza nabywają pozoru prawdy. Dzięki zaś prawdopodobieństwu (również w sensie Arystetelesowskim: „według opinii innych ludzi”, co pewnie dziś nazwalibyśmy „intersubietywną zgodą”, a też i po części „prawdopodobieństwem psychologicznym”) zdania wiersza stają się ogólniejsze niż konkret, niż jednostkowe przedstawienie (jak w historii).

I na koniec: to, co teraz powiem może być zapewne pojęte jak obrazoburstwo. Nie zweryfikujemy z tekstu, czy pan Jan, akowski pseudonim Wiktor, rzeczywiście istniał. Mówię to z punktu widzenia krytyka (o orientacji teoretycznej). Choć z punktu widzenia historyka (w tym też literatury) taka weryfikacja jest możliwa. Żmudna, ale możliwa. Gdyby jeszcze dopowiedzieć nazwisko, lokalizację – byłaby łatwiejsza. Lecz ja-autor nie będę ułatwiał zadania. A jeśli dojdziemy do tego, czy pierwowzór postaci pana Jana istniał naprawdę – to już na pewno nie zweryfikujemy, jaki on faktycznie był. Czy ma to znaczenie? Dla prawdy, historii, faktów – na pewno. Dla prawdy artystycznej – zupełnie nie. Bowiem (mam nadzieję) w wierszu udało mi się postać bohatera uogólnić, zsyntezować, uczynić typową (w sensie teoretycznoliterackim) dla swego pokolenia. Wyidealizować (heroizować?), ale i odbrązowić przez przywary (znowu prawdopodobny konkret). Uprawdopodobnić – ale właśnie i uogólnić w tym sensie, że wiele osób tamtego pokolenia mogłoby być „panem Janem”.

Żeby jednak nie kończyć nazbyt obrazoburczo, ja-autor wyznaję, cytuję swoje wyznanie: Oczywiście, że pan Jan istniał naprawdę! Że miał podobny życiorys, że był ważną dla mnie osobą w dzieciństwie i młodości! Ja-krytyk odpowiadam: Ale kto by tam wierzył autorowi! Zmarły we środę (7 stycznia 2015 r.) wielki Tadeusz Konwicki swoje sylwiczne książki pamiętnikarskie sam przecież nazywał „łże-dziennikami”…


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko