Jan Tulik – Powróciła czułość, nie przepadły tajemnice

0
62

Jan Tulik

 

Powróciła czułość, nie przepadły tajemnice

 

 

Ryszard StryjecPo pierwsze: ubolewania nad kondycją dzisiejszej polskiej poezji są o tyle słuszne, że część naszej liryki (autorów) została pozbawiona poezji właśnie: „Powiedzmy dobitniej – pisze Andrzej Franaszek w „Gazecie Wyborczej”: – w ciągu ostatnich parędziesięciu lat  polska poezja przeżyła proces skurczenia, jałowienia. Czy to odwołując się do patronatu Tymoteusza Karpowicza, czy to wzorując na współcześnie tworzącym Andrzeju Sosnowskim (…) całe zastępy twórców porzuciły pisanie o człowieku na rzecz pisania o języku, na rzecz ‘wynalazczości’, ironicznej parodii”.  Otóż nihil novi sub sole! Właśnie od owych „parędziesięciu” lat, gdy poezja zaczęła epatować „skandalem” (cudzysłów potrzebny, wszak niewielkie to skandale językowe, „brulionowców” choćby, którym uderzyła do głowy zadekretowana państwowo  „wolność słowa”). Formacje debiutantów lat 90. minionego wieku zachowywały się tak, jakby przed nimi nie tworzono poezji w ogóle.

Napomykano publicznie o wystudzeniu emocji w liryce, co owocuje brakiem… liryki poezji. Po latach raptem ktoś na ważnych łamach, z ważnym już nazwiskiem głosi: król jednak jest znów nagi! Lecz już od roku kwartalnik „Fraza” przygotowywał numer na temat przemilczanych poetów roczników ’50 (bo gdzie Krzysztof Lisowski, Janusz Drzewucki, Andrzej Kosmowski – właśnie nie epatujący „słowiarstwem” a tworzący klasycznie pojętą sztukę słowa wiązanego).

Po drugie: właśnie z powodu osobliwej nijakości lwiej części nowej liryki nie dotarłyby do mnie wiersze Grzegorza Lisowskiego, debiutanta; dzięki przyjaciołom, którzy mnie przekonali, że warto je przeczytać, doznałem olśnienia wiarą, że jednak nadal istnieje poezja niekrzycząca na temat własnego krzyku, że prawdziwa liryka  ma swój cichy krwioobieg, że nowe pokolenia chwytają się zielonych gałęzi liryki, która jest kanonem sztuki poetyckiej.

I po trzecie, jakby ciąg dalszy drugiego: akurat tomik „Wyszedłeś z labiryntu” *) Grzegorza Lisowskiego pojawia się jako ważny, jako dyskretny w swej jednak odwadze prezentacji niekoniecznie popularnych myśli. Sowem: wiersze mądre i niekiedy ascetycznie wyrażone na jednej szali, i na tym samym poziomie szali utwory pełne liryzmu, szczerości, w duchu humanizmu w jego pierwotnej postaci. To właśnie utwory znające „miarę i wagę”, a jednak nasycone ontologicznym sensem, pierwiastkami metafizyki, jaką godzi z niewątpliwie wielką uczonością ks. prof. Michał Heller. Ten przyjaciel, świętego już, Jana Pawła II i jeden z najwybitniejszych kosmologów w świecie uczonych, uznający teorię Wielkiego Wybuchu, a równocześnie stawiający sobie pytanie w gwieździsta noc: „a jednak te piksele ktoś musiał stworzyć”.

Dlatego należy z pokorą – jaką w swej poezji prezentuje Lisowski – spojrzeć na wiersze tego autora. Zanucić kilka słów na jego diapazonie. Otóż lirykę tę istotnie cechuje dystans, pokora wobec tworzenia i życia, wobec czasu. Niejako w sukurs pojawiają się w tym miejscu słowa krytyka i poety Leszka Żulińskiego (Gazeta Kulturalna 4/2014):  Tak, przychodzimy i pomnażamy swoje ślady. Odchodzimy i często ślady te szybko pokrywa kurz, a potem jego zakrzepła skorupa. Szczęśliwi ci, których ślady zostają. Czy to np. są pisarze? W jakiejś mierze tak, ale i oni nie tacy wieczni. Pisarz żyje dopóty, dopóki jest pamiętany i czytany. Książki „żyją go” dalej.

Taki dystans proponuje debiutant – jakże dojrzały artystycznie: przeminiesz jak wszyscy // Zostanie po tobie / odcisk stopy w błocie („Sen o wędrówce”) – a gdy błoto wyschnie, zamieni się w pylący kurz.  Ów dystans, jaki miał na przykład Jarosław Iwaszkiewicz zwłaszcza w swoich ostatnich utworach, wypłynął w innej formule w tych wierszach, zwłaszcza we „Współczesnym Don Kichocie”:

Patrzy w lustro

Twarz ta sama

Od wieków

 

Gdyby urodził się wcześniej

starłby się z szybkonogim Achillem

z krwawiącym sercem kreśliłby

kolejne sonety do Laury

by skruszyć kopię

na ramionach wiatraków

Właśnie tak: nie jesteśmy, ci z XXI wieku, tacy wielce lepsi; jedynie dekoracje i narzędzia uległy zmianom. Zamiast strzał i kopii mamy szybkostrzelne karabiny i zadające nie jednemu, a nawet milionom naraz „kartacze”. Miast rączych koni i rydwanów mamy setki koni pod kawałkiem blachy naszych samochodów. A pytania pozostały, jak te ze „Starego Testamentu”, jak te, którymi miażdżyli sobie mózgi perypatetycy, czy mędrcy na greckiej Agorze. Nadal wiemy jedynie (i aż!) to, co i nasi „ojcowie” sprzed milleniów. Wciąż, jak i oni, pytamy: kto stworzył te piksele na nocnym niebie…

Owszem, są tu także wiersze autotematyczne; o sobie jako o podmiocie piszącym; o pisaniu i jego sensie. Lecz wiersze te są wciąż poezją, co wyraża choćby konstatacja autora: Zbyt wiele było wieków / zbyt wielu było poetów. I kolejna refleksja w „Przestrzeni” – wierszu zamykającym tomik:

Nienapisane strofy

 

Szepty cicho

uwięzłe w gardle

nigdy

nie wypowiedziane

 

Bo przecież być

to tworzyć

przestrzeń

między wierszami

To znów mądry wymiar dystansu. Może nie będzie pomyłką uznanie tego utworu za nieformalne credo artystyczne autora. Skoro jego poetyckie deklaracje w pełni pokrywają się z przesłaniami utworów? A tak jest, czytelnik nie ominie tych autorskich sugestii. Dostrzeże je i w wierszu z echem Mickiewicza „Liryki Lozańskie”; echo czy może duch wieszcza prorokuje – wcale nie na wyrost, chyba niestety: Uwielbi mnie wiek XIX / wyśmieje wiek następny / XXI zamknie w podręczniku. Oto koło dziejów naszej nadziei: resztki dawnego natchnienia / zatoną pod taflą Lemanu.

Wspomniany autotematyzm bywa tu swoistym prologiem do szerszych, uniwersalnych refleksji. Poeta sekunduje wybitnym filozofom, ich kreacjom intelektu. O czym nie można mówić / o tym trzeba milczeć – powiada poeta w wierszu „Wittgenstein” – ale ten wiersz tymi słowami, by móc go zakończyć frazą a’ rebours: O czym nie można milczeć / o tym trzeba krzyczeć. Jest to przewrotność ale i pozorna przewrotność. Osobliwa względność przy bezwzględności, jaką Wittgenstein niekiedy prezentuje, zwłaszcza mówiąc o spojrzeniu na Dzieło z różnych pozycji miejsca i czasu.

Otóż – Czasu. Czas ma swe przymioty, w tym krojący go wiecznie ruch; dzianie, zwane często historią, i Historią. Lisowski subtelnie kreśli nam również względność i w tej materii. Lecz nie ma to nic wspólnego z powszechnie przenikającą nasze tkanki względnością na czułkach relatywizmu, o nie. To spojrzenie na fakty różnymi oczyma (bo świat jest obszarem faktów, nie rzeczy, według tego filozofa). Tyle będzie owych historii, ile oczu – świadków zdarzenia. Znamiennym będzie tu przykład utworu „4 czerwca”; my wszyscy Polacy idziemy przed siebie / gdzie sen miał się ziścić / ideał świętą krwią schlapany / błękitną AB rH+ // Nie stanie już w ogniu nasz dom / może dziś mały, lecz schludny / z alarmem przeciwpożarowym.  To wersja dziejów prawdziwa. Lecz jej druga strona, też jak najbardziej prawdziwa, to to, że jednak czasem ktoś wyjrzy za próg / w ciszy ciepłego powietrza / poszukać w polu / wiatru przemian. Zatem coś w tym wielkim dzianiu się „przeminęło z wiatrem”. Nadzieje związane z „przemianami” stały się jednocześnie przemijającym wiatrem. Podobnie jest w wierszu „Wyszedłeś z labiryntu” : teraz / gdy jesteś już wolny / rzucasz do morza mit o Ariadnie / i cichym schronieniu butelki. A więc nie ominęło nas jeszcze jedno pytanie, Tischnerowe a wcześniej Fromma: wolni jesteśmy już, ale od, czy do czego? Pytanie sokratejskie, pytanie Szekspirowskie. Jeśli tygiel przemian przynosi wolność, i wyrzuca się mit o Ariadnie, to jak powrócić – bez nitki w „ciepłe” serce labiryntu? Lecz jeśli mit ten strzeże korek butelki rzuconej w odmęty, czy pozostaje nam  szczątek nadziei, że ktoś po drugiej stronie oceanu go odnajdzie, odkorkuję butelkę, i – co wtedy? Jeśli. Oto tropy wiodące do pytań ontologicznych, ostatecznych, o istotę Tajemnicy.  

Wreszcie pojawił się w tym cyklu, jakby nieoczekiwanie, wiersz „Przyjaciel diabła” (z dedykacją dla Miśki). Czy to inna sfera? Inna atmosfera? Może i to możliwe… Ale to pewna przewrotność, jaką udaje się sankcjonować jako właściwa, wprost pożądana. Bo oto dom czysty i nawet powietrze znajduje ład, a w drzwiach stanął dziś diabeł // i ja / jedyny diabła przyjaciel. Cóż to za przyjaciel, do diabła – chciałby się palnąć już z progu. Chwileczkę, bo zakończenie utworu stanowi – niebywałą siurpryzę. Bo Kiedy zabraknie przyjaciół, / wyblakną wszystkie witraże / zostanie wierny diabeł // I ja / jedyny diabła przyjaciel. Która z postaci (ja, lub diabeł) mogą stanowić alter ego autora? Oczywiście to prowokacyjne pytanie, na które odpowie, czy też będzie usiłował odpowiedzieć, czytelnik.

Może ten wiersz być uwerturą do subtelnych erotyków pomieszczonych w tym zbiorze. A tak, filozofia to nie tylko umiłowanie mądrości, to również umiłowanie tego, co naszą mądrość próbuje definiować, nazywając wstępnie emocjami, uczuciami. Uczucia rodzą się może po to, by osiąść na trwałe w naszej pamięci? Oto wiersz bez tytułu, zaczynający się incipitem Pamiętasz, jest jakby egzemplifikacją powyższej tezy, tezy przecież pozornej. Ale jednak: świat snuł się wtedy / niepokornym rytmem / nosił skórzane kurtki / i pił piwo uważając na czuły / matczyny nos. Więc pamięć minionych czasów i chwil, pierwszych zauroczeń. Bo byliśmy wtedy młodzi / zapisaliśmy niebo gwiazdami / Homer krzesał z nich / iskry gniewu półbogów – wspomina czule podmiot liryczny utworu. Wspomina: Zapisywaliśmy / pierwsze bolesne strofy / krwią na ciele świata.

Trzeba było tamtych chwil, by móc teraz powiedzieć o tym zauroczeniu inaczej, by powstał subtelny a zarazem bardzo wyrazisty w ekspresji erotyk „Sprawa zawisła na włosku”:

Złocącym się

na czerni poduszki

jeszcze pachnącej

słodkimi perfumami

Liryka czysta; tytuł jak muzyczny kaprys sprawia, że z sensualnego obrazu poduszki wysnuwa się posłana czułości zmysłowość, czego w żaden sposób nie potrafi oddać „słowiarz” – w wierszu, który ma być quasi traktatem na quasi temat.

Jak widać, czułość daje się pogodzić ze stwierdzeniem poety: Nie mam dla ciebie nic /prócz słowa. Bo to ze słów właśnie można zrobić dla kochanej kolczyki, jak pisał Rafał Wojaczek. Choć ze słów można uczynić nagi kolec, jak z życzliwego płomienia stos – auto da fé.

Trzeba wsłuchać się w słowa Grzegorza Lisowskiego uważnie. Kiedy powiada, że Skończył się czas poezji , to niebawem dopowie: A przecież / wciąż jesteś dla mnie / jak sonety Szekspira”.  

Jan Tulik

 

 

…………………………………………………

*)  Grzegorz Lisowski, „Wyszedłeś z labiryntu”.  Redakcja: Andrzej Kosmowski, opracowanie plastyczne: Aleksander Myjak.  257 publikacja Staromiejskiego Domu Kultury, Warszawa 2014. 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko