Janusz Termer – O Piotrze Kuncewiczu słów kilka…

0
235

Janusz Termer

 

O Piotrze Kuncewiczu słów kilka…

 

…a to głównie z okazji niedawnej promocji (16 maja 2013 w warszawskim Domu Literatury) jego wydanego z rękopisu – znanego dotąd tylko z fragmentów publikowanych w prasie literackiej – utworu pt. Brama. Dziennik intymny doktora Fausta (wrócimy do niego wkrótce na tych łamach).  Ale jest i drugi pretekst – szósta rocznica śmierci Piotra K. (urodzonego w 1936 roku w Warszawie). Pisarza gospodarującego, jak wiadomo, na wielu nader rozmaitych poletkach literackich, i wszędzie odciskającego wyrazisty ślad, piętno własnej nietuzinkowej osobowości, wytrawnej erudycji i bogatego życiowego doświadczenia.

 

    Najbardziej znany jest jego dorobek krytycznoliteracki. Debiutował jako recenzent ponad 60 lat temu (jako nastolatek!) na łamach „Tygodnika Powszechnego”, do którego było mu wówczas najbliżej, jako przyszłemu absolwentowi polonistyki na KUL. Drukował potem swoje opinie o książkach, szkice i artykuły w takich pismach, jak „Współczesność”, współtworząc legendę pokoleniową polskich „młodych gniewnych” pisarzy tamtego czasu (m .in. Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Marek Hłasko, Władysław Lech Terlecki czy Eugeniusz Kabatc), a następnie, po latach, w „Przeglądzie Tygodniowym”, gdzie drukował w odcinkach fragmenty swojego opus magnum, czyli sylwetki pisarzy polskich, wydane potem w pięciu obszernych tomach: Agonia i nadzieja. Literatura polska 1918-1986 (1991-1994) oraz popularną jego wersję Leksykon polskich pisarzy współczesnych (t.1-2, 1995). Byłoby to już wystarczającym powodem sławy i chwały, lecz, nie tylko dla porządku, dodać trzeba, że opublikował także kilka innych zbiorów szkiców krytycznych o poezji i prozie polskiej, jak Cień ręki (1977), W poszukiwaniu niecodzienności (1979), Nowa era dinozaurów, New Age (1994). A wszystko to – nie sposób o tym nie wspomnieć – sytuował na szerokim tle porównawczym, historycznoliterackim, czego dobitnym świadectwem są m. in. szkice pomieszczone w książkach: Samotni wobec historii z 1967 (rzecz o współczesnych przejawach katastrofizmu w literaturze europejskiej) i Antyk zmęczonej Europy z 1982 (o doświadczeniach płynących z dziedzictwa kulturowych tradycji grecko-rzymskich).

     Do podobnych tematów i motywów: odległych w czasie i zarazem jak najbardziej teraźniejszych, sięgał Piotr Kuncewicz także w swojej w prozie. W powieści Dęby kapitolińskie (1971, wyd. II 1983) tłem przeżyć bohaterów uczynił konfrontację świata pogańskiego i chrześcijańskiego w Galii z przełomu V i VI wieku. Nie stronił jednakże od gorących problemów teraźniejszości, jak w powieści Szumy, gdzie brał się za bary z problematyką psychologiczno-obyczajową na przykładzie losów postaci ze środowisk twórczych lat 60. minionego stulecia! Do prozy wrócił w ostatnich latach życia, pozostawiając – w rękopisie – na poły autobiograficzne i eseistyczne – niedokończone dzieło pt. Brama. Dziennik intymny doktora Fausta (do którego na tych lamach zapewne niejednokrotnie jeszcze wracać będziemy).

       Już same wymienione wyżej tytuły książek Piotra Kuncewicza wskazują wyraźnie na jego otwarty wobec świata myśli, kultury i literatury europejskiej charakter oraz zainteresowania autorskie. Nie kierowały nim puste deklaracje na wyrost, ani jakieś snobistyczne “podpórki” czy kompleksy przedstawiciela peryferii tego świata (tak przecież często skądinąd uzasadniane złożonością naszych polskich losów historycznych ostatnich stuleci). To nie erudycyjne fajerwerki, ozdobniki i intelektualne popisy. To rzeczywistość pracy codziennej tego publicysty i krytyka literackiego, dla którego ów szeroki kontekst myśli filozoficznej, kultury i literatury europejskiej jest zawsze czymś najzupełniej naturalnym, o czym nie ma on nawet potrzeby wspominać inaczej niż tylko w konkretnym uwikłaniu problemowym, bo jest on dla niego czymś całkowicie oczywistym, naturalnym i zwyczajnym jako cząstka własnego świata, do którego po prostu się należy. I to należy się nie tylko indywidualnie: “ja” jako konkretna osoba, ale “ja” jako przedstawiciel własnej narodowej kultury, która od wieków – od swych historycznych początków, jeszcze średniowiecznych, potem renesansowych, oświeceniowych, pozytywistycznych i kolejnych epok, łącznie z tą, w której przyszło wszystkim nam żyć – jest jako niepowtarzalna i narodowa właśnie – także nieodłączną cząstką kultury europejskiej, tej wyrastającej z korzeni antycznych, judeo-chrześcijańskich i grecko-rzymskich, śródziemnomorskich tradycji myśli humanistycznej, filozoficznej i społecznej, sztuki i literatury…

    Ale dodać w tym miejscu warto, że Piotr Kuncewicz miał, zwłaszcza od czasu wydania zbioru Samotni wobec historii, ostro wyczuloną świadomość dokonujących się nieuchronnie ewolucyjnych, niekiedy rewolucyjnych przemienności kodów kulturowych i istnienia wewnętrznych sprzeczności fundujących je podstawowych idei… Ba, obnosił się ze zrozumieniem, może jakby z lekka tylko ukrywanym żalem, wobec całego tego bagażu narastającej erozji owych fundamentów; erozji jaka się tutaj dokonywała przez wieki i nadal dokonuje już w naszych czasach i na naszych oczach…

     Pisał np. w tytułowym szkicu tej książki, polemizując z zapałem zarówno z dawniejszymi jak i nowszymi piewcami arkadyjskiego mitu śródziemnomorskiego: “Godność i wielkość człowieka, jako norma obiektywna, harmonia świata i zasada wyłączonego środka między dobrem i złem, oto prawdziwa treść ideologii śródziemnomorskiej,  której nie należy utożsamiać z rzeczywistością basenu Maris Nostri. Ani nie należy, ani nie wolno. Bo w samej rzeczywistości tkwiły przesłanki ideologii odmiennych, całkiem sprzecznych nawet… Na ogół jednak nawet ci, którzy dostrzegli zwodniczość rozjarzonych słońcem marmurów  Winckelmanna i wszystkiego, co za nimi stało, składali im ostatecznie hołdy nie ośmielając się dotknąć fundamentalnych prawd humanizmu. Trudno o zabawniejszą niekonsekwencję niż ta, której dopuścił się Przybyszewski, wychwalając, w mało znanym, ulotnym druczku, Tyrteuszu, wojnę za to, że oczyszcza moralnie. Chwalił zło, on, etatowy chwalca szatana, ale ciągle pragnął w nim widzieć tradycyjne, śródziemnomorskie dobro”. I pisze Piotr Kuncewicz dalej, że “nikt inny dotąd nie oderwał się bez reszty od mirażu śródziemnomorza. Nawet prorocy zagłady – Spengler, Keysserling, Gobineau, Witkiewicz nie umieli powiedzieć nic więcej ponad to, że temu, co dobre i piękne, grozi unicestwienie… Katastrofistą można być o tyle, o ile uznaje się wartości”.

      To oczywiście tylko próbka stylu i myślenia Piotra Kuncewicza. Tylko pierwsze z brzegu przykłady owych “naturalnych” związków tego autora z kontekstem europejskiego dziedzictwa kulturowego i literackiego, w jakim widział i sytuował swoją działalność krytycznoliteracką, rozumianą szeroko, według najlepszych polskich wzorców w tej dziedzinie (Maurycy Mochnacki, Stanisław Brzozowski, Kazimierz Wyka, Jan Błoński czy Artur Sandauer), jako nie tylko biernie towarzyszącą twórczości artystycznej, ale i dopingującą ją, stojącą “na straży”, walczącą o wartości estetyczne i etyczne, oddalającą z kwitkiem ową mnożącą się obecnie – dodajmy na marginesie – w zatrważającym tempie zaściankową bylejakość literatury i krytyki. Z jakim zażenowaniem i smutkiem patrzył Piotr Kuncewicz na owe dyskusje lat ostatnich o naszym polskim “wchodzeniu do Europy”, w której byliśmy przecież – i to nie tylko w sferze wielkiej kultury – byliśmy “od zawsze”: z niej czerpaliśmy, ale coś też zawsze do niej wnosiliśmy i nadal wnosimy. Chociaż świadomość tego i znajomość naszego dorobku na Zachodzie jest nadal – może i z naszej winy – praktycznie żadna. Oto czytałem niedawno w prasie polskiej wywiad z wybitnym angielskim filmowcem Peterem Greeneway’em, który kręcąc film o Rembradcie w Krakowie, na pytanie dziennikarza o znajomość kultury polskiej   odparł z rozbrajającą szczerością – znamienną dla ludzi kultury na Zachodzie –  że wie o niej niewiele, no, słyszał coś tam o Chopinie…

   Obecne właściwie w każdym publicystycznym i krytycznoliterackim dziele Piotra Kuncewicza przykłady owego wieloaspektowego, “kontekstualnego” odbioru twórczości można by mnożyć, bo są szczególnym wyróżnikiem jego postawy pisarskiej, a na dodatek są godne tego same w sobie, a i też jako dowodne przypomnienie – czym bywała kiedyś i czym powinna być nadal krytyka literacka nie zamykająca się w opłotkach  prowincjonalnego myślenia, pozbawiona szerszych horyzontów i europejskich odniesień…

   

     Zasadniczą domeną działalności Piotra Kuncewicza jako krytyka literackiego była jak wiadomo literatura polska, zwłaszcza literatura wieku XX, a szczególnie drugiej jego połowy. Towarzyszył jej wiernie, cierpliwie i dociekliwie przez całe owe półwiecze.  Oto w esejach z tomu Samotni wobec historii znaleźć można kilka szkiców tym zagadnieniom poświęconych, a opartych na przykładach dotyczących twórczości takich między innymi pisarzy, bardzo przecież, czasami krańcowo odmiennych, często jakże niesłusznie zapominanych pisarzy, jak prozaicy: Juliusz Kaden-Bandrowski, Stanisław Maria Saliński, Stanisław Lem, Teodor Parnicki czy poeci: Arnold Słucki, Tadeusz Różewicz, Stanisław Swen-Czachorowki, Jerzy Harasymowicz, Zbigniew Herbert, Jerzy Sito, Jarosław Marek Rymkiewicz, Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll…

   Każde z tych nazwisk to wstęp do kolejnych światów osobnych, każde domagałoby się osobnego komentarza i dopowiedzenia, zwłaszcza dziś, po latach, gdy znamy “dalsze ciągi” ich twórczości… Ale ja nie o tym, bo to rzeczywiście temat osobny i rozległy… Chcę tylko pokrótce zwrócić uwagę na pewien wspólny rys, istotny ton w podejściu do tych twórców. Mniej lub bardziej czasami zaskakujący swą oryginalnością i – w dobrym słowa znaczeniu – erudycyjnością, naszego młodego wtedy jeszcze, około trzydziestoletniego wówczas krytyka. Bo to, że czyta on prozę autora Czarnych skrzydeł, czyli Julusza Kadena-Bandrowskiego poprzez zestawienie z naturalistycznym wzorcem francuskim, czyli słynną swego czasu powieścią Germial Emila Zoli, to rzecz zupełnie “naturalna”. To, że sytuuje prozę marynistyczną Stanisława Marii Salińskiego w kontekście motywów pisarstwa Josepha Conrada (kompozycja czasowa, realia) to również nie dziwota, może trochę tylko zaskakiwać wpisywanie w tę twórczość filiacji z Podróżą do kresu nocy Celine’a, jak i przywoływanie z tej okazji Jesieni średniowiecza Johana Huizingi. Ale już to, że prozę Stanisława Lema, autora Powrotu z gwiazd, którą Kuncewicz nazywa budowaniem “świata-koszmaru i świata-kpiny, świata-niepojętej, bezsensownej nieskończoności”, można widzieć w kontekście dramatu Powrót Odysa Stanisława Wyspiańskiego, a także prozy Franza Kafki i Witolda Gombrowicza, atmosfery świata dramatów Jeana Giraudoux, Friedricha Durrematta, Eugene Ionesco czy Sławomira Mrożka, to już dla niejednego, niekoniecznie  prostodusznego czytelnika, może być wielka nawet niespodzianka. Tak zresztą, jak i widzenie prozy naszego największego pisarza historycznego, Teodora Parnickiego przez okulary poezji T.S. Eliota, poprzez prozę autora Obcego (Alberta Camusa), i autora Ferdydurke oraz Transatlantyku  czy eseistykę twórcy pojęcia i postawy życiowej autora Outsidera (Colina Wilsona) czy też poprzez odwołania i paralele z koncepcjami  historiozoficznymi Arnolda Toynbe’ego…

    Ale bywa też i odwrotnie: gdy Piotr Kuncewicz czyta dzieła słynnych, dawnych i nowych mistrzów literatury zachodniej: Szekspira, Camusa, wspomnienia Andre Gide’a Jeżeli nie umiera  ziarno i jego powieść Lochy Watykanu (ze słynną w literaturze europejskiej “demoniczną” postacią Lafcadia  i terminem “l’act gratuit” -“czyn bezinteresowny”), prozę Tolkiena (autora Władcy pierścieni, twórcy “mitologii północy” i “mitologii mitologii”), jak i prozę amerykańskiego noblisty Williama Faulknera (Absalomie, Absalomie) – to zawsze widzi ich  utwory nie tylko w naturalnym w takim przypadku kontekście współczesnej literatury europejskiej (światowej). W mniej lub bardziej ukrytym kontekście utworów takich twórców, jak Tomasz Mann, Franz Kafka, J.P. Sartre, Andre Malraux, Maksym Gorki, Ernest Hemingway czy bulwersujących wówczas opinię modnych niezmiernie wtedy twórców “antypowieści” – Michela Butora  czy Alaina Robbe-Grilleta (kto dziś jeszcze o ich pamięta), ale też i nierzadko odwołuje się do dzieł, nurtów literackich i krytycznoliterackich opinii polskich autorów!

   Podobnie zaskakuje Piotr Kuncewicz jako analityk twórczości wyżej już wspominanych poetów polskich oraz problemów ogólniejszej natury –  np.  sporów “klasyków” z “awangardystami” i tych ostatnich (Julian Przyboś) z “turpistami”. Niech szczegóły, zapewne istotne i ciekawe dla specjalistów, zastąpi tutaj taki oto charakterystyczny dla sposobu czytania przez Kuncewicza dzieł literackich, cytat ze szkicu o poezji polskiej lat 60. pt. Człowiek, natura, demony. Fragment dotyczący pewnych, jego zdaniem, niekonsekwencji postawy “filozofii poetyckiej” słynnego i popularnego przed laty poety Jerzego Harasymowicza, twórcy przeciwstawianego tutaj innemu z głośnych ówczesnych poetów – Stanisławowi Swenowi-Cachorowskiemu: “Jedno jest pewne: kryzys strukturalny fałszywego nieba, filozofii poetyckiej szukającej azylu od ludzkiej, psycho-społecznej, kulturowej rzeczywistości; od ludzkiego losu i jego tragicznych spełnień i sprzeczności. Czachorowski jedynie za cenę wielkich rygorów i niesłychanie dalekiego cofnięcia się historię utrzymał swój świat w ryzach. Nie mógł tego zrobić Harasymowicz. Zabrakło mu skonsolidowanej, konsekwentnej i niesprzecznej koncepcji filozoficznej. Zabrakło jakiegokolwiek oparcia. Szalony, przeciw komu wystąpił? Przeciwko niemu był Hobbes, Mandeville, Hegel, cała historia współczesna. Z nim? Może Rousseau? Ale chyba jednak tylko brat wilk i siostra woda świętego Franciszka. I jakże mógłby się ostać Kraj Łagodności, jeśli za każdą jego rogatką czaiła się zgraja demonów”.

     W ostatnich latach życia Piotr Kuncewicz poświęcił się niemal bez reszty eseistyce i publicystyce literackiej, kiedy to powstały największe Jego – sumujące cały dorobek intelektualny – obszerne księgi: Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność (2000) oraz nie mniej aktualna Legenda Europy (2006). Dzieła myślowo niezmiernie, jakby powiedział Witkacy, istotne w kontekście tak dziś rozedrganej i zawęźlonej politycznie rzeczywistości, a przy tym literacko i poznawczo wybitne, choć stanowczo za mało znane i spopularyzowane…

 

      Ale kto znał, choć trochę, Piotra Kuncewicza ten wiedział, iż działalność twórcza nie wyczerpywała całej Jego energii i aktywności, wielkich pokładów życzliwości i „spolegliwości” w kontaktach z innymi. Tak jak w pisarstwie, tak i w życiu „grywał” na wielu instrumentach. Był między innymi, od 1990 przez kilka kadencji, prezesem Związku Literatów Polskich (ostatnio honorowym, gdy zmagał się już z nielitościwym choróbskiem), działał też w różnych innych organizacjach i stowarzyszeniach (jak polski oddział Stowarzyszenia Kultury Europejskiej – SEC, z ramienia którego odbyliśmy w 2000 roku wspólną podróż na kongres do Wenecji). Zajmował się nie tylko meandrami historii myśli ludzkiej, antropologii czy metafizyki, ale i sprawami tak „przyziemnymi” (nie dla niego), jak np. kulinaria, których był znawcą wybitnym,  jak prawdziwemu humaniście przystało! Bardzo nam Ciebie brakuje, Piotrze.

                                                                                                  Janusz Termer

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko