Walentyna Trzcińska – Perskim okiem – materiał do dyskusji

0
144

Od redakcji  

Rozmowa grochu ze ścianą

   W poprzednim numerze tygodnika zamieściłem pierwszy tekst na temat sposobu wydawania książek, a zwłaszcza – dystrybucji poetyckich i prozatorskich utworów w Polsce. Miałem nadzieję, że zapoczątkuje on szerszą dyskusję. Tymczasem nic takiego nastąpiło: jedyne, co nastąpiło, to wstrzemięźliwe milczenie. Poza istotnym głosem Walentyny Trzcińskiej, która zadała sobie trud nadesłania do naszej redakcji swojego felietonu.

   Z uwagi na rangę poruszonego przez nią problemu, postanowiliśmy go opublikować. A ponieważ pragniemy, by zarówno jej, jak i moja wypowiedź stały się punktem wyjścia do szerszej dyskusji o finansowaniu kultury, prosimy, byście wzięli w niej udział. Prosimy o wypowiedzi wydawców, księgarnie, ludzi pióra, Biblioteki, wszystkich zainteresowanych. Liczymy też na komentarze pochodzące z kręgów pozaliterackich (nie tylko pisanie i wydawanie książek jest zagrożone). A więc – uwagi artystów teatralnych, muzyków i plastyków; kultura ma przecież niejedno oblicze.

   Piszcie, jak jest, a jak być powinno i co przeszkadza, by tak było. Zależy nam, by nie był to kolejny katalog utyskiwań. Obserwujemy absurdalny upadek renomowanych Oficyn (np. Ossolineum), szalone zakusy na zlikwidowanie PIW, pieniężną zapaść pism i rozgłośni polonijnych, kłopoty z funkcjonowaniem teatrów, obcinanie i tak skąpych dotacji, brak rzeczywistej i odczuwalnej promocji kultury, szczególnie debiutów, przerzucanie wszelkich kosztów na wydawcę i autora.

   Marek Jastrząb


Walentyna Trzcińska – Perskim okiem

Polak potrafi

 

 

Po nas, których nie ma i nigdy nie było,

zostaną rzeczy, trwalsze od pamięci.

Eugeniusz Koźmiński, „Elegie”,

z tomu: „Narodziny wyspy”

 

   Po przeczytaniu w „Polityce” (nr 32/33) wywiadu z poczytnym także u nas pisarzem amerykańskim, Paulem Austerem[1] przy okazji wydania w Polsce jego nowej powieści „Sunset Park” – rozmarzyłam się. Rzekł on bowiem m.in. co następuje: „…jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji jeśli chodzi o wydawanie książek w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie (–). W związku z tym pisarz ma obowiązek pomagać wydawcom. Niekoniecznie codziennie, ale od czasu do czasu.” Z tego, co wiem, w warunkach amerykańskich i innych cywilizowanych krajach odbywa się to za pomocą tzw. tras promocyjnych, na które pisarz łaskawie poświęca swój cenny czas, bo trudno przy takim szlajaniu się po stanowych bibliotekach i księgarniach pisać nową książkę. Ilość i terminy tych spotkań w imieniu pisarza uzgadnia jego agent, podobnie zresztą jak wysokość nakładu i honorarium (średnio: 25 procent od zysku wydawcy.

    Rozmarzył mnie ten Amerykanin. Ech, żeby tak w Polsce „pisarz miał obowiązek pomagać wydawcom” tylko „od czasu do czasu”! Bo w Polsce pisarz ma obowiązek pomagać wydawcom ustawicznie! Jeśli chce być wydawany. Jak pomagać? Przede wszystkim zrezygnować z honorarium. Małego, bo to 7-15 procent od zysku wydawcy, ale wysokości tego zysku polski pisarz i tak nigdy nie pozna. Poza tym – powinien sam pokryć koszty, albo znaleźć sponsora, najlepiej – pokrywającego koszt wydania w całości. Poza tym – polski pisarz powinien sam zająć się dystrybucją swojej książki. Nie wiedząc, jaki jest nakład, bo to „tajemnica handlowa” (od dwudziestu lat w tzw. stopce wysokości nakładu nie ma). Wyjątkowo upierdliwy pisarz z pozycją usłyszy, że nakład wynosi „3 tysiące” – to minimum, żeby wejść w dystrybucję dużych sieci. O dodruku nikt mu po prostu nie powie. A że większość polskich wydawców na wszystkim oszczędza, polski pisarz powinien osobiście czuwać nad redakcją, korektą i okładką, jeżeli nie chce, żeby zamiast książki wyszedł horrendalny bubel i cała jego robota była o kant potłuc. Czy polski wydawca nie kocha książek? Kocha, ale nie jest to dobra miłość. Kocha, bo zarobi na utrzymanie swoje i bliskich. Kocha, bo w ogóle książki lubi, tyle że nie ma siły: nie ma siły przebicia przez opanowany przez handlarzy rynek księgarski. Nie ma siły, bo niepohamowane apetyty kolosów zniszczyły dobre księgarnie. Nie ma siły, bo biblioteki przetrzebiono jako nieproduktywny balast, a bibliotekarzy wzięto w karby jeśli chodzi o zakupy. Nie ma siły, bo – może nie chce jej mieć. I tak – jak ma przeżyć, to mu polski pisarz pomoże. I to wcale nie „od czasu do czasu”, jak ten nierób z Ameryki!

   Co w takim razie robi polski wydawca?

   Po pierwsze: narzeka, że książki „nie idą”. W ogóle, polski pisarzu: ludzie książek nie trzymają, a biblioteki nie mają pieniędzy. Po drugie: występuje do Biblioteki Narodowej o numer ISBN – bezpłatne. Po trzecie: współpracuje z wybraną przez siebie drukarnią (płatne, tajemnica handlowa). Po czwarte i jeśli ma honor: rozsyła tzw. egzemplarze obowiązkowe do kilkunastu najpoważniejszych bibliotek w kraju, a nawet do zaprzyjaźnionych (niekiedy nawet do wskazanych przez autora) recenzentów. Niektórzy wydawcy biorą udział w spotkaniach autorskich osobiście, lub po prostu dostarczają i sprzedają przez swoich pracowników „po promocyjnej cenie” (taniej o 5-10 procent niż w księgarni). Najczęściej zresztą dzieje się tak na jednym, pierwszym wieczorze autorskim. Potem albo pisarz zakupuje egzemplarze w promocyjnej cenie i sam je sprzedaje, albo wydawca wstawia „produkt” do księgarń internetowych. To już jest polskiego pisarza sytuacja „wypasiona”: może odsyłać zainteresowane osoby tamże, może też liczyć, że po przeczytaniu pozytywnej recenzji czytelnik zakupi książkę przez Internet. Tym bardziej, że w niejednym, nawet sporej wielkości mieście prawdziwych księgarń już nie ma, bo jeżeli w ogóle jakieś są, to tzw. sieciowe, czyli: zaopatrywane przez potentatów rynku dystrybucji książek wyłącznie w pozycje sprzedawalne, czytaj: wysokonakładowe. Tegorocznego lata, w pewnym małym, mazurskim miasteczku wędkarze zaopatrywali się w księgarni w … robaki na ryby. Wyłącznie, bo z proponowanych tam książek nie dało się kupić NIC!

   To nie jest przesada i czarna wizja, to codzienność polskiego handlu książką. O czym wiedzą wszyscy piszący, ale o tym nie piszą. Dlaczego? Po pierwsze – godność im nie pozwala. Po drugie – nie chcą się narazić potencjalnemu wydawcy. A po trzecie – bo wydawcy im wmówili, że inaczej się nie da. Ja pisać mogę, bo bardziej ze mnie wyrobnik pióra niż pisarz, a w ogóle: co mi tam!

   I właśnie dlatego jak gorzki żart zabrzmiało cytowane wyżej stwierdzenie P. Austera. Bo jeśli chłop chce rzeczywiście pomóc amerykańskim wydawcom, niech zapyta polskich pisarzy – wiedza sprawdzona. Jak w komercyjnym banku! Powie ktoś – nie każdy jest Austerem. Pewno, że nie. Nasi „Austerzy” dawno już założyli własne wydawnictwa. Pierwsza przetarła ten szlak bodaj Joanna Chmielewska, poczytna jak diabli – a grosze zaczęła zarabiać po tzw. transformacji. Więc żeby nie dać się nabrać na „niewidzialną rękę rynku” – poszła kobieta na swoje. Tak zrobili to potem Wołoszański, Bogusław Kaczyński, Wojciech Cejrowski… Do tego trzeba być jednak tak poczytnym jak Chmielewska, lub medialnym jak Kaczyński, jeszcze lepiej – jak „bosy” Cejrowski. Zajrzyjcie na stronę internetową tego ostatniego: ma facet siłę przebicia i pomysły nie z tej ziemi. Nie dalej, jak w lipcu rozstawił stoisko na molo w Sopocie, osobiście sprzedawał urobek własny i znakomicie mu szło. Przy czym trzeba zarobić na mniejszy lub większy sztab ludzi, którzy się zajmą pilnowaniem całego interesu, bo inaczej nie byłoby kiedy pisać. Czy każdy to potrafi i … udźwignie? W sensie psychicznym, fizycznym, finansowym i organizacyjnym? Oczywiście, że nie. Tak, jak nie każdy potrafi produkować i sprzedawać z powodzeniem cokolwiek – choćby gwoździe. Nawet nie artystyczne – zwykłe.

   Już wyobrażam sobie mego kolegę ze studiów na UMK, znakomitego eseistę, Włodka Paźniewskiego – subtelny poeta, wytrawny łazik po zakamarkach i historii literackiej Europy, poszukiwacz ludzkiej duszy w takim działaniu. Zresztą latem na sopockim molo znalazłby może jednego, dwóch godnych siebie czytelników. Chociaż wydał właśnie bodaj dwudziestą książkę, kolejny tom znakomitych esejów – każdy wart przeczytania, co drugie zdanie do zastanowienia. Zatytułował go „Hotel Platon”, a mnie po znajomości zaproponował w dedykacji apartament. Korzystam chętnie, ale – Włodek mi po prostu książkę przysłał, czyli: darował. Bo gdzieżbym ja – nawet mająca pod nosem warszawską znakomitą księgarnię im. Prusa – natrafiła na książkę wydaną przez małe katowickie Wydawnictwo „Unia”?

   Już widzę na zatłoczonym kołobrzeskim molo Eugeniusza Koźmińskiego, poetę wrażliwego i głębokiego. Stoi z najnowszym tomikiem pt. „Narodziny wyspy”?! Zawarł w nim wiersze piękne, morzem pachnące, liryki zadumane i sonety powściągliwe, ale kto je kupi latem na kołobrzeskim molo?

   Niech się Pan na mnie nie pogniewa, Panie Eugeniuszu, że Pana przykład przytaczam, ale w podzięce za miłą dedykację korzystam z nadarzającej się okazji, by do kupna Pańskiej książki zachęcić, by Pańskim wielbicielom dać znać, że właśnie wyszła. By i oni mogli się z niej ucieszyć. Tylko – gdzie ją kupią, jeśli są daleko od Ustronia czy Kołobrzegu i na spacerze ani na wieczorze autorskim Pana nie spotkają? Niech piszą do Pana, niech piszą do wydawcy (bydgoski Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, nota bene: wydawca niszowego pisma literackiego „Akant”). Bezpośrednio, bo w Internecie tego tytułu wciąż jeszcze nie ma!

 



[1] Paul Auster – pisarz i reżyser filmowy, autor m.in. „Trylogii nowojorskiej” i filmu „Lulu na moście”.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko