Andrzej Wołosewicz – Myśliwskiego katalog spraw, sposobów i wątków

0
86

Andrzej Wołosewicz

Myśliwskiego katalog spraw, sposobów i wątków

Filip Wrocławski, 2009„Traktat o łuskaniu fasoli”. Czy w ogóle można zrecenzować traktat? Traktat to traktat. Że o fasoli, mniejsza. Ale coś trzeba z nim zrobić choćby dlatego, że na okładce jakiś mądrala z wydawnictwa poszedł na łatwiznę i napisał, że to wielka powieść metafizyczna, której mądrość polega na tym, że Myśliwski drążąc Tajemnicę nie szuka łatwych rozwiązań ani pocieszenia. Myśliwski nie, ale autor słów z okładki książki wyraźnie tak. Wystarczy napisać Tajemnica z dużej litery, dodać słowo metafizyka i że przypadek, przeznaczenie i poszukiwane sensu i pójdzie. Ale ja tyle już traktatów się naczytałem , że nie pójdzie. Nijak nie idzie.
Dlatego chcę  w y ł u s k a ć  z Myśliwskiego coś więcej. Spróbujmy zatem.

I. Oczarowania

 

Pierwsze oczarowanie to dialog bez dialogu, dialog bez drugiej strony. Cały „Traktat” jest na nim zbudowany. Przeczytałem ledwie półtorej strony i już to ujmuje – namacalność interlokutora, który się nawet nie odzywa! I tak przez cały tekst. Dialog pojawia się i owszem, ale jedynie w opowieści Łuskacza Fasoli snutej wobec Gościa, wyłącznie w przytaczanych rozmowach.

Kolejne olśnienia to sceny, które trudno nazwać metafizycznymi (czy ktoś w ogóle jest w stanie tak myśleć o scenach?, raczej nie.) One są na wskroś symboliczne, przejmujące, ciekawe i oryginalne. Idzie mi o scenę, w której  (s. 110) wuj Jan mówi do narratora „przymierzającego się” do powieszenia: „Nie rób tego – powiedział – Powiesiłem się i nie widzę różnicy.” Tak to zobaczyć i tak o tym napisać – to jest dopiero wyobraźnia! Kiedy mam takie sceny przed sobą, to widzę miałkość sformułowania o metafizyce, choć zdaje się, że miało być akurat odwrotnie: nazwanie czegoś metafizycznym miało dowartościowywać. Ale to puste słowa-wytrychy, szczególnie gdy się na nich kończy, podsumowuje, gdy się nimi zamyka. Gdyby zaś od nich wychodzić i dalej nazywać, ukonkretniać, wyjaśniać i dostrzeżoną metafizykę jakoś starać się udokumentować, a to co innego, ale w tej okładkowej recenzji tego nie ma. Musimy zrobić to sami.

Zobaczmy opis próby opowiedzenia snu (s. 68/69): „Co na przykład? Nie opowiem panu, snu nie da się opowiedzieć. Opowiedziany przestaje być snem. Podobnie jakby Boga chciał pan opowiedzieć. Będzie Bóg? Cokolwiek zresztą czy da się opowiedzieć? Opowiedziane jest tylko opowiedzianym, niczym więcej. I na ogół niewiele ma wspólnego z tym, jak było, jest czy będzie. Żyje własnym życiem. A nie zastyga raz na zawsze, lecz wciąż snuje się, rozrasta, coraz bardziej oddalając się od tego, jak było, jest czy będzie. Ale kto wie, może w ten sposób zbliża się do prawdy? Niech pan tak zagłębi się, niech pan spróbuje jakby tą pierwszą myślą dotknąć świata. Przyzna pan wówczas, że to, co opowiedziane, nie odwrotnie, ustanawia to, jak było, jest czy będzie, nadaje temu wymiar, skazuje na nicość lub na zmartwychwstanie. I tylko to, co opowiedziane, jest jedyną możliwą wiecznością. Żyjemy w tym, co opowiedziane. Świat jest tym, co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny są nasze?” Dwie sprawy z tym fragmentem związane. Pierwsza o samym pisaniu, opowiadaniu. To opowiedziane ustanawia to, co jest, daje mu albo wieczność albo nicość. Sądzę, że to fundament postawy Myśliwskiego. Cała w tym jego potęga, kiedy w jednym krótkim fragmencie, na odległości raptem dwóch akapitów, z opowiedzianego czyni tylko opowiedziane w pierwszym a w drugim stwierdza, że opowiedziane jest wszystkim, także, a może przede wszystkim, rzeczywistością samą, jedyną jej możliwością.  Mało gdzie w literaturze opowiadanie otrzymuje taką moc, siłę i wagę, powtórzmy: „Żyjemy w tym, co opowiedziane. Świat jest tym, co opowiedziane.” I to wszystko literacko dzieje się na przestrzeni kilku zdań a mimo to mamy poczucie naturalności, płynności, swobody, poczucie tego, że tak właśnie jest, że nie ma w tym niczego nieprawdziwego, co by zgrzytało, przeszkadzało, czyniło lekturę fałszywą.

Druga kwestia dotyczy snów. Nie, nie będziemy „freud-ować”. Chcę tylko przypomnieć, że Herbert pisał (bodaj w „Raporcie z oblężonego miasta”), że „tylko nasze sny nie zostały jeszcze upokorzone.” A Myśliwski kontynuując o snach dodaje, ale już mniej zdecydowanie, że może już tylko one są nasze. Ja zaś polemizując (poetycko) z Herbertem w którymś z wierszy pisałem: „Upokorzone zostały nawet nasze sny, Bracie/ ja to wiem, mogę opowiedzieć każdemu/ kiedy tak siedzę z rękami przytrzaśniętymi/ regulaminem.” Dobra sekwencja nazwisk, Herbert, Wołosewicz, Myśliwski, nie powiem, podoba mi się. Ale idzie tu o coś więcej niż zwykłe podobanie się. Idzie o tropy. Okazuje się, że sny są literacko ważne. Mogą stanowić ciekawą, inspirującą pożywkę, wokół której da się budować wcale nie senny dyskurs.

A dyskurs żeby był zajmujący musi nas inspirować, mieć wewnętrzną moc podtrzymywania się, bez jakiegokolwiek wsparcia, być może moc wydobywaną czasami z ciszy: „No, i widzi pan, wydawałoby się zwykłe świece. Palą się i milczą. Ale może w tym ich milczeniu jest coś więcej prócz milczenia, jak pan myśli?” (s. 127) Gdy Myśliwski sugeruje, docieka, że być może w milczeniu jest coś więcej prócz milczenia, to przypomnijmy, że głównym, podstawowym milczącym „Traktatu” jest Wielki Milczący interlokutor narratora!

Dodajmy do katalogu fascynujących scen tą opisującą sytuację po buncie w szkole, od której zaczynał i na której zdaje się skończył edukację Łuskacz Fasoli. Po proteście, jego wygaśnięciu wychowankowie spodziewali się represji, retorsji za swą postawę. Tymczasem „Powiedzieli jeszcze tylko, że póki nie przywróci się porządku, nie ponaprawia szkód, dają nam wolne dni, żebyśmy się nad tym wszystkim zastanowili. Takie karne dni na myślenie, jak któryś z chłopaków powiedział.” (s. 148) Cóż za cudowność: karne wolne dni na myślenie! Jak sobie pomyślimy, że teraz też by się znalazło wielu takich, których można by w ten sposób ukarać, to dopiero gratka dla wyobraźni! Dlatego z satysfakcją notujemy następujący opis: „Może jednak coś z nas wyciągnęli. Wie pan, jak to jest na takim przesłuchaniu. Nie chce się czegoś powiedzieć, a nawet nie wie się, że się powiedziało. Nie ma się do czego przyznać, a między słowami człowiek się przyzna. A w ogóle na takich przesłuchaniach ważniejsze jest, o co się pana pytają, a nie co pan odpowie. W pytaniach jest odpowiedź, jaką chcą usłyszeć. W pytaniach przyznaje się pan do winy, gdy się nawet nie czuje pan winny. Czy odpowie pan, że pan nie pamięta, czy niechby pan milczał, przyznaje się pan. Milczeniem tym bardziej, bo jeszcze potwierdza pan swoją winę. W człowieku jest winy na wszystkie możliwe pytania. I nawet takie, których nikt dotąd nie zadał i może nigdy nie zada. Bo czymże jest człowiek, jeśli nie pytaniem o winę? Jedyne szczęście, że sam rzadko domaga się od siebie odpowiedzi. A tym większe szczęście, że nie potrafiłby sobie odpowiedzieć.” (s. 151) Dla mnie jest to fragment eschatologiczny, zamykający w swej krótkiej cudowności człowieczą drogę krzyżową przez życie. Więcej słów nie trzeba, wystarczy czytać sobie ten fragment, wystarczą słowa: w człowieku jest winy na wszystkie możliwe pytania. Nawet wtedy, gdy nic nie mówi. Nawet w ciszy. Może wtedy jeszcze wyraźniej? Może wtedy słowa same się dzieją? Jak choćby w opisie ostatnich chwil nauczyciela muzyki we wspomnianej szkole: „Pan by uwierzył? No, właśnie. Ale szeptano. I to jest właśnie najgorsze, nikt nic nie wiedział, nikt nie powiedział, ale szeptano, jakby wieść sama się powołała. I skąd się to bierze, niech pan mi powie? Może jest coś takiego jak samorództwo słów, nie sądzi pan?” (s. 152)

Z moich oczarowań scenami przywołam jeszcze tą, w której narrator, Łuskacz Fasoli, natyka się na ruiny katedry. Scena ta, już sama w sobie wystarcza na opowiadanie, ma tyle dramaturgii, że udźwignęłaby niejedną fabułę! Jej ładunek spinający wszystko „sprzed” z „teraz” i tym, co „po”, tu ujętym w zamiar – realizowany zresztą od razu – odgruzowania jej wnętrza wysiłkiem dwóch muzyków, naszego Łuskacza i niezdolnego już fizycznie do takiej roboty organisty. Łuskacz mówi: „Wyzbierałem najdrobniejsze kawałki. Ale już nie zjawił się. Może szczęśliwie umarł, nim te organy odwaliłem. Bo gdyby zobaczył…” (s.221) To niedopowiedzenie, te zwykłe trzy kropki a ile otwarcia na twoją Czytelniku wyobraźnię. Podobnie jak w rozważaniach o kolorach snutych przy okazji wątku rozmowy związanego pobytem za granicą, z odwiedzanymi muzeami czy piaskownicami z kolorowym piaskiem. Kolory tutaj właściwie nie są sobą, są czymś znacznie więcej, są przekaźnikami życia, jego niuansów dotykających malarza podczas malowania, stanu ducha malowanych osób czy przedmiotów. Kolor uwalnia to, co kolorem na pewno nie jest: „Czy można powiedzieć, że ciało kobiety ma taki czy taki kolor? Skoro ten kolor może zależeć, dajmy na to od zwątpienia malarza w siebie? Czy od jego lęku, cierpienia, rozpaczy. Tak, także pożądania. Patrząc na te obrazy, miałem wrażenie, jakby te kolory nie były w stanie czemuś sprostać. Nie, nie modelowi, jak pan myśli. Czemu? To musi pan już sam sobie dopowiedzieć, jeśli miał pan kobiety.” (s. 236)

Najlepszym zakończeniem tej części mego  ł u s k a n i a  Myśliwskiego będzie konstatacja dłuższych rozważań z dzieckiem w roli głównej. Wszak lwia część samego „Traktatu” dramaturgicznie zbudowana została na losach narratora, gdy był jeszcze dzieckiem właśnie. A „Życia nie da się przed nikim zasłonić, a tym bardziej przed dzieckiem. Nie ma takiej kurtyny, żeby było można zasłonić. Dziecko nawet przez kurtynę widzi. Czasem sobie myślę, czy to nie dzieci są naszym sumieniem” (s. 243)

II. Obserwacje

Drugi nurt katalogowania spraw, które zajmują Myśliwskiego wiążę z dwojakiego rodzaju sprawnością autora, z obserwacją codziennego świata w jego baśniowości (a nie każdy ma taką zdolność) oraz z przykładami doskonałej obserwacji psychologicznej, obyczajowej i socjologicznej.

Najpierw najzwyklejsza w świecie zdawałoby się scena zapalania lampy naftowej, jeśli ktoś z Czytelników takie sceny pamięta, ja pamiętam. Tymczasem i same przygotowania do tej codziennej czynności i jej przebieg prowadzący do finału: „I dopiero podkręcała lekko knot, a w jej podświetlonych za drucianymi okularami oczach pojawiała się jakby niedowiara, że to z jej ręki stał się cud światła”. (s. 30) Właśnie, cud światła. Nie jakieś tam zwykłe zaświecenie ale cud.

Inna sprawą, którą warto zauważyć to sposób prezentowania historii i to najtragiczniejszych jej stron, mówiąc krótko idzie o ziemię w dosłownym sensie tego słowa, o ziemię i jej groby. Myśliwski ustami Wielkiego Łuskacza mówi nawet, że gdyby chcieć je w pełni chronić i oszczędzać, to „musielibyśmy fruwać ponad ziemią czy nawet wynieść się z niej. Tylko gdzie?” (s. 42). Krótko i treściwie. Fragment ten jest tym ważniejszy, że w obliczu pojawiających się wątków wojennej traumy (w końcu to podczas niej Wielki Łuskacz traci rodzinę i zaczyna swą samotną odyseję) i nie mniej tragicznych wydarzeń związanych z wprowadzaniem i utrwalaniem władzy ludowej, które są obecne w „Traktacie” są one pokazane przez pryzmat i w perspektywie egzystencjalnej tzn. człowieka wobec innych ludzi, człowieka w obliczu losu. Wiemy przecież, że ziemia pełna grobów to także a może przede wszystkim polityka, ale Myśliwski uniknął pułapek historii politycznej w sposób literacko doskonały – Myśliwski robi po prostu lepszą niż dobra literaturę przywracając pierwotny początek, bo przecież na początku było słowo. Słowo, nie polityka. Politykę autor trzyma w ryzach swego literackiego warsztatu nie pozwalając jej ani na moment zakłócić tembru literackiego głosu, choć przecież wiemy i to wiemy z „Traktatu”, że kształtowała los pokolenia.

Z obserwacji obyczajowych, o których wspomniałem, wymienić warto choćby passus o małżeństwie niczym „spółce z o.o.” Smakowite. Tak samo jak i opis sytuacji generowanych przez banalną czynność numerowania domków letniskowych podległych władztwu Wielkiego Łuskacza czy też perełka na temat przewrotności losu związanej z ocalającą funkcją śmiechu i to śmiechu z wcale nie śmiesznych spraw: „Złapała mnie matka za rękę, dzieckiem byłem, i pobiegliśmy na najwyższe wzgórze. Winnica się nazywało. Stał już tam tłum ludzi. Niewiele widziałem, prócz morza dymów ponad lasami. Starsi jednak wszystko widzieli. Płonące domy, stodoły, chlewy, oszalałe zwierzęta, ludzi, jak do nich strzelają. Wzięła mnie matka w pewnej chwili na ręce, ale też nic więcej prócz tych dymów. Uklękła, kazała mi płakać, bo wszyscy płakali. Tylko że mnie zachciało się śmiać. Miała matka rzęsy poczernione i od łez ciemne strumyki zaczęły spływać po jej twarzy. Nie mogłem się powstrzymać. Ludzie odwrócili na mnie głowy, a ktoś powiedział: – Śmieje się, a tam ludzi mordują. Matka się  zawstydziła. Zerwała mnie z klęczek, pociągnęła za sobą. – Nie oglądaj się. – I zeszliśmy ze wzgórza. – A groby tam są. – Wskazał ręką na las. (s. 54)

III. Sprawy

Duża sprawa to wolność. To ją w różny sposób próbuje dla siebie ocalić narrator, główny bohater „Traktatu”. Najpierw na miarę, pojęcie i możliwości dziecka, co sprowadza się choćby do fascynacji baśniowością odnajdywaną w lampie naftowej czy opisie samego łuskania fasoli, czynności będących czymś więcej niż sobą, otwierających na inne światy. Potem poprzez muzykę, która zdeterminowała jego życie poszerzając wewnętrzną przestrzeń w ciasnocie rygoru szkoły i w ciasnocie czasu, w którym przyszło żyć. To wszak muzyka wywiodła go poza ojczyznę i pokazała świat, o którym w szkole mówiono: „A instrumenty zostały skonfiskowane podobno jakimś ciemiężycielom, krwiopijcom, wyzyskiwaczom i różnej swołoczy.” (s. 96) Kiedy więc czytamy: „Są przecież takie słowa, które nie mają swoich stałych znaczeń. Słowa wymienne na wszystkie nasze pragnienia, marzenia, tęsknoty, myśli. Można by powiedzieć, słowa bezcielesne, zabłąkane we wszechświecie innych słów, słowa, które szukają swoich znaczeń czy, lepiej byłoby powiedzieć, swoich wyobrażeń. Jak chociażby wieczność, nicość. Więc kto wie, czy i wolność do tych słów nie należy.” (s. 63), to lepiej rozumiemy – tak mi się przynajmniej wydaje – że może najważniejszą charakterystykę wolności niesie przesłanie: „Stój. Przyzwyczajaj się. Myślisz, że będziesz miał więcej miejsca? Nie wszerz się żyje, w głąb.” (s. 215) W głąb właśnie. Dlatego mój wykluwający się tomik poetycki zatytułowałem „Prawdziwą podróżą naszego życia jest podróż wewnętrzna”. Także Merton, Thomas Merton, jeden z ostatnich, co tak jasno i klarownie wnętrza naszego w minionym wieku bronił. Znowu ładna sekwencja: Myśliwski, Wołosewicz, Merton. Dlatego, nie chwaląc się zbytnio, odczuwam wyraźne powinowactwo z Myśliwskim, choć u niego proza a u mnie poezja. Może więc żadna różnica? – taki trop wszak także pojawia się w „Traktacie”, przecież ostatecznie idzie o słowo. O tym powinowactwie powiem jeszcze i to, że odczuwam je bardziej po linii literackiej, niż po filozoficznej, choć dla tej mojej trzeciej miłości  – bo najpierw żona, potem poezja, choć w banalnym porządku historii było odwrotnie, o ważność jednak idzie, o ważność – też wiele smaczków, od samego tytułu zaczynając: „Traktat…”.

Jeśli w głąb się żyje, to docieramy do sumienia, którego z czasem także nie ominęło oficjalne zainteresowanie: „Potem dopiero zaczęli głębiej zaglądać w życiorysy. Czy może dobierać się i do sumień. Tym bardziej, że sumienie okazało się czymś innym niż dotąd. Pan sądzi, że sumienie jest czymś stałym? (…) Proszę pana, każda zmiana świata jest zamachem na sumienia. A już zwłaszcza gdy chodzi o to, żeby zmienić świat na nowy, lepszy, przede wszystkim na sumienia.” (s. 179) Także więc i sumienie nie zostało wyłącznie w naszej gestii jak zauważa jeden z rozmówców narratora (któremu upaństwowiono sklep z kapeluszami): „Tylko że, niestety, to od nich zależy, czy ma pan coś na sumieniu. Sumienie też upaństwowili. Nie musi nam już Bóg przypominać o sumieniu.” (s. 319). Naszą sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że sumienie to nie tylko „latarnia morska”, która nas ocala, ale i wyrzuty sumienia, o których tak mówi bohater wspominając swoje relacje z ojcem: „Dziedziczę bowiem po nim jego wyrzuty sumienia. Nieomal odczuwam podobną udrękę, jak zapewne on. Dziwi się pan, że wyrzuty sumienia można dziedziczyć. Jak wszystko, jak wszystko, drogi panie. Musimy dziedziczyć, w przeciwnym razie to, co się stało, będzie się wciąż powtarzać. Nie możemy z dziedzictwa wybierać sobie jedynie tego, co nas nie obciąża. Zakłamalibyśmy się doszczętnie. I tak grzęźniemy w kłamstwie. Czy nie zauważył pan, że kłamstwo przybrało oblicze prawdy? Stało się chlebem powszednim. Sposobem życia. Bez mała wiarą. Kłamstwem się rozgrzeszamy, kłamstwem przekonujemy, kłamstwem uzasadniamy rzekome prawdy. Niech pan przypatrzy się światu.””(s. 270) Właśnie, przypatrzmy się, korzystając z okazji. Czy nie oskarżycielsko brzmią słowa Myśliwskiego? I czy komuś wydaje się, że to nie o nim, nie o nas? Tylko o świecie? Na pewno nie o nas? Bo o mnie jak najbardziej. To jeden z donioślejszych momentów „Traktatu”. Prawda, której podszewką jest kłamstwo i dziedziczenie win. Do pierwszego nie chcemy się przyznać, a od drugiego chcemy uciec. Ale gdzie? Dokąd? To jest ta dojmująca aktualność Myśliwskiego. Niby czytamy, ot, jakąś opowieść, ciekawą nawet, ale to nie o nas a o tym, co było, historia jeszcze raz, na nowo opowiedziana. Otóż nie! To właśnie miałem na myśli pisząc wcześniej o trzymaniu polityki w ryzach literatury. Ma to ten skutek, że z jednej strony literacki obraz rzeczywistości, tak czy inaczej ostatecznie kształtowanej przez politykę, choć poprzez tysiące zapośredniczeń, pozostaje literackim właśnie i nie ma w sobie nic z dydaktyzmu ale z drugiej strony dzięki literaturze właśnie odnosi się do nas bezpośrednio, do naszego tu i teraz także, bo odnosi się do kondycji człowieka i nie dane nam jest, choć może byśmy chcieli, schować się za politykę, polityczność, że to nie nasza historia lecz jakaś historia polityczna. Mówiąc jeszcze inaczej – to nie polityka nas we wszystko zapętliła, to nie ona za nami stoi, lecz my za nią. To myśmy w najgłębszym, podstawowym i niezbywalnym wymiarze ludzkiej kondycji i jej cywilizacyjnego wymiaru za wszystko odpowiadamy. Jeżeli wiec coś nam zagraża, to „na zdrowy rozum siebie samego trzeba by się strzec. Nie człowiek ustanawia sobie zdrowy rozum. A w ogóle co to jest zdrowy rozum, niech pan mi powie? To ja panu powiem, o zdrowym rozumie nie dałoby się przeżyć życia. Zdrowy rozum owszem… Ale to się tylko tak mówi, gdy nie wiadomo, co powiedzieć.” (s. 173) Przypomnijmy sobie losy Wielkiego Łuskacza gdy był mały – na zdrowy rozum nie powinien był się śmiać tam na wzgórzu…

IV. Język

To jest najtrudniejsza i najłatwiejsza część mojego  ł u s k a n i a  „Traktatu”. Najtrudniejsza ponieważ żaden opis nie odda tak dobrze piękna, nastroju, brzmienia i temperatury języka książki Myśliwskiego jak ona sama, a najłatwiejsza ponieważ po prostu przytoczę kilka smacznych fraz.

„Nawet z wojen nic nie chciało się dziadkowi przyśnić, a cztery przez życie dziadka przeszły.” (s. 73)

Na wojnie wszystko jest możliwe. Wojna miesza, zrównuje, chłop czy filozof – wszyscy są do umierania.” (s. 77)

„Ale mówić jeszcze o wojnie, skoro są na wojnie i siedzą, jedzą wśród nazabijanych ciał.” (s. 78)

„Zresztą cóż to jest czas? Czy w ogóle coś takiego jak czas istnieje, wykluczając kalendarze i zegary? Zużywamy się tylko, ot, i wszystko. Jak wszystko wokół nas.” (s.257)

„O, w jednym zdaniu może się dużo zmieścić. Może się wszystko zmieścić. Może się całe życie zmieścić. (…) Czasem sobie myślę, czy nie dlatego tyle słów musimy przez życie powiedzieć, aby się mogło z nich wytopić to jedno zdanie. Jakie? Każdemu jego własne.” (s. 155)

To tyle przykładowych próbek. Ledwie na smak. Nie mogę zabierać Czytelnikowi przyjemności własnej lektury, własnego odkrywania i radości z Myśliwskiego, możliwości wybrania się z autorem „Traktatu” w poszukiwanie tego zdania. Naprawdę warto, choć na pewno nie na sposób owego anonimowego (na jego szczęście!) mądrali z okładki.

 

Andrzej Wołosewicz

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko