Zwracam uwagę na zawartą w tytule odmiankę w postaci słówka „naukawy” (tj. sprawiający wrażenie naukowego). O tym będzie głównie mowa, choć znajdzie się też słówko o plagiatach, które są tematem rzeką i w jednym felietonie trudno nawet napisać coś więcej. Do plagiatu wrócimy na pewno. Polska poezja jest go pełna, zwłaszcza ta z preferencją „druku w Internecie albo na rogu ulicy”. Sprawy są to poważne, tu je jedynie sygnalizuję.
Swego czasu poproszono mnie o opinię, czy pewien tekst jest plagiatem. Co prawda nie chodziło o plagiat literacki, ale naukowy, a właściwie mający robić wrażenie naukowe, a więc raczej ów naukawy. Obydwie odmiany tekstów, mające funkcjonować w nauce, tak bardzo wpływają na opinie o przedstawianych za ich pomocą treści, że warto czasem się tym zająć jako osobnym działem tekstologii, nauki o tekstach, które widujemy także w naukach okołoliterackich, np. historycznoliterackiej, i w praktyce krytycznoliterackiej.
Nie czułem się zanadto kompetentny, ale cóż szkodziło przeczytać. Miała to być ocena prywatna, myślę jednak, że kilka szczegółów można tu ujawnić z dobrym skutkiem i bez szkody dla sprawy, bo nie chodzi o nazwiska, ale o zjawisko. Powiedziałby dziennikarz, zajmujący się echem sal sądowych, że „śledztwo jest w toku i nie powinienem utrudniać, a także sprzyjać mataczeniu przez oskarżonego”, lecz instynkt od razu mi podpowiadał, że o plagiacie raczej nie może być mowy, raczej o języku, który sugerował, że autor nie umie „pisac nauki”.
Przyczyną było właśnie mataczenie. Samo to słowo jest okropne, pospolite i fatalnie brzmi w ustach człowieka wykształconego. Wolałbym kręcenie, tuszowanie, kamuflowanie, maskowanie, zacieranie śladów, ale prawnicy z upodobaniem upubliczniają wyraz „mataczenie”. Niech im będzie. Mataczenie, jeśli dobrze rozumiem tę dziedzinę sztuki życia, polega na usuwaniu albo przetwarzaniu dowodów przestępstwa i namawianiu świadków do fałszywych zeznań. Ale także (gdybym był mataczem, to pewnie bym tak robił) na rozmydlaniu rzeczywistości, stosowaniu sztuczek, utrudniających orientację śledczych i biegłych, jak również po prostu zwykłych obywateli, tak aby nie mieli pojęcia, że są „robieni w konia” albo „w bambuko”, jak by gwarowo powiedział przeciętny student, który by miał z czymś takim do czynienia. W wypadku podejrzanego tekstu zapewne polegałoby to na tak gruntownym przebudowaniu wypowiedzi, dodaniu rozmydlających fragmentów od siebie, usunięciu niezręczności naśladowanego autora i nade wszystko na pogłębieniu „naukowości” czy „artystyczności” stylu, tak żeby niczym się nie różnił od innych prac tego rodzaju.
Niestety to ostatnie zadanie należy do najłatwiejszych. Język prac naukowych na ogół jest dość prymitywny, a więc sztywny, opierający się na znanych, rytualnych szablonach, może elegantszych niż w publicystyce, ale jednak powtarzalnych w tysiącach artykułów i gmatwających sprawę użyciem wyrazów obcych i rzekomo profesjonalnych. Można powiedzieć, że jest to rodzaj kodu, system brzmień, bez których praca naukowa wydaje się niektórym zupełnie banalna, małowartościowa i właśnie nienaukowa.
Takiej mowy naukowcy szybko się uczą na początku kariery, ponieważ wiedzą, że starsi recenzenci natychmiast zauważają nieprzystawalność tekstów ładnie i normalnie pisanych do rzeczywistości badawczej. Ciekawe, że ta choroba dotyka czasem nawet językoznawców, którzy bez „wariantywności” i „leksykalności” w ogóle obejść się nie potrafią, a ogólnojęzykowych synonimów zawodowych słów używają z lękiem. „Na stosowanie normalnej polszczyzny i unikanie obcych wtrętów mogli sobie pozwolić tylko tacy bogowie, jak Witold Doroszewski, Bronisław Wieczorkiewicz czy Zenon Klemensiewicz”, powiedział mi kiedyś znany polonista, „bo nikt nie śmiał kwestionować ich stylu”.
Można by zadać pytanie, dlaczego nikt tych wielkich nie próbuje naśladować?
Uczeni, tak swobodni w laboratoriach, przy komputerze do pisania czują się jak sparaliżowani. Zaczynają zapominać o bogactwie własnego słownictwa, o zdolności dowcipnego a trafnego mówienia na co dzień, i miotają się między kilkudziesięcioma wzorcowymi wyrażeniami i zwrotami, często pochodzenia najzupełniej obcego. To zwykle wyzwala cały ciąg hamulców, utrudnia panowanie nie tylko nad tekstem, ale w ogóle nad przedmiotem artykułu i jego sensem. Nazwałbym to swoistą autocenzurą, która każe kontrolować słówka, ale utrudnia zajęcie się tematem.
Nieporządek logiczny większości czytanych przeze mnie licznych artykułów naukowych rzuca się wręcz w oczy, każe czytać całe ustępy po kilka razy, a nieraz zmusza po prostu do zaniechania. Myślenie autora jest skupione na tropieniu własnej normalności i zastępowaniu jej cudzymi, kalekimi kluczami językowymi. A wtedy umykają uwadze idiotyzmy. Czytamy: „W badaniu wzięło udział około 10 osób” (to znaczy pewnie od 9,5 osoby do 10,5 osoby; a może 7, może 14?). Albo: „Koła zębate przechodzą na pas transmisyjny” (na piechotę?). „Przyczepność samochodu do nawierzchni przesuwa się na skali temperatury” (ruchem jednostajnie przyspieszonym?). Same bzdury. Zbyt często widuje sie nawet w tytułach prac doktorskich i habilitacyjnych, z czego śmieją się wszyscy i co niestety tylu niezmiennie od lat się powtarza, jak w jakiejś diabelskiej liturgii. Niech to brzmi zawile, byle nie zwyczajnie, bo zwyczajność jest prymitywna, a my jesteśmy tam, wysoko!
Oto kilkanaście przykładów (najzupełniej prawdziwych!) tytułów prac dyplomowych i doktorskich z różnych uczelni polskich, które odnajdowałem w wykazach uniwersyteckich i politechnicznych. Autorzy i promotorzy za wszelką cenę unikali normalnego języka polskiego albo stosowali skróty myślowe ograniczone tylko do określonej dziedziny nauki, aby nie wpaść w pułapkę braku naukowości (czego zresztą można się z tych tytułów domyślać):
„Badania cytometryczne żołnierzy z moczeniem nocnym”
„Ciała obce w przełyku w materiale szpitala więziennego”
„Sezonowość spożycia ludności wiejskiej w województwie krakowskim”
„Wpływ ćwiczeń siłowych na rozumienie mowy”
„Wpływ moczu chorych na schizofrenię na hodowlę kropidlaka czarnego”
„Problem płaskostopia wśród hutników i działaczy hutniczych związków zawodowych”
„Niektóre problemy farmakologicznego leczenia alkoholików w świetle doświadczeń własnych”
„Wpływ sesji egzaminacyjnej na stan biologii pochwy u studentek środowiska wrocławskiego”
„Kształt wątroby szczura młodego a szczura starego odżywianego kadmem w pokarmie”
„Letni przyrost wzrostu u młodzieży nie uczestniczącej w wakacyjności zorganizowanej”
„Analiza przypadków grypy zawleczonej a grypy epidemicznej w przypadku dużej aglomeracji miejskiej”
„Technologia metalowo-skórzana w rehabilitacji porażeń mózgowych dziecięcych”
„Zależność od ciśnienia tętniczego krwi szerokości załamka Q w zawale serca”
„Wydalanie kału a sprawność ruchowo-skurczowa mięśnia zwieracza odbytu”
„Zegar jako dynamiczny model psychoterapeutyczny w ciężkich przypadkach gruźlicy”
„Pojęcie kamerdynera a pojęcie kamery w prozie Witolda Gombrowicza”
„Dziecko niechciane a postawa życzeniowa innych członków rodziny niż rodzice”
„Eksplicytne wyrażenia niefunkcyjne”
„Urazy skórne u hutników piecowych”
„Przebieg zapalenia płuc u sportowców z kadry biegaczy”
„Analiza przypadków nieszkodliwości hazardu w automatach sekwencyjnych”
„Badania nad poprawnością wykonania własnych ruchów tanecznych”
„Brodawki językowe u naczelnych”
„Czasowa wydajność ogierów państwowych”
„Dochodzenie rozbojów”
„Dynamika kosiarek w aspekcie metodyki badań”
„Fizyko-chemiczne i smakowo-zapachowe cechy serów poddanych działaniu prądu stałego”
„Formy gry w palanta na obszarze Polski”
„Konstrukcja wieży ciał klas”
Jeszcze trochę ich zamieściłem na stronie https://lpj.pl w dziale „Bzdury”. Polecam.
Co do książki, o której pisałem na początku – zwrócono uwagę na nią dlatego, że stylem, językiem odbiegała od tak zwanej normy. Była napisana pięknie, ale sugerowano, że to dlatego, że jest plagiatem, czyli zakamuflowaną kopią pracy naukowej napisanej przez kogoś innego albo zawierającą cudze myśli, lub wreszcie zbiorem cudzych fragmentów. Tekst potoczysty, podany ze swadą, własnymi słowami, zupełnie nie przystawał do znanej mi papki piśmienniczej nauki polskiej. Zdradzał zainteresowanie autora istotą sprawy, a nie językiem (a zwłaszcza nie językiem naukawym). Może dlatego pisanie przyszło autorowi łatwo?
Artykuły, które mi dano do porównania z tym tekstem, były kostyczne, suche i smutne. W konfrontacji to one sprawiały trudności, były mało przejrzyste, niemal nieczytelne, ale swym stylem mające budzić respekt, a przede wszystkim prawie nie zawierały nowych treści. Nagromadzenie żargonowych skrótów myślowych, kłopotliwych słów, tworzonych z łacińsko-angielskiego zasobu „kluczy”, nieporządny, bełkotliwy wywód, wreszcie ogólniki rodem z nowomowy nadawały pozorną górnolotność i rzekome nowatorstwo, przy czym opis badań i rozumowanie gdzieś się chowały pod tą zbyt ciężką kołdrą. Odnosiłem wrażenie, że podobieństwo tematów jest w nich tylko powierzchowne. Takie polskawe (dla czytelnika niezbyt łaskawe) teksty trzeba tłumaczyć w myślach na język polski, co też uczyniłem, nie bez satysfakcji. Prace, z których „podejrzany” miał rzekomo odpisywać, dawały się dobrze wycisnąć niczym mokra ścierka i niewiele z nich zostawało, po kilkanaście zdań. A z inkryminowanego tekstu danego mi do zbadania nie można było usunąć ani słowa!
Mało tego, użyłem metod uczelnianych (specjalnego oprogramowania) do poszukiwania ewentualncyh źródeł plagiatu. Nie znalazłem żadnego.
O co tu chodziło? Skąd te oskarżenia? Odpowiedź nie mogła być jasna. Ktoś mataczył. I był to albo oskarżyciel, albo jacyś jego wrogowie, może przeciwnicy w pracy albo w badaniach. Współczuję kandydatowi na doktora, który miał czelność napisać swój tekst zwyczajnie i po prostu. Nikt go nie uzna, nikt nie poda ręki, nie pogratuluje. Jeszcze niejedno odcierpi. A nie lepiej to było sobie pomataczyć jak pozostali i napisać rzecz pokrętnie?
Z plagiatami jest obecnie trudniej, bo oryginały przejawów myślenia i tekstów są dzięki cyfryzacji łatwo dostępne, a dodatkowo sztuczna inteligencja potrafi je tak przepracowywać, że tekstu plagiatowanego, czyli źródłowego rozpoznać łatwo (albo i wcale) się nie da. Plaga takich plagiatów już się zaczęła.
Kiedy zajmowałem sie dziejami etyki lekarskiej w Polsce, napotkałem zdumiewająco dojrzałą księgę doktora Teodora Heimana, lekarza laryngologa, wydaną w Warszawie podobno w 1917 roku pod tytułem „Etyka lekarska i obowiązki lekarza (deontologia)”. Piszę „podobno”, bo z analizy artykułów prasowych o niej można było wnioskować, że ukazała się wcześniej, niż by wskazywała data wydrukowana na stronie tytułowej. Artykuły krytyczne ukazały się głównie w roku poprzedzającym, a więc 1916. Dziwne, prawda? No, ale co to była za księga? Cytuję tekst z mojej pracy, wydanej sto lat później, bo w 2016 roku, pt. „Biegański, Kramsztyk i inni. O nowej etyce lekarskiej w XIX-wiecznej Warszawie”. Napisałem tam między innymi:
„Jest to obszerna, licząca kilkaset stron pozycja, omawiająca poszczególne zagadnienia etyczne i deontologiczne wypracowane głównie w XIX wieku w Europie. Pierwsze głosy krytyczne po ukazaniu się książki od razu podały w wątpliwość jej oryginalność”.
„Teodor Heiman miał już nieczyste konto, wcześniej bowiem spisał treść podręczników Politzera, Grubera. Warto przypomnieć sobie opis tego niecnego czynu (obok wielu innych, popełnionych przez liczną grupę oszustów z dyplomem). Znajdziemy o tym choćby w artykule Stanisława Konopki: Prace naukowe dawniej i dzisiaj. Polski Tygodnik Lekarski 1956, tom 9, nr 35, s. 1543-1548”.
„Przeciwko Etyce… Heimana wystąpił jeden z poszkodowanych, Emanuel Sonnenberg, który w liście do redakcji „Medycyny i Kroniki Lekarskiej” pisał: „Rzecz dziwna, czytając, odbierałem wrażenie, jak gdyby to, co czytałem, było już mi znane” (Med. Kron. Lek. 1916, nr 52, s. 690-695). Autor książki mętnie odpowiedział Sonnenbergowi (Heiman Teodor: W odpowiedzi na ocenę mojej książki „Etyka lekarska i obowiązki lekarza”, Gaz. Lek., 1916, t. 51, nr 20, s. 306)”.
„A więc Heiman popełnił drugi plagiat, tym razem w książce – uwaga! – o moralności! Nawet nie zmienił stylu przepisywanych cudzych prac, nie pokwapił się, by podać źródło zamieszczanych tekstów. Jego etyka w Etyce… mogłaby być przedmiotem badań i świetnym podręcznikiem nierzetelności w nauce i praktyce lekarskiej, ale nie będziemy dociekać, które jej partie są oryginalne i pochodzą od samego autora, które zaś skopiowane”.
„Plagiaty powinny być w nauce i kulturze ignorowane. Ponadto ponieważ naszym zadaniem jest rozpoznanie i opis poglądów środowiska lekarskiego, a nie zawartości tekstów wtórnych, materiał zawarty w tomie Heimana uznajemy za nieźródłowy i również z tego powodu nie możemy z niego skorzystać”.
Jak z powyższego widać, rzadko się zdarza, aby plagiatowanie, czyli publikowanie prac zawierających kopie cudzych prac bez podania źródła nie wyszło na jaw. Zdarzały się nawet plagiaty na najwyższym poziomie naukowym i choć zostały wykryte po czasie, stanowczo i z przytupem je potępiono.
Tak było nawet z pierwszym przeszczepem serca, którego autor, doktor z Republiki Południowej Afryki Christiann Barnard wykorzystał metody, których nauczył się w USA i dzięki nim o kilka tygodni uprzedził swoich nauczycieli średnio udanym przeszczepem wykonanym w Kapsztadzie (RPA), dokonanym 3 grudnia 1967 roku. Nie mówiąc już o słynnym przyznaniu nagrody Nobla Francuzom Lucowi Montagnierowi i Françoise Barré-Sinoussi za odkrycie wirusa HIV z pominięciem amerykańskiego badacza Roberta Gallo, który dowiódł, że to właśnie ten wirus powoduje zespół nabytego niedoboru odporności (AIDS). Zwolennicy Gallo uważali, że dzieło Montagniera i Barré-Sinoussi było plagiatem i rozwinięciem odkryć ich mistrza.
Oj, zbyt często kradną myśli, mowy i uczynki jedni od drugich, szczególnie politycy, o czym wie każdy, kto ogląda telewizje tych, co są przy władzy i tych z opozycji. W mojej rodzinie w kilku domach już dawno wyniesiono telewizory do piwnicy i tam kisną pokryte kurzem. Wychodzi na dobre przede wszystkim dzieciom.
Piotr Müldner-Nieckowski





