Strona główna Rok 2026 Nr 615 Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
11

Frytki z sosem purenonsensu

Cóż za rozkosz daje ta lektura! Rozkosz cudowną i zaskakującą, jako że w końcu autor nie jest sławnym pisarzem, przynajmniej na razie. „Frytki z cukrem”, 21 krótkich opowiadań Adama Wojtyszko (syna Macieja Wojtyszko i trzeba przyznać, że w typie i bogactwie wyobraźni czuje się pokrewieństwo z twórcą „Bromby”), to istna feeria, erupcja purnonsensowej, absurdalnej i surrealistycznej wyobraźni, galeria dziwactw i dziwacznych postaci, która jednakowoż wyrasta z gleby małego realizmu i świata otaczającej nas pospolitości, banału, codzienności. Wojtyszko prezentuje humor finezyjny, wielopiętrowy, a zarazem z imponującą lekkością podany. Cudownie słodkie absurdy niczym z wybujałej wyobraźni genialnego dziecka, mieszane są z pastiszowo podanymi akcentami rodem z poetyki „horroru”, a nawet z malutką szczyptą poetyckiej „metafizyki” (są w tym jakieś okruchy mogące wywołać skojarzenia z Twainem, Witkacym, Mrożkiem, Poem, Bierce’em, Lovecraftem, Kingiem, Bułhakowem, Zoszczenką, – skojarzenia można by długo mnożyć, ale nie podważa to ani na krztynę oryginalności pana Adama Wojtyszko-wej wyobraźni). Nie da się wrażeń z tej lektury opisać niejako zastępczo. Tu żadne omówienie nie zastąpi lektury. To trzeba przeczytać na własne oczy i na rachunek własnego poczucia humoru. Bo nie da się przez omówienie oddać klimatu i smaku opowiadania („No super”), które ma formę wyznania narratora, niepostrzeżenie dla czytelnika okazującego się ślimakiem o rozmiarach ludzkich i ślimaczo-ludzkiej świadomości i który opowiada o swoich perypetiach. Albo opowiadanie („Faceci mojej mamy”), które skonstruowane jest jako crescendo, sprinterskie narastanie opisu urastających do poziomu „gabinetu grozy” okropności cech matki narratora. Czy rozkoszna, pieniąca się drwina z cech charakterologicznych i groźnie galopujących postępków „muzy” pewnego literata.(„Pani Krysia”). I dajmy na to nowelka „Ufo”, komicznie, a przy tym oryginalnie, wykorzystująca motyw wzajemnej obcości świata nas, Ziemian i wyobrażonych „kosmitów” czy „ufoludków”. W „Iluzji” otrzymujemy zbudowany na wybujałym, komicznym paradoksie piętrowy koncept o „urodzonym” niedorajdzie i pechowcu, który zrządzeniem sekwencji przypadków staje się Mistrzem Prestidigitatorstwa. „Alfa Prima 9” to piramidalna drwina ze „sztucznej inteligencji” nazwanej tu „sztumem” czyli „sztucznym umysłem”, opowiadanie o „komputerze pokładowym (rzecz dzieje się na pokładzie statku kosmicznego), który okazuje się „idiotą”. „Uwaga” to feeryczna, piramidalna drwina z otaczającego nas świata promocji, aplikacji, zbierania punktów i naklejek, trendów, reklamy i całej „cynicznej machiny turbokapitalizmu”. „Cyrkowe” opowiadanie „Przez rudą” dyskontuje śmieszne złudzenia naiwnego, mistycznego ekologizmu w stylu „new age” i wiary w reinkarnację. „Akupunktura” to okrutna, choć jak pozostałe opowiadania szampańsko zabawna drwina z ufundowanych na współczesnych aspiracjach, kobiecych marzeniach uczuciowych. Bieg czasu i liczne doświadczenia już dawno bez reszty odebrały mi niestety higieniczną umiejętność wybuchania śmiechem i pękania z tegoż śmiechu aż do trzymania się za brzuch. Mogę najwyżej uśmiechnąć się wewnętrznie, więc bez objawów zewnętrznych, no, czasem na mojej twarzy pojawia się „uśmiech Giocondy”. Gdybym jednak potrafił, rżałbym i rechotał tubalnie przy lekturze „Frytek z cukrem” nieustannie. Bo to wspaniała, szampańska lektura.

Adam Wojtyszko – „Frytki z cukrem”, ilustracje Wanda Koss, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2026, str.184, ISBN 978-83-8382-510-6

Ryszard Koziołek – Midas eseju literackiego

Ostatnie sezony czytelnicze przyniosły mi kilka nowych zaciekawień, a nawet fascynacji literackich, choć wydawało mi się, że jestem już na to za stary. Aż tu nagle, kilka lat temu, wpadł mi w ręce tom esejów literackich „Dobrze się myśli taką literaturą” profesora Ryszarda Koziołka i już po lekturze pierwszego wiedziałem, że „to jest to”. Niedługo później pojawiły się: „Wiele tytułów”, „Czytać, dużo czytać” i „Ciała Sienkiewicza” i moja satysfakcja była poczwórna. Nikt dotąd „tak” nie pisał o swoich lekturach, w stylu niepodrabialnym, finezyjnie, zabawnie, erudycyjnie, a nade wszystko odkrywczo interpretacyjnie. Koziołek pomysłowo odkrywa w klasycznych i renomowanych tytułach sensy przez wielu innych prawdopodobnie nawet nie przeczuwane. Z brawurową inwencją zestawia na przykład afrykańskie utwory Henryka Sienkiewicza i Josepha Conrada osiągając dzięki tej komparatystyce frapujący efekt debaty wokół kolonializmu. Podobnie – zestawiając „Lalkę” Prusa z „Hrabim Monte Christo” Dumasa i odnajdując między nimi paralele natury psychologicznej. W prozie Camusa, uważanejpotocznie za ponurą, odkrywa śmiech obficie rozsiany na jej licznych stronach. W eseju „Człowiek skulony” z erudycją i brawurową błyskotliwością apeluje o praktykowanie otwartego modelu lektury, o niezamykanie się w swojej „bańce” i czytanie „wszystkiego”, także tego, co nie odpowiada nam estetycznie czy ideowo, bo tylko taka wieloraka lektura, obejmująca także literaturę obcą nam estetycznie czy treściowo prawdziwie poszerza horyzonty czytającego. Z satysfakcją konstatuję przy tej okazji, że – zgodnie z kryteriami Koziołka – mógłbym być dla niego modelowym ideałem czytelnika, jako że czytam zarówno wielką klasykę, poważną prozę współczesną, polską i obcą, jak i – mimo wieku – powieści przygodowe Maya, Verne’a, Dumasa, Conan Doyle’a, Lucasa, kryminały Chandlera, eseistykę literacką, a nawet stalinowskie pamflety i powieści socrealistyczne, których kolekcję zgromadziłem (ale nadal nie mam „Fundamentów” Jerzego Pytlakowskiego) i naprawdę nie powiedziałem tu ostatniego słowa. Nie bójmy się tego słowa – jestem nałogowym książkożercą lub jak kto woli – książkojadem. Taką pochwałą różnorodności jest esej „Pani Literatura” poświęcony pisarstwu Olgi Tokarczuk. A kto by, dajmy na to, chciał zrozumieć coś z filozofii Nietzschego bez wgryzania się w dziesiątki hermetycznie i mętnie napisanych traktatów, ten powinien przeczytać doskonały i kryształowo jasny esej Koziołka „Jak reformuje się młotem”.

I oto właśnie ukazał się kolejny tom esejów Ryszarda Koziołka, „Ćwiczenia z wyobraźni teologicznej”. Tym razem znamienity autor wyszedł z przestrzeni czystej świeckości i zajął się tematami literackimi w ich interakcjach z zagadnieniami teologicznymi, nie zawsze rozumianymi literalnie. Te interakcje i związki bywały i bywają rozmaite. Zbiór otwiera esej o poezji Johna Donne, protestanckiego kaznodziei i wierszopisa, gdzie połączenie literatury z teologią jest integralne i klarowne. Ale już w bajecznie błyskotliwym i erudycyjnym eseju „A gdyby nam się narodził?” pokazuje całe monstrualne skomplikowanie i zawiłość tych relacji, interakcji i związków. W „Rodzić się po ludzku” naświetlił zagadnienie związków między literaturą a teologią na gruncie ukazywania ludzkiej cielesności i seksualności. W „Śmiechu Jezusa”, wychodząc od intrygującego pytania (stawiał je też Umberto Eco w „Imieniu Róży”), czy Jezus Chrystus śmiał się i żartował, dokonał brawurowej kulturowo-psychologicznej analizy fenomenu śmiechu. Oparcie analizy powieści Faulknera „Absalomie, Absalomie” na wątkach zaczerpniętych ze Starego Testamentu jest oczywistością nie tylko z uwagi na genezę tytułu, ale także na problematykę moralną tego dzieła. Atoli ile trzeba mieć wrażliwości, spostrzegawczości, kreatywności myślowej i wiedzy, by ze spojrzenia skierowanego na stopy Chrystusa na dwóch obrazach, Mantegni i Piero della Francesca wywieść istny poemat eseistyczny. A tak czyni Koziołek. „Trzy ucieczki Boga” wprawiły mnie niemal w osłupienie. Choć kiedyś do kościoła chodziłem, czytań z Ewangelii słuchałem, a nawet nieco interesowałem się tymi zagadnieniami, nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, by losy Jezusa Chrystusa zobaczyć jako dzieje jego „trzech ucieczek”: z ziemi do nieba, z nieba do ziemi, i z powrotem z ziemi do nieba. Okazuje się jednak, że ja, ateista, nawet z nieco bluźnierczymi skłonnościami, miałem szczyptę pozaświadomej intuicji i w reakcji na frazę o „poszukiwaniu Boga” śmieszkowałem, że jeśli Bóg bawi się z nami w chowanego, to jest niepoważny i nie warto aspirować do konfidencji z nim. A zobaczyć w młodym Jezusie aroganckiego, krnąbrnego nastolatka i odkryć w na wskroś laickiej „Lalki” Prusa pokłady teologiczne, może tylko Ryszard Koziołek. Trzeba też mieć fenomenalne talenty prestidigitatorskie Koziołka, by zagadnienia teologiczne zaszyte w „Krzyżakach” zobaczyć poprzez myśl teologiczną Josepha Ratzingera. I nawet prosty rycerz-osiłek Zbyszko z Bogdańca posłużył Koziołkowi, by zobaczyć w nim ucieleśnienie dylematów ówczesnego chrześcijaństwa w Polsce, a rezultat bitwy pod Grunwaldem jako teologiczne zwycięstwo płodnej Polski z Bogurodzicą na czele nad niepłodnym z definicji, bo pogrążonym w celibacie Zakonem Krzyżackim. Kilka esejów poświęcił Koziołek kryzysowi instytucji Kościoła katolickiego, także przez pryzmat teologiczny, ale w ramach tego samego eseju, poświęconego ramowo turystycznym perypetiom autora w Neapolu (kradzież portfela, lęk o auto) potrafił w zagadnienia teologiczne wpleść osławioną „szarżę lekkiej brygady” podczas wojny krymskiej 1853 roku, czyli samobójczą samorzeź brytyjskiej konnicy.

Czegokolwiek Ryszard Koziołek, ten Midas polskiej eseistyki literackiej dotknie, zamienia się w eseistyczne złoto. Jednak chyba najbardziej na wskroś teologiczny esej pomieszczony został jako ostatni w zbiorze. Nosi on tytuł „A potem umarł”. To esej wielowarstwowy. Mówi przede wszystkim o „opuszczeniu człowieka przez Boga”, o opuszczeniu wiernych przez przez pyszny i zachłanny kler, ale także o „szarości prawdziwej mądrości”, o szarości prawdziwej wiary, o szczerej szarości protestantyzmu i uporczywych próbach uratowania katolicyzmu poprzez nadanie mu pociągającego wiernych blichtru (słynna kwestia o protestantyzmie i katolicyzmie, wypowiedziana przez Grosglicka w „Ziemi Obiecanej” Reymonta, w ekranizacji Wajdy – przez Moryca Welta w kreacji Wojciecha Pszoniaka). Na sam finał, w ostatnim podrozdziale ostatniego eseju, Koziołek stawia pytanie „Jak uśmiechnąć się do życia w Wielki Piątek?”. I napisał tak: „Tylko sztuka to potrafi. „Odmłodzić świat”, czyli uczynić go na naszych oczach trwającym, dobrym i sensownym. „Boskim”, choć Boga straciliśmy na wieki. Zostawił nam porzucony przez siebie świat przekreślony na krzyż i szarą monotonię powszechnego losu istot śmiertelnych. Nie ma Go z nami, a więc nie ma ani jednej prawdy, ani wspólnych zasad. A mimo to wielu stara się żyć i działać tak, jakby świat mógł kiedyś być dobrym miejscem dla Boga”. Ale nie myślcie, przy okazji tej teologii, że Koziołek to jakiś solenny poważniś. Cała jego eseistyczna narracja przesycona jest finezyjnym humorem, i nie mam na myśli tylko jego anegdoty o ripoście na publicznie zadane mu pytanie biskupa Zimonia, dlaczego Jan Paweł II czytał „Krzyżaków” Sienkiewicza podczas ich spotkania w Castel Gandolfo. „… aby lepiej zrozumieć kardynała Ratzingera” – rzucił błyskawicznie Koziołek.Czytać, dużo czytać – profesora Ryszarda Koziołka. Bez jego esejów, przynajmniej ja, ani rusz.

Ryszard Koziołek – „Ćwiczenia z wyobraźni teologicznej”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, str. 230, ISBN 978-83-8396-300-6

Chimery antyczne

Ilekroć czytam prozę Johna Bartha zawsze najpierw przychodzi mi na myśl jego „Bakunowy faktor” (tę właśnie powieść, a nie „Koniec drogi”, choć ta jest bardziej reprezentatywna dla jego metody) i esej o „literaturze wyczerpania”. Pierwszy dlatego, że Barth jest arcymistrzem literackiej metamorfozy, przetworzenia, a bardzo lubię pastisz, zwłaszcza literatur dawnej. Drugi dlatego, że wbrew czemuś w rodzaju obiegowej opinii fundamentalna diagnoza tego eseju z 1967 roku jest aktualna. Tradycyjne języki, metody i konwencje literatury co prawda ocalały, a nawet powróciły w tzw. głodzie typowej narracji, opowieści, ale już jako popłuczyny, w formie tzw. literatury popularnej mnożącej się jak króliki albo grzyby po deszczu. „Chimera” ukazała się zarówno po „Bakunowym faktorze” (1960), jak i po „Po końcu drogi” (1964), a też i po „Literaturze wyczerpania” (1967), bo w roku 1972. Każda z trzech minipowieści odnosi się do innego wątku starej, literackiej klasyki. Barth najwyraźniej zatęsknił za wpisaniem się w tradycję literacką o znacznie starszej tradycji niż literatura oświeceniowa, a historycznie sięgająca prapoczątków Stanów Zjednoczonych Ameryki („Bakunowy faktor”), za tradycją literacką o najszerszym wspólnym mianowniku – starożytną.

„Dunjazadiada” to opowieść młodszej siostry Szeherezady o genezie jej baśni, którymi przez tysiąc i jedną noc raczyła swojego wroga, groźnego monarchę. Rzeczywiście, nie przypominam sobie, by ktokolwiek, czytając opowieści tysiąca i jednej nocy zastanowił się, skąd młoda kobieta (i to w tamtych czasach) mogła zdobyć taką wiedzę i doświadczenie, o jakich świadczyły jej opowieści. „Perseida”, to opowieść Perseusza, który po uwolnieniu Andromedy i obróceniu wrogów w kamienie, doznał duchowego załamania (depresji?). „Bellerofoniada”, to opowieść pogromcy Chimery, zakłócana zewnętrznymi czynnikami i naznaczona fałszem, nieustannie zatrzymująca się w martwym punkcie. Rejestry, do których sięgnął Barth nie należą do tych najbardziej kanonicznych, przeciwnie – do tych, gdzie antyk wyradza się we własną parodię, pogrąża w nastrojach odległych od powagi i dostojeństwa Homera czy triady Wielkich Tragików Greckich. To raczej rejestry Plautusa czy Petroniusza niż Sofoklesa czy Marka Aureliusza. Ale to też rejestry wybitnych „przedrzeźniaczy” antyku, Jacquesa Offenbacha, Jeana Anouilha, Jeana Giraudoux, Thorntona Wildera, Jacka Bocheńskiego. To oni pokazywali starożytnych Greków i Rzymian jako degeneratów, zboczeńców, rozpustników i gwałcicieli. To jednak tylko anegdotyczny wymiar „Chimery”, któremu skądinąd tłumacz i autor posłowia Krzysztof Majer przypisuje sens wyłącznie metaforyczny. W istocie postacie i sytuacje „antyczne” są jedynie kostiumem dla pokazania fenomenu przemian obyczajowych i kulturowych przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, w tym feminizmu i rewolucji seksualnej. Znajduje to odzwierciedlenie w silnej, często obscenicznej cielesności i seksualności. Równie, a może bardziej ciekawy jest wymiar formalny. „Kluczem do prozy Bartha jest powtórzenie” – napisał w posłowiu Krzysztof Majer, wspominając też o figurach kolistości, labiryntu i idącej wzwyż spirali. Istotnym motywem „Chimery” jest też przeciwstawienie esencji i stałości – wielości, płynności, nieustannego ruchu, któremu towarzyszy wielogłos. Czyta się „Chimerę” z uczuciem kompletnej świeżości, a przecież to rzecz sprzed ponad półw iecza.Stary i zawsze wyśmienity Barth.

John Barth – „Chimera”, przekład i posłowie Krzysztof Majer, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, str. 393, ISBN 978-83-8196-676-4

Gombro polski i argentyński

Na tle jego powieści, opowiadań, sztuk i dzienników, „Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie” zawsze traktowane były jako pozycja nie tyle może marginalna czy nieważna, ale na pewno uboczna. Nie myślowa, nie artystyczna, nie ekscentryczna, nie odkrywcza – ot takie sobie wspominajki panicza Witolda z młodości w międzywojennej Polsce, pobyty w Zakopanem w pensjonacie ze starymi hrabinami i młodym hrabią Tadziem Brezą, warszawskie kawiarnie literackie pełne zwischenrufów, delikatne echa życia politycznego, n.p. kawałek z przewrotu majowego, którego odgłosy, czyli wystrzały, 22-letni Witold tylko słyszał z okna, bo takie zbiegowiska były dla niego zbyt „gminne” i ani myślał mieszać się z tłumem gapiów. Poza tym pobyt w „Pahyżu”, który nie zrobił etc., etc., etc. Pyszne to anegdotycznie, niezwykle zajmujące, prawie sienkiewiczowskie w brawurze narracji, a właściwy Gombrowicz dopiero się w tym zaznacza. Polska lat 20-tych i 30-tych widziana oczyma młodego Witolda jest zabawna, groteskowa, pretensjonalna, megalomańska, ujutna, prostacka i dowcipna na przemian, mężczyźni mało poważni, panie z lekka komiczne, wszystko jakby trochę umoczone sosie Mniszkówny, Rodziewiczówny i Dołęgi Mostowicza, tango Milonga i foxtroty słychać naprzemiennie z I Brygadą i „żurawiejkami”. Ogólnie – „byczo jest”. Autorka posłowia Ewa Piwońska określa „Wspomnienia…” jako oryginalną mikrohistorię tamtego burzliwego czasu, który jawi się jako gwałtowny i zarazem przerwany przez wybuch wojny skok Polski w nowoczesność”. Z kolei „Wędrówki po Argentynie” są mieszaniną reportażu, relacji etnograficznej, zapisem przygód, dziennikiem podróży, wędrówki intelektualnej, studium tożsamości i odmienności kulturowej i panoramą epoki. Gdyby jednak pokusić się o gatunkowe przyporządkowanie, to najlepiej pasowałby do nich szeroki termin „podróż literacko-intelektualna. Bez lektury „Wspomnień..” i „Wędrówek…” poznanie „istotnego” Gombrowicza nie dozna uszczerbku, bo to rzecz z trochę innego porządku niż „istotny” Gombrowicz. Ale bez nich poznanie go nie będzie tak przyjemne.


Witold Gombrowicz – „Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie”, posłowia: Maciej Urbanowski i Ewa Kobyłecka-Piwońska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, str. 640, ISBN 978-83-08-08187-7

Prus nadal w śledztwie

To fakt paradoksalny, że jeden z najwybitniejszych i najsławniejszych pisarzy polskich, lokator wszystkich list lektur szkolnych w Polsce od ponad stu lat pozostaje jako osoba postacią tajemniczą i nierozpoznaną do końca. Znawcy Prusa należący do historycznego już pokolenia badaczy, Zygmunt Szweykowski, Henryk Markiewicz, Janina Kulczycka-Saloni, Józef Bachórz albo o tych tajemnicach nie wiedzieli, albo raczej przechodzili nad nimi do porządku dziennego. Taki był wtedy duch czasów badawczych. Meandrami psychiki pisarzy raczej się nie zajmowano, najwyżej wzmiankowano ale nie poddawano analizom. Dopiero badacze tacy jak Jan Tomkowski czy Ewa Paczoska, z pokolenia następnego, postawili akcent na psychoanalizę osobowości pisarskich, w tym przypadku pozytywistów. Być może coś przegapiłem, ale wydaje mi się, że prekursorką psychoanalitycznego nurtu badań prozy Bolesława Prusa i pozytywizmu jest Ewa Paczoska z jej wspaniałym książkowym esejem „Lalka czyli rozpad świata”, a do niej dołączył Jan Tomkowski ze zbiorem esejów „Mój pozytywizm”. Tendencję tę wspaniale i kunsztownie literacko rozwinęła Olga Tokarczuk swoją „Lalką i perłą”. Po latach pojawiło się autentyczne „śledztwo autobiograficzne” Moniki Piątkowskiej zatytułowane „Prus”. Autorka prześledziła w nim biografię pisarza, próbując lub nawet uzupełniając tajemnicze czarne w niej szczeliny i zdzierając nieprzenikalne blendy. Detektywistyczno-psychologiczny temperament Piątkowskiej umożliwił jej odkrycie pod wizerunkiem poczciwego, starszego pana z bródką okularach, karmiącego gołębie i rozdającego cukierki dzieciom swoistego demona, maniaka, obsesjonata, targanego namiętnościami nerwusa, skrytego ambicjonera i kobieciarza. Nie minęła nawet dekada od ukazania się „śledztwa” Piątkowskiej, gdy podjęła je Iwona Kienzler i również napisała opowieść biograficzną pod identycznym tytułem „Prus”, tle że z podtytułem „Ukryte życie pisarza”. Jej książka jet podobnie jak tamta frapującą lekturą, mniej naukowo ujętą, bardziej popularna w konwencji, ale równie pasjonująca w lekturze. I znów wiemy nieco więcej o tajemnicach życia pisarza i ich odzwierciedleniach w jego prozie, ale nadal nie wszystko. Dlatego gorąco polecając lekturę „Prusa”, czekam na śledztwo następne.

Iwona Kienzler – „Prus. Ukryte życie pisarza”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2026, str. 366, ISBN 978-83-868577-15-0

Niecnoty pod cnotami

Sam pomysł pokazania ciemnych stron biografii sławnych postaci nie jest pomysłem nowym. Demaskowanie wstydliwych tajemnic sławnych bohaterów i autorytetów, podobnie jak plotkarstwo, to ulubiony ludzki, nie tylko pisarski i dziennikarski sport. Wszystkie właściwie porządne biografie, poza ewidentnymi hagiografiami, są rodzajem demaskacji publicznych legend i kultów. No przecież wiadomo, że „kto jest bez grzechu…”, „wszyscy jestesmy tylko ludxmi”. Nikt, więc taką książką można by napisać o każdej znanej postaci. Otto English zdecydował się na Johna F. Kennedy’ego, Ernesto Che Guevarę, Matkę Teresę z Kalkuty, Andy Warhola, Coco Chanel, króla Anglii Henryka V, Johna Wayne. Do tego dodał postacie, które prawdopodobnie są sławne w anglosaskim kręgu językowym: Douglasa Badera, kapitana Scotta i Thomasa Midgleya. W takiej publikacji o postaciach różnorodnych (polityk, rewolucjnnista, kreatorka mody, zakonnica-misjonarka, awangardowy artysta, średniowieczny monarcha…) różnorodne są też grzechy. Cnotliwy publicznie JFK był m.in. Kobieciarzem, Coco Chanel miała nazistowski epizod w poglądach, szlachetny Che Guevara nieszlachetnym okrutnikiem, Matka Teresa z Kalkuty osobą nieczułą i wygodnicką, a John Wayne, filmowa ikona amerykańskiej dzielności wojennym dekownikiem (w domyśle – tchórzem). Czyta się tę rzecz wybornie, jak pasjonujący kryminał.

Otto English – „Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy”, przekład Aleksandra Arumińska, JK Wydawnictwo Feeria, str. 528, ISBN 978-83-68516-67-8

Na śmietniku historii

Co mnie w pierwszym rzędzie uderzyło podczas tej lektury, to fakt że żaden z interlokutorów autorów książki i wzmiankowanych w niej licznych

postaci nie zrobił nie zrobił kariery politycznej prawdziwego zdarzenia. Osamotnionym wyjątkiem jest Roman Giertych, współzałożyciel Młodzieży Wszechpolskiej. Jeszcze tylko Leszek Bubel, wyjątkowo obleśny typ antysemity zaliczył jedną kadencję sejmową jako poseł, ale jako dziwadło a nie poważna osoba. Reszta ledwo przemazała się przez życie polityczne jako założyciele bądź członkowie licznych mało liczebnych organizacji, mających w nazwie zazwyczaj przymiotnik „narodowy”. Do tego większość z nich roiła się w czasach przedsmartfonowych i przed wybuchem masowego obyczaju fotografowania telefonem wszystkiego, wszędzie i przy każdej okazji. Do tej pory nie wiem więc jak wygląda n.p. Adam Gmurczyk czy Robert Holocher, ten drugi zresztą nie wiem dlaczego nawet w książce nie wymieniony. Swoją drogą osobliwe wrażenie czyni nazwisko i jakoś tak „hitlerowsko” brzmiące nazwisko polskiego działacza ruhcu narodowego. Żadnego z nich ani razu nie widziałem w telewizji, choć działali przez lata. Drugie co uderza w wypowiedziach „bohaterów” książki, to ich pustka, totalna jałowość intelektualna i ideowa oraz stosowane przez nich szablonowe frazesy „narodowe”. I trzecie, to wrażenie osobliwości wynikające z faktu, że działacze organizacji określających się jako „narodowe” nie byli w stanie zdobyć poparcia nawet więcej niż jednego-dwóch procent wyborców. Jest coś komicznie groteskowego w fakcie, że organizacje mające w nazwie ów „szumny i dumny” przymiotnik są wstanie osiągnąć jedynie mikroskopijne poparcie. Nie znaczy to oczywiście, że tego typu tendencje należy lekceważyć, tym bardziej że ostatnio przybierają na sile, ale ten generalny fakt wypada odnotować.

Książka Rafała Pankowskiego i Przemysława Witkowskiego, będąca autorskim portretem polskiego nacjonalistycznego radykalizmu, składa się z dziesięciu wywiadów z działaczami reprezentującymi ten nurt, ale na ogół już obecnie będących poza nim (owa tytułowa droga „od radykalizacji”). Analityczna i dokumentacyjna treść książki, czyni ją cennym, choć zapewne niekompletnym kompendium wiedzy o radykalnym nacjonalizmie. Uzupełnia ją bibliografia, która zainteresowanym tym tematem ułatwi poszerzenie wiedzy.

Rafał Pankowski, Przemysław Witkowski – „Im ostrzej, tym lepiej. Do i od radykalizacji”, Książka i Prasa, Instytut Narutowicza, str. 363, ISBN 978-83

Gdynia, miasto sensacji

Gdynia kojarzy mi się ze słonecznymi spacerami wakacyjnymi, prowadzącymi do portu arteriami takimi jak ulice Świętojańska czy Władysława IV, przedwojenną halą targową, rozległą płaszczyzną portu, a także z okrętem „Bolesław Chrobry”, którym w sierpniu 1939 roku odpłynął do Argentyny młody Witold Gombrowicz. Fakt ten stał się inspiracją sztuki Pawła Huelle „Kolibra lot…”.. To nie koniec gdyńskich skojarzeń, a dobrych kilka lat temu nakładem Wydawnictwa MG ukazały się dwie obyczajowo-sensacyjne powieści Michała Piedziewicza o przedwojennej Gdyni, która była swoistym „polskim Klondike”. I właśnie ukazała się jego kolejna powieść, „Dżoker”, nie mylić ze starą powieścią Kazimierza Brandysa. Nota wydawnicza tak ją przedstawia: „Gdynia, czerwiec roku 1929. W rosnącym dynamicznie mieście przecinają się ścieżki pracującej na poczcie młodej urzędniczki Łucji, jej rówieśnika, początkującego dziennikarza Adama Grabskiego, oraz Krzysztofa Wilczyńskiego – weterana wojen (choćby z bolszewikami), a współcześnie uczestnika przemytniczych wypraw nad granice z Rzeszą i Wolnym Miastem. Mijają lata, mimo szalejącego na świecie kryzysu „Gdynia się rozbudowuje”. W Gdańsku władzę przejmują naziści. Trwa „zwycięski pochód kina mówionego”, Polska zakochuje się w sukcesach Żwirki i Wigury (tym bardziej że bohaterowie nader prędko giną w katastrofie), w morze wypływają kolejne transatlantyki. W rozpoczynającym nadawanie radiu usłyszeć można Kiepurę („jednego z najgłośniejszych śpiewaków światowych!”), zaś w Zakopanem Witkacy na swych biletach wizytowych pisze brawurowe D.U.P.A. Miłosny trójkąt, ryzykowne przedsięwzięcia i wiara, że wszystko musi się udać. A przecież obok Gdańsk. I niewyrównane rachunki z przeszłości… Dżoker to opowieść o trzydziestolatkach, którzy w latach trzydziestych mieli wszystko i mocno chcieli wierzyć, że tak już zostanie na zawsze.
Niestety, to nie oni rozdawali karty… „

Michał Piedziewicz – „Dżoker. Sensacyjna opowieść o Gdyni”, MG Wydawnictwo, Warszawa 2026, str. 496, ISBN 978-83-8241-202-4

Atlas nasz współczesny

W epoce internetu wydawanie atlasów najrozmaitszego autoramentu wydaje się być coraz bardziej ryzykowne rynkowo. Ślepiąca w smartfony większość (biomasa) albo już dawno odzwyczaiła się lub nigdy nie miała nawyku oglądania ciężkich atlasów. Gdzie ciężki atlas, w którym wszystko jest dostojnie nieruchome, a gdzie te migające ekraniki Dwa różne światy, dwie różne cywilizacje. I nic nie wskazuje na to, by ta pierwsza miała zwyciężyć. Przeciwnie, gotów jestem założyć, że przedmiot o nazwie „atlas” we wcale nieodległej przyszłości przejdzie do historii edytorstwa

„Od swych renesansowych początków, po naszą późną nowoczesność „atlas” pozostaje kategorią trudną do precyzyjnego zdefiniowania, oscylującą między nauką a sztuką” – czytamy w nocie edytorskiej. Nazwa wywodzi się od postaci mitologicznego tytana (atlasa). Taki atlas dźwiga na własnych barkach rozpadający się na naszych oczach świat. To „melancholijne ćwiczenie z bezsilności, forma niekończącej się żałoby, która przedłuża „atlasowy gest” w nieskończoność i nadaje mu obsesyjny charakter. To poczucie bezsiły wobec „całego świata boleści”. Obszerna, przekrojowa publikacja pod redakcją Tomasza Szerszenia prezentuje dwudziestowieczne oraz najnowsze formy i metamorfozy kategorii atlasu. Książka zawiera kilkadziesiąt tekstów (zarówno naukowych, jak i literackich) oraz kilkaset ilustracji, w tym fragmenty projektów artystycznych i dokumenty wizualne. Wśród nich między innymi te autorstwa: Lorraine Daston, Giuliany Bruno, Georges’a Didi-Hubermana, J.L. Borgesa, Viléma Flussera, Judith Schalansky, Gertrudy Stein, Michela Serresa, Anny Tsing, Georges’a Duthuita, Teresy Castro, Benjamina Buchloha, Aby’ego Warburga, Róży Luksemburg, Hannah Höch, Gerharda Richtera, Jadwigi Maziarskiej, Zofii Rydet, Mathieu Pernota, Diany Lelonek. Książka została uzupełniona rozbudowanymi komentarzami autorstwa Tomasza Szerszenia, Agnieszki Daukszy, Balbiny Tarnowskiej i Elizy Gościniak.

„Atlas. Antologia pod redakcją Tomasza Szerszenia”, Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2025, str. 568, ISBN 978-83-8325-197-4

Czy Polska kiedyś wyjdzie z bezformia?

Nie tylko Gombrowicz pisał o polskim bezformiu. Widział je Witkacy, Brzozowski i wielu innych. Polskiego bezformia nie sposób sobie wyobrazić bez podróży na przykład do Italii, Francji czy Hiszpanii. Tam, w tych krajach forma silnie, na każdym kroku wiąże architekturę, przestrzeń publiczną i sposoby życia. Polska zawsze cierpiała na brak formy, bez której w przestrzeni życia dominuje bylejakość, nijakość i brzydota. „Atlas (polskiego) bezformia” to tekstowo-wizualny rekonesans, mający na celu rozpoznanie i przetestowanie możliwych znaczeń i ścieżek bezformia w polskim kontekście. Na czym jednak polega polskie bezformie? Zadawszy to pytanie i próbując na nie odpowiedzieć rozważyć, autorzy przywracają kategorii bezformia historyczny i społeczny kontekst, wskazują na konkretną materialną i przestrzenną topografię. Wojna, zagłady, brutalna transformacja ekonomiczna, industrializacja i katastrofa ekologiczna, specyficzne doświadczenie bezsilności – oto zarysowane tu kierunki poszukiwań źródeł tego zjawiska. Polska w ostatnim trzydziestoleciu dokonała ogromnego postępu ekonomicznego i cywilizacyjnego, ale bezformie nie ustąpiło. Może nie jest już tak jaskrawe, jak jeszcze trzy dekady temu, ale nadal dokucza oczom i poczuciu estetyki. O tym traktuje ten atlas.

 Agnieszka Dauksza, Tomasz Szerszeń – „Atlas polskiego bezformia”, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2026, str. 88, ISBN 978-83-8325-237-7

Poprzedni artykułWacław Holewiński – Mebluję głowę książkami
Następny artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 26.06-09.07

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko