Strona główna Rok 2026 Nr 615 Adam Lizakowski – Zapiski znad jeziora Michigan i spod Wielkiej Sowy

Adam Lizakowski – Zapiski znad jeziora Michigan i spod Wielkiej Sowy

0
15

Przybyłem z Kalifornii do Chicago w ostatniej dekadzie XX wieku. Miasto oddalone tysiące kilometrów od Polski traktowałem jako polskie miejsce, na mapie Ameryki, w którym poza krajem mieszka najwięcej Polaków. Jak wielu Polaków w kraju bardzo chciałem zobaczyć te legendarne miejsce osnute mitami na własne oczy. Jak takie takie miasto z setkami tysięcy Polaków wygląda na ziemi Waszyngtona, czy da się je  opisać tak samo jak miejsca w Polsce, aż stanie się „nowa ojczyzną”, tzw. małą ojczyzną literacką. Wiadomo, Chicago to nie Kraków czy Warszawa, gdzie od wielu pokoleń najwybitniejsi  poeci opisują uroki miasta, a ono pojawia się w ich wierszach, piosenkach, wspomnieniach. Te największe historyczne  miasta to nie tylko natchnieniem dla poetów, ale  zbiór budynków czy układ urbanistyczny, ale żywy organizm społeczny, przestrzeń polityczną oraz miejsce kształtujące ludzką tożsamość i psychikę. Z dumą mówią o nich nie tylko poeci, ale zwykli szarzy mieszkańcy, którzy znaleźli się za oceanem.  Architektura, zabytki oraz urbanistyka wpływają na poczucie przynależności mieszkańców i estetykę ich życia. Stąd tyle organizacji i stowarzyszeń osób pochodzących z tych miast, lub związanych z nimi.

Czy Chicago ma do zaoferowania polskim poetom, pisarzom, malarzom, literatom,  to samo co miasta w Polsce, czy tylko żyje w listach i wspomnieniach tych co wyjechali za chlebem panie, za chlebem?  Nie wiedziałem, czy prawie milionowa Polonia chicagowska byłaby w stanie utrzymać poetę, lub poetów, skoro, odpowiedź sama  się nasuwa nie. Przecież w Krakowie, czy Warszawie nie ma chyba poetów, którzy by żyli tylko i wyłącznie z pisania wierszy. Za komuny takie cuda były możliwie, ale komuna upadła a wraz z nią znaczenie i rola poezji i poetów. Wraz z upadkiem komuny można było już śmiało i odważnie demaskować „American Dream”, czyli amerykański sen o Ameryce, to jest wyobrażenia o bogatym i gościnnym kraju, w którym ciężka fizyczna praca na budowach czy przy sprzątaniu, nie jest powodem do dumy, aby o tym pisać w listach do Tarnowa, Rzeszowa, Moniek, Rabki czy Białego Dunajca i wielu, wielu innych miejsc w Polsce.

Praktycznie polskie Chicago znałem tylko i wyłącznie z opowieści ludzi, którzy raczej dobrze miasta nie znali, ale się o nie „otarli” i je mitologizowali,  co dla mnie było bardzo podejrzliwie, aby  traktować je na poważnie.  Nic o „polskim mieście” nie czytałem, ani nic nie natrafiłem. Na myśli mam literaturę, prozę i poezję, twórczość ludzi, którzy faktycznie w tym mieście żyli i mieszkali, a nie kogoś, kto przyjechał do cioci na wakacje, albo do pracy na pół roku. Największe skupisko Polaków poza krajem, a praktycznie nic o tym polskim Chicago nie wiedziałem, poza złośliwymi epitetami, które nie będę tutaj powtarzał, aby nie robić przykrości znajomym, którzy wciąż w okolicach Chicago mieszkają.

Gdy postawiłem nogę na chicagowskim bruku, polskie Chicago praktycznie przestało istnieć, była to już agonia, oddychało tylko jednym płucem. Dwadzieścia lat później pozostała tylko historia, nieliczne niezamalowane polskie napisy nad sklepami i kilkanaście polskich rodzin wtopionych w społeczność mówiącą po hiszpańsku. Polska dzielnica Jackowo przestała istnieć po ponad stu pięćdziesięciu latach, jej główna aorta, czyli ulica Milwaukee została wspomnieniem, na szczęście została oficjalnie nazwana  Milwaukee Avenue Polish Heritage Corridor.  

Czego nie powiedział mi George Pullman?

Piszę o tym, bo tam byłem, dzielnica Pullman na południu Chicago, obecnie bardzo daleko od skupiska Polaków mieszkających na dalekiej północy, drugim końcu miasta i jego przedmieściach,  ale sto lat temu, było tam bardzo niewielu Polaków pracujących dla George Pullmana założyciela i producenta wagonów sypialnych. Praca wymagała znajomości fachu a przede wszystkim języka angielskiego, a tego nasi rodacy przed ponad sto lat nie posiadali. Spacerowałem nie tylko oczami wyobraźni po miejscu, które przeszło nie tylko do historii kolejnictwa, miasta, ale i świata.  Zobaczyć domy, ulice, sklepy, kościoły, parki pomyśleć o tym jak żyli ludzie, którym Pullaman traktował jak swoją własność, podobnie jak stół, krzesło czy talerz.  Mieszkańcy nie mieli prawa głosu, samorządu, wolnej prasy ani możliwości zakupu domów na własność. Moja duszą była spragniona tego, chciałem zaspokoić jej ciekawość, moje oczy chciały nasycić się  widokiem miejsca, w którym narodziło się socjalistyczne święto 1 Maja. Osiedle/miasteczko wybudowane dla pracowników w którym kapitalista przejmuje władzę nawet po pracy, kontroluje ich każdy ruch, oddech, gest.  Zakazał w mieście alkoholu, niezależnych zgromadzeń i kontrolował życie prywatne robotników.

Widoku tych ulic, domagały się oczy mojej wyobraźni, były głodne, a głód to pierwszy stopień do wszelkich szaleństw, o których nawet nie myśli człowiek nasycony.

 Na drugim końcu świata w Pieszycach w Sudetach Środkowych gdzie się urodziłem w połowie lat 50. XX wieku. 1 Maja, zawsze był hucznie obchodzony przez komunistów. Na nas dzieciaków było to utrapieniem, gdy musieliśmy maszerować w pochodach z czerwonymi  sztandarami, z podobiznami Marksa i Lenina w ręku. Co miała z tym wspólnego Chicago i Pullman, nawet o nim nic nie wiedziałem. Niewiele z tego wtedy rozumiałem, ani to, to, że komuniści święto klasy robotniczej „przerobili” na jeszcze jedną tubę ich propagandy.  Nie wiedziałem, że Eugene V. Debs był przywódca strajku w  zakładach Pullmana, Że był najpopularniejszym amerykańskim socjalistą XX wieku, jednym z największych przywódców strajku i bohaterów klasy robotniczej w historii Stanów Zjednoczonych. Strajk w zakładach Pullmana był najbardziej spektakularnym z szeregu niepokojących wydarzeń lat 90. XIX wieku. I teraz na początku XXI wieku chodzę wolnym krokiem i o tym rozmyślam.

Narodziny dumy i pychy Pullmana

Cała nienawiść i złość do Georga Pullmana

przybrała wielkość główki od zapałki, bo myślał

o sobie jak o słońcu źródle życia, czuł się jak car

Rosji lub Otto Bismarck ojciec narodu

chciał być amerykańskim tygrysem kapitalizmu

miał pazury i kły, miał bystry umysł

zadziorny i pragnący, śpiewał o sobie samym kołami

kół wagonów sypialnych i restauracyjnych –

czegoś więcej mogę chcieć od rzeczywistości

biorę pełnymi rękami to co daje mi codzienność

ciało zabitego prezydenta Lincolna podróżuje moim

wagonem sypialnym czy nie należy być wdzięczny

losowi, złośliwi niech mówią o mnie pochlebca

codzienności dbający o wygodę dla tyłków bogatych

firma nie dba o nasze dusze, chce tylko wycisnąć

dolarów z naszych ciał jak najwięcej pracy z naszych

rąk.

Kto uważał, że ten co prosi o chleb jest leniwym

i niezaradnym życiowo.  Tak widział lokalnych

robotników, lokalni jak głód, śmieci, smród rzeki

świat był inny nie do wyobrażenia. Kto trzymał

koronę drapieżnego kapitalizm w szufladzie

ze skarpetkami. Kto liczył zyski bez oglądania się

na koszty ludzkie wydawał pieniądze by uzyskać

ogromne zyski to, co najzwyklejsze najtańsze

najbliższe najłatwiejsze,  to dla takie łatwe jak

wypicie piwa przez lokalnego pijaka z siwą głową

i wychudła szczęka kiwającą się na ladą baru

rozbrzmiewają dźwięki trąbki chłopcy biegną

po partnerki kłaniają się sobie nawzajem

tańczą to takie łatwe dla nich to takie łatwe.

Osiedle Pullmana

W oku zmieściłem domy i pokoje

zbudowane od podstaw pierwsze miasto

przemysłowe dla pracowników, takie wielkie

takie ogromne, zmieściłem je w oku, nie w sercu

mój oddech i inspiracja, bicie serca

przepływ krwi i powietrza przez moje płuca

konduktor sprawdza bilety przechodzi przez pociąg

księgowy rozlicza lokatorów, dźwięk monet

unosi się w powietrzu

dźwięk ich równa się dźwiękowi

młotków pracowników kładących podłogę

blacharzy cynujących dach, głosom murarzy

wołającym o zaprawę stworzyłem miejsca pracy

emigrantom, analfabetom którym na Ellis Island

przypinano kartki z imieniem i nazwiskiem

rolnikom i mechanikom, lekarzom, nauczycielom

tych co zamiatają podłogi,  i tym co pilnują

moich spraw w sądach, bankach, kurwom i policjantom

pozwoliłem tym wszystkim oddychać tym samym

powietrze co ja oddycham i moja rodzina

zasadziłem trawniki, kwietniki, drzewa rzucające cień

ogrody z różami, ponad 1500 domów, kościół, szkołę

oraz budynki biurowe, sklepy, bibliotekę wszystko

to sobie wyliczyłem z każdego centymetra ziemi uczyłem

się czytania i pisania to rozkosz porannego wstawania

z łóżka i spotykania się słońcem, to mówi

George Pullman

Strajki Pullmana

To była ostatnia kropla potu, krwi, albo łza co

przelała kielich cierpliwości: obniżył o około 25

procent i tak już niskie płace pracujących po

12 godzin dziennie, powiedział jestem właścicielem

ich dusz i ciała, ich radości nieba są moje

ich męki piekła są ze mną, głębokie mroczne

niezadowolenie, wysokie opłaty, skurczony

żołądek do wielkości pięści śpiewa pieśń o chlebie.

Kto wyrzuconych z pracy

ludzi karmi Biblią i lękiem

a oni śpiewają: rodzimy się w domach

Pullmana, kupujemy w sklepach Pullmana

uczymy się w szkołach Pullmana, modlimy się w

kościele Pullmana, a po śmierci trafimy do jego piekła

słyszałem tę pieśń, piekło i rozpacz są nade mną

wiem  o czym mówią gaduły znam ich gadkę

na pamięć,  o początku i końcu i nigdy nie będzie

więcej doskonałości niż teraz

ani więcej nieba ani piekła niż teraz.

A można byłoby prościej to załatwić, tak po ludzku

Mówiąc:  Panie Pullman, proszę przestać pić

herbatę i podejść do okna i porozmawiać z nami

o tych podwyżkach, chyba jakoś się dogadamy

Pullman udaje, że nie słyszy, wtedy robotnicy

powiedzą bardziej stanowczo: Panie Pullman

chuju na kaczych łapach przestać wyciskać 

już tę cytrynę, ile można, przestań pić herbatę

pogadaj z nami i tak wszystkiego do grobu 

nie zabierzesz.

Nie widział ratunku dla siebie odmówił negocjacji

z robotnikami, zamknął swój dom i firmę

uciekł z miasta, to ja ten chory głupiec, skąpiec

przeklęty idiota dolałem benzyny do ognia strajków

nakręciłem sprężynę frustracji ludzi od Ohio aż po Kalifornię

Kto spowodował, że wybuchła przemoc, horror

bratobójcza wojna z wojskami federalnymi, żołnierze

maszerują czwórkami, strzelają do strajkujących

giną ludzie gorączka nikczemności zło napędza

to wszystko, zapomnieć o obelgach, uderzeniach

pałek i młotów, wyobraźnia, dźwięk dzwonków

alarmowych, krzyk ognia,  gwizd pary, tupot

pędzących lokomotyw i wozów strażackich

sądy stają po stronie właścicieli kolei

to George Pullman, to George Pullman.

,

Śmierć Pullmana

Żadna śmierć nie odważy się dotknąć cię palcem:

zmarł w wieku 66 lat  na zawał serca w Chicago

śmierć od dawna jeździła za nim pociągami po

wszystkich stanach szybciej niż wróżki

szybciej niż czarownice stalowy pociąg zatrzymał się

nocą na cmentarzu Graceland, para syczy, ktoś chrząka

tak naprawdę nie ma śmierci  a jeśli kiedykolwiek istniała

to była kołem napędowym.

Jakie to szczęście urodzić się kołem życia lokomotywy

śmierci stukot kół, stukot kół,  stukot kół

wciąż naprzód i naprzód:

w koła wplatają się słowa i żarty konduktorów

przez chwilę śpiewał kos, lokomotywa

zatrzymuje się tylko na stacjach narodzin:

spokojne i samotne, piękniejsza

niż wysokie obłoki na niebie.

Rodzina której wartość dorównuje wartości

wszystkich nieruchomości Pullmana obawia się

robotników których wartość spada z każdym dniem

o lśniących brodach, długich włosach, wąsach

twardych dłoniach:

Kowale, mechanicy, ślusarze z brudnymi i owłosionymi

Piersiami, chluby warsztatów, dumni, serdeczni, niespokojni

mogą odkopać ciało kapitalisty, dlatego je

włożono do wyłożonej ołowiem mahoniowej trumny

zalano betonem i przykryto asfaltem i papą i zalaną

kolejna warstwą betonu i nikt nie powie, że ciało jego

oddano ziemi, ani nie zaśpiewa: niech ci ziemia

lekką będzie, nie wyrośnie trawa, jedynie wiara

w sprawiedliwość, że po śmierci jesteśmy sobie

równi uskrzydla duszę, ziarnko piasku niczym

pojedyncza gwiazda staje się punktem na nieboskłonie

to George Pullman, to George Pullman.

Kiedyś, dawno temu, może nawet trzydzieści lat temu wracając autem  od przyjaciół z Ann Arbor, przedmieścia Detroit zatrzymałem się na południu Chicago na stacji benzynowej aby zatankować auto. Do miasta było jeszcze z piętnaście mil, ale downtown już było dobrze widoczne na tle wieczornego nieba. Kątem oka wychodząc z samochodu widział człowieka jak grzebał w śmietniku, ale nie zwróciłem na niego większej uwagi, niestety taki sceny na stacji nie należą do rzadkości. Zapłaciłem za benzynę i gdy zbliżałem się do samochodu, niespodziewanie podszedł do mnie sobowtór z krwi kości Georga Pullmana.  Rozpoznałem go od razu, wszystko potoczyło się tak szybko, że myśl skąd on się tutaj wziął wyprzedziło jego zdanie: pociągi i tak są lepsze od samolotów. Zapytałem WHY, wtedy się przedstawił jako George Pullman, twórca wagonów sypialnych: odpowiedziałem REALLY. Zamilkł i spuścił głowę, nawet był tak samo ubrany jak Pullman ze znanych mi fotografii historycznych, czysto i elegancko, jedynie jego siwa broda  dobrze podstrzyżona była umazana w keczupie, co sprawiło, że mimo woli uśmiechnąłem się do niego. Nie chciałem kontynuować z nim rozmowy w obawie, że poprosi o drobne na alkohol lub narkotyki,  a mój uśmiech zdziwienia odczyta jako przyjazny. Zawsze noszę w kieszeni kilka dolarów dla żebraków, bezdomnych i włóczęgów proszących o drobne. W pamięci miałem przykład w którym jeden człowiek w Teksasie  dał bezdomnemu pięć dolarów, a ten podał mu numery Toto-Lotka. Niestety numery okazały się trafne i ten nieszczęśnik wygrał sto milionów dolarów, które zniszczyły jego życie. Bałem się takiej sytuacji, bo w Chicago na w ten weekend też główną wygraną było sto milionów dolarów. Co ja tym z taką górą pieniędzy zrobił? Było by to ogromne nieszczęście, dlatego gram tylko w Toto Lotka, gdy główna wygrana nie przekracza takiej ludzkiej kwoty dziesięciu milionów dolarów. Tyle właśnie potrzeba, aby kupić samochód, ładny dom z  ogrodem, miałbym psa, dwa koty, drzewa owocowe, kwiaty i trawnik, który kosiłbym dwa razy w miesiącu. Kupiłbym też sobie małą restaurację, a raczej bar na nie więcej niż dziesięć stolików, po cztery krzesła na każdym, otwarty tylko pięć dni w tygodniu po dziesięć godzin. Soboty i niedziele wolne, niech znajomi się zastanawiają mówiąc: skąd ten dusi grosz ma tyle kasy, że pracuje tylko pięć dni w tygodni po dziesięć godzin dziennie? Zatrudniłbym dwie dziewczyny, w tym jedną kucharkę i pomoc kuchenną, sam usiadłbym na kasie i na wszystko miał oko. W restauracji miałbym polskie jedzenie, pierogi, gołąbki, flaki, barszcz czerwony, żurek z kiełbasa, naleśniki z serem, bigos i kaszankę smażoną  na boczku z cebulką. Dziesięć milionów to jest sumą z którą dałbym sobie radę, większa wygrana by mnie zabiła.

W głębi duszy  wiedziałem, że  Pullman jest złośliwy i podstępny, zniszczyłby mnie podając prawidłowe numery Lotka. Wygrana takiej kwoty byłaby kamieniem u mojej szyi, boję się ludzi bogatych i wielkich pieniędzy. Pullman bogacz gnębił robotników a przede wszystkim emigrantów z Europy Wschodniej,  w tym tysiące Polaków ciężko u niego pracujących i przymierających głodem.  Nie darzyłem go sympatią odkąd przeczytałem jego biografię. Wsiadłem do auta i wolno odjechałem, w lusterku widziałem jego twarz jak się rozpływa w mrokach nocy. Sobowtór George’a Pullman, nigdy więcej już mi się nie ukazał, niczego też więcej mi nie powiedział.

Co mi powiedział Gustavus Swift?

Figure with Meat, „Postać z mięsem”, to obraz irlandzkiego artysty Francisa Bacona z 1954 roku.(Obraz znajduje się w stałej kolekcji Instytutu Sztuki w Chicago, kilka razy podchodziłem do niego, ale zawsze mnie odpychał). Bacon do malowania tego obrazu wykorzystał działa dwóch innych artystów. Postać jest oparta na portrecie papieża Innocentego X pędzla Diego Velázqueza; jednak na obrazie Bacona papież przedstawiony jest jako makabryczna postać ubrana w fioletową pelerynę umieszczona pomiędzy dwiema połówkami krowy. Żebra zwierzęcia z dala przypominają skrzydła, które stwarzają wrażenie skrzydeł anielskich. (Nie wierzę, aby to był papież, według mnie jest pan G. Swift, największy rzeźnik świata). Drugą inspiracją do malowania tego obrazu było prawdopodobnie dzieło Rembrandta „Zarżnięty wół” z 1655 roku.

Francisco Baconie  z zazdrością patrzę na

twój obraz, jestem tym chłopcem co nie

tak dawno temu na kartki kupował

mięso, kiełbasę, salceson i słoninę

w moim dawnym raju Ewa nie podawała

jabłko, ale kiełbasę suszoną myśliwską

a któż to, a któż jest taki nieszczęśliwy

że tak maluje bezradnego papieża nie

papieża z rozmazaną twarzą przez ból

egzystencji jego niemy krzyk mrozi krew

z palcami jak szpony gryfa staje się nieprzyjemny

zamknięty w mrocznej otwartej klatce fotela

pasterz nie pasterz milionów ludzi cierpiących

i udręczonych, pasących się na łąkach ziemskich …

a więc jesteśmy zwierzętami cielesna ludzkość

różniąca się cienką granicą skóry

jesteśmy mięsem, mięsiwem myślącym mięsem

dla robaków jedzących bez przerażenia i bólu

jesteśmy zwierzętami ludzkimi wrażliwymi

pełnych emocji i godności, która malarz nam

zabiera czyniąc nas ludzi bezbronnym mięsem

mięsiwem dla robaków …

patrzyłem na obraz i szukałem w pamięci

dobre uczynki i niczego nie znalazłem

schowały się czekając na mój dzień śmierci

obrazem Francisa Bacona karmiłem

pamięć mięsem  tak bardzo oczekiwanym

zawieszonym na hakach

pieszyckich sklepów mięsnych sprzed

sześćdziesięciu lat, teraz na długim oddechu

mógłbym powiedzieć:

Pozdrawiam cię z miejsca gdzie nigdy nie byłeś

nawet nie słyszałeś o nim w stu dwudziestą rocznicę

twojej śmierci, nie myśl, że jestem wulgarny

ale dla kogoś takiego jak ty z marmurowego grobowca

z czterema greckim kolumnami moje słowa

są tylko dodatkiem do tego co mogłoby powiedzieć

stu twoich pracowników z rocznymi zarobkami

razem wziętych nie pokryłaby kosztów budowy

tego grobowca tak pięknego, że zapomina się

o bólu umierania, a chce się krzyczeć z radości…

Tajemnica rozwiewa się jak mgła „postać z mięsem”

to nie kto inny niż Gustavus Swift pan życia i śmierci

tysięcy krów i świń, tysięcy emigrantów

mieszkańców Chicago i okolic

Mr Swift nie krzyczy z bólu ani udręki

daleko mu do szaleństwa człowieka

to świat jest szalony, nie jest świętym

i daleko brakuje mu papieża.

Według socjologa Davida Niberta (1) rzeźnie w Chicago były znaczącymi potęgami gospodarczymi początku XX wieku i były „słynne z okrutnego, szybkiego zabijania i rozbierania ogromnej liczby zwierząt”. Aby, to wszystko zrozumieć i lepiej sobie wyobrazić, trzeba to wszystko zobaczyć na własne oczy. Byłem tam, nie jako turysta, ale jak mieszkaniec Chicago i Polak i wiedziałem to co opisuję i usłyszałem do swojego profesora z Columbia College Dominica Pacygi  (2), który napisał wstęp do mojej książki pt. Chicago City of belief, (3).

Kurz w tym mieście jest lekki

pochodzi ze słońca, ale są i tacy

co twierdzą, że z ziemi, z tej samej

co powstał człowiek …

Gustavusie Switf, złamany chuju

gnębicielu robotników i emigrantów

nie myśl, że będę ci dziękował tak jak

przewielebny duchowny, niezwykły

zbieracz funduszy  złotousty 

Thomas Wakefield Goodspeed  

za to, że w pierwszym tygodniu kwietnia 1890 roku

przekazałeś tysiąc dolarów na fundusz

założenie Uniwersytetu Chicagowskiego

w następnych trzech dekadach

rodzina twoja przekazała prawie

milion dolarów dla uczelni

odejmując chleb o ust tych co na twoje

fundusze pracowali 

Ty człowiek mądrości, wspierający mądrość 

przeszedłeś przez życie jak krowa

wół, owca i świnia, wszystko to co żyje musi

być zabite i nie ma w tym żadnej

mądrości:

owca była zanim zrobiono swetry i kożuchy

świnia była zanim robiono z jej skóry teczki

krowa była zanim z jej mięsa robiono kotlety

jedynie biznes i kasa, którą zawsze

trzeba kilka razy dziennie liczyć, aby się zgadzała

ty pionier w wykorzystaniu produktów ubocznych

pochodzenia zwierzęcego: mydła, kleju, nawozów

żelatyny, szczotek do włosów, guzików

rękojeści do noży oraz preparaty farmaceutyczne

takie jak pepsyna i insulina

skóry, tłuszczu, kości zwierząt i inne materiały

były wykorzystywane na wiele sposobów

mięso niskiej jakości było konserwowane i

przetwarzane na produkty takie jak  konserwy

wieprzowe z fasolą

ty nic nie marnowałeś:–

ty jedynie nie mogłeś z zabijanego zwierzęcia

sprzedać jego przeraźliwego głosu:

ze świni kwi, kwi, kwi

z krowy długie przeraźliwe mu, mu, mu

z zabijanej owcy krótkie bee, bee, bee…

pozdrawiam cię w imieniu tysiące Polaków

Słowaków i Litwinów  nie tylko ciebie

ale i panów z Armour & Co., Hammond & Co.,

and Morris & Co.,

chorobami skóry i tych utracili palce

używając noży na przyspieszonych liniach

montażowych, i tych co transportowali

pięćdziesiąt kilogramowe kawałki mięsach

własnych plecach uszkadzając sobie je

i tych chorych na gruźlicę  kaszlących

nieustannie, plujących krwią na podłogę

gdzie mięso do konserw i kiełbasy piętrzyły się

zanim pracownicy wynieśli je na wózkach

wypełnionych trocinami, ludzką śliną i moczem

szczurzym odchodami, trutką na szczury

a nawet martwymi szczurami

pracownicy korzystali z toalet bez mydła

i wody do mycia rąk, a  te była tak rzadkie,  że

pracownicy musieli oddawać mocz w kącie

możemy sobie wyobrazić tę brzydotę, odczuć

ten smród,  nie był to raj, ani ziemia obiecana

ale piekło w którym  nie ma nędzarzy, którzy

karmią się zapachem krwi doba ma dwanaście

godzin pracy a mężczyźni umierają w wieku

trzydziestu lat wyglądając na trzysta

nie będę dziękował ci za to, że  twoja żona

ufundowała stypendium im. Gustavusa F. Swifta

z Chemii na pamiątkę i przekazała

duże sumy na wydział medyczny …

nie powiem o tobie jak drogi przewielebny

Thomas Wakefield Goodspeed, że byłeś:

 człowiekiem o wielkim bogactwie.

jednak gromadzenie bogactwa nie było

bynajmniej jego głównym celem w życiu

nie kochał pieniędzy, lecz osiągnięcia.

Kobiety zarabiają 10  centów na godzinę za pracę

pracowały sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin.

mogły zarabiać po pięć, sześć, siedem dolarów tygodniowo

jeśli nie miały co zrobić z dziećmi zabierały je do pracy

które pracowały za darmo. Dzieci zatrudniano już

od szóstego roku życia.

Pana Swifta  nie należy pytać:

czy zdobył bogactwo i władzę?

ale: Czy służył ludzkości? Pana Swifta

należy również zapytać go, czy służył swoim bliźnim?

Jedno jest jasne: pan Swift i jego współpracownicy

w najlepszy sposób, jaki do tej pory wymyślono

wyświadczyli jedną nieocenioną przysługę

w wyżywieniu świata. Trudno sobie wyobrazić

ludzkość bez rzeźni pana Swifta.

Robotnicy rzeźni mieszkali  w domach

blisko miejsca pracy w dzielnicach, tzw.

Packingtown, które dzisiaj nazwalibyśmy

Slumsami znajdowały się one obok cuchnących

zagród z bydłem i czterech wielkich miejskich

wysypisk śmieci, cena postępu, który nie zawsze

jest piękny i pożyteczny i bądź tutaj poetą

klasykiem tak samo jak klasyczny i nieprzemijający

jest bród smród, śmieci i śmietniki w miejscu

gdzie ten jest dobrodziejem a nawet świętym

co daje trumny tekturowe ubogim, bo za życia

nie stać go była na dawanie kartofli i marchewki

I cóż, że mieszkania pozbawione wszelkich wygód

ubikacje znajdowały się na zewnątrz na podwórku

z których korzystało nawet kilka rodzin

ale nie ubikacje były ich zmartwieniem

biedni i głodni rzadko z nich korzystają

bo rzadko jedzą, ładna, dorodna kupa

jest przywilejem zamożnych i bogatych

zmartwieniem biednych było błoto i tłok

na ulicach, wiatr odbierający ciepło

mieszkań i ciał, goniący liście i śmieci

po podwórkach na które przez brudne

okna patrzyli lokatorzy ze zapalonymi

spojówkami oczów.

Zmartwieniem matek i żon, głodnych

dzieci był pub z alkoholem na każdym

rogu ulicy, robotnicy żyli w skrajnym

ubóstwie w małych ciasnych przeludnionych

mieszkaniach, przestępczość, alkoholizm

przemoc domowa, gangi, gangsterzy, których

niewinni ludzie powinni się bać i drżeć jak

nieme zwierzęta w stadzie pędzone na rzeź

powinni rodzić się ze strachem, przeczuwając

swój bliski i bolesny koniec, nie mówiąc

o zanieczyszczeniu środowiska było codziennością.

Adamie, nie pisz o tym, co wszyscy wiemy

celem poezji jest dawanie przyjemności a nie

ocenianie i edukacja moralna, poezja ma pomóc

w życiu i ulżyć nudzie, nie musi być ani

głęboka ani metafizyczna ,zastanów się nad

tym zanim zaczniesz wyzywać ludzi od

złamanych chujów:

pisz o tym czego nie wiemy, albo czego możemy

się dowiedzieć z twojej poezji, ona ma być witalna

pełna energii i siły do życia, a ty zamieniasz się w

psa udającego do kości, wiem że jesteś łasy na

pieniądze, nie udawaj, wiem, że za pięć dolarów

goniłbyś psa z Chicago do Nowego Yorku, szkoda

że nie wiem  gdzie teraz mieszkasz poprosiłbym

moją prawnuczkę aby wypisała ci czek na sto

tysięcy dolarów i wtedy inaczej byś śpiewał

twoje zasługi dla poezji emigrantów stopniały by

jak lód na słońcu, najwyższe odznaczenia

nabrałyby znaczenia pustki, zupełnie innym głosem,

posłuchaj tego co mówi Koheleta, syna Dawida

 króla w Jeruzalem:


Marność nad marnościami, powiada Kohelet,
marność nad marnościami – wszystko marność.

Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu,
jaki zadaje sobie pod słońcem?
Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi,
a ziemia trwa po wszystkie czasy.

Warto zapamiętać te słowa, to dla poetów:


Mówienie jest wysiłkiem
nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami.
Nie nasyci się oko patrzeniem
ani ucho napełni słuchaniem.
To, co było, jest tym, co będzie,
a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie:
więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.

Pomyśl głębiej o tych słowach:


Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli
ani też o tych, co będą kiedyś żyli,
nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.

Gustavus Franklin Swift senior (24 czerwca 1839 – 29 marca 1903) był amerykańskim przedsiębiorcą. Pod koniec XIX wieku założył na Środkowym Zachodzie imperium przetwórstwa mięsnego, którym kierował aż do śmierci. Przypisuje mu się opracowanie pierwszego praktycznego wagonu kolejowego chłodzonego lodem, który umożliwił jego firmie wysyłkę wędlin do wszystkich części kraju i za granicę, zapoczątkowując „erę taniej wołowiny”.

Historia rzeźni w Chicago koncentruje się wokół Union Stock Yard, otwartego w 1865 roku i pod koniec XIX wieku będącego największym na świecie centrum pakowania mięsa. Era ta została zdefiniowana przez innowacje przemysłowe, takie jak chłodnie wagonowe, techniki taśmowe i wykorzystanie produktów ubocznych, co stworzyło potężny przemysł napędzany przez potentatów, takich jak Philip Armor i Gustavus Swift.

Przydomek: Chicago zyskało przydomek „Światowy Rzeźnik Świń” (Hog Butcher for the World), ze względu na ogromną ilość przetwarzanych zwierząt. Skala przemysłowa: Zakłady pakowania stosowały metody taśmowe, które zainspirowały późniejszą linię montażową samochodów Henry’ego Forda. W 1890 roku ubój i oprawa krowy na farmie zajmowało doświadczonemu rzeźnikowi i jego pomocnikowi od ośmiu do dziesięciu godzin. W Chicago zajmowało to 35 minut. Duże zakłady uboju bydła zabijały 1500, 2500 krów dziennie. Ubijano od 6000 do 7000, a może nawet 8000 świń dziennie. I tyle samo owiec.

 Agenci nieruchomości sprzedawali na kredyt małe domy tym co byli „lepiej ustawieni”, lub dawali małe nadzieje, że będą w stanie spłacić kredyty przez 25 lat. Z góry wiedzieli jednak, że niewielu będzie w stanie spłacać raty z powodu zwolnień z pracy, obniżek płac lub urazów powodujących inwalidztwo. Gdy emigrant zalegał ze spłatą rat, wierzyciel hipoteczny przejmował dom, a jego byłych mieszkańców wraz z gratami wyrzucał po prostu na ulicę, malował go i sprzedawał innej rodzinie emigrantów.

Swift umarł w 1903 roku firma  jego była wyceniana na 125–135 milionów dolarów amerykańskich, a jej siła robocza liczyła ponad 21 000 osób. Wielkie rzeźnie Swifta zwane „The House of Swift” ubijały rocznie aż dwa miliony sztuk bydła, cztery miliony świń i dwa miliony owiec. Trzy lata po jego śmierci wartość kapitału zakładowego firmy przekroczyła 250 milionów dolarów. Dzisiaj byłoby to około 50 miliardów dolarów.

Dopiero kilka lat po śmierci Swifta w Ameryce została powołana organizacja i ustawy o kontroli i jakości mięsa (Federal Meat Inspection Act).  W 1906 roku to dwa przełomowe akty prawne uchwalone w celu ochrony konsumentów przed niebezpieczną żywnością i lekami. Ustawa o kontroli mięsa (Meat Inspection Act) zapewniła kontrolę sanitarną produktów mięsnych i zapobiegła sprzedaży mięsa zafałszowanego lub niewłaściwie oznakowanego.

Źródła:

1. David Alan Nibert (ur. 1953) jest amerykańskim socjologiem, autorem, aktywistą i profesorem socjologii na Uniwersytecie w Wittenberdze.

2. Dominic Pacyga ur. 1 maja 1949 r.) jest amerykańskim historykiem miejskim. W latach 1984–2017 był profesorem historii na Columbia College w Chicago. Przed objęciem stanowiska profesora pełnił funkcję zastępcy dyrektora Projektu Historycznego Południowo-Wschodniego Chicago w Columbia College w dzielnicy Steel District w Chicago.

Dominic jest wnukiem polskich robotników pracujących w rzeźniach chicagowskich. Obecnie jest na emeryturze i jest kuratorem w muzeum przerobionym z zakładów gdzie mieściły się rzeźnie. Zna on  te miejsca doskonale, ponieważ to właśnie tutaj, w czerwcu 1948 roku, jego dziadek Stanisław Walkosz, polski imigrant, zginął w wypadku przy pracy. Młody Dominic również pracował w tych samych rzeźniach, najpierw spędzając trochę czasu przy pchaniu wózków z zabitymi zwierzętami, a następnie jako ochroniarz. W dniu zamknięcia rzeźni, 31 lipca 1971 roku, wypił mnóstwo whisky Jack Daniel’s przywiezionej przez farmerów. Po uboju ponad miliarda sztuk bydła nastąpił koniec świata, który narodził się 105 lat wcześniej.

3. Chicago miasto wiary. City of belief. Wydawnictwo Książkowe IBIS. Wydanie dwujęzyczne. Warszawa (2008). Nagroda Laur Unesco 2008r. Słowo wstępne do książki wydanej w dwóch językach po angielsku i polsku  napisał Dominic Pacyga.

4. Thomas Wakefield Goodspeed. (4 września 1842–16 grudnia 1927). Duchowny, lider edukacyjny i niezwykły zbieracz funduszy. Był pomysłodawcą nowoczesnego uniwersytetu i doczekał się jego urzeczywistnienia na Uniwersytecie Chicagowskim. Urodzony w Glens Falls w stanie Nowy Jork, Goodspeed wraz z rodziną przeniósł się do Illinois w 1855 roku, po upadku firmy jego ojca, Stephena Goodspeeda. To właśnie tam Goodspeed był świadkiem jednej z debat Lincoln-Douglas.

Poprzedni artykułKrzysztof Lubczyński – „Lalka” jako muzyczno-komediowy kabaret
Następny artykułMichał Piętniewicz – Lektury z biblioteki osiedlowej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko