Przybyłem z Kalifornii do Chicago w ostatniej dekadzie XX wieku. Miasto oddalone tysiące kilometrów od Polski traktowałem jako polskie miejsce, na mapie Ameryki, w którym poza krajem mieszka najwięcej Polaków. Jak wielu Polaków w kraju bardzo chciałem zobaczyć te legendarne miejsce osnute mitami na własne oczy. Jak takie takie miasto z setkami tysięcy Polaków wygląda na ziemi Waszyngtona, czy da się je opisać tak samo jak miejsca w Polsce, aż stanie się „nowa ojczyzną”, tzw. małą ojczyzną literacką. Wiadomo, Chicago to nie Kraków czy Warszawa, gdzie od wielu pokoleń najwybitniejsi poeci opisują uroki miasta, a ono pojawia się w ich wierszach, piosenkach, wspomnieniach. Te największe historyczne miasta to nie tylko natchnieniem dla poetów, ale zbiór budynków czy układ urbanistyczny, ale żywy organizm społeczny, przestrzeń polityczną oraz miejsce kształtujące ludzką tożsamość i psychikę. Z dumą mówią o nich nie tylko poeci, ale zwykli szarzy mieszkańcy, którzy znaleźli się za oceanem. Architektura, zabytki oraz urbanistyka wpływają na poczucie przynależności mieszkańców i estetykę ich życia. Stąd tyle organizacji i stowarzyszeń osób pochodzących z tych miast, lub związanych z nimi.
Czy Chicago ma do zaoferowania polskim poetom, pisarzom, malarzom, literatom, to samo co miasta w Polsce, czy tylko żyje w listach i wspomnieniach tych co wyjechali za chlebem panie, za chlebem? Nie wiedziałem, czy prawie milionowa Polonia chicagowska byłaby w stanie utrzymać poetę, lub poetów, skoro, odpowiedź sama się nasuwa nie. Przecież w Krakowie, czy Warszawie nie ma chyba poetów, którzy by żyli tylko i wyłącznie z pisania wierszy. Za komuny takie cuda były możliwie, ale komuna upadła a wraz z nią znaczenie i rola poezji i poetów. Wraz z upadkiem komuny można było już śmiało i odważnie demaskować „American Dream”, czyli amerykański sen o Ameryce, to jest wyobrażenia o bogatym i gościnnym kraju, w którym ciężka fizyczna praca na budowach czy przy sprzątaniu, nie jest powodem do dumy, aby o tym pisać w listach do Tarnowa, Rzeszowa, Moniek, Rabki czy Białego Dunajca i wielu, wielu innych miejsc w Polsce.
Praktycznie polskie Chicago znałem tylko i wyłącznie z opowieści ludzi, którzy raczej dobrze miasta nie znali, ale się o nie „otarli” i je mitologizowali, co dla mnie było bardzo podejrzliwie, aby traktować je na poważnie. Nic o „polskim mieście” nie czytałem, ani nic nie natrafiłem. Na myśli mam literaturę, prozę i poezję, twórczość ludzi, którzy faktycznie w tym mieście żyli i mieszkali, a nie kogoś, kto przyjechał do cioci na wakacje, albo do pracy na pół roku. Największe skupisko Polaków poza krajem, a praktycznie nic o tym polskim Chicago nie wiedziałem, poza złośliwymi epitetami, które nie będę tutaj powtarzał, aby nie robić przykrości znajomym, którzy wciąż w okolicach Chicago mieszkają.
Gdy postawiłem nogę na chicagowskim bruku, polskie Chicago praktycznie przestało istnieć, była to już agonia, oddychało tylko jednym płucem. Dwadzieścia lat później pozostała tylko historia, nieliczne niezamalowane polskie napisy nad sklepami i kilkanaście polskich rodzin wtopionych w społeczność mówiącą po hiszpańsku. Polska dzielnica Jackowo przestała istnieć po ponad stu pięćdziesięciu latach, jej główna aorta, czyli ulica Milwaukee została wspomnieniem, na szczęście została oficjalnie nazwana Milwaukee Avenue Polish Heritage Corridor.
Czego nie powiedział mi George Pullman?
Piszę o tym, bo tam byłem, dzielnica Pullman na południu Chicago, obecnie bardzo daleko od skupiska Polaków mieszkających na dalekiej północy, drugim końcu miasta i jego przedmieściach, ale sto lat temu, było tam bardzo niewielu Polaków pracujących dla George Pullmana założyciela i producenta wagonów sypialnych. Praca wymagała znajomości fachu a przede wszystkim języka angielskiego, a tego nasi rodacy przed ponad sto lat nie posiadali. Spacerowałem nie tylko oczami wyobraźni po miejscu, które przeszło nie tylko do historii kolejnictwa, miasta, ale i świata. Zobaczyć domy, ulice, sklepy, kościoły, parki pomyśleć o tym jak żyli ludzie, którym Pullaman traktował jak swoją własność, podobnie jak stół, krzesło czy talerz. Mieszkańcy nie mieli prawa głosu, samorządu, wolnej prasy ani możliwości zakupu domów na własność. Moja duszą była spragniona tego, chciałem zaspokoić jej ciekawość, moje oczy chciały nasycić się widokiem miejsca, w którym narodziło się socjalistyczne święto 1 Maja. Osiedle/miasteczko wybudowane dla pracowników w którym kapitalista przejmuje władzę nawet po pracy, kontroluje ich każdy ruch, oddech, gest. Zakazał w mieście alkoholu, niezależnych zgromadzeń i kontrolował życie prywatne robotników.
Widoku tych ulic, domagały się oczy mojej wyobraźni, były głodne, a głód to pierwszy stopień do wszelkich szaleństw, o których nawet nie myśli człowiek nasycony.
Na drugim końcu świata w Pieszycach w Sudetach Środkowych gdzie się urodziłem w połowie lat 50. XX wieku. 1 Maja, zawsze był hucznie obchodzony przez komunistów. Na nas dzieciaków było to utrapieniem, gdy musieliśmy maszerować w pochodach z czerwonymi sztandarami, z podobiznami Marksa i Lenina w ręku. Co miała z tym wspólnego Chicago i Pullman, nawet o nim nic nie wiedziałem. Niewiele z tego wtedy rozumiałem, ani to, to, że komuniści święto klasy robotniczej „przerobili” na jeszcze jedną tubę ich propagandy. Nie wiedziałem, że Eugene V. Debs był przywódca strajku w zakładach Pullmana, Że był najpopularniejszym amerykańskim socjalistą XX wieku, jednym z największych przywódców strajku i bohaterów klasy robotniczej w historii Stanów Zjednoczonych. Strajk w zakładach Pullmana był najbardziej spektakularnym z szeregu niepokojących wydarzeń lat 90. XIX wieku. I teraz na początku XXI wieku chodzę wolnym krokiem i o tym rozmyślam.
Narodziny dumy i pychy Pullmana
Cała nienawiść i złość do Georga Pullmana
przybrała wielkość główki od zapałki, bo myślał
o sobie jak o słońcu źródle życia, czuł się jak car
Rosji lub Otto Bismarck ojciec narodu
chciał być amerykańskim tygrysem kapitalizmu
miał pazury i kły, miał bystry umysł
zadziorny i pragnący, śpiewał o sobie samym kołami
kół wagonów sypialnych i restauracyjnych –
czegoś więcej mogę chcieć od rzeczywistości
biorę pełnymi rękami to co daje mi codzienność
ciało zabitego prezydenta Lincolna podróżuje moim
wagonem sypialnym czy nie należy być wdzięczny
losowi, złośliwi niech mówią o mnie pochlebca
codzienności dbający o wygodę dla tyłków bogatych
firma nie dba o nasze dusze, chce tylko wycisnąć
dolarów z naszych ciał jak najwięcej pracy z naszych
rąk.
Kto uważał, że ten co prosi o chleb jest leniwym
i niezaradnym życiowo. Tak widział lokalnych
robotników, lokalni jak głód, śmieci, smród rzeki
świat był inny nie do wyobrażenia. Kto trzymał
koronę drapieżnego kapitalizm w szufladzie
ze skarpetkami. Kto liczył zyski bez oglądania się
na koszty ludzkie wydawał pieniądze by uzyskać
ogromne zyski to, co najzwyklejsze najtańsze
najbliższe najłatwiejsze, to dla takie łatwe jak
wypicie piwa przez lokalnego pijaka z siwą głową
i wychudła szczęka kiwającą się na ladą baru
rozbrzmiewają dźwięki trąbki chłopcy biegną
po partnerki kłaniają się sobie nawzajem
tańczą to takie łatwe dla nich to takie łatwe.
Osiedle Pullmana
W oku zmieściłem domy i pokoje
zbudowane od podstaw pierwsze miasto
przemysłowe dla pracowników, takie wielkie
takie ogromne, zmieściłem je w oku, nie w sercu
mój oddech i inspiracja, bicie serca
przepływ krwi i powietrza przez moje płuca
konduktor sprawdza bilety przechodzi przez pociąg
księgowy rozlicza lokatorów, dźwięk monet
unosi się w powietrzu
dźwięk ich równa się dźwiękowi
młotków pracowników kładących podłogę
blacharzy cynujących dach, głosom murarzy
wołającym o zaprawę stworzyłem miejsca pracy
emigrantom, analfabetom którym na Ellis Island
przypinano kartki z imieniem i nazwiskiem
rolnikom i mechanikom, lekarzom, nauczycielom
tych co zamiatają podłogi, i tym co pilnują
moich spraw w sądach, bankach, kurwom i policjantom
pozwoliłem tym wszystkim oddychać tym samym
powietrze co ja oddycham i moja rodzina
zasadziłem trawniki, kwietniki, drzewa rzucające cień
ogrody z różami, ponad 1500 domów, kościół, szkołę
oraz budynki biurowe, sklepy, bibliotekę wszystko
to sobie wyliczyłem z każdego centymetra ziemi uczyłem
się czytania i pisania to rozkosz porannego wstawania
z łóżka i spotykania się słońcem, to mówi
George Pullman
Strajki Pullmana
To była ostatnia kropla potu, krwi, albo łza co
przelała kielich cierpliwości: obniżył o około 25
procent i tak już niskie płace pracujących po
12 godzin dziennie, powiedział jestem właścicielem
ich dusz i ciała, ich radości nieba są moje
ich męki piekła są ze mną, głębokie mroczne
niezadowolenie, wysokie opłaty, skurczony
żołądek do wielkości pięści śpiewa pieśń o chlebie.
Kto wyrzuconych z pracy
ludzi karmi Biblią i lękiem
a oni śpiewają: rodzimy się w domach
Pullmana, kupujemy w sklepach Pullmana
uczymy się w szkołach Pullmana, modlimy się w
kościele Pullmana, a po śmierci trafimy do jego piekła
słyszałem tę pieśń, piekło i rozpacz są nade mną
wiem o czym mówią gaduły znam ich gadkę
na pamięć, o początku i końcu i nigdy nie będzie
więcej doskonałości niż teraz
ani więcej nieba ani piekła niż teraz.
A można byłoby prościej to załatwić, tak po ludzku
Mówiąc: Panie Pullman, proszę przestać pić
herbatę i podejść do okna i porozmawiać z nami
o tych podwyżkach, chyba jakoś się dogadamy
Pullman udaje, że nie słyszy, wtedy robotnicy
powiedzą bardziej stanowczo: Panie Pullman
chuju na kaczych łapach przestać wyciskać
już tę cytrynę, ile można, przestań pić herbatę
pogadaj z nami i tak wszystkiego do grobu
nie zabierzesz.
Nie widział ratunku dla siebie odmówił negocjacji
z robotnikami, zamknął swój dom i firmę
uciekł z miasta, to ja ten chory głupiec, skąpiec
przeklęty idiota dolałem benzyny do ognia strajków
nakręciłem sprężynę frustracji ludzi od Ohio aż po Kalifornię
Kto spowodował, że wybuchła przemoc, horror
bratobójcza wojna z wojskami federalnymi, żołnierze
maszerują czwórkami, strzelają do strajkujących
giną ludzie gorączka nikczemności zło napędza
to wszystko, zapomnieć o obelgach, uderzeniach
pałek i młotów, wyobraźnia, dźwięk dzwonków
alarmowych, krzyk ognia, gwizd pary, tupot
pędzących lokomotyw i wozów strażackich
sądy stają po stronie właścicieli kolei
to George Pullman, to George Pullman.
,
Śmierć Pullmana
Żadna śmierć nie odważy się dotknąć cię palcem:
zmarł w wieku 66 lat na zawał serca w Chicago
śmierć od dawna jeździła za nim pociągami po
wszystkich stanach szybciej niż wróżki
szybciej niż czarownice stalowy pociąg zatrzymał się
nocą na cmentarzu Graceland, para syczy, ktoś chrząka
tak naprawdę nie ma śmierci a jeśli kiedykolwiek istniała
to była kołem napędowym.
Jakie to szczęście urodzić się kołem życia lokomotywy
śmierci stukot kół, stukot kół, stukot kół
wciąż naprzód i naprzód:
w koła wplatają się słowa i żarty konduktorów
przez chwilę śpiewał kos, lokomotywa
zatrzymuje się tylko na stacjach narodzin:
spokojne i samotne, piękniejsza
niż wysokie obłoki na niebie.
Rodzina której wartość dorównuje wartości
wszystkich nieruchomości Pullmana obawia się
robotników których wartość spada z każdym dniem
o lśniących brodach, długich włosach, wąsach
twardych dłoniach:
Kowale, mechanicy, ślusarze z brudnymi i owłosionymi
Piersiami, chluby warsztatów, dumni, serdeczni, niespokojni
mogą odkopać ciało kapitalisty, dlatego je
włożono do wyłożonej ołowiem mahoniowej trumny
zalano betonem i przykryto asfaltem i papą i zalaną
kolejna warstwą betonu i nikt nie powie, że ciało jego
oddano ziemi, ani nie zaśpiewa: niech ci ziemia
lekką będzie, nie wyrośnie trawa, jedynie wiara
w sprawiedliwość, że po śmierci jesteśmy sobie
równi uskrzydla duszę, ziarnko piasku niczym
pojedyncza gwiazda staje się punktem na nieboskłonie
to George Pullman, to George Pullman.
Kiedyś, dawno temu, może nawet trzydzieści lat temu wracając autem od przyjaciół z Ann Arbor, przedmieścia Detroit zatrzymałem się na południu Chicago na stacji benzynowej aby zatankować auto. Do miasta było jeszcze z piętnaście mil, ale downtown już było dobrze widoczne na tle wieczornego nieba. Kątem oka wychodząc z samochodu widział człowieka jak grzebał w śmietniku, ale nie zwróciłem na niego większej uwagi, niestety taki sceny na stacji nie należą do rzadkości. Zapłaciłem za benzynę i gdy zbliżałem się do samochodu, niespodziewanie podszedł do mnie sobowtór z krwi kości Georga Pullmana. Rozpoznałem go od razu, wszystko potoczyło się tak szybko, że myśl skąd on się tutaj wziął wyprzedziło jego zdanie: pociągi i tak są lepsze od samolotów. Zapytałem WHY, wtedy się przedstawił jako George Pullman, twórca wagonów sypialnych: odpowiedziałem REALLY. Zamilkł i spuścił głowę, nawet był tak samo ubrany jak Pullman ze znanych mi fotografii historycznych, czysto i elegancko, jedynie jego siwa broda dobrze podstrzyżona była umazana w keczupie, co sprawiło, że mimo woli uśmiechnąłem się do niego. Nie chciałem kontynuować z nim rozmowy w obawie, że poprosi o drobne na alkohol lub narkotyki, a mój uśmiech zdziwienia odczyta jako przyjazny. Zawsze noszę w kieszeni kilka dolarów dla żebraków, bezdomnych i włóczęgów proszących o drobne. W pamięci miałem przykład w którym jeden człowiek w Teksasie dał bezdomnemu pięć dolarów, a ten podał mu numery Toto-Lotka. Niestety numery okazały się trafne i ten nieszczęśnik wygrał sto milionów dolarów, które zniszczyły jego życie. Bałem się takiej sytuacji, bo w Chicago na w ten weekend też główną wygraną było sto milionów dolarów. Co ja tym z taką górą pieniędzy zrobił? Było by to ogromne nieszczęście, dlatego gram tylko w Toto Lotka, gdy główna wygrana nie przekracza takiej ludzkiej kwoty dziesięciu milionów dolarów. Tyle właśnie potrzeba, aby kupić samochód, ładny dom z ogrodem, miałbym psa, dwa koty, drzewa owocowe, kwiaty i trawnik, który kosiłbym dwa razy w miesiącu. Kupiłbym też sobie małą restaurację, a raczej bar na nie więcej niż dziesięć stolików, po cztery krzesła na każdym, otwarty tylko pięć dni w tygodniu po dziesięć godzin. Soboty i niedziele wolne, niech znajomi się zastanawiają mówiąc: skąd ten dusi grosz ma tyle kasy, że pracuje tylko pięć dni w tygodni po dziesięć godzin dziennie? Zatrudniłbym dwie dziewczyny, w tym jedną kucharkę i pomoc kuchenną, sam usiadłbym na kasie i na wszystko miał oko. W restauracji miałbym polskie jedzenie, pierogi, gołąbki, flaki, barszcz czerwony, żurek z kiełbasa, naleśniki z serem, bigos i kaszankę smażoną na boczku z cebulką. Dziesięć milionów to jest sumą z którą dałbym sobie radę, większa wygrana by mnie zabiła.
W głębi duszy wiedziałem, że Pullman jest złośliwy i podstępny, zniszczyłby mnie podając prawidłowe numery Lotka. Wygrana takiej kwoty byłaby kamieniem u mojej szyi, boję się ludzi bogatych i wielkich pieniędzy. Pullman bogacz gnębił robotników a przede wszystkim emigrantów z Europy Wschodniej, w tym tysiące Polaków ciężko u niego pracujących i przymierających głodem. Nie darzyłem go sympatią odkąd przeczytałem jego biografię. Wsiadłem do auta i wolno odjechałem, w lusterku widziałem jego twarz jak się rozpływa w mrokach nocy. Sobowtór George’a Pullman, nigdy więcej już mi się nie ukazał, niczego też więcej mi nie powiedział.
Co mi powiedział Gustavus Swift?
Figure with Meat, „Postać z mięsem”, to obraz irlandzkiego artysty Francisa Bacona z 1954 roku.(Obraz znajduje się w stałej kolekcji Instytutu Sztuki w Chicago, kilka razy podchodziłem do niego, ale zawsze mnie odpychał). Bacon do malowania tego obrazu wykorzystał działa dwóch innych artystów. Postać jest oparta na portrecie papieża Innocentego X pędzla Diego Velázqueza; jednak na obrazie Bacona papież przedstawiony jest jako makabryczna postać ubrana w fioletową pelerynę umieszczona pomiędzy dwiema połówkami krowy. Żebra zwierzęcia z dala przypominają skrzydła, które stwarzają wrażenie skrzydeł anielskich. (Nie wierzę, aby to był papież, według mnie jest pan G. Swift, największy rzeźnik świata). Drugą inspiracją do malowania tego obrazu było prawdopodobnie dzieło Rembrandta „Zarżnięty wół” z 1655 roku.
Francisco Baconie z zazdrością patrzę na
twój obraz, jestem tym chłopcem co nie
tak dawno temu na kartki kupował
mięso, kiełbasę, salceson i słoninę
w moim dawnym raju Ewa nie podawała
jabłko, ale kiełbasę suszoną myśliwską
a któż to, a któż jest taki nieszczęśliwy
że tak maluje bezradnego papieża nie
papieża z rozmazaną twarzą przez ból
egzystencji jego niemy krzyk mrozi krew
z palcami jak szpony gryfa staje się nieprzyjemny
zamknięty w mrocznej otwartej klatce fotela
pasterz nie pasterz milionów ludzi cierpiących
i udręczonych, pasących się na łąkach ziemskich …
a więc jesteśmy zwierzętami cielesna ludzkość
różniąca się cienką granicą skóry
jesteśmy mięsem, mięsiwem myślącym mięsem
dla robaków jedzących bez przerażenia i bólu
jesteśmy zwierzętami ludzkimi wrażliwymi
pełnych emocji i godności, która malarz nam
zabiera czyniąc nas ludzi bezbronnym mięsem
mięsiwem dla robaków …
patrzyłem na obraz i szukałem w pamięci
dobre uczynki i niczego nie znalazłem
schowały się czekając na mój dzień śmierci
obrazem Francisa Bacona karmiłem
pamięć mięsem tak bardzo oczekiwanym
zawieszonym na hakach
pieszyckich sklepów mięsnych sprzed
sześćdziesięciu lat, teraz na długim oddechu
mógłbym powiedzieć:
Pozdrawiam cię z miejsca gdzie nigdy nie byłeś
nawet nie słyszałeś o nim w stu dwudziestą rocznicę
twojej śmierci, nie myśl, że jestem wulgarny
ale dla kogoś takiego jak ty z marmurowego grobowca
z czterema greckim kolumnami moje słowa
są tylko dodatkiem do tego co mogłoby powiedzieć
stu twoich pracowników z rocznymi zarobkami
razem wziętych nie pokryłaby kosztów budowy
tego grobowca tak pięknego, że zapomina się
o bólu umierania, a chce się krzyczeć z radości…
Tajemnica rozwiewa się jak mgła „postać z mięsem”
to nie kto inny niż Gustavus Swift pan życia i śmierci
tysięcy krów i świń, tysięcy emigrantów
mieszkańców Chicago i okolic
Mr Swift nie krzyczy z bólu ani udręki
daleko mu do szaleństwa człowieka
to świat jest szalony, nie jest świętym
i daleko brakuje mu papieża.
Według socjologa Davida Niberta (1) rzeźnie w Chicago były znaczącymi potęgami gospodarczymi początku XX wieku i były „słynne z okrutnego, szybkiego zabijania i rozbierania ogromnej liczby zwierząt”. Aby, to wszystko zrozumieć i lepiej sobie wyobrazić, trzeba to wszystko zobaczyć na własne oczy. Byłem tam, nie jako turysta, ale jak mieszkaniec Chicago i Polak i wiedziałem to co opisuję i usłyszałem do swojego profesora z Columbia College Dominica Pacygi (2), który napisał wstęp do mojej książki pt. Chicago City of belief, (3).
Kurz w tym mieście jest lekki
pochodzi ze słońca, ale są i tacy
co twierdzą, że z ziemi, z tej samej
co powstał człowiek …
Gustavusie Switf, złamany chuju
gnębicielu robotników i emigrantów
nie myśl, że będę ci dziękował tak jak
przewielebny duchowny, niezwykły
zbieracz funduszy złotousty
Thomas Wakefield Goodspeed
za to, że w pierwszym tygodniu kwietnia 1890 roku
przekazałeś tysiąc dolarów na fundusz
założenie Uniwersytetu Chicagowskiego
w następnych trzech dekadach
rodzina twoja przekazała prawie
milion dolarów dla uczelni
odejmując chleb o ust tych co na twoje
fundusze pracowali
Ty człowiek mądrości, wspierający mądrość
przeszedłeś przez życie jak krowa
wół, owca i świnia, wszystko to co żyje musi
być zabite i nie ma w tym żadnej
mądrości:
owca była zanim zrobiono swetry i kożuchy
świnia była zanim robiono z jej skóry teczki
krowa była zanim z jej mięsa robiono kotlety
jedynie biznes i kasa, którą zawsze
trzeba kilka razy dziennie liczyć, aby się zgadzała
ty pionier w wykorzystaniu produktów ubocznych
pochodzenia zwierzęcego: mydła, kleju, nawozów
żelatyny, szczotek do włosów, guzików
rękojeści do noży oraz preparaty farmaceutyczne
takie jak pepsyna i insulina
skóry, tłuszczu, kości zwierząt i inne materiały
były wykorzystywane na wiele sposobów
mięso niskiej jakości było konserwowane i
przetwarzane na produkty takie jak konserwy
wieprzowe z fasolą
ty nic nie marnowałeś:–
ty jedynie nie mogłeś z zabijanego zwierzęcia
sprzedać jego przeraźliwego głosu:
ze świni kwi, kwi, kwi
z krowy długie przeraźliwe mu, mu, mu
z zabijanej owcy krótkie bee, bee, bee…
pozdrawiam cię w imieniu tysiące Polaków
Słowaków i Litwinów nie tylko ciebie
ale i panów z Armour & Co., Hammond & Co.,
and Morris & Co.,
chorobami skóry i tych utracili palce
używając noży na przyspieszonych liniach
montażowych, i tych co transportowali
pięćdziesiąt kilogramowe kawałki mięsach
własnych plecach uszkadzając sobie je
i tych chorych na gruźlicę kaszlących
nieustannie, plujących krwią na podłogę
gdzie mięso do konserw i kiełbasy piętrzyły się
zanim pracownicy wynieśli je na wózkach
wypełnionych trocinami, ludzką śliną i moczem
szczurzym odchodami, trutką na szczury
a nawet martwymi szczurami
pracownicy korzystali z toalet bez mydła
i wody do mycia rąk, a te była tak rzadkie, że
pracownicy musieli oddawać mocz w kącie
możemy sobie wyobrazić tę brzydotę, odczuć
ten smród, nie był to raj, ani ziemia obiecana
ale piekło w którym nie ma nędzarzy, którzy
karmią się zapachem krwi doba ma dwanaście
godzin pracy a mężczyźni umierają w wieku
trzydziestu lat wyglądając na trzysta
nie będę dziękował ci za to, że twoja żona
ufundowała stypendium im. Gustavusa F. Swifta
z Chemii na pamiątkę i przekazała
duże sumy na wydział medyczny …
nie powiem o tobie jak drogi przewielebny
Thomas Wakefield Goodspeed, że byłeś:
człowiekiem o wielkim bogactwie.
jednak gromadzenie bogactwa nie było
bynajmniej jego głównym celem w życiu
nie kochał pieniędzy, lecz osiągnięcia.
Kobiety zarabiają 10 centów na godzinę za pracę
pracowały sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin.
mogły zarabiać po pięć, sześć, siedem dolarów tygodniowo
jeśli nie miały co zrobić z dziećmi zabierały je do pracy
które pracowały za darmo. Dzieci zatrudniano już
od szóstego roku życia.
Pana Swifta nie należy pytać:
czy zdobył bogactwo i władzę?
ale: Czy służył ludzkości? Pana Swifta
należy również zapytać go, czy służył swoim bliźnim?
Jedno jest jasne: pan Swift i jego współpracownicy
w najlepszy sposób, jaki do tej pory wymyślono
wyświadczyli jedną nieocenioną przysługę
w wyżywieniu świata. Trudno sobie wyobrazić
ludzkość bez rzeźni pana Swifta.
Robotnicy rzeźni mieszkali w domach
blisko miejsca pracy w dzielnicach, tzw.
Packingtown, które dzisiaj nazwalibyśmy
Slumsami znajdowały się one obok cuchnących
zagród z bydłem i czterech wielkich miejskich
wysypisk śmieci, cena postępu, który nie zawsze
jest piękny i pożyteczny i bądź tutaj poetą
klasykiem tak samo jak klasyczny i nieprzemijający
jest bród smród, śmieci i śmietniki w miejscu
gdzie ten jest dobrodziejem a nawet świętym
co daje trumny tekturowe ubogim, bo za życia
nie stać go była na dawanie kartofli i marchewki
I cóż, że mieszkania pozbawione wszelkich wygód
ubikacje znajdowały się na zewnątrz na podwórku
z których korzystało nawet kilka rodzin
ale nie ubikacje były ich zmartwieniem
biedni i głodni rzadko z nich korzystają
bo rzadko jedzą, ładna, dorodna kupa
jest przywilejem zamożnych i bogatych
zmartwieniem biednych było błoto i tłok
na ulicach, wiatr odbierający ciepło
mieszkań i ciał, goniący liście i śmieci
po podwórkach na które przez brudne
okna patrzyli lokatorzy ze zapalonymi
spojówkami oczów.
Zmartwieniem matek i żon, głodnych
dzieci był pub z alkoholem na każdym
rogu ulicy, robotnicy żyli w skrajnym
ubóstwie w małych ciasnych przeludnionych
mieszkaniach, przestępczość, alkoholizm
przemoc domowa, gangi, gangsterzy, których
niewinni ludzie powinni się bać i drżeć jak
nieme zwierzęta w stadzie pędzone na rzeź
powinni rodzić się ze strachem, przeczuwając
swój bliski i bolesny koniec, nie mówiąc
o zanieczyszczeniu środowiska było codziennością.
Adamie, nie pisz o tym, co wszyscy wiemy
celem poezji jest dawanie przyjemności a nie
ocenianie i edukacja moralna, poezja ma pomóc
w życiu i ulżyć nudzie, nie musi być ani
głęboka ani metafizyczna ,zastanów się nad
tym zanim zaczniesz wyzywać ludzi od
złamanych chujów:
pisz o tym czego nie wiemy, albo czego możemy
się dowiedzieć z twojej poezji, ona ma być witalna
pełna energii i siły do życia, a ty zamieniasz się w
psa udającego do kości, wiem że jesteś łasy na
pieniądze, nie udawaj, wiem, że za pięć dolarów
goniłbyś psa z Chicago do Nowego Yorku, szkoda
że nie wiem gdzie teraz mieszkasz poprosiłbym
moją prawnuczkę aby wypisała ci czek na sto
tysięcy dolarów i wtedy inaczej byś śpiewał
twoje zasługi dla poezji emigrantów stopniały by
jak lód na słońcu, najwyższe odznaczenia
nabrałyby znaczenia pustki, zupełnie innym głosem,
posłuchaj tego co mówi Koheleta, syna Dawida
króla w Jeruzalem:
Marność nad marnościami, powiada Kohelet,
marność nad marnościami – wszystko marność.
Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu,
jaki zadaje sobie pod słońcem?
Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi,
a ziemia trwa po wszystkie czasy.
Warto zapamiętać te słowa, to dla poetów:
Mówienie jest wysiłkiem
nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami.
Nie nasyci się oko patrzeniem
ani ucho napełni słuchaniem.
To, co było, jest tym, co będzie,
a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie:
więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.
Pomyśl głębiej o tych słowach:
Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli
ani też o tych, co będą kiedyś żyli,
nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.
Gustavus Franklin Swift senior (24 czerwca 1839 – 29 marca 1903) był amerykańskim przedsiębiorcą. Pod koniec XIX wieku założył na Środkowym Zachodzie imperium przetwórstwa mięsnego, którym kierował aż do śmierci. Przypisuje mu się opracowanie pierwszego praktycznego wagonu kolejowego chłodzonego lodem, który umożliwił jego firmie wysyłkę wędlin do wszystkich części kraju i za granicę, zapoczątkowując „erę taniej wołowiny”.
Historia rzeźni w Chicago koncentruje się wokół Union Stock Yard, otwartego w 1865 roku i pod koniec XIX wieku będącego największym na świecie centrum pakowania mięsa. Era ta została zdefiniowana przez innowacje przemysłowe, takie jak chłodnie wagonowe, techniki taśmowe i wykorzystanie produktów ubocznych, co stworzyło potężny przemysł napędzany przez potentatów, takich jak Philip Armor i Gustavus Swift.
Przydomek: Chicago zyskało przydomek „Światowy Rzeźnik Świń” (Hog Butcher for the World), ze względu na ogromną ilość przetwarzanych zwierząt. Skala przemysłowa: Zakłady pakowania stosowały metody taśmowe, które zainspirowały późniejszą linię montażową samochodów Henry’ego Forda. W 1890 roku ubój i oprawa krowy na farmie zajmowało doświadczonemu rzeźnikowi i jego pomocnikowi od ośmiu do dziesięciu godzin. W Chicago zajmowało to 35 minut. Duże zakłady uboju bydła zabijały 1500, 2500 krów dziennie. Ubijano od 6000 do 7000, a może nawet 8000 świń dziennie. I tyle samo owiec.
Agenci nieruchomości sprzedawali na kredyt małe domy tym co byli „lepiej ustawieni”, lub dawali małe nadzieje, że będą w stanie spłacić kredyty przez 25 lat. Z góry wiedzieli jednak, że niewielu będzie w stanie spłacać raty z powodu zwolnień z pracy, obniżek płac lub urazów powodujących inwalidztwo. Gdy emigrant zalegał ze spłatą rat, wierzyciel hipoteczny przejmował dom, a jego byłych mieszkańców wraz z gratami wyrzucał po prostu na ulicę, malował go i sprzedawał innej rodzinie emigrantów.
Swift umarł w 1903 roku firma jego była wyceniana na 125–135 milionów dolarów amerykańskich, a jej siła robocza liczyła ponad 21 000 osób. Wielkie rzeźnie Swifta zwane „The House of Swift” ubijały rocznie aż dwa miliony sztuk bydła, cztery miliony świń i dwa miliony owiec. Trzy lata po jego śmierci wartość kapitału zakładowego firmy przekroczyła 250 milionów dolarów. Dzisiaj byłoby to około 50 miliardów dolarów.
Dopiero kilka lat po śmierci Swifta w Ameryce została powołana organizacja i ustawy o kontroli i jakości mięsa (Federal Meat Inspection Act). W 1906 roku to dwa przełomowe akty prawne uchwalone w celu ochrony konsumentów przed niebezpieczną żywnością i lekami. Ustawa o kontroli mięsa (Meat Inspection Act) zapewniła kontrolę sanitarną produktów mięsnych i zapobiegła sprzedaży mięsa zafałszowanego lub niewłaściwie oznakowanego.
Źródła:
1. David Alan Nibert (ur. 1953) jest amerykańskim socjologiem, autorem, aktywistą i profesorem socjologii na Uniwersytecie w Wittenberdze.
2. Dominic Pacyga ur. 1 maja 1949 r.) jest amerykańskim historykiem miejskim. W latach 1984–2017 był profesorem historii na Columbia College w Chicago. Przed objęciem stanowiska profesora pełnił funkcję zastępcy dyrektora Projektu Historycznego Południowo-Wschodniego Chicago w Columbia College w dzielnicy Steel District w Chicago.
Dominic jest wnukiem polskich robotników pracujących w rzeźniach chicagowskich. Obecnie jest na emeryturze i jest kuratorem w muzeum przerobionym z zakładów gdzie mieściły się rzeźnie. Zna on te miejsca doskonale, ponieważ to właśnie tutaj, w czerwcu 1948 roku, jego dziadek Stanisław Walkosz, polski imigrant, zginął w wypadku przy pracy. Młody Dominic również pracował w tych samych rzeźniach, najpierw spędzając trochę czasu przy pchaniu wózków z zabitymi zwierzętami, a następnie jako ochroniarz. W dniu zamknięcia rzeźni, 31 lipca 1971 roku, wypił mnóstwo whisky Jack Daniel’s przywiezionej przez farmerów. Po uboju ponad miliarda sztuk bydła nastąpił koniec świata, który narodził się 105 lat wcześniej.
3. Chicago miasto wiary. City of belief. Wydawnictwo Książkowe IBIS. Wydanie dwujęzyczne. Warszawa (2008). Nagroda Laur Unesco 2008r. Słowo wstępne do książki wydanej w dwóch językach po angielsku i polsku napisał Dominic Pacyga.
4. Thomas Wakefield Goodspeed. (4 września 1842–16 grudnia 1927). Duchowny, lider edukacyjny i niezwykły zbieracz funduszy. Był pomysłodawcą nowoczesnego uniwersytetu i doczekał się jego urzeczywistnienia na Uniwersytecie Chicagowskim. Urodzony w Glens Falls w stanie Nowy Jork, Goodspeed wraz z rodziną przeniósł się do Illinois w 1855 roku, po upadku firmy jego ojca, Stephena Goodspeeda. To właśnie tam Goodspeed był świadkiem jednej z debat Lincoln-Douglas.





