Tadeusz PLUCIŃSKI
Był człowiekiem niebywale ujmującym, czarującym, ciepłym w sposobie bycia, niezwykle wprost sympatycznym. A przy tym miał też w sobie to „coś”, co nazwałbym stuprocentową „bezkolizyjnością” w kontakcie, pozbawioną jakichkolwiek „sęków”, bez cienia chropowatości, bez najmniejszego śladu minoderii czy nieszczerości. Emanowało od niego „coś”, co nazwałbym „niespotykaną lekkością bycia”, jakiś szlachetny, całkowicie naturalny luz. Ludzi tak „bezkolizyjnych” ja osobiście spotkałem w życiu bardzo niewielu. I nie ma tu nic do rzeczy legendarny wizerunek pana Tadeusza jako „na wieki wieków amanta”, niezwykle przystojnego mężczyzny „w starym stylu”, cieszącego się powodzeniem wśród kobiet, mężczyzny któremu przypisywano ogromne sukcesy na polu kontaktów z płcią przeciwną. W związku z wizerunkiem prywatnym i warunkami zewnętrznymi bardzo często powierzano mu role amantów (często tzw. „charakterystycznych”, z nutą dystansu i autoironii), choć miał na swoim koncie także liczne role zupełnie „bezpłciowe”, n.p. żołnierza załogi Westerplatte w filmie Stanisława Różewicza. Mistrzowską autoparodię swojego „amanctwa” zaprezentował rolą uwodziciela w „Hydrozagadce” Andrzeja Kondratiuka. Spotkałem się z panem Tadeuszem dwa razy, w roku 1999. Po raz pierwszy, w jego mieszkaniu w starej kamienicy przy warszawskiej Bagateli. U nogi pana Tadeusza czekał na mnie spory, umięśniony, czarny rotweiler. Pies siedział przy fotelu pana przez cały czas naszej rozmowy i wyglądał dość groźnie, co przez pewien czas utrzymywało mnie w stanie pewnego napięcia i sprawiało, że starałem się by moje ruchy było możliwie najbardziej płynne. Kiedy odebrałem od pana Tadeusza przekazany mu wcześniej do autoryzacji tekst naszej blisko trzygodzinnej rozmowy, zobaczyłem że – wbrew spodziewaniu licznych skreśleń i dopisków – jedyną ingerencją mojego rozmówcy w tekst było dostawienie … jednego przecinka oraz dopisek z serdecznymi pozdrowieniami. Już za samo to uwielbiałem pana Tadeusza. Był on tak frapującym narratorem, że nie dość mi było jednego spotkania i niespełna pół roku później poprosiłem go o drugą turę rozmowy, a raczej jego opowieści. Pan Tadeusz zgodził z całą serdecznością i ponownie pojawiłem się u niego, tym razem w innym mieszkaniu, na jakimś nowym osiedlu. Kiedy kończyliśmy tę drugą, jeszcze dłuższą niż poprzednia rozmowę, dałem panu Tadeuszowi do wpisania dedykacji kadr z filmu „Pamiętnik pani Hanki” Stanisława Lenartowicza, pomieszczony jako ilustracja w egzemplarzu powieści-pierwowzoru Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. W tym kadrze towarzyszy on (jako Robert Tonnor) grającej tytułową rolę Lucynie Winnickiej. Ponieważ w trakcie naszej rozmowy pan Tadeusz zauważył (i dał temu wyraz) moje kronikarskie inklinacje i ogromne zainteresowanie problematyką filmu, teatru, aktorstwa, więc wpisał mi dedykację następującej treści: „Panu Krzysztofowi, aby pamiętał”. Pamiętam, Panie Tadeuszu.
Anna POLONY
Kilka ładnych lat temu starałem się o wywiad z Anną Polony. Bezpośredniego kontaktu do tej wybitnej aktorki nie miałem, ale udało mi się uzyskać kontakt pośredni. Niestety, mój zamiar się nie powiódł, przekazano mi informację, że nie będzie możliwości spotkania z panią Polony, mimo jej kilkudniowej, przy okazji gościnnych występów, obecności w Warszawie. Jakiś czas ponowiłem próbę będąc w Krakowie, tą samą drogą, ale i tym razem nic z tego nie wyszło. Oczywiście żałowałem, ale uczuciu temu towarzyszyła, paradoksalnie, szczypta ulgi, bo trochę się spotkania z panią Polony, wielką aktorką scen krakowskich i polskich „bałem” (choć nie to, żeby jakoś przesadnie) mając pewne, zaczerpnięte z różnych przekazów wyobrażenie o jej ciętym języku i nieco apodyktycznym, władczym sposobie bycia. Nie bez wpływu na moje wyobrażenia była także postać „heterowatej” Anieli Dulskiej w spektaklu, a potem serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, jedna z najbardziej znanych ról pani Polony. Pamiętałem też o władczej Muzie, którą kreowała w legendarnych krakowskich „Dziadach” mickiewiczowskich w inscenizacji Konrada Swinarskiego. Wyobrażałem sobie, tym rodzajem trochę naiwnego wyobrażenia, że siedzę przy stoliku kawiarnianym z wytworną damą w kapeluszu i prowadzę wywiad, pełen napięcia by nie wystawić się na jakiś zjadliwy sztych rozmówczyni. To być może do pewnego stopnia objaw „pokoleniowy”, jako że należę do tej generacji widzów, wśród której jeszcze zdarza się odnoszenie się do wielkich postaci artystycznych z respektem niczym do osób „półboskich”. Zwłaszcza do takich Dam teatru jak Anna Polony. Mam natomiast wrażenie, że przedstawiciele młodszych generacji rzadko odznaczają się tego typu obiekcjami. Kilka lat temu, jesienią 2015 roku, pojawiła się kolejna szansa na kontakt z panią Polony. Pracowałem wtedy jeszcze w TVP (przed sczyszczeniem w ramach szerokiej czystki 2016 roku) i zajmowałem się Teatrem Telewizji, tzn. przygotowywałem serwisy oraz krótkie wywiady z twórcami spektakli, w tym z aktorami, przeprowadzane na planie podczas przerw. Anna Polony przyjechała do Warszawy, żeby zagrać jedną z głównych ról w „Domu kobiet” Zofii Nałkowskiej. Jednak po dwóch poprzednich niefortunnych próbach nie liczyłem na wiele, może poza kilkoma zdaniami, jako że plan realizacyjny, podobnie jak plan filmowy, z jego zabieganiem, pośpiechem, nerwowością, nie sprzyja spokojnej, a tym bardziej dłuższej rozmowie. Plan realizowany był nie w dekoracjach studia przy Woronicza 17, ale w przedwojennej willi , w podwarszawskim Konstancinie. Korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji zbliżenia się do pani Polony podczas przerwy między ujęciami, zapytałem ją czy zgodzi się na rozmowę. Nie zareagowała odmownie, ale na tyle zdawkowo i nie bez nuty roztargnienia, że nie wzbudziło to we mnie dużej nadziei. Wreszcie, po co najmniej dwóch godzinach, ogłoszono przerwę obiadową. Podszedłem ponownie do pani Polony, ale ponieważ zareagowała tak, jakbym całkiem niedawno nie pojawił się przed jej obliczem, więc moje nikłe nadzieje jeszcze osłabły. Miejsce kateringu było dość daleko usytuowane od willi, więc pani Polony, ubrana w prywatną, swobodną garderobę, narzuciwszy na plecy jakąś kurtkę (był jesienny chłód) została zaproszona do busa, do którego i mnie „psim swędem” udało się dostać tylko dlatego, że chytrze udałem, że towarzyszę jej zgodnie z jej wolą i to „służbowo”. Taka niewinna, trochę szwejkowska sztuczka. Po kilku minutach zajechaliśmy na miejsce. Towarzyszyłem pani Polony krok w krok, niczym „paź królowej”, ciągle nie będąc pewnym osiągnięcia celu. Katering, czyli – mówiąc po ludzku – obiad, składający się z dwóch zdań i deseru serwowano w innym z kolei pojeździe, też w czymś w rodzaju busa. Owe okoliczności kulinarne nie wróżyły dobrze mojemu celowi, bo taki obiad to nie okazja do umówionej rozmowy w eleganckiej restauracji, ale spożywanie w ścisku, ciasnocie, metodą chałupniczą, „ambulatoryjną”, w asyście pokaźnego grona osób, z których każda czegoś chce, gdzie panuje rozpraszający harmider, ruch, rozmowy i presja czasu. Czarno więc to widziałem, zwłaszcza, że z dzieciństwa wyniosłem naukę, że „przy jedzeniu się nie rozmawia”. I ciągle wydawało mi się, że nie uchodzi przeszkadzanie takiej Damie przy posiłku, zwłaszcza takiej Damie, co do której nie miałem pewności, że nie odprawi mnie w każdej chwili pod jakimkolwiek pretekstem. Innymi słowy – wszelkie okoliczności zdawały się działać przeciw mnie. Życie bywa jednak zaskakujące. Pani Polony wybrała dania z karty, a kiedy zasiadła nad pierwszym z nich, przed plastikową miseczką i plastikowymi sztućcami, spojrzała na mnie, po raz pierwszy uważnie, a nawet badawczo i powiedziała łagodnie: „No to proszę pytać”. Zacząłem zadawać pytania, moja Rozmówczyni odpowiadała, i tak mijała minuta za minutą. Kiedy upłynął kwadrans zacząłem odczuwać presję „tajmingu”, choć i tak uważałem, że udało mi się uzyskać nadspodziewanie duży kęs czasu. Pani Polony rozmowy jednak nie przerywała, a na moje kolejne pytania odpowiadała zupełnie obszernie, nie przejawiając przy tym oznak pośpiechu. Jednak po jakichś 20-25 minutach zaczęły się znane mi, i zawsze denerwujące, a przy tym rozpraszające, próby przerwania rozmowy. Co rusz podchodziły jakieś osoby z ekipy, rzucały słówka o „kończeniu”, coś mówiły do pani Polony, stwarzały atmosferę rozpraszającego zdenerwowania i rzucały mi niemiłe spojrzenia ponaglające, pełne nagany, że „zabieram czas”, słowem – „pchały się między wódkę a zakąskę”. Miałem w tym już pewne doświadczenie, więc postanowiłem nie reagować, zdając się w tej sytuacji całkowicie na moją znakomitą Rozmówczynię. W pewnym momencie, gdy „pressing tajmingowy” stawał się coraz bardziej natarczywy i zaczął przeszkadzać w formułowaniu wypowiedzi samej pani Polony, podniosła głowę i dość srogim, nie znoszącym sprzeciwu tonem zażądała, aby „nam nie przeszkadzano”. Najwidoczniej autorytet Wybitnej Damy Sceny sprawił, że namolny pressing w okamgnieniu ustał i rozmawialiśmy jeszcze przez blisko pół godziny. I tylko od czasu do czasu, rzuciwszy kątem oka na otoczenie, widziałem w oczach ekipy kierowane na mnie spojrzenia ostre jak sztylety. W końcu „zabierałem” im ich czas pracy, opóźniałem moment zakończenia dnia roboczego, a było już późne, listopadowe popołudnie. I tak oto udało mi się, w tych trudnych warunkach, przeprowadzić „pełnokalibrowy” wywiad, zadać wszystkie zaplanowane pytania. I nawet to nie pani Polony dała znak do zakończenia rozmowy, lecz ja „zmiłowałem” się nad otoczeniem i postawiłem ostatni akord. Jaki z tego wniosek? W takich sytuacjach nie trzeba być „miękiszonem” i nie dać się pokonać w gombrowiczowskim „pojedynku na miny”. I że w towarzystwie Wybitnej Damy Teatru można się czuć bezpiecznie nawet w takich nieprzyjaznych, paździerzowych okolicznościach, przy posiłku podawanym w jednorazowych, plastikowych naczyniach, pośród ścisku, zaduchu i hałasu.
Bohdan PORĘBA
Na wywiad zaprosił mnie Bohdan Poręba do swojego skromnego mieszkania w wielopiętrowym bloku przy praskiej ulicy Targowej. W odróżnieniu od nieufnego na początku Ryszarda Filipskiego, pan Bogdan przywitał mnie serdecznie, wręcz kordialnie. Chętnie też snuł narrację, nie w pełni wprawdzie zgodną z treścią moich pytań, ale interesującą. Nad tematyką filmową, artystyczną dominowały w niej wątki polityczne, a raczej ideologiczne, nota bene właściwie tożsame z tymi, które wyrażał Filipski. Charakterystyczne było także i to, że kierował je do mnie z podobną „misyjną” pasją, jakby chciał mnie do nich przekonać. Postacią, która często pojawiała się w narracji pana Bohdana był Andrzej Wajda, któremu nie odmawiał talentu, ale któremu miał za złe jego wizję polskiej historii, jakoby niedostatecznie patriotyczną. Podobnie jak w przypadku wcześniejszej rozmowy z Filipskim, unikałem podchwytywania tych wątków, bo interesowały mnie inne tematy, a pan Bohdan jako reżyser i doświadczony człowiek mający wiele do opowiedzenia, a nie jako komiwojażer mało sympatycznych mi poglądów. Udało mi się to średnio, podobnie jak w przypadku pana Ryszarda. Sprawy, konflikty polityczno-ideologiczne w środowisku filmowym dla obu były znacznie bardziej interesujące niż sprawy artystyczne. Byli w tym obaj tak konsekwentni, że tylko z wielkim wysiłkiem udało mi się „wydobyć” z moich rozmówców przynajmniej część interesujących mnie wątków. Po drugiej, autoryzacyjnej rozmowie, pan Bohdan ofiarował mi poświęconą mu książkę, z nieco patetyczną dedykacją. Dlatego zdziwiłem się, gdy kilka tygodni później zadzwonił do mnie i zakomunikował, że uznał, że ja powinienem być autorem jego biografii. Podziękowałem mu za ten wyraz sympatii i uznania, ale zauważyłem, że przecież sam mi ofiarował książkę o sobie. Usłyszałem, że nie jest to jednak właściwa biografia, jedynie wprawka do niej. Pan Bohdan dość kategorycznym tonem domagał się ode mnie pozytywnego odzewu, jego propozycja, mówiąc pół żartem pół serio, przypominała wydanie rozkazu. Przy czym mojej pozytywnej deklaracji domagał się natychmiast, tu i teraz. Powiedziałem, że z różnych powodów nie czuję się na siłach podjąć tego zadania, a ponadto na pewno takiego zobowiązania nie mogę podjąć się ad hoc, od razu, „w tej minucie”, że potrzebuję czasu do namysłu. Poprosiłem więc pana Bohdana, żeby zadzwonił do mnie za tydzień. Kilka dni później, zamiast telefonu, doczekałem się czegoś innego. Niespodziewanie, w redakcji „Trybuny” przy ulicy Miedzianej pojawił się pan Bohdan w towarzystwie kilku młodych ludzi, którzy wnieśli kilka potężnych pudeł kartonowych wypełnionych rozmaitego rodzaju dokumentami, pismami, starymi scenariuszami, wycinkami prasowymi itd. – To jest dla pana panie Krzysztofie materiał do pracy nad książką – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu, po czym pożegnał się i oddalił. Przyznam, że kompletnie mnie zamurowało i nie zdobyłem się wtedy na żadną reakcję, ale nawet gdyby był we mnie okruch myśli, by podjąć się zadania nałożonego na mnie przez pana Bohdana, to tego rodzaju ruch ostatecznie mnie zniechęcił. Po wielu miesiącach zadzwonił na mnie i zapytał jak idzie praca nad książką. Odpowiedziałem, że w ogóle nie idzie, bo nie zdecydowałem się jej podjąć. Dokumentację odwiozłem mu do domu, korzystając z pomocy redakcyjnego kolegi. Powitanie i pożegnanie w progu było chłodne.






