Daniel OLBRYCHSKI
Spotkanie, a raczej dwa spotkania-wywiady z Danielem Olbrychskim, były słodko-gorzkie. Byłem zachwycony, że mogę przeprowadzić wywiad z moim aktorskim idolem młodości, Rafałem z „Popiołów” Andrzeja Wajdy i Kmicicem z „Potopu” Andrzeja Wajdy. Pierwszy wywiad miał miejsce w scenerii jego rustykalnego domu w Podkowie Leśnej. Przebiegł, pod uważnym okiem małżonki Gwiazdora, mile i owocnie, autoryzacja także była bezkolizyjna. Kilka lat później poprosiłem pana Daniela o wywiad ponownie, na okoliczność premiery „Mazepy” Juliusza Słowackiego w Teatrze na Woli, gdzie zagrał Wojewodę. Spotkaliśmy się po przedpremierowej konferencji prasowej. Spisany tekst oczywiście wysłałem panu Danielowi, ale zamiast odebrania zautoryzowanego tekstu niespodziewanie doczekałem się jego późnowieczornego telefonu, w którym przez dobre pół godziny aktor opieprzał mnie za „nieściśle” spisane jego słowa, za „przeinaczenia” itd. Zapewne, nie wszystko co powiedział mi pan Daniel spisałem jota w jotę. Spisane wywiady często są parafrazami wypowiedzi rozmówców, jako że język pisany rządzi się innymi prawami niż mówiony. Pan Daniel był jednak bardzo zirytowany i objawiając iście „słoniową” pamięć, jako że musiał z pamięci cytować swoje słowa, które jak jego zdaniem „przeinaczyłem”, a moim zdaniem nieuchronnie sparafrazowałem. Zmilczałem pokornie wszystkie uwagi, choć pan Daniel nie był w tym swoim monologu przyjemny. O ile pamiętam, zrezygnowałem z publikacji wywiadu, ale jakiś czas później spotkałem moją znajomą, byłą dziennikarkę od kultury, starszego pokolenia, która jak chciał traf, była dobrą znajomą małżonki pana daniela. W trybie towarzyskim opowiedziałem jej o tym epizodzie, a ona jak się okazało, przekazała moje słowa małżonce aktora. Jakiś czas później znajoma przekazała mi, że panu Danielowi jest „przykro, że mnie tak potraktował i że przeprasza, ale że nie czuł się wtedy najlepiej”. Poprosiłem ją o zwrotne przekazanie panu Danielowi, że „nie ma o czym mówić”, że „byłem zaszczycony że opieprzył mnie sam Olbrychski, aktorski idol mojego dzieciństwa i młodości. W końcu nie sposób się gniewać na kogoś, kto kiedyś był dla mnie Bożkiem.
Giovanni PAMPIGLIONE
W Rzymie zmarł pan Giovanni Pampiglione. Nie tak dawno wydał, do spółki z Barbarą Osterloff, wspomnieniową książkę „Serce nad Warszawą”, o dziesięcioleciach swojego polskiego życia. Choć urodził się w najpiękniejszym być może mieście świata, w Rzymie, „Wiecznym Mieście” i to przy sławnej via Salaria, którą Henryk Sienkiewicz wymienia w „Quo vadis”, to jako młody człowiek, w latach sześćdziesiątych zakochał się w polskiej kulturze (i zapewne nie tylko), związał się z polskim światem artystycznym, aktorskim i reżyserskim i sam stał się polskim poniekąd artystą, człowiekiem teatru. Kilka lat temu gościłem w jego warszawskim mieszkaniu, w osiedlu gdzieś za Powązkami, gdzie udzielił mi obszernego wywiadu, a później także na jego poetyckim wieczorze autorskim przy placu Dąbrowskiego. Z „Serca nad Warszawą” dowiedziałem się mnóstwa nowych rzeczy i choć dorobek teatralny utalentowanego inscenizatora, jakim był pan Giovanni jest bardzo cenny, lecz jak na ponad pół wieku obecności w Polsce, dość skromny „liczbowo”. Jednak pomimo tego, że pan Giovanni był bardzo lojalny w stosunku do swojej przybranej ojczyzny, polską sztukę niezmiennie podziwiał i miał ją także za swoją, to nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w Polsce nie doceniono go dostatecznie, na miarę jego talentu i wiedzy. Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że zadziałała polska zawiść, dystans do „obcego”, niechęć do stworzenia mu warunków do twórczej pracy. Zapewne miał polskich przyjaciół, którzy byli mu przychylni, przyjaźni, ale generalnie nie wykorzystano jego umiejętności dla wzbogacenia polskiego teatru. A przecież pan Giovanni miał zasługi także m.in. na niwie translatorskiej i przyswoił „włoszczyźnie” choćby „Sprawę Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, jak również kilka sztuk podziwianego przez sobie Witkacego, m.in. „Onych” i „Mątwę, czyli hyrkaniczny światopogląd”. Niestety, choć pan Giovanni nigdy tego nie powie, to ja to powiem za niego – polskie piekiełko działało i nie pozwoliło rozwinąć w pełni skrzydeł jakiemuś „włoskiemu przybłędzie”.
Alicja PAWLICKA
Z panią Alicją spotkałem się w cichej kawiarni w „Promie Kultury” na warszawskiej Saskiej Kępie. To także Dama Sceny, ale o usposobieniu pozbawionym władczości, bardzo stonowana, skromna, mówiąca bardzo oszczędnie o swojej długiej karierze aktorskiej na scenie warszawskiego Teatru Polskiego, gdzie zagrała dziesiątki ról. Ma na swoim koncie także wiele ról filmowych. Najbardziej zapamiętałem ją w roli Laury w telewizyjnym „Kordianie” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Jerzego Antczaka (1963), w duecie z Ignacym Gogolewskim. Chętniej jednak niż o swojej aktorskiej pracy opowiadała mi o swoim nieżyjącym już mężu, Janie Suzinie, sławnym spikerze Telewizji Polskiej i obdarzonym wspaniałym głosem lektorze filmów emitowanych na „srebrnym ekranie”. Do tej pory legendarny western „Rio Bravo” kojarzy mi się ze srebrzystym timbrem jego głosu. Na spotkanie przyniosła maszynopis wspomnień męża i zgodziła się pożyczyć mi je na kilka dni. Są naprawdę bardzo interesującym i barwnie napisanym przyczynkiem do dziejów polskiej telewizji. Kilka lat po naszym spotkaniu ukazały się w formie książkowej.
Franciszek PIECZKA
Kojarzę go zawsze z panią Barbarą Krafftówną, z powodu dwóch ról, które ich połączyły. On grał Gustlika w „Czterech pancernych i psie”, a ona jego ukochaną Honoratę. W „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa on zagrał nieszczęśliwego Pacheco, a ona jego macochę, sprzyjającą jego zapałom miłosnym kierowanym ku Inezildzie granej przez Polę Raksę. Dla mnie Franciszek Pieczka to przede wszystkim wspaniały kapitalista Müller z „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy. Spotkaliśmy się w jego garderobie w Teatrze Powszechnym. We Franciszku Pieczce uderzyła mnie swoista ludowa, śląska godność, a jednocześnie jakiś patriarchalny spokój, życzliwość, dobroć, prawość, szlachetność. Monumentalizm połączony z franciszkańską skromnością. Nawet cienia pozy, minoderii, tak jakby jego artystyczna indywidualność całkowicie wyrastała z natury, a w najmniejszym nawet stopniu z kulturowych źródeł jego zawodu, który niejako z definicji zakłada pewną dozę egocentryzmu i miłości własnej. Nikt nie jest święty, ale rozmawiając z panem Franciszkiem odnosiłem wrażenie jakbym słuchał jakiegoś ludowego świętego. Podobne wrażenie miałem oglądając go w roli świętego Piotra w „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza. Nie miałem wrażenia, że to aktor przebrał się za głównego świętego chrześcijaństwa i go gra, ale że w panu Franciszku było naprawdę coś jakby „świętego”.
Leonard PIETRASZAK
Latem 1973 roku, licealistą będąc, miałem okazję niemal codziennie przez kilkanaście co najmniej dni oglądać na własne oczy dekoracje do realizowanych w Lublinie scen serialu „Czarne chmury” Andrzeja Konica. Nawiasem mówiąc, Lublin nie był nominalnym miejscem akcji, a jedynie imitował Warszawę. Tak się złożyło, że dekoracje zostały ustawione na przestrzeni od Bramy Krakowskiej do Bramy Grodzkiej, czyli w malowniczej, ale bardzo wtedy zaniedbanej przestrzeni lubelskiego Starego Miasta. Mieszkałem wtedy na obrzeżu tej okolicy i dlatego codziennie niemal przemierzałem tę trasę w drodze do centrum. Głównymi dekoracjami były wykonane z lekkich materiałów, w tym gipsu, imitacje XVII-wiecznych, niewielkich budowli, karczm, zajazdów, stajni, a także drobnych detali takich jak kramy handlowe, daszki i elementy małej architektury. Uzupełniały one autentyczną, malowniczą tkankę zabytkową lubelskiej Starówki, która w ostateczności i bez tego mogłaby pełnić rolę filmowego pleneru historycznego. Widziałem też przechadzających się aktorów i statystów w strojach stylizowanych na epokę, w której rozgrywała się akcja serialu, czyli czasy krótkiego królowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Konno przemknął mi raz nawet przed oczami Leonard Pietraszak, w przepysznym kostiumie pułkownika Krzysztofa Dowgirda, przy szabli. Przypadkowo w tym czasie, traf zaprowadził mnie pewnego wieczoru do kawiarni lubelskiego „Motelu”, położonego przy trasie przelotowej, w niezbyt dużej odległości od Starego Miasta. Sala była wypełniona gośćmi i – jak to w owych czasach – bardzo zadymiona. Szybko zorientowałem się, że nie są to zwykli goście, z tzw. „ulicy”. Przy kilku zestawionych stolikach siedziało grono aktorów, wśród których zauważyłem m.in. Leonarda Pietraszaka, Ryszarda Pietruskiego oraz pokaźne grono aktorów lubelskiej sceny, Państwowego Teatru imienia Juliusza Osterwy, którzy licznie wzbogacili obsadę filmu w rolach drugoplanowych, głównie tzw. „braci szlacheckiej, w sarmackich kontuszach i z podgolonymi łbami. Do kawiarni „Motelu” przyszedłem z kolegą, zamówiliśmy jakiś trunek, bodaj piwo, i kątem oka obserwowaliśmy gwarne, wesołe towarzyskie zgromadzenie postaci znanych mi ze sceny oraz ekranu, kinowego i telewizyjnego. W pewnym momencie pan Pietraszak poniósł się od stolika i udał się chyba do do szatni czy może do toalety. Skorzystałem z okazji, poderwałem się z krzesła i podsunąwszy mu jakąś kartkę poprosiłem go o autograf, którym oczywiście mile mnie obdarował. Kiedy po latach spotkałem się z nim w jego garderobie w warszawskim teatrze Ateneum, wspomniałem mu o tym drobnym epizodzie, którego rzecz jasna nie pamiętał, choć pamiętał wesołe biesiady towarzyskie w „Motelu”, którymi ugaszczali go lubelscy koledzy po fachu. Był od dziesięcioleci wybitnym aktorem, pamiętnym z wielu ról filmowych i telewizyjnych, a także świetnych kreacji teatralnych, ale w prywatnej krainie mojej pamięci kojarzy mi się przede wszystkim z tymi ciepłymi dniami lubelskiego lata 1973 roku. Takimi prawami rządzi się subiektywna logika pamięci.
Marek PIWOWSKI
Dziwna jest alchemia takich spotkań. Twórca „Rejsu” jest (a przynajmniej był) człowiekiem niebywale dowcipnym, o wesołym, kreatywnym sposobie bycia, a mimo to przebieg rozmowy z nim nie okazał się fajerwerkowy. Może poza dowcipem, którym spuentował wywiad, cytując słowa Donalda Trumpa, że „sukces osiągają tylko ci, którzy wstają o 4 rano i wyprzedzają tych, którzy wstają o 7 rano”. Piwowski należał do tych którzy wstawali mocno po siódmej, stąd tylko w małej cząstce wykorzystali swoje talenty, czego był świadom. Jednak była jeszcze inna przyczyna. Pewien bardzo zaniedbany, ale wysławiający się elokwentnie i z dykcją aktorską starszy pan, któremu postawiłem kiedyś piwo w „Piotrusiu” przy Nowym Świecie, opowiedział mi taką anegdotę. „Wracam do domu nad ranem i widzę w moim łóżku „Piwka”. Budzę go, a on pyta: „Co tu tu robisz, Stasiu?”, a ja na to: „To ja pytam ciebie, co ty robisz w moim łóżku, Marku”.
C.d.n.





