Jej stary pędził z początku żywot poczciwca. Potem nie usiłował udawać porządnego. Zhardział. Pierwszy mężczyzna Cioci, facet otrzaskany z bajerowaniem, ożenił się z nią i przez jakiś czas nie żałował swojej decyzji; miał swobodę, mógł chodzić gdzie bądź, choćby na polowania z erotycznymi historiami w tle.
Wiedział, że mogło przytrafić mu się gorzej. Choćby to, że mógł spotkać kłótliwą zołzę o niepojętych wymaganiach. Ale znalazł roztropne stworzonko skłonne do przymykania oczu, istotę w łaciatej podomce, seksualny eksponat niezadający pytań, idiotycznych czy kłopotliwych, wpędzających go w konfuzję, zażenowanie i bąkające przeprosiny.
*
Zaraz po ślubie okazał się uczuciowym harpagonem. Czułe spacery przy księżycu zostały zastąpione chropowatą pospolitością. Serdeczny i nadskakujący przed, po – rozwiał jej złudzenia, obnażył się. Uszło z niego powietrze i zaczął być rozdrażnionym mrukiem; kiedyś skromny, teraz miał krwiożercze kły.
Jego poprzedni, egzaltowany romantyzm szlag trafił i dowiedziała się, że poezja, owszem, na wstępie znajomości ma sens. Niewielki co prawda i w zasadzie niepraktyczny, bo pochłania za dużo emocjonalnych kilowatów. Ale sensu tego już nie ma, gdy trzeba zająć się domem, czyli nim. Kiedy należy poniechać zbędnych trosk o bachora i zadbać, by miał kawę na zapęd.
Kawę koniecznie ze śmietanką! Nie za ciepłą, nie za zimną, tylko w sam raz do chlipania. Ma się rozumieć, papierosy też. Musowo z filtrem, wykwintne, ułożone na podorędziu, przygotowane dla kumpli.
Mimochodem dodał, że nie ma zamiaru rezygnować z kamratów. Po czym stwierdził, że miłości obustronnej nie ma, że zamiast niej grasują po świecie rozczarowania, egoizmy i nieodwzajemnione uczucia.
A najważniejsze, oznajmił, odtąd ma zajmować się tylko tym, by miał wolną głowę i nie zaprzątał jej fidrygałkami: czynszem, rachunkiem za telefon, za co popadnie; głupimi pieniędzmi na bzdurne święta, no i żeby zawsze było posprzątane.
Co oznajmiwszy, z uczuciem satysfakcji płynącej z dobrze wykonanego zadania, pospiesznie znikał w przyległym pokoju i od tego momentu datowała się jego stała uczuciowa absencja. Od tej pory przestał bywać i siedział w gabinecie.
Ale kto go tam wie, czy siedział! Może spał albo patrzył przez lupę, oglądając pamiątki po niegdysiejszych zamiłowaniach i wyobrażał sobie, co by zrobił, czego dokonał, gdyby mu się chciało ruszyć tyłek.
*
Od chwili, gdy się do nich wprowadził, zajmował się wyłącznie sobą. W mężu więc nie znalazła oparcia. Prawdę mówiąc, jako pusta głowa rodziny, nie nadawał się do znalezienia czegokolwiek. Miała więc w co wkładać ręce i przez co nie móc zasnąć. Robiła wszystko, żeby ją nareszcie docenił i przestał opędzać się od niej. I choć z każdym kolejnym latem wstępowała w nią wiara w odmianę losu, wiara ta gasła z chwilą, gdy pojawiał się w drzwiach i rozpoczynał smętne perory.
*
Kiedy zamieszkał z nią, wyznał, że od dawna uskarża się na wrzody żołądka. W łazience poustawiał buteleczki z lekarstwami, kieliszki na krople i torebki z ziołami,, co wyglądało tak, jakby baterią medykamentów chciał wydusić z niej współczucie.
Presja tego widoku miała przekonać Mamę Martusi, że nie udaje, że coś mu jest i w związku z tym musi być wobec niego przymilająco uprzejma.
Wchodził do kuchni i przystępował do narzekania. Jego śledczy wzrok sprytnie omiatał otoczenie. Z nagłym postanowieniem, że ma coś ważnego do zakomunikowania, chowając twarz w dłoniach, manifestacyjnie wycierał nos, co miało być pretekstem umożliwiającym zadanie mu rozdygotanego pytania o zdrowie. I pytanie takie padało: usta Ciotki wykrzywiał grymas zaciekawienia.
Przypatrywał się jej z tym wytężonym znawstwem człowieka, który jeszcze nie wie, że urwał mu się film i ciągle gada, choć już nie ma o czym. W piżamie, zlany potem, siadał przy niej na krześle. Trzymając się za brzuch, odgarniając z czoła rzadką tapicerkę, bajdurzył o tym, co go trapi, ssie, uwiera, kim był, zanim ją poznał, a kim został w rezultacie.
Jojczył, że jak długo żyje, nigdy nic mu nie pasowało: praca była nieziemsko podła, wydoiła z niego resztki. Ale resztki czego – nie precyzował. Zanosił się od wzburzenia, garbił pod naporem krzywdy, z miną samobójcy-fiksata pukał w niskie, zafrasowane czoło, zapalał peta i tak przygotowany do wywierania wrażenia na Ciotce, zabierał się do snucia intymnych zwierzeń.
A zaczynał od stwierdzenia, że wszystko mu przepadło i obwisło. Wołał w zacietrzewieniu, iż nawet dzieciństwo miał żadne i że stale depczą mu po życiorysie. Do teraz pali go zgaga, bo przed potopem zapowiadał się i rokował, pokładano w nim i żywiono wobec niego.
A gdy tak ubijał retoryczną pianę, Ciocia odnosiła wrażenie, że im więcej powołuje się na życiowe pechy, tym snadniej tyrady jego są mało wiarogodne.
*
Któregoś dnia powiedziała Martusi, że gdyby rzeczywiście miał te swoje bóle, byłby może bardziej autentyczny i nie zachowywał się jak efekciarska pierdoła. Lecz jej ojciec, który istniał dzięki swoim złudzeniom, nie miał ochoty na bycie prawdomównym. Prawda była dla niego zatrutym pokarmem: jeżeli odczuwał gastryczne mdłości, wolał żyć w przekonaniu, iż dokucza mu rozstrój żołądka, niż wiedzieć o tym, że jego kłopoty mają emocjonalne podłoże, a ich źródło mieści się w wyrzutach sumienia.
Żył wbrew ich ostrzegawczym sygnałom. Pogrążony w nieświadomości, lekceważył te objawy, jakich nie był w stanie ukryć: pragnął być zwodzony, bo niekiedy kłamstwo przynosi ulgę, tak jak prawda często przyśpiesza wykonanie wyroku. Toteż nie przejmował się stanem swoich nerwów i podczas gdy czekał na swoją dawkę współczującego zainteresowania, Ciotka stwierdzała z rozgoryczeniem, że jest koncertowym frajerem.
*
Nieraz przyłapywała się na myślach mogących go zranić. Choć były szczere, nie nadawały się do weredycznych wypowiedzi. Wiedziała, że chwilowa satysfakcja ofiarowuje ulotne zadowolenie: czy prawda potrzebna jest temu, kto woli żyć w złudzeniach i wierzy w swoje zalety? W przymioty, które są dla niego bezdyskusyjne, dla innych natomiast są moralną ciekawostką?
Sądziła, że na zatajeniu prawdy można szybciej zajechać, aniżeli na jej brutalnym, agresywnym przedstawianiu! Niejednokrotnie zadawała sobie pytanie: czy nie o to idzie, by tylko zbliżać się do niej, delikatnie jej dotykać, niż bez ogródek wywalać ją, powiedzieć: oto daję ci ją na tacy, taki jesteś, udław się swoim rzeczywistym obrazem?
*
Któregoś dnia przestał dyrygować ich życiem. Niedługo potem opuścił je, a rozwód przypieczętował sprawę. A kiedy przestało być go „wszędzie za dużo”, Mama Martusi ożyła. Nareszcie poczuła się sobą: jakby gniotący ją ciężar przestał się w niej rozprzestrzeniać.
Z czasem zaczęła nie zauważać, że odmaszerował: pochowała zdjęcia ze ślubu. Jednak nie wypowiadała się o nim źle. Po prostu nie zabierała głosu na jego drażliwy temat. I podczas, gdy Ciocia nadal udawała, że jego ucieczka nie zrobiła na niej wrażenia, że pogodziła się z faktami, w myślach mojej kuzynki nie zagrzał miejsca; mało ją obchodziło, jak mu się układa.
Spowodował w Ciotce trwałe urazy: usłał jej życie brakiem róż i zrozumiała, że zaczyna się dla niej duchowy przednówek. Odkryła, że zbliża się do niej ołowiany czas potępienia przez tych, którzy nie mieli pojęcia, co przeszła.
Nowy Tata
W parę lat po rozwodzie Mama Martusi wyszła powtórnie za mąż. Kuzynka początkowo obserwowała go sceptycznie. Kiedy przed wyznaczeniem daty ślubu zjawiał się w domu, mojej ciotce przynosił wiązanki, bukiety i czekoladki, a Martusi – książki. Jednak ani kwiaty, ani książki, nie były podarunkami mającymi je oszołomić, olśnić, zmusić do wyrażania wdzięczności; patrzył na nie jak na zwykłe osoby. Jego intencje były jasne i od razu oczywiste: miał ochotę sprawić im przyjemność. Toteż wkrótce zaskarbił sobie sympatię Martusi; polubił ją bezinteresownie. Nie dlatego, że była córką jego przyszłej żony i tak wypadało postąpić, ale dlatego, iż dostrzegł w niej człowieka.
Wnet wołała na niego Tata, bo nie nazywał jej przykrą wpadką zagalopowanego ciała. Ani jej, ani Mamy nie pouczał, nie strofował. Nie był też napuszonym cymbałem. Na wielu rzeczach się znał. Wiedział na przykład, jak wprawić je w świetny humor. Chodził z nimi do kina, do teatru, gdy zdarzała się jakaś zacna sztuka w niezłej obsadzie, niekiedy do filharmonii. Mówił mało, za to celnie.
I tak im się wiodło, aż zaczął słabować; ni z tego, ni z owego, nagle zmalał i upodobnił się do wiórka. Na pytania odpowiadał monosylabami, niewyraźnie, bełkotliwie. Przykro było patrzeć na niego. Mama Martusi robiła mu rosołek, a że na przemian było mu to gorąco, to zimno, zapobiegliwie poiła go ziółkami i serwowała grog z wanilią.
*
W ów czas pojawił się mały szkopuł, zrazu nieodgadniony, zwłaszcza dla kuzynki, lecz dla jej Mamy całkiem dający się pojąć. Ten mianowicie, że jego znajomi poczęli migać się od częstych wizyt i odsuwać od okazywania mu sympatii. Odwiedzali go coraz mniej entuzjastycznie i prawie niechętnie, gdyż wprawiał ich we wstydliwe zakłopotanie: burzył im ustalony porządek rzeczy.
Nadąsani, wiercili się niespokojnie, starając się nie patrzeć na niego. Spoglądali na boki, a on, jak gdyby już był poza ich zasięgiem, cicho przechodził na drugą stronę. Targany medytacjami, ukrywał się wśród swoich metafizycznych ciał, oni zaś, sądząc że już nie opłaca się i nie warto zabiegać o jego pomyślność, zdeprymowani sytuacją, w jakiej ugrzęźli, nieporadnie i ukradkiem szeptali między sobą, że pora stąd wyjść.
Afektowanie ożywieni i kabotyńsko zrelaksowani, porozumiewali się ponad głowami matki i córki. Jednakże to, czego byli naocznymi świadkami, nie miało w sobie cech ostatecznych, rozstrzygających i niewątpliwych na tyle, by mogli uważać, że są kibicami umierania. Jeżeli tak im się wydawało na początku, to już po chwili zalęknionej obserwacji, nie byli tego tacy pewni.
Na darmo więc składali usta do pocieszania, na próżno sposobili się do układania pogrzebowych przemówień nad otwartą mogiłą, niepotrzebnie kombinowali, jak o tej zgniłej porze roku kupić prześliczne wiązanki i gdzie nabyć wieńce. Daremnie martwili się, jakie napisy ułożyć na szarfach i klepsydrach, w co ubrać twarz na stypę i czy na pogrzebie podadzą ciepłe kiełbaski.
Kurtuazyjnie przejęci, jak na sygnał trąbki wzywającej do odwrotu, jak na komendę odwołującą szarżę, wstawali z miejsc i podchodząc do okna wymizerowanym krokiem, głaskali Mamę Martusi po zrozpaczonych plecach, a wnosząc w górę nawodnione oczy, ocierając z nich zacieki, wychodzili, by już nie wrócić.
- *
Za to Mama Martusi z niepokojem i troską obserwowała zachodzące w nim utraty; dla pozostałych – niezauważalne, dla niej – widoczne od razu: tata mojej kuzynki przygotowywał się do walki wymagającej olbrzymiej odwagi. Zbierał się do kolejnych targów o jeszcze trochę życia.
Ciężko wzdychając, gromadził resztki sił do odbycia kolejnego etapu. Szykował się do podjęcia rozstrzygających pertraktacji z Nieuchronnym, do pożegnalnej utarczki z Nieznanym.
Był wtedy tak lichy, nieruchomy i przezroczysty, że gdy nareszcie stało się to, co musiało nastąpić, a ciotka z krzykiem padła na jego pierś, Martusia nie potrafiła pogodzić się z jego odejściem, uporać z tym, że nie zdążyła go poznać, nagadać się z nim tak, jakby chciała. Złorzeczyła mu winiąc go za to, że pewne rzeczy działy się albo za wcześnie dla niej, albo zbyt późno dla niego, że kiedy przychodziły, to już nie było dla nich odpowiedniej pory. Dotarło więc do niej, że ci, których ledwie co zdążyła pokochać i z którymi chciała dzielić się przemyśleniami, znajdują się nie tam, gdzie ona.
Czuła się rozczarowana tym, że jej czas teraźniejszy kłóci się z wczorajszym. Pojęła, iż wkracza w zaklęte rewiry ulotnych doznań, w te rejony, w których nawet dzisiejsza tęsknota nie ma dla niej wczorajszego znaczenia, tak jak nie ma znaczenia, czy świat kocha ją jeszcze, czy odrzuca już.
Pocieszała się, że to, co wydaje się ziemskim kresem podróży, pod wpływem dobroczynnego zacierania się chwil, staje się początkiem nieznanej drogi. Było jej ciężko, bo zauważyła, że jest z nią nie tak, jak pragnęła. Zatrwożyło ją to, gdyż uświadomiła sobie, że co było wtedy, już z pewnością nie wróci.
Nie wróci, gdyż oczekując nastania łatwiejszych dni, nie trzeba odgrzebywać minionych: życie pędzi nie w tym kierunku, co ona, bo choć wydawało się jej, że jest w mocy nim pokierować, to przecież stale ulega ułudom: wszak złudzeniami są myśli o nieskażonych powrotach do tego, co nieodwołalnie przeszło
Powiedziała sobie, że jeśli nawet nastąpi cud i nagle stanie się tak, jak wyobraziła to sobie w snach, jej rzeczywistość będzie miała już inną formę i czego innego będzie od niej żądać.
Po pogrzebie
Śmierć Taty zbliżyła ją do Mamy. Kiedy po ceremonii pogrzebowej znalazły się w domu, już nie było im jak zwykle: nie poszła do siebie, lecz siadła z ciotką przy stole i piła herbatę. Początkowo trzymała fason, lecz gdy Martusia zorientowała się, że jest z nią coś nie tak, nie mogła już temu zapobiec: poprzedni świat jej Mamy uległ deformacjom i nie potrafiła sobie poradzić z obecnym.
Zaczęło się od kluczy, od poszukiwania biletów na koncert, które nie leżały, jak Bóg przykazał, na tradycyjnym miejscu, w portfelu, ale wyzywająco byczyły się w gabinecie.
Klucze były jednak tylko pretekstem do rozpoczęcia grubszej awantury, do zainaugurowania sprzeczki z aluzjami, z wywijaniem czym się da, z trzaskaniem czymkolwiek o cokolwiek. Stanowiły pretekst do wszczynania scysji z ostrym strzelaniem gaf, z powiedzeniami o jedno słowo za dużo.
Były uwerturą do awantury. Do wielowątkowych, niekontrolowanych, uwolnionych z hamulców pyskówek będących odprężającą reakcją na smutek po uroczystości na cmentarzu.
Klucze
Mama Martusi podawała ton i rozlegały się jej marudne rozważania o złośliwości przedmiotów martwych. Zaczęło się od kluczy. Od posępnego napomykania o wszystkim, tylko nie o własnej sklerozie. Rozpoczynała oskarżające mowy o tym, że to z Martusi pierwszej wody bałaganiara, ziółko, niewąski model i aparat, bo sama je „tam” wtryniła, by udowodnić, że Matka ma bzika i już nie może być sobą bez pomocy z zewnątrz.
Któregoś dnia podniosła głos na Martusię mówiąc, że rozdmuchuje „incydenty” z kluczami po to, by się czuła źle i została jej przypisana wina za śmierć męża, człowieka, którego tak bardzo jej brak.
Po tej krasomówczej eksplozji, następowała dystyngowana, obrażona, zaczepna cisza. Rozmowy nie kleiły się, były przerywane, sztywne. Obydwie miały zwarzone, podłe nastroje i każda z nich czekała na dementi, na wzajemne pokłony i radosne buziaczki.
Jej niesprawiedliwości oplątywały Martę coraz ciaśniejszą siecią oskarżeń i wymówek, a moja ciotka siedziała teraz martwo wpatrzona w miejsce zasłane nieobecnością męża.
Była apatyczna, cierpka, pogrążona w reminiscencjach i jałowych kontemplacjach. Zaczęła nie dbać o siebie. Czesała się tylko wtedy, gdy ktoś miał przyjść. Przestała malować się i ubierać w czyste sukienki, a w łazience za długo było mydło i ręczniki wisiały za suche.
Krążyła teraz po mieszkaniu w swoim łaciatym szlafroku, ale jeżeli w okresie gubienia kluczy demonstrowała oburzenie, to teraz, w epoce czystych ręczników, jej chód był ślamazarny i zobojętniały.
*
Po tej depresyjnej kwarantannie, ponownie zaczęło interesować ją życie. Wkrótce obydwie układały scenariusze przyszłych planów. Marta opowiadała się za studiami, psychologią, czy czymś takim, a jej rodzicielka, by wyjechać, by wrócić na stare śmieci, najchętniej do dziadków, do ich domu.





