GRECKA MŁODA POETKA
Viki Katsarou
Viki Katsarou urodziła się i mieszka w Atenach. Jest absolwentką Wydziału Filologii Klasycznej Uniwersytetu Ateńskiego. Ukończyła studia podyplomowe z języka i literatury greckiej, teatrologii. Od dziesięciu lat pracuje, jako tłumaczka i redaktorka. Jest autorką trzech tomików poezji: „Eve’s Cherries” (Iolkos Publications, 2018) i „Papousa” (Enypnio Publications, 2021), „Charakides”. Jest także autorką monologów teatralnych, które stały się kanwą dla filmów eksperymentalnych. Przedstawiamy wybór najnowszych jej liryków. Viki Katsarou uważna jest za najciekawszą grecką poetkę młodszego pokolenia.
PIĘĆDZIESIĄTNICA OCZYSZCZENIA
Dezynfekcje,
dezynsekcje,
eksterminacje.
Duch Święty
zstąpił na miasto,
i umiera.
Przeniósł także
Ducha Bożego
nad Jordan
i
trzymał w dziobie gałązkę oliwną –
widoczny znak
pobliskiej ziemi.
A kiedy
widziano go po raz ostatni,
stał się
ognistym językiem Apostołów.
Teraz,
pióra zebrane na asfalcie,
wnętrzności, które szybko wysychają,
pokarm dla kotów
które umierają z nudów.
Mały ptaszek
powoli pije wodę z rowku
zmieszaną z chlorem,
bo myśli, że gasi pragnienie,
i znalazł swoje źródło;
płucze gardło
i czesze piórka.
Gdzie wieczorami zasypiają
gołębie
z miejskich drutów?
Nikt nigdy tak naprawdę nie widział,
jak Duch się wznosi.
Rano
zmywa go miasto.
SZTUKA UTRZYMANIA SIĘ
Maria rozłożyła na balkonie drucianą siatkę.
„Na gołębie” – powiedziała.
Przybiła narożniki,
zmierzyła odległości,
a potem wytarła ręce –
plamy krwi pozostawione na drucie
przez pierzaste ciało.
„To już koniec” – powiedziała.
Ale gołębie
przyleciały znowu.
Znalazły szczelinę
między ścianą a siatką –
błogosławiona niepamięć
– i przysiadły.
Maria zobaczyła je rano,
jak cicho stały,
małe, puszyste ciałka,
gnieżdżąc się obok siebie.
Nalała wody do tygielka,
otworzyła okno
i usiadła naprzeciwko nich.
Tego dnia
w ogóle się nie odzywała.
Popatrzyła na gwoździe,
na drut,
zdradliwe ślady jej dłoni.
A potem na nie.
„Jakoś tak to się dzieje” –
powiedziała.
Uczą się.
A my razem z nimi,
aby przyjąć odrzucenie.
I to właśnie boli,
jak życie
uczy się od miłości –
odpoczywać
na gwoździach.
KOTY UMARŁYCH
Dębowe podłogi skrzypią każdej nocy.
Ciepłe i brązowe żyły,
dziesiątki lat radia,
które nigdy nie zgasło.
Drewno nie pochłania zimna jak marmur;
jest ciche pod stopami,
zapisuje się rysami, śladami,
zmienia barwę, dojrzewa.
Ludzie kiedyś pragnęli,
by podłoga żyła tak jak oni.
Mój kot porusza się po niej,
jakby przypominał sobie coś, czego ja nie wiem.
Każdej nocy, o tej samej porze,
przechodzi obok okna,
i tam intensywnie wpatruje się
w ciemność.
Mówi się, że mieszkała tu staruszka;
umarła samotnie,
a kiedy weszli do środka,
kot stał jej na piersi,
w taki sposób, by nikt jej nie dotknął.
Pozostawała sama przez tygodnie,
aż ją przygarnęłam.
I może dlatego dębowe podłogi wciąż skrzypią –
bo tak naprawdę nie odeszła.
Każdej nocy wraca,
aby jej kot mógł ją usłyszeć,
poczuć, że dotrzymała obietnicy,
i nawet śmierć
nie mogła oddzielić matki
od stworzenia.
Może ten dźwięk to po prostu wiatr.
Ale za każdym razem, kiedy skrzypi podłoga,
kot odwraca głowę
i mruczy.
JĘZYK
Mój kot i ja kłócimy się
o kawałek waty,
którą traktuje jak zdobycz,
by mnie zadowolić.
Wata oderwała się
z zachowanego knota,
który lata temu zanurzyłam
w oleju do lamp
dla spokoju
mojej cierpiącej duszy
i kot nosi ją
jak relikwię
po całym domu,
wypełniając go sierścią i śmieciami.
Mój kot nie wie,
że ludzie mają
coś takiego jak dusza,
i nieustannie wypędza ich, bezdomnych,
do świata,
który sam stworzył.
On nie wie,
że potrzebuję tej waty,
by trzymać ją w dłoni
i mówić „zmiłuj się”,
mając nadzieję,
że pewnego dnia moje ciało będzie należało do niego.
Oblewam go wodą, krzyczę,
besztam go,
ale on nie rozumie i miauczy;
ja też nie,
i ciągnę go za ogon.
Potem
wbija we mnie pazury
i upuszcza
watę do moich stóp.
Zostajemy tam
z
watą między nami,
jak z relikwią,
i nikt nie wie
co z nią zrobić.
Teraz szukamy wspólnego języka,
on i ja.
Ja nie mówię miauczeniem,
a on nie mówi
moimi słowami.
A jednak
gdzieś pomiędzy
mruczeniem
a krzykiem,
który się ze mnie wyrywa,
kiedy znowu mnie drapie,
rodzi się modlitwa.
Wierzy,
że jego dar jest bezcenny;
wata,
trochę zakrwawiona od jego pazurów,
łup,
który przyniósł,
aby mi powiedzieć:
„Widziałem cię.
Zrozumiałem.
Należysz do mojego stada”.
A ja,
znów trzymając go w dłoni,
szepczę o zmiłowaniu
nie tylko dla mojej duszy,
ale i dla jego,
bowiem on nie wie,
co posiada.
WZAJEMNE WYKRWAWIANIE
Poeta zastanawia się,
jak to możliwe,
że czułość poezji
i koci język
mogą ciąć jak brzytwa
z sekundy na sekundę.
Moje wiersze wołają,
moje koty łaszą się
i prawie wbijają pazury
w tętnicę mojej dłoni;
liżą mnie po twarzy
w sposób,
który po chwili sprawia ból
i nazywam to miłością,
kocham je
a poezja kocha mnie
od strony nocy
do pierwszego krzyku
w postaci kobiety
i natury,
nieokiełznanej bestii.
Poeta się zastanawia,
a poetka nigdy.
On się zna na poezji,
lecz ona
więcej wie
o kotach.
Tł. Stanisław Srokowski
Korekta: Maria Ganaciu-Srokowska





