Strona główna Bez kategorii Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
55

Epopeja genialnego mnicha

Modne jest dziś przedkładanie interpretacji czytelniczej nad intencje autorskie. Te ostatnie co prawda nie zawsze są ani jasne ani oczywiste, ale co do mnie, jestem przede wszystkim za dokładaniem starań, aby zrozumieć „co autor miał na myśli”, a za nie szukaniem interpretacji „w sobie”. W przypadku monumentalnego dzieła Pierre Aubé „Św. Bernard z Clairvaux” ten problem akurat nie jest istotny, jako że celem autora nie było nic innego jak tylko ukazanie losu jednej z największych postaci średniowiecznej Europy na tle epoki, nie mniej oddajmy najpierw głos autorowi. „Niepozorny mnich o stalowej woli (…) zajmuje się sprawami Państwa i sprawami Kościoła, dokonuje kolejnych fundacji, wpływa na geopolitykę, pisze arcydzieła, angażuje się w niebezpieczne debaty intelektualne, inicjuje krucjatę, koresponduje ze wszystkimi liczącymi się postaciami Europy i innych części ówczesnego świata, zagłębia się w Bożej miłości, rozstrzyga krwawe nieraz konflikty, wpływa na jednych i zwalcza innych, a wszystko to w tym samym czasie” – napisał autor o Bernardzie we wstępie. Historyk Georges Duby pisał o mnichu z Clairvaux: „Płomienna wola mocy ożywiała Bernarda (…) Należał do ludzi budzących lęk, przekonanych o posiadaniu prawdy, którzy – przełamując każdą przeszkodę zgodnie z zasadą, że cel uświęca środki – chcą zmusić współczesnych do życia zgodnie z modelem przez siebie wykutym”. Charles de Gaulle nazwał go „kolosem”.

Monumentalna biografia Bernarda z Clairvaux przypomina ogromny, wielobarwny, gotycki witraż. Na tym witrażu widnieje nie tylko postać tytułowa, lecz także cała epoka, zwana „renesansem XII wieku”, epoka w której przyszło mu żyć, odmalowana we wszystkich jej aspektach i przestrzeniach: życia politycznego, religijnego, moralnego, społecznego, gospodarczego, kulturalnego, filozoficznego. Napisana została pięknym stylem, obrazowym a jednocześnie drobiazgowym, konkretnym. Zdania są krótkie, lakoniczne, pełne treści. W tym dziele imponującej erudycji każde zdanie ma swoją wagę, nie ma tu „pustych pasaży”. Postać świętego Bernarda de Clairvaux trudno uznać za mogącą budzić uczucia ciepłe. Było w nim wiele z fanatycznego mnicha, jakaś nutka Savonaroli, wiele bezwzględności, ale niewątpliwie naznaczony był wielkością i geniuszem. Pozostaje do dziś jedną z tych wielkich postaci, które tworzyły tożsamość Europy. 

Pierre Aubé – „Św. Bernard z Clairvaux”, przekład Łukasz Maślanka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, str. 822, ISBN 978-8366272-52-1

Zamach majowy 1926. Polski western

Czas płynie nieubłaganie. Gdy przyszedłem na świat, od wydarzeń majowych 1926 roku dzieliło mnie 31 lat. W tym roku minęła „setka”. Na temat zamachu czy przewrotu majowego dokonanego przez Józefa Piłsudskiego powstał pokaźny pakiet tytułów. W 1965 roku nakładem paryskiej „Kultury” ukazały się wspomnienia Januarego Grzędzińskiego „Maj 1926”. Pięć lat wcześniej w PRL ukazała się niewielka książeczka autorstwa Wiesława Górnickiego (pod pseudonimem), „Warszawa nie odpowiada”. Ukazało się też kilka zbiorów tekstów historycznych poświęconych majowi 1926. W 1978 roku ukazała się pierwsza naukowa monografia „Przewrót majowy” Andrzeja Garlickiego, a w 1989 monografia Antoniego Czubińskiego „Przewrót majowy 1926 roku”. W 2003 ukazał się pod redakcją Marka Siomy tom szkiców naukowych poświęconych różnym aspektom tamtych wydarzeń.

„Maj 1926. Zamach, którego miało nie być” Andrzeja Chwalby przynosi nową, interesującą jakość w ramach piśmiennictwa dotyczącego tematu. W odróżnieniu od monografii Garlickiego i Czubińskiego, Chwalba, też profesor historii, pokazał genezę, przebieg, skutki i okoliczności przewrotu majowego nie według tradycyjnego, nieco oschłego modelu narracji, lecz jako pracę „naukową w treści i popularną w formie”. Pokazał maj 1926 nie tylko w aspekcie suchych faktów, ale osadził go także w kontekście psychologicznym i charakterologicznym. Otrzymaliśmy zatem ciekawie zarysowane sylwetki psychologiczno-charakterologiczne Piłsudskiego, Stanisława Wojciechowskiego, Józefa Hallera, Stanisława Rozwadowskiego, dzięki czemu obraz maja 1926 jawi się nie jak w tradycyjnym modelu opisu naukowego jako obraz ruchów bezdusznych figur szachowych, lecz wraz z pokazaniem wymiaru ludzkiego, psychologicznego protagonistów wydarzeń. Szerzej niż jego poprzednicy „w temacie” potraktował Andrzej Chwalba cywilny aspekt wydarzeń, w tym zjawisko okolicznościowego szabru, gapiostwo przechodniów, którego skutkiem było kilkanaście ofiar cywilnych, odbiór i reperkusje zamachu na prowincji. Szerzej także niż to zazwyczaj było praktykowane, pokazał autor skutki społeczno-polityczno-wojskowe wydarzeń majowych. Lektura „Maja 1926” Andrzeja Chwalby przynosi satysfakcje także z powodu lekkiego, potoczystego stylu chwilami wkraczającego na pole barwnej publicystyki historycznej. Być może to dlatego po raz pierwszy od czasu, gdy zacząłem interesować się tym wydarzeniem, czyli od końca lat siedemdziesiątych, przyszło mi na myśl nader nienaukowe, acz malownicze skojarzenie. Czyż nie może on budzić asocjacji z westernem? Polska ówczesna jako miasteczko na Dzikim Zachodzie opanowane przez bezwzględną i skorumpowaną bandę? I Piłsudski niczym szeryf wybawiciel przybywający na czele swoich ludzi by uwolnić od tejże bandy mieszkańców miasteczka? Niczym „Siedmiu wspaniałych” od Johna Sturgesa uwalniający chłopów od wyzysku przez bandę Calvery albo jak osamotnieni bohaterowie „Rio Bravo” Howarda Hawksa ratujący miasteczko od opresji bandy Burdetta? Skojarzenie zbyt frywolne, zbyt popowe? A choćby i nawet. W końcu historia, nauka wbrew pozorom nader nieempiryczna, lecz spekulatywna, też ma swoje prawa do fantazji.

Andrzej Chwalba – „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, str. 383, ISBN 978-83-8396-285-6

„Anima naturaliter filosofiana” czyli jak żyć

Marek Aureliusz, cesarz rzymski (121-180 n.e.) to jeden z nielicznych w historii przypadków filozofa u władzy. Jakby wcielał sławny postulat Platona o rządach filozofów jako najbardziej pożądanych. Gdy się czyta jego wspaniałe „Rozmyślania”, nie można uniknąć pomyślenia o nim jako o „anima naturaliter filosofiana” (filozofie rodem z natury). „Rozmyślania” to wielki manifest stoicyzmu, cykl dwunastu wielkich lekcji życia. To co uderza w lekturze dzieła o liczącej prawie dwa tysiące lat metryce, to jej niewiarygodna aktualność. Można odnieść wrażenie, że natura ludzka ani na jotę się nie zmienia i Marek Aureliusz odnosi się do problemów w zasadzie identycznych z tymi, z którymi i my mamy do czynienia. Jeśli są jakieś różnice, to tylko w formie ale nie w treści. Wielki orędownik umiaru, łagodności, dobroci, samodoskonalenia był jednak Marek Aureliusz także niepoprawnym, być może także naiwnym idealistą. Wierzył w zdolność człowieka do samodoskonalenia, w jego dobre intencje i imperatywy. Tak jak jego wielki poprzednik Sokrates, który głosił iż „wie, że nic nie wie”, tak Marek Aureliusz wzywał: bądźcie mądrzy, umiarkowani, łagodni. Był w tym i pozostaje do dziś „wołającym na puszczy”. Ale takich głosów wołających na puszczy zawsze warto przynajmniej wysłuchać.

Marek Aureliusz – „Rozmyślania”, przekład Marian Reiter, Helion SA, Gliwice 2026, str. 158, ISBN 978-83-283-9580-0

Na uboczu. Włóczęga, zbieracz, reporter, wielki pisarz

Uważam się za człowieka nieźle oczytanego, bo w końcu od dziesięcioleci czytam nałogowo, z przyjemnością i obficie. Mogę nawet przypisać sobie znane, choć już mocno zapoznane określenie „mola książkowego”. Literatura jest jednak nieogarnionym, ogromnym lasem i co rusz zdarza mi się trafić na autora kompletnie dotąd niepoznanego, a nawet takiego, o którym w życiu nie słyszałem, a przy tym wybitnego. W dawnej literaturze amerykańskiej też jestem nie najgorzej obeznany, a przy tym niedawno przeczytałem dwie świetne syntezy dziejów tej literatury autorstwa Krzysztofa Andrzejczaka i jestem z nią aktualnie na świeżo. Mimo to nazwisko Josepha Mitchella (1908-1992) było mi nieznane do momentu, w którym wziąłem do ręki obszerny tom jego reportaży „z nowojorskiej ulicy”: „W starym hotelu”. Prawdopodobnie właśnie w tej gatunkowej kwalifikacji tkwi przyczyna owej mojej ignorancji. Po prostu Mitchell jest zaliczany do reporterki czyli dziennikarstwa, a nie do literatury. To być może właściwość literaturoznawstwa i krytyki amerykańskiej, które wyrazistą kreską oddzielają prozę artystyczną od reportażu. W Europie, w tym w Polsce, już dawno wybitni reporterzy traktowani są jako pisarze, wystarczy wymienić Melchiora Wańkowicza, Ryszarda Kapuścińskiego czy Krzysztofa Kąkolewskiego. Mitchell był przez 58 lat reporterem „New Yorkera” i sięgał wyłącznie po tematy „na uboczu” Ameryki. Jak napisała we wstępie Anna Arno, za jego reportażami ciągnął się „zapach frytury i trawionego alkoholu”. Nie pisał ani o tzw. „wielkim świecie”, ani nawet o tym z „middle class”, lecz o marginesach i peryferiach, świecie robotników, komiwojażerów, włóczęgów, niespełnionych artystów, ulicznych kaznodziejów, ludzi na różne sposoby wykolejonych. Stworzył prawdziwą galerię osobliwości.

To świat przestrzenią fizyczną i klimatem bliski prozie Faulknera czy Caldwella, a z późniejszych – choćby Cormaca McCarthy. To Ameryka przegranych, Ameryka suburbiów, wsi i miasteczek. W dziennikarskim slangu tę tematyką nazywano „low life” („pospolitym życiem”). Mitchell nawet urodził się w przy „drodze tytoniowej”, może tej z tak zatytułowanej powieści Caldwella, jako syn plantatora tytoniu i bawełny. Poza tym nałogowo zbierał „niepotrzebne rzeczy”, w tym skrawki przeznaczonych do rozbiórki budynków.

Tytuł opasłego tomu Josepha Mitchella to tytuł jednego z 37 reportaży w nim pomieszczonych, bo właśnie ludźmi z takich starych, zapyziałych, zakurzonych, zardzewiałych hoteli najchętniej się zajmował, także ludźmi ze starych magazynów, tandetnych sklepów i najgorszych spelunek. Czuł ten świat całym swoim organizmem i portretował go mistrzowsko, stylem wirtuozerskim, soczystym, naocznym i precyzyjnym jak fotografia. Oddawał prawdziwe piękno prawdziwie brzydkiego świata. Czyta się ten tom zjawiskowo.

Joseph Mitchell – „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”, przełożyli Kaja Gucio i Jakub Marek Klawe, Znak Litera Nova, Kraków 2026, str. 816, ISBN 978-83-8367-433-9

Egzystencja jako gorączka

W 1973 roku w Teatrze Telewizji wyemitowano spektakl „Sumienie” w reżyserii Stanisława Brejdyganta z udziałem Stanisława Zaczyka i Tadeusza Fijewskiego. Była to ciekawa adaptacja niewielkiej powieści (lub obszernego opowiadania”) Fiodora Dostojewskiego „Wieczny mąż”. Utwór ten traktowany jest przez autorów zajmujących się literaturą rosyjską i prozą Fiodora Dostojewskiego w szczególności po macoszemu – najczęściej w omówieniach jego twórczości nie jest w ogóle nawet wspominany. Nie wspomina o nim nie tylko Stanisław Cat Mackiewicz w swoim eseju „Dostojewski”, ale nawet autorzy PRL-owskiej dwutomowej „Historii literatury rosyjskiej” (1971) ograniczają się jedynie do wzmianki o tytule. Zaakcentowanie słowa „sumienie” w tytule telewizyjnego przedstawienia zdaje się wskazywać, że jego twórca zobaczył w utworze Dostojewskiego moralitet. Jednak ten aspekt wydaje mi się najmniej interesujący. „Wieczny mąż” to przede wszystkim opowieść o gorączce życia, o życiu jako gorączce. To rozżarzone do czerwoności emocje powodują głównymi bohaterami, Wielczaninowem i Trusockim. Obaj, choć każdy z innego powodu pogrążeni są w lęku i rozpaczy, zalkoholizowani, pełni najgorszych uczuć, żądni zemsty, jednocześnie okrutni i pogrążający się w masochizmie, wewnętrznie powikłani, nieszczęśliwi, a nawet chorzy z nieszczęścia, pełni poczucia winy i klęski. To kolejna odsłona świata „przeklętych problemów” Dostojewskiego. „Wieczny mąż” pokazuje też na czym polega to, co nazywa się wielkością literatury. Temat i fabuła „Wiecznego męża” nie są w końcu jakoś szczególnie fascynujące same z siebie. Nie ma tu postaci formatu Raskolnikowa, Porfirego, Stawrogina, Wierchowieńskiego, Rogożyna czy Karamazowów, ani problemów, którymi żyły tamte postacie, a jednak materia artystyczna także „Wiecznego męża”, jego język, gęstość i aura czynią tę lekturę fascynującą.

Fiodor Dostojewski – „Wieczny mąż”, przekład Julian Tuwim, Wydawnictwo MG, Warszawa 2024, str. 155, ISBN 978-83-8241-003-7

Wokół maja 1926

Repetycja z historii zawsze jest warta lektury. Taka repetycję zapewnia profesor Wojciech Polak, toruński historyk, Poświęcił ją Józefowi Piłsudskiemu, jako pretekst traktując 100 rocznicę przewrotu czy zamachu majowego z 1926 roku. Polak pokazał jaki bieg zdarzeń i emocji doprowadził Piłsudskiego od roli socjalisty, wodza Legionów i w konsekwencji ojca polskiej niepodległości do roli wodza zbrojnego zamachu, który zmienił oblicze Polski. Narrację autora czyta się dobrze, jako że jest potoczyście i barwnie napisana, ale przy okazji budzi ona dwie uwagi na marginesie lektury. Po pierwsze, Mmżna cenić, podziwiać, nawet lubić postać Józefa Piłsudskiego. Sam należę do tych którzy tę postać lubią, których ona fascynuje nie tylko dlatego, że dziadek mój był piłsudczykiem i dysponuję dyplomem Krzyża Legionowego z własnoręcznym podpisem lub faksymile podpisu samego Piłsudskiego Nawet jednak oczarowanie tą malowniczą postacią nie pozwala uznać pozostać ślepym na fakt, że niezależnie od intencji, które nim powodowały i niezależnie od oceny ludzi przeciwko którym skierował karabiny wiernych sobie żołnierzy. W państwie kierowanym praworządnością Piłsudski powinien stanąć przed sądem za zbrodnię nie tylko polityczną, a nie doczekać się jej legalizacji i najwyższych honorów, włącznie z wyborem na stanowisko głowy państwa. W tej sytuacji jak dysonans brzmi podtytuł ostatniego rozdziału pracy Wojciecha Polaka: „Historia powinna uwypuklać dobrze pojętą mitologię narodową. Nie sposób się z tym zgodzić. Historia, która jest przecież nauką społeczną, powinna w pierwszym rzędzie dostarczać możliwie najrzetelniejszej i najobiektywniejszej wiedzy o przeszłości. Od „uwypuklania dobrze pojętej mitologii narodowej” dyscyplina naukowa jaką jest historia powinna trzymać się z daleka, bo w przeciwnym razie nauką być przestaje. Po drugie, na zakończenie ostatniego rozdziału autor wtrąca w tekst stronniczo sformułowaną garść uwag o aktualnej sytuacji politycznej w Polsce.

Uwagi te wskazują jednoznacznie na jego sympatie polityczne. Gdyby jednak tak wyrażone sympatie byłyby przeciwne i tak byłoby to nie do przyjęcia nawet w pracy popularnonaukowej. Najoględniej rzecz ujmując: nie mają one nic do tematyki książki. Nie mniej do lektury zachęcam.

Wojciech Polak – „Dyktator czy wybawca. Przyczyny i kulisy przewrotu majowego 1926”, Biły Kruk, Kraków 2026, str. 251, ISBN 978-83-7553-452-8

Kino nadwyobraźni

To autorskie (Marcin Giżycki, 1951-2022) kompendium wiedzy o tym nurcie sztuki filmowej (od źródeł do roku 1970), który jest na antypodach kina masowo oglądanego, kina popularnego, kina frekwencyjnych hitów. Zdarzali się w dziejach X Muzy twórcy, którzy nad pragnienie zysku a nawet ponad chęć artystycznego zaistnienia w ramach klasycznych gatunków, przedłożyli upodobanie do kina jako pola eksperymentalnego i swobodnej gry wyobraźni. Co znamienne, kino eksperymentalne powstało niemal równocześnie z narodzinami kina jako takiego. Imperatyw eksperymentu w niektórych gatunkach sztuki jest jak się okazuje bardzo żywotny i niecierpliwy i wcale nie pojawia się dopiero po wielu latach eksploatowania nurtu głównego, lecz wraz z jego początkami. W końcu jeden z najsłynniejszych filmów eksperymentalnych w dziejach kina, „Pies andaluzyjski” Luisa Bunuela z 1929 roku, pojawił się równocześnie z pierwszym filmem dźwiękowym, czyli słynnym „Śpiewakiem jazzbandu”. Znamienne, że filmowi eksperymentatorzy wywodzili się zazwyczaj spoza kręgu zawodowych filmowców. Fernand Léger był malarzem, August Zamoyski (prekursor „rolek”) rzeźbiarzem, Guy Debord filozofem i antropologiem kultury (m.in. autorem „Społeczeństwa spektaklu”), Jean Cocteau – poetą, Samuel Beckett – dramaturgiem, Yoko Ono – wokalistką (wdową po Johnie Lennnonie), Stan Brakhage był zwyczajnym odludkiem zaszytym na lata w ostępach stanu Colorado, Harry Smith – wszechstronnym ekscentrykiem i malowniczym mitomanem. Maya Deren swoją wielozawodową drogę rozpoczynała od dziennikarstwa, a Shirley Clarke od tańca. Z kręgu sportretowanego przez Giżyckiego tylko George Meliés, Luis Bunuel byli ludźmi kina, filmowcami. Lektura książki o malowniczym i migotliwym świecie filmowej awangardy i eksperymentu jest fascynująca. O ile jednak w przypadku klasycznego, mieszczącego się w ramach nawet szeroko podjętej tradycji kina, jego opis bez oglądania pozwala jakoś sobie przedmiot opisu wyobrazić, o tyle w przypadku niczym nieokiełznanego kina awangardowego jest to bardzo trudne. Dlatego warto poszukać tych filmów w internecie. Nie jest łatwo. Zacząłem od „Window Water Baby Moving” i „Wedlock House: Un Intercourse”, oba z 1959 roku. Na razie bezskutecznie.

Marcin Giżycki – „Kino artystów i artystek. Od Meliesa do Maciunasa”, Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2023, str. 319, ISBN 978-838325-043-4

Poprzedni artykułViki Katsarou – wiersze w przekładzie Stanisława Srokowskiegov
Następny artykułTadeusz Zawadowski – wiersze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko