Strona główna Rok 2026 Nr 612 Tadeusz Zawadowski – wiersze

Tadeusz Zawadowski – wiersze

0
68

w cieniu góry

uwielbiałem się po niej wspinać. pokonywać
kolejne przeszkody by móc na szczycie
spojrzeć w twarz Boga. dzisiaj wsparty
na Jego ramieniu. odliczam kroki
które mi pozostały

nim pochłonie mnie jej cień.


przebudzenie

nadchodzi noc. moje książki zasypiają
na regałach. jutro też
będzie dzień. może
ktoś napisze wiersz

o przebudzeniu.


mowa kamienia

pisanie wiersza to uczenie się mowy kamienia.
wpatruję się w słowa zapisane przez wieki
na jego gładkiej skórze i próbuję odczytać
z nich przyszłość. dostrzegam jak kamienne
szczeliny jego oczu ogromnieją i dojrzewa w nich
kolejny wielki wybuch który zamieni nas
w niewielką

grudkę piasku.


zmarli

odwiedzają mnie już nie tylko w snach. zjawiają się
też nad ranem. rozsiadają w moim fotelu
zaglądają do komputera przeglądają
świeżo napisane wiersze. stają przed lustrem
i liczą zmarszczki na twarzy. wyciągają do mnie
swoje ręce tak długo

aż staną się moimi.


zdjęcie sprzed lat

stary kasztan pod którym dorastał rodzinny dom
i moje rozbiegane dzieciństwo. na podwórku
rodzice przyglądający się psu uganiającemu
za kotem. wszyscy martwi.
spoglądam w lustro

z niedowierzaniem.


remake

spotkałem chłopaka który popełnił samobójstwo.
był zdruzgotany i po co to wszystko powtarzał
skoro tutaj jest dokładnie to samo. ile razy można
skakać z mostu lub rzucać się pod pociąg skoro to nic
nie zmienia? nie umiałem mu pomóc. siedziałem
z pilotem przed telewizorem i oglądałem film
z poprzedniego życia. zrozumiałem że niczego nie chcę

zmieniać.


matnia II

który to już raz powracam w to samo miejsce. nie
potrafię się od niego uwolnić. podobnie jak przyjaciele
których pojawia się tutaj coraz więcej. gnani
przez nieuleczalne choroby wypadki i chwile
desperacji wytrzeszczają zdumione oczy dziwiąc się
że znowu jesteśmy razem. ciągle nie potrafimy
zrozumieć dlaczego ciągle tu

wracamy.


szósta trzydzieści

to się nigdy nie skończy. po drugiej stronie
ludzie jak zwykle spieszący do pracy. wózki
przed marketem i ptasie truchło
na chodniku. oglądam swoje palce.
zasinienia pod paznokciami zginęły i blizny
zagoiły się. nie wiem czy znowu umrę
jutro czy pojutrze lecz z pewnością
obudzę się jak zwykle o szóstej

trzydzieści.


kolejne ocalenie

w parku na ławce jakaś dziewczyna
czyta moje wiersze. po raz kolejny
udało mi się uniknąć

śmierci.

Poprzedni artykułRekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego
Następny artykułJózef Baran – Liryka trudnej afirmacji

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko