Barbara KRAFFTÓWNA
Można powiedzieć, o ile to właściwe porównanie, że Barbara Krafftówna to przeciwieństwo typologiczne Adama Hanuszkiewicza. Postać, figura jak z cudownej bajki, filigranowa, delikatna, jakby koronkowa, niebywale serdeczna i uprzejma. Nawet to, że na miejsce spotkania wybrała pijalnię czekolady Wedla przy ulicy Szpitalnej dobrze konweniował z charakterem i sylwetką pani Barbary. Tchnące staromodną słodyczą, wypełnione stylowymi meblami wnętrza pijalni były idealna scenerią dla spotkania z tą Damą polskiej sceny. I jak to często bywało przy okazji spotkań z aktorkami i aktorami jej generacji i jej klasy, można było odnieść wrażenie, że to nie pani Barbara zrobiła mi uprzejmość godząc się na spotkanie ze mną, ale odwrotnie. Nawiasem mówiąc, do wspomnianej pijalni „zabrałem” panią z położonej nieopodal przychodni lekarskiej, gdzie się ze mną uprzednio umówiła. Już samym tym gestem nadała naszemu spotkaniu rys przyjaznej prywatności. Tekst spisanej rozmowy poleciła mi zostawić w … punkcie krawieckim położonym nieopodal jej mieszkania w kamienicy przy ulicy Kredytowej. Autoryzacji, bardzo płynnej, dokonaliśmy telefonicznie. Po raz drugi spotkaliśmy się w Pałacu Kultury przy okazji promocji książki o kabarecie Starszych Panów, a wtedy z kolei odprowadziłem panią Barbarę do domu, na co entuzjastycznie przystała.
Kazimierz KUTZ
Wspaniały reżyser, filmowy, teatralny i telewizyjny (rzadkie połączenie aż trzech wybitnych talentów w jednym), a przy tym prawdziwy, niezwykle dowcipny mistrz pióra i „anegdotczyk”, przepysznie rubaszny w ekspresji, a jednocześnie odznaczający się bezgranicznym luzem, bezpretensjonalnością i kompletną, cudowną obojętnością na konwenanse. Mój pierwszy wywiad z Kazimierzem Kutzem przeprowadzałem, gdy był akurat wicemarszałkiem Senatu, czyli lata temu (bodaj w 2005 roku). Przez jego panią sekretarkę zostałem umówiony na godzinę 11.00. Cierpię jednak na taki defekt w mechanizmie pamięci, że godzinę 11.00 mogę łatwo pomylić z 12.00 czyli z „samym południem”. Nie wiem dlaczego, ale tak mam i tak mi się kilka razy przydarzyło. Nie pomylę godziny 13-tej z 14-tą, 15-tej z 16-tą i tak dalej, ale 11-tą z 12-tą akurat pomylę. I tak też stało się owego dnia. Za dziesięć dwunasta, czyli odpowiednio wcześnie, powodowany skrupulatną intencją niespóźnienia się, stawiłem się w sekretariacie Wicemarszałka Senatu przy ulicy Wiejskiej. Gdy pani sekretarka poinformowała mnie, że spóźniłem się o godzinę, zrobiło mi się zimno i gorąco na przemian, pot zrosił moje czoło a moją głową owładnęło uczucie rozpaczy i złości na samego siebie powodu uczynienia tak okropnego faux pas, karygodnego niedbalstwa, niestosowności, zwłaszcza wobec tak Ważnej Osoby, co przecież też nie było tu bez znaczenia. Pani sekretarka była jednak bardzo uprzejma, w tonie jej głosu nie wyczułem nawet cienia przygany. Bynajmniej nie podkręcała grozy sytuacji, choć byłem naprawdę bardzo skonfundowany dowiedziawszy się że „pan marszałek czekał na mnie całą godzinę i dopiero przed chwilą wyszedł na obiad do „Czytelnika”. „Jak pan się pośpieszy, to go pan jeszcze dogoni” – dodała. Wyskoczyłem z gabinetu jak z procy, iście lekkoatletycznym sprintem przebiegłem przestrzeń kompleksu parlamentarnego, wypadłem na ulicę Wiejską ledwo wyrabiając się na zakręcie, wpadłem jak burza do kawiarni „Czytelnika”, zdyszany tym bardziej, że był tęgi upał i – dopadłem wicemarszałka Senatu, gdy właśnie zamawiał obiad w bufecie. W tym samym momencie rozpocząłem czynności przepraszania go, stokrotnie się sumitując, kajając ze skruchą i przepraszając z ręką na sercu. „Chuj tam – powiedział Wicemarszałek Senatu i Wielki Artysta – Jaki problem. Pan się nie przejmuje. Zjemy coś i wrócimy do mnie pogadać. Ma pan czas?”. Poczułem w tym momencie, że zakochuję się w panu Kazimierzu Kutzu jak Romeo w Julii. „Co pan zje?” – zapytał Wicemarszałek i dodał, że „on stawia”. Zacząłem się sumitować i składać w scyzoryk, że „bardzo dziękuję”, że „nie mogę nadużywać uprzejmości” i tym podobne i tak dalej. „Pan się nie martwi. Stać mnie jeszcze” – powiedział Wicemarszałek Senatu i Wielki Artysta, zamawiając dla nas obu po misce zupy ogórkowej i po porcji kopytek w sosem i surówką. Po konsumpcji, której smaku dodała kapitalna, arcybarwna narracja pana Wicemarszałka, powróciliśmy do Senatu, do jego gabinetu. „Siadaj pan” – rzekł Wicemarszałek, rozparłszy się w fotelu jak basza, po czym na dobry początek rozmowy podzielił się ze mną jakimś politycznym komentarzem, bogato okraszonym tzw. „mięsem”. Rozmowa z tym znakomitym artystą, gdy odpowiadał na moje pytania dotyczące sztuki filmowej i jego twórczości była wspaniała, bardzo wzbogacająca, ale nic nie było wspanialsze od tej cudownej, wręcz rozkosznej dezynwoltury, tego luzu, tej kompletnej bezpretensjonalności, tego zupełnego braku wszelkiej „wielkościowości”, bufonady i nadęcia, które tak łatwo demonstrują byle pętacy-arywiści, tego kompletnego braku respektu wobec konwencji w świecie przez konwencje spętanym.
Irena LASKOWSKA
Nieżyjącą już panią Irenę Laskowską najlepiej pamiętam z roli w „Ostatnim dniu lata” (1958) Tadeusza Konwickiego w duecie z Janem Machulskim, ale też ze sceny frenetycznego tańca w obrazie „Salto” tego samego reżysera czy z epizodu pracownicy Muzeum Narodowego wyprowadzonej „w pole” przez Agnieszkę (Krystynę Jandę) w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy. Na wywiad przyjechałem do jej domu na Żoliborzu. 89-letnia już wtedy pani Irena na wejściu zaproponowała mi byśmy przeszli „na ty”. Na wstępie zaproponowała mi kieliszek nalewki i papierosa. Lubię takie osoby i już. Nie odmówiłem ani jednego ani drugiego. Kieliszki napełniły się trunkiem, ale co do papierosów, to okazało się, że właśnie się one pani Irenie skończyły. Zaproponowałem, że „wyskoczę” do najbliższego kiosku, co w szybkim tempie uskuteczniłem. Rozmowa toczyła się płynnie, bo pani Irena miała co opowiadać i opowiadała barwnie. Co jakiś czas mówiła „zdrowie”, podnosiła kieliszek do ust i maczała je delikatnie w nalewce. I tak maczając usta w tej samej mikroskopijnej dawce nalewki przegadaliśmy blisko trzy godziny, a ja zebrałem obfity materiał. Jakiś czas później spotkałem panią Irenę na pogrzebie jej brata, znakomitego operatora filmowego Jana Laskowskiego, który także, podczas wywiadu jaki z nim przeprowadziłem w sąsiednim domu, uraczył mnie wspaniałą nalewką, a w przypływie dobrego humoru, który rozwinął się w trakcie naszej rozmowy, „zaproponował” mi, abyśmy „zrobili razem jakiś film”.
Marek LEWANDOWSKI i Krzysztof MACHOWSKI
Swego czasu na tych łamach obficie gościli poznani przeze mnie aktorzy, którzy w czasach mojego dzieciństwa i młodości wydawali mi się nieosiągalnymi, godnymi zazdrości i podziwu bożkami. Pewnego lata, a było to cztery dekady temu z okładem, spędzałem wakacje w Sopocie w gronie kolegów i koleżanek. Były to czasy dużych aspiracji rozrywkowych i silnych pragnień uczuciowych, ale często trudnych do zaspokojenia na wymarzonym poziomie. Brakowało i technik, i doświadczenia, i odpowiedniego zasobu gotówki, więc trzeba było kontentować się małym i nie zawsze zadowalającym. Pewnego wieczoru sierpniowego, a więc jeszcze całkiem jasnego, wracaliśmy wesoło ze spaceru do Opery Leśnej. W pewnym momencie zauważyłem dwóch młodych (choć od nas sporo starszych), przystojnych mężczyzn, w których rozpoznałem znanych mi z telewizji, m.in. ze spektakli Teatru Kobra, aktorów Marka Lewandowskiego i Krzysztofa Machowskiego. Obu, odzianym\ch w białe płócienne spodnie i białe podkoszulki (jeden jasnowłosy, drugi brunet), do tego bosym, towarzyszyły piękne dziewczyny, „laski takie, że mała głowa,”, jak się wtedy mawiało. Cała czwórka tworzyła dwie piękne pary „jak z żurnala”. Jakże im wtedy zazdrościłem! Wydawali mi się godnymi zazdrości playboyami niczym z Monte Carlo, ale i Sopot wystarczył. I gdy moi koledzy planowali, by zostać po studiach lekarzami, inżynierami, ja marzyłem (bezskutecznie), by być takim pieknym playboyem jak Lewandowski i Machowski.
Bogusław LINDA
Gdy spotkaliśmy się w nieistniejącej już od lat kawiarni „Nowy Świat” u zbiegu Świętokrzyskiej i Nowego Światu właśnie, aktor był na topie swojej popularności. Szedłem na umówione spotkanie nie bez niepokoju, miałem z nim doświadczenie szorstkiego kontaktu telefonicznego, bo gdy poprosiłem go o krótkie, okolicznościowe wypowiedzi, na przykład po zgonie Jerzego Kawalerowicza (w którego „Quo vadis” grał Petroniusza), odpowiedział: „Nie chce mi się o tym mówić’. Spotkało mnie jednak bardzo miłe zaskoczenie. Mój sławny rozmówca był bardzo miły, hojny w opowieści i ani trochę nie przypominał w kontakcie Franza Maurera.
Gustaw LUTKIEWICZ
Spotkaliśmy się i rozmawialiśmy w hallu Teatru imienia Juliusza Osterwy w Lublinie, gdzie tego dnia ten wybitny aktor występował gościnnie. Bardzo miły, ciepły starszy pan o pulchnej, acz dość wysokiej sylwetce. Łączył w sobie dystynkcję i uprzejmość w starym stylu z nieskrępowaną bezpośredniością, łagodnością i skromnością w kontakcie, a także z ujmującą rozlewnością człowieka z kresów wschodnich (urodził się w Wilnie). Nie przypadkiem to jemu Jerzy Hoffman powierzył odśpiewanie „stepowej” ballady w „Panu Wołodyjowskim”. Ową „kresowość” wyczuwało się także w stylu jego gry aktorskiej, choć silniej zaznaczyło się to dopiero wraz z upływem czasu (w roli esesmana Lose w „Stawce większej niż życie” nie czuło się „kresowości”). O autoryzacji rozmowy, którą mu zaproponowałem nawet nie chciał słyszeć. „Mam do pana zaufanie” – zwrócił się do mnie, czyli do kogoś kogo widział pierwszy raz w życiu i z kim rozmawiał pół godziny. Także ten szlachetny rodzaj odniesienia do drugiej osoby był znamieniem wielu ludzi tamtych czasów, dziś właściwie już niespotykany. Kilka lat później umówiwszy się na wywiad z jego małżonką, aktorką, panią Wiesławą Mazurkiewicz, pomyliłem nazwy ulic i zamiast pojawić się przy Alei Stanów Zjednoczonych pojechałem na odległą Aleję Zjednoczenia (tzw. czeski błąd). Z tego powodu pojawiłem się u państwa Lutkiewiczów z przeszło godzinnym opóźnieniem, za co bardzo przepraszałem. Nawet jednym gestem nie dali mi odczuć najmniejszego wyrzutu z powodu mojego niedbalstwa.
C.d.n





