O nieskończoności Roya Anderssona przypomina sny, które śnimy tuż przed przebudzeniem. Nie mają początku ani końca, a ich sens wymyka się porządkowi przyczyn i skutków. Film składa się z ponad dwudziestu miniatur: urwanych, fragmentarycznych historii zapowiadanych przez kobiecy głos z offu. „Widziałam mężczyznę, który…”, „Widziałam kobietę, która…” – mówi narratorka, jakby spoglądała z dystansu, unosząc się ponad czasem i przestrzenią, ponad wiarą i niewiarą, ponad dobrem i złem. Andersson przyznawał, że inspiracją były dla niego niedokończone opowieści Szeherezady – lecz tu nie ma sułtana, nie ma napięcia między życiem a śmiercią, nie ma oczekiwania na zakończenie. Jest jedynie ciągłość bytu – nieustannie zmieniającego się, obojętnego na nasze dramaty.
Świat prezentowany przez Anderssona ma kolor beżu i szarości. Każda historia dzieje się w otoczeniu pastelowym i stonowanym. Bladzi i pastelowi są też ludzie. Widzimy obrazy wizualnie niczym się niewyróżniające. To paleta istnienia wypłukanego z emocji, pozbawiona intensywności codzienność, w której wszystkie wydarzenia – tragiczne, banalne, wzniosłe i groteskowe – mają tę samą wagę. Kobieta, której złamał się obcas, i mężczyzna niosący krzyż niczym Chrystus pośród współczesnego tłumu wołającego: „Ukrzyżuj go!” – należą do jednego porządku rzeczy. Kobieta, która uwielbiała szampana, i rodzice mówiący do syna leżącego w grobie – jedno nie jest ważniejsze od drugiego. Andersson odmawia wydarzeniom hierarchii; żadnej historii nie wyróżnia.
Ten film to atlas ludzkich egzystencji pokazanych jako równoważne. Ojciec zawiązujący córce sznurowadło, kobieta czekająca na spóźnionego ukochanego, mężczyzna umówiony na randkę, na którą nie przyszła umówiona kobieta. Każda z tych postaci tkwi w swoim kadrze, a kolejne wyglądają tak, jakby były równie ważne.
Film otwiera przestrzeń metafizycznego panteizmu. „Wszystko jest energią, której nie można stworzyć ani zniszczyć” – mówi młody chłopak do dziewczyny, przywołując pierwszą zasadę termodynamiki. W tym jednym zdaniu zawiera się sens całego dzieła i panteistyczny obraz świata. Skoro wszystko jest energią, to nie ma różnicy, w sensie ich istnienia, między świętym a zbrodniarzem, między Hitlerem, który chciał podbić świat, a mężczyzną, któremu zepsuł się samochód. Ta sama substancja bytu przybiera nieskończone formy: raz jest cierpieniem, raz ekstazą, raz drobnym upokorzeniem, raz triumfem. Raz zbrodniarzem, a raz głupcem. Nic nie powstaje z niczego, nic nie ginie, nic nie znika. Substancja energii zmienia tylko swoją formę, sposób, w jaki manifestuje, z nieznanych powodów, swoją aktualną postać i jej przeznaczenie. Świat Anderssona jest światem bez potępienia i bez zbawienia – bo w nieskończoności przemian wszystko trwa i tworzy swoje kolejne historie, choć ich sens pozostaje nieuchwytny. To ludzie nadają im znaczenie i wystawiają oceny moralne, co przywiązuje ich do rzeczy przemijających i od nich uzależnia.
Te pastelowe barwy filmu – dominujący beż, szarość, przytłumione błękity – tworzą wizualną teologię obojętności. Andersson nie maluje emocji, lecz ich wygasłe echa. Nawet cierpieniu nie towarzyszy tu patos. W tej filmowej wizji ateizm i wiara, radość i rozpacz, głupota i mądrość są zjawiskami równorzędnymi – różnymi konfiguracjami tej samej substancji istnienia.
To dlatego film O nieskończoności nie opowiada, lecz pokazuje. Każda scenka to epizod pozbawiony morału. Mężczyzna, który chciał zrobić żonie niespodziankę w postaci kolacji, jest tak samo ważny jak ten, który nie ufał bankom i trzymał oszczędności w materacu. Kobieta, która nie potrafiła odczuwać wstydu, i mężczyzna, który w barze krzyczał, że wszystko jest wspaniale, a przynajmniej tak mu się wydaje – są równymi sobie aktorami w kosmicznej komedii istnienia. U Anderssona nawet zbrodnia nie wybija się ponad codzienność. Mężczyzna, który chciał bronić honoru rodziny, lecz „zmienił zdanie” i zabił żonę, nie zostaje potępiony. Jego czyn nie ma skutków metafizycznych, bo w tej perspektywie nieskończoności grzech nie jest kategorią uniwersalną. Dotyczy tylko tych, których dotknął.
Andersson zdaje się pytać: co pozostaje z ludzkich ocen, jeśli wszystko jest tylko chwilową formą tej samej substancji energetycznej? Jeśli Hitler, Jezus, pomidor i zepsuty samochód należą do jednego ontologicznego porządku – co jeszcze, w sensie absolutnym, może być nazwane „dobrem” albo „złem”? Odpowiedź Anderssona jest brutalna i wyzwalająca zarazem: nic. W świecie nieskończoności moralność jest jedynie chwilowym wytworem świadomości, narzędziem istot, które nie potrafią pojąć wiecznego, obojętnego dla nich, ruchu substancjalnego bytu. Andersson pokazuje ludzi uwikłanych w swoje małe dramaty – nie dlatego, że je ocenia, ale dlatego, że, być może, współczuje ich nieświadomości. Bo jedynie człowiek, który nie wie, że jest częścią nieskończonej całości, cierpi naprawdę. I cierpi tym mocniej, im mocniej pielęgnuje w sobie przywiązanie do swojej aktualnej postaci i aktualnego otoczenia.
W tej wizji świata bez hierarchii i bez sensu jest jednak emocja. W paradoksalny sposób w tym panteistycznym zobojętnieniu kryje się smutek. Smutek, którego jest tyle, że ludzie wolą, aby każdy „przeżywał go sobie w domu”, a nie publicznie. Andersson nie szydzi z ludzi, ale jego kadry pełne są ironii. Kamera patrzy z dystansem, acz nie z pogardą. Mężczyzna bez nóg grający na ulicy, przegrana armia maszerująca do sowieckich łagrów, mężczyzna zazdroszczący koledze doktoratu, chłopiec, który nie odnalazł jeszcze miłości, rozstrzeliwany skazaniec – każdy z nich jest cząstką wiecznego przepływu. Reżyser patrzy na nich z uwagą, choć bez nadziei.
O nieskończoności to film o bezczasie – o trwaniu, którego początku ani końca nie znamy. Jego rytm przypomina oddech kosmosu, jego ton – beznamiętny opis. Jakby reżyser chciał powiedzieć: „Zobaczcie, wszystko to się dzieje i nic z tego nie jest ważniejsze od czegokolwiek innego”.
Głos kobiecy, który zapowiada każdą scenę, jest głosem świadomości wyzwolonej z ciała. To jakby Szeherezada, która już nie musi opowiadać, by przeżyć, bo jej życie – jak życie wszystkiego – trwa wiecznie. Każde „widziałam” jest tu spojrzeniem bytu bez religii, świadomości bez centrum, oczu, które widzą wszystko, ale niczego nie pragną.
W tym świecie, gdzie wszystko jest równoważne, nawet rozpacz traci ostrość. Pastor błagający psychiatrę o radę jest przykładem człowieka, który nie potrafi pogodzić się z obojętnością wszechświata. Chciałby, żeby ktoś – choćby lekarz – powiedział mu, co ma robić, jak żyć, w co wierzyć. Ale Andersson nie daje mu odpowiedzi. Bo w świecie, w którym nie ma początku ani końca, odpowiedzi są tylko formą zapomnienia o nieskończoności, o potędze substancji, która ciągle się zmienia i nie stanie przed żadnym Sądem Ostatecznym.
O nieskończoności to film o Bogu, który jest substancją i zasadą przemiany. O świecie, w którym Jego energia bytu wędruje od jednej manifestacji swojego istnienia do drugiej, od historii do historii, od łez do śmiechu, od pomidora do zepsutego samochodu. To także film o ludziach, którzy – nie wiedząc, że są cząstką nieskończoności – przeżywają swoje życie z tragiczną powagą. Andersson ukazuje tę powagę z delikatną ironią, ale bez recepty na to, co robić. Jest trochę jak sekretarka psychiatry, doktora Lindha, z jednej z historii tego filmu, która na słowa załamanego pastora, nieumówionego na wizytę i pytającego drżącym głosem: „Co mam teraz zrobić, skoro straciłem wiarę?”, odpowiada chłodno: „Przepraszam, ale zaraz zamykamy”.
Na poziomie ludzkim film jest opowieścią o bezradności, o tym, że każda nasza emocja, każda decyzja, każda miłość i każdy błąd są ledwie chwilowym drgnieniem nieskończonej substancji. Na poziomie duchowym zaś mówi o tym, że cokolwiek się wydarza, nigdy nie znika. Że energia substancji, z której utkane są nasze myśli, nasze winy i nasze gesty, trwa dalej – w pomidorze, w zepsutym samochodzie, w Hitlerze i w Jezusie.
I w kobiecie, która po prostu uwielbiała szampana. A Roy Andersson na pytanie: „Ile waży Bóg?”, odpowiedziałby prawdopodobnie: „Tyle co wszystko razem”.
Roy Andersson/Szwecja/2019





