Strona główna Rok 2026 Nr 609 Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
41

Nie zawsze i nie na zawsze…

1341632-352x500

Wojna rosyjsko-ukraińska przyniosła ogrom cierpienia. Zwykłym ludziom. Agresor jest oczywisty. To Rosja. Ale ta wojna niesie dla nas, Polaków, jedną, niewątpliwą korzyść: niesie szansę poznania współczesnej literatury ukraińskiej w stopniu znacznym. To nie moda, to próba pokazania tego narodu, jego tradycji, dnia dzisiejszego, pokazania mieszanki, tygla, w którym ten naród wykuwa swoja tożsamość, odrębność, samoistność.

Ta wojna nie zaczęła się cztery lata temu. W naszej pamięci zaciera się fakt, że Rosjanie, wróć, zielone ludziki, zajęły Krym, ukraińskie terytorium, już w 2014 roku.

A o Krymie jest opowieść Lewkowej „Imiona Krymu”, kolejnej ukraińskiej pisarki, która na długo ma szanse zagościć w naszych głowach.

Nie wiem na ile (i czy w ogóle) ta opowieść (świadomie używam tego określenia) ma elementy autobiograficzne. Z racji wieku autorki, rocznik 1986, to możliwe. Ale nawet jeśli nie ma tam żadnego motywu z jej biografii to… to narratorka jest więcej niż wiarygodna.

Kim więc jest ta narratorka? Jest młoda, dojrzewającą na początku XXI wieku mieszkanką Krymu, Rosjanką. Pewnie mało typową, bo zaprzyjaźnia się z krymską Tatarką. To buduje obszar tej opowieści, zarówno w sferze językowej, jak historycznej i narodowościowej.

Dlaczego mało typową? Krymscy Tatarzy to dla Rosjan ktoś na kształt Cyganów dla mieszkańców Europy. Może nawet gorzej. To przecież zdrajcy, hitlerowscy kolaboranci, z którymi Stalin, wysiedlając ich z Krymu, zrobił porządek. A ci, nie wiedzieć czemu, uparli się aby wracać. Z Uzbekistanu, z Syberii, z całego, ogromnego terytorium ZSRR. I wracali. Bez zgody władz. Znów byli wyrzucani, osiedlali się coraz bliżej, bliżej. Po upadku ZSRR dostali wreszcie prawo do powrotu. Ale przecież nie zmienił się do nich stosunek. Mieli ciemniejszą karnację skóry, wciąż oskarżano ich o wszelkie zło, byli, generalnie, zamknięci w swoim kręgu rodzinnym, narodowym, wyznaniowym.

Oksana, dzięki tej przyjaźni wchodzi w ten obcy świat. Jej rodzice, dziadkowie, są przecież Russkije. To inny świat. A przecież jest też kolejny, ukraiński. Rodzący się… z niczego.

Jest krąg towarzyski, w którym wszyscy żeby się porozumieć, mówią po rosyjsku. Są miłości, które ten krąg rozszerzają, budują kolejne kręgi poznawcze.

Są konkursy literackie – wielka literatura rosyjska. Tak, dla nas wciąż pozostaje wielką. Czy wciąż może być taką dla tych, którzy odrzucili russkij mir? Może aby ją odrzucić trzeba tam żyć, przekopać duszę, sprawdzić gdzie kończy się wolność, a zaczyna ucisk, przymus, gwałt?

Nasza bohaterka na Krym ma szansę spoglądać oczyma nie tylko „krymian”. Jej miłość, mężczyzna, to kijowianin. I patrzy inaczej. Inną perspektywę tworzą też języki: rosyjski, ukraiński, angielski. Każdy daje to, czego nie ma, albo co odbiera, inny.

Jest wreszcie walec historii. Jest Majdan w Kijowie. Narratorka jedzie tam, widzi, przeżywa dziejąca się historię własnymi oczyma. Ale to spojrzenie jest przecież zupełnie inne u siebie, na miejscu. Tu nie ma pomarańczowej rewolucji, tu jest nawoływanie to położenia kresu banderyzmowi, tu sa odwołania do bohaterów II wojny, to strach, rzeczywisty albo sztucznie wywoływany, przed faszystami.

Są demonstracje, domaganie się „opieki” od Rosji, są uzbrojeni agresorzy, którzy zajmują Krym, są wiernopoddańcze deklaracje, ale też gesty niewielkiej grupy tych, którzy mają odwagę powiedzieć: tu jest Ukraina.

Ta opowieść ma też rodzinne tło. Tajemnicę dziadka Oksany. „Dobrego człowieka”, który nigdy nie uderzył swojej córki, a wnuczka zapamiętała jego ciepły uśmiech. Tyle, że ten stary człowiek (tak naprawdę w finale okazuje się, że nie był dziadkiem) w przeszłości służył w NKWD, to on żelazną ręką wprowadzał tu (a pewnie i gdzie indziej) komunizm.

Lata dojrzewania to zwykle bunt przeciw rodzinie, zastanemu porządkowi, obyczajom. W opowieści Lewkowej to czas na poszukiwanie swojej tożsamości. Na odrzuceniu tej, którą niosła „z krwią” i przyjęciu nowej, ukraińskiej.

„Za Perekopem nie ma życia” powiadają krymczanie. Ale Oksana musi wyjechać z Krymu. Podobnie jak jej przyjaciele. Cena, którą musiałaby zapłacić za pozostanie była zbyt wysoka. Dla niej za wysoka. Ale imiona Krymu są różne. Dla jej przyjaciółki, krymskiej Tatarki, ten świat za Perekopem się kończył.

Piękna opowieść, która niesie mocne przesłanie. Nie zawsze i nie na zawsze musisz pozostać Russkij…

Anastasija Lewkowa – Imiona Krymu, przekład Joanna Majewska-Grabowska, Wydawnictwo KEW, Wrocław-Wojnowice, 2026, str. 540.
Poprzedni artykułMichał Piętniewicz – Lektury z biblioteki osiedlowej
Następny artykułAndrzej Walter – Postać tego świata

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko