17 marca 2026
Świat bez wartości

Pewnie pół wieku temu czytałem „Kobietę z wydm”. Byłem pod wrażeniem. Czytałem, chyba z mniejszym entuzjazmem, choć wciąż z ciekawością, także „Schadzkę” i „Czwarta epokę”. Tetaz przyszła kolej na „Zniszczoną mapę”, ksiązkę kompletnie inną od wydanych wcześniej powieści Kōbō Abe.
Czym jest ta powieść? Kryminałem? Tak można sądzić przez kilkadziesiąt stron, może połowę ksiązki. Potem już nie. Więc nie kryminał.
Kōbō Abe gubi watki, nie wątpię, że świadomie, gubi czytelnika. Ale równie dobrze można powiedzieć, że prowadzi nas od zwątpienia do zwątpienia, od obojętności do machnięcia ręką na efekty dochodzenia. Bo na końcu okaże się, że nie ono jest ważne.
Kim jest bohater tej powieści? To zapewne trzydziestoparolatek, może czterdziestolatek, zatrudniony jako detektyw w niewielkiej agencji. Agencja przyjmuje zlecenie na odnalezienie zaginionego mężczyzny. Mężczyzny, który wyszedł z domu i nie wrócił. Zlecenie opłaca brat żony zaginionego.
Zaginiony nie miał pozornie żadnego powodu aby zniknąć (choć, jak pisze autor, w Japonii każdego roku znika bez śladu ileś tysięcy ludzi). Żona okazuje się być, mówiąc eufemistycznie, dziwna. Nie jest jakoś szczególnie poruszona zniknieciem męża. Popija piwo. Nie pracuje. Nie ma na jego temat prawie niczego do powiedzenia. Wskazuje na pudełko zapałek z jakiejś knajpy (adres jej jest na naklejce). Zapałki sa w różnych kolorach. Detektyw robi wywiad. Zaginiony był zatrudniony jako kierownik w firmie dystrybuującej gaz w butlach. Sprzedał samochód. Ci, co kupili, niczego nie wiedzą. Przełożony w pracy chwali podwładnego, nie ma żadnej wskazówki.
Jest zamawiający usługę brat. Pozostawali z zaginionym w dobrych relacjach. Chwilę później okazuje się, że jest on członkiem mafii sprawującym nadzór nad barami z jedzeniem. Barami w przyczepach kampingowych.
Jest jeszcze podwładny zaginionego. Młody człowiek, który dostarcza detektywowi różnych śladów. Ten najważniejszy to kolekcja zdjęć. Zdjęć nagiej kobiety, modelki w nienaturalnej pozie. Nie widać na nich jej twarzy. Widac za to pośladki i długie włosy przewinięte między nogami.
Kōbō Abe kreśli obraz agencji, jej szefa. To człowiek, który unika kłopotów. Z klientami i policją. A te się pojawią.
Bo…? Bo brat ginie zamordowany przez rozwścieczonych, pijanych robotników (równie dobrze mogli to nie być robotnicy). Bo podwładny kierownika popełnia samobójstwo. Bo raporty detektywa nie wnoszą niczego do sprawy. Sprawy, której rozwiązanie nie posuwa się do przodu ani o milimetr.
Problem w tym, że inaczej niż w „normalnych” kryminałach, bohater Kōbō Abe, mówiąc młodzieżowym slangiem ma na sprawę „wywalone”. Nie widać żadnej inicjatywy ponad absolutną konieczność. Sam popada w dziwne stany. Nagle dowiadujemy się o jego separacji z żoną. Z błahego powodu (założyła pracownię krawiecką, na którą się nie zgadzał). Dotyka odsłoniętego uda kobiety, która ponoć miała być na zdjęciach, zaczyna prowadzić dziwne rozmowy z żoną zaginonego.
To, co miało przynieść efekty, posunąć dochodzenie do przodu kończy się tragicznie. Knajpa z pudełka zapałek okazuje się punktem werbunkowym dla kierowców taksówek. Parkingowy, starszy pan, nie daje wskazówek. Przy kolejnej wizycie detektyw, który nie jest już detektywem (szef nie chce mieć kłopotów w związku z samobójstwem podwładnego zaginionego) dostaje ciężki „łomot”. Kto i dlaczego? Można się tylko domyślać.
Zakrwawiony jedzie do żony zaginionego. To dziwna relacja. Zadziwającej bliskości.
Potem jest całkiem źle. Utrata świadomości, błąkanie się po mieście, knajpa, budka telefoniczna. Nazwisko? Adres zamieszkania? Kim jestem?
Kōbō Abe napisał antykryminał, w którym poszukiwany wcale nie jest osią powieści. To raczej próba odnalezienia samego siebie w świecie zdruzgotanym, świecie w którym nie ma w zasadzie wartości, które się liczą. Świat, w którym wszystko może być prawdą albo jej zaprzeczeniem.
Kōbō Abe – Zniszczona mapa, przekład Anna Zielińska-Eliott, PIW, Warszawa 2026, str. 288.





