Od pomylonego poczęcia donikąd
Jeżeli kto sądzi, że te wszystkie atrybuty „nowoczesnej powieści”, te eksperymentalne symultanizmy narracyjne, rozbicia chronologii, solipsyzmy, autotematyzmy, fragmentaryczności konstrukcji, dygresyjności, parodyzmy, amorficzności i pozorności literackiego tworzywa, zaszywania w przestrzeń dzieła składników wywodzących się z różnych tradycji, wątłości fabuły czy wręcz afabularności, nierozwinięte idee (tak jak w życiu, w którym wiele rozpoczynamy i nigdy nie kończymy), a nawet powieści o niemożności napisania powieści (n.p. „Miazga” Jerzego Andrzejewskiego), etcetera, etcetera, etcetera, można by długo mnożyć – otóż jeśli kto uważa, że są one wytworem XX wieku i wywodzą się dajmy na to od „Ulissesa” Joyce’a (1922), ten jest w głębokim „mylnym błędzie”. Tego rodzaju zabiegi formalne mają nieporównywalnie dłuższą metrykę i pojawiły się tak naprawdę w momencie pojawienia się nowożytnej powieści. Ich szczególną koncentrację (choć niektóre z przywołanych wyżej zabiegów można znaleźć także w wielu innych tytułach z tamtej epoki) stanowi powieść Laurence Sterne’a (1713-1768), „Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy” (1767). a to oznacza, powieść, ledwie się narodziła, już zaczęła grać ze swoją własną formą. W powieści tej fabuły właściwie nie ma, są tylko jej „nie pociągnięte” dalej zalążki, a poza samym tytułowym Tristramem, występuje w niej niewiele postaci, w tym najważniejsze to ojciec Tristrama, Walter i jego wuj, emerytowany oficer pan Toby. Jest jeszcze matka Tristrama, jest służący wuja Toby’ego Trim, jest wdowa Wadman, ale to epizodycznie i na dalszym planie. „Ton powieści jest błazeński, a fabuła ostentacyjnie błaha – streścić ją można w jednym akapicie” – powiada autor posłowia Adam Lipszyc.
Kluczowa idea powieści zawiera się już na pierwszych stronach powieści, która ujęta jest w formę pamiętnika tytułowego bohatera. Otóż jego autor, Tristram Shandy, jako się rzekło, opowiada o okolicznościach swego własnego poczęcia przez jego rodziców, poczęcia, które właściwie było poczęciem nie do końca, poczęciem niby dokonanym a jednocześnie niedokonanym. W powieści pierwsze zdanie brzmi następująco: „Żałuję, że mój ojciec, albo moja matka, a raczej oboje, ponieważ oboje byli do tego jednako zobowiązani, nie pomyśleli, co robią, kiedy mnie poczynali, gdyby bowiem zastanowili się we właściwy sposób, jak wiele zależy od tej ich czynności; – że tyczy ona wytworzenia istoty obdarzonej rozumem, lecz przypuszczalnie również szczęśliwego ukształtowania i konstytucji jej ciała, a być może talentów i typu umysłowości (…)”
Cóż się zatem stało? Czytajmy dalej: „Wybacz mój drogi – rzecze moja matka – ale czyś nie zapomniał nakręcić zegara? – Dobry B – ! zawołał mój ojciec (…) czy kiedykolwiek od stworzenia świata mężczyzna przerwała mężczyźnie tak głupim pytaniem?”. Chodzi tu, rzecz jasna, dopowiedzmy, o przerwanie coitusu, paradoksalnie, przez małżonkę, a nie męża, podczas spełniania obowiązku małżeńskiego. Skutkiem tej interrupcji, jest – jak napisał w posłowiu Adam Lipszyc – „dziwny, niedo-substancjalny, na wiele sposobów pokiereszowany człowiek-Pomyłka, Człowiek Interrupcja, człowiek-Interpunkcja, Człowiek Nigdy-całkiem, człowiek, który wciąż nie może się wyłonić (wyłania się i znika przez dziewięć kolejnych tomów), człowiek, który niemal nie istnieje, a przecież wciąż daje znaki przewrotnego życia, człowiek stopiony w jedno ze swoją dygresyjną opowieścią posiekaną pauzami, zrobiony niby tylko ze słów, a przecież nieskończenie uwodliwy, przez to zaś – dziwnie, lecz arypotężnie – obecny. Jednym słowem: Człowiek-Literatura”.
To niedo-poczęcie wywołuje wielkie zamieszanie. „Wszystko zaczyna się więc od falstartu, niewcześnie, w dekoncentracji, zegar życia, opowieści i świata zostaje rozregulowany w punkcie wyjścia (ale czy w ogóle go nakręcono?). Wcale nie jest jasne, co dokładnie się stało: najpewniej ładunek pełen „substancji żywotnych” zostaje wystrzelony przedwcześnie, a za sprawą owego inicjalnego pomieszania dociera złachany i marny; dekoncentracja mogła jednak spowodować rejteradę Walterowej potencji, wówczas zaś Tristram jako jako byt osobliwy, jako niedo-syn, powstałby właśnie za sprawą braku, nie-dotarcia ojcowskiego nasienia; może być po prostu tak, że żona Waltera jest już w ciąży z kimś innym (Tristram rodzi się mniej więcej po ośmiu, a nie dziewięciu miesiącach od tego niby-wyjściowego wydarzenia), bohater pozbawiony byłby więc wyraźnego ojcowskiego źródła. Początek zostaje przerwany, przerwanie staje się nieźródłowym początkiem, ładunek dociera i nie dociera, dociera przez niedotarcie, rzecz zaczyna się niewcześnie, wtedy i nie-wtedy – i nigdy już nie złapie rytmu. Tym samym zaś właśnie uzyskuje własną, literacką, zdenaturalizowaną czasowość, swoją literacką arytmię”
Jednak owo poczęciowe zakłócenie ma nie tylko wymiar naturalny, fizjologiczny, ale także metafizyczny i teologiczny. Wiąże się ono z jego okrzykiem podczas wspomnianej interrupcji: „Dobry B-!”. „Oto Shandy senior, ta parodia Boga-Ojca płodząc Tristrama, tę Interrupcję Wcieloną, parodię Słowa Wcielonego (…) Gdy przerwie się Bogu i Władzy Ojca, noeoczesna literatura może się rozpocząć”.
Podobnych znaczeń w powieści Sterne’a i Lipszyc poddaje je drobiazgowej wręcz egzegezie, dotyczą m.in. roli szyszynki i móżdżku, a wszystkie, co typowe dla pisarza pełne asocjacji fizjologicznych, anatomicznych, ginekologicznych, kontekstów seksualnych i asocjacji falliczno-erekcyjnych.
Jeden z nich to finezyjna opowiastka o wujaszku Tobym i wdowie Wadman. Owa pani, będąca wdową już od lat miała zwyczaj spania w nocnej koszuli, której dolną krawędź jej służąca opinała szczelnie wokół kostek i stóp. Wujaszek Toby przez pewien czas odnajmował pokój w domu wdowy Wadman i – nie wiedząc o tym – „wpadł jej w oko”. I oto, pewnego wieczoru, kiedy służąca Bridget „ściągnęła w dół jej nocną koszulę i próbowała spiąć ją szpilką – – wierzgnąwszy obiema piętami naraz, które to wierzgnięcie uznać można za najbardziej naturalne, jakie mogło być wierzgnięte w tej sytuacji – przypuściwszy bowiem, że jej ******** była słońcem w zenicie, było to wierzgnięcie północno-wschodnie – wdowa Wadman wykopała szpilkę z palców Bridget – ceremoniał, którego szpilka była symbolem – grzmotnął o podłogę i rozprysnął się na tysiąc okruchów. Wszystko to dowodziło niezbicie, że wdowa Wadman pokochała stryjaszka Toby’ego”. Nie spotkałem w literaturze jednocześnie bardziej subtelnego i dyskretnego a zarazem pikantnego erotyzmu.
O życiu tytułowego bohatera i jego myślach powieść ta wbrew brzmieniu tytułu opowiada tyle co nic, tym bardziej, że Tristram rodzi się w połowie obszernego dzieła, a w jego finale jest u progu dzieciństwa.
Czym zatem jest dzieło Laurence Sterne’a? Dla Lipszyca „Życie i myśli…” to „arcysubtelna opowieść o słowie i ciele, skrajnie obrazoburcza kontrewangelia (…) dobra nowina literatury współczesnej”. Dla mnie to także wielka alegoria, metafora ludzkiej egzystencji, o jej wiecznym i nieusuwalnym niedopełnieniu, trwającym „od poczęcia do naturalnej śmierci”, by posłużyć się frazeologią katolicką, o jej nieuchronnym niedokonaniu, o jej wiecznej nieokreśloności.

Lawrence Sterne – „Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy”, przełożyła Krystyna Tarnowska, posłowie napisał Adam Lipszyc, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, str. 712, ISBN 978-83-8196-664-1
Zbrodnia i kara made in USA
Joyce Carol Oates (ur. 1938) to klasyczka współczesnej literatury amerykańskiej – prestiżowo nagradzana prozaiczka, poetka, eseistka, autorka kilkudziesięciu powieści, opowiadań, sztuk teatralnych, licznych esejów, autorka m.in. wydanej po polsku powieści „Oni” (1974) czy „Blondynki” (2011). Jej „Rzeźnia” to powieść oparta na autentycznych wydarzeniach z drugiej połowy XIX wieku. Jest dramatycznym, ostro naturalistycznym obrazem drastycznych eksperymentów, dokonywanych w szpitalu psychiatrycznym w stanie New Jersey, na ubogich kobietach przez tytułowego „rzeźnika”, lekarza Silasa Weira Mitchella (1812-1888), twórcy tzw. ginekopsychiatrii, pseudonauki, według których schorzenia psychiczne można było przezwyciężyć przez leczenie lub usunięcie narządów płciowych. Powieściowy Silas Aloysyus Weir, którego prototypem jest Mitchell (i kilku innych podobnych praktyków) powiada: „Jak Kolumb spoglądał na Nowy Świat ze zdumieniem, jak Kopernik i Galileusz patrzyli na Niebo, tak ja, Silas Aloysius Weir, lekarz medycyny, wpatrywałem się w mroczną enigmę kobiecej pochwy”. Brzmi to jak swoista pochwała fizycznej płciowości kobiecej, a na pewno jak fascynacja jej tajemniczością, lecz w praktyce to wyraz sadystycznej nienawiści do kobiet, podobnej do tej która zrodziła rasizm i niewolnictwo. Proceder Mitchella-Weira ułatwiał fakt, że jego „pacjentkami” były kobiety ubogie, z dołów społecznych, które nie miały możliwości się bronić przed tym barbarzyństwem. Do czasu. Kulminacyjnym fragmentem soczystej, mięsistej, niezwykle sugestywnej prozy Oates jest wybuch spontanicznego buntu pacjentek, które okrutnie masakrują (ale nie uśmiercają) Weira, niszcząc mu m.in. narządy płciowe i podpalając zakład szpitalny. Powieść, napisaną w formule apokryfu właściwą rozpoczyna wstęp autorstwa syna Weira, w którym, już po śmierci ojca wyraża swój dla niego hołd jako wielkiego lekarza i bezinteresownego społecznika. Mit o jego szlachetnej działalności i o jego zdolnościach na miarę geniusza został ostatecznie obalony dopiero po wielu latach. Ów mit był podtrzymywany także dzięki społecznemu wizerunkowi Weira jako ofiarnego lekarza i wzorowego ojca rodziny. („Theresa i ja traktowaliśmy się z wzajemnym szacunkiem: przez wszystkie lata małżeństwa żadne z nas ani razu nie oglądało drugiego bez odzieży. (…) Theresa, z natury bardzo kobieca, wywodząca się z klasy i środowiska, w którym kobiecość była tożsama ze skromnością, nie znosiła szczerych rozmów o sprawach cielesnych (…). Nawet po dziewięciu ciążach, w trakcie których nabyła proporcji dorodnej matrony (…) Theresa rumieniła się, gdy poruszano pewne, niestosowne w kulturalnym towarzystwie tematy”. Faktura formalna powieści jest niezwykle atrakcyjna. To połączenie ostrego naturalizmu fizjologicznego („Brigit ustawi się na stole, na czworakach, a akuszerka Gretel od tyłu będzie mogła „otworzyć” pochwę dziewczyny (…) w której poród sprzed kilku miesięcy spowodował ogromne zniszczenia” (…) by lekarz mógł ją zbadać” (…) Mogłem teraz zobaczyć coś, czego żaden śmiertelnik dotąd nie oglądał, a co dotychczas pozostawało spowite mrokiem i tajemnicą – kobiecą pochwę w całej jej złożoności”) z osobliwą mroczną poezją, z ingredencjami pochodzącymi z „body horroru”, „dark romance”, gotyckiej powieści grozy czy mrocznego, graniczącego z pornografią erotyzmu. „Rzeźnik” to powieść o ciele i o złu w stanie czystym.

Joyce Carol Oates – „Rzeźnik. Ojciec współczesnej ginopsychiatrii”, przełożyła Kaja Gucio, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2026, str. 509, ISBN 978-83-68180-57-2
Paryż
Jako autor „Paryża. Przewodnika historyczno-literackiego” (1997, 2025) mam szczególnie uważne oko na publikacje poświęcone temu miastu, które odegrało wielką rolę w moim życiu. Nie jestem jednakowoż zadufanym w sobie besserwisserem i chętnie wzbogacam swoją wiedzę o Paryżu lekturami publikacji innych autorów. Jest ostatnio urodzaj publikacji o Paryżu i każda ma sobie właściwe cechy, i walory i – nieuniknione – ograniczenia. Są autorzy koncentrujący się na Paryżu jako mieście wielkiej historii, krwawych wydarzeń, ciężkiej pracy, bogactwa, nędzy, rozkoszy i cierpień. W moim przewodniku skoncentrowałem się na historii i literaturze, w tym na polonikach. Magdalena Leszner-Skrzecz zdecydowała się na opisanie głównie Paryża architektonicznego piękna. Jej Paryż jest historyczny, ale tylko w tym sensie, że historycznymi są wybrane i opisane przez nią wspaniałe budowle miasta, autorstwa wielkich artystów. Wzmianek o wydarzeniach historycznych i ich datach jest tu niewiele. Autorka skoncentrowała się na pięknie artystycznej formy i wybrała do swego albumu m.in. katedrę Notre Dame, plac de la Concorde, Orangerie w parku Tuileries, ulicę Rivoli, plac Vendôme, Palais Royal, Luwr, kościół Saint Germain l’Axerrois, Operę Garnier, kościół de la Madeleine, Pantheon, kościół Saint Etienne du Mont, Jardin du Luxembourg, kościół Saint Sulpice, kościół Saint Germain des Prés, kościół Saint Severin, muzeum Cluny, most des Arts, most Aleksandra III, wieżę Eiffla, wyspę de Cygnes, bazylikę Sacré Coeur i Montmartre. Poza walorami tekstowymi „Paryż” M. Leszner-Skrzecz ma pierwszorzędne walory estetyczne, głównie dzięki znakomitym, barwnym fotografiom.

Magdalena Leszner-Skrzecz – „Paryż. Tam gdzie historia tańczy z emocją, a sztuka nie zna zmierzchu. Spacery śladami największych artystów”, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2026, str. 302, ISBN 978-83-8317-593-5
Generał Kazimierz Sosnkowski (1885-1969)
To poprzedzony obszernym wstępem biograficznym imponujący album składający się z około tysiąca fotografii z życia wybitnego oficera, żołnierza, ale także erudyty i intelektualisty, który swoją wojskową drogę rozpoczął jako strzelec i legionista u boku Józefa Piłsudskiego, jeden z najbliższych mu ludzi, uczestnika epopei Legionów, współwięźnia, wraz z Piłsudskim, twierdzy magdeburskiej, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, minister wojny, a później człowiek i oficer głęboko i osobiście, „hamletycznie”, przeżywający dramat przewrotu majowego 1926 roku, dowódca z września 1939, a później emigrant, najpierw w Paryżu, potem w Londynie, a następnie, już do końca życia, w Kanadzie. Do tej publikacji nie stosuje się reguła interpretacji, bo to po prostu pięknie wydany, zwarty dokument dotyczący wybitnej polskiej postaci historycznej. Tom, wzbogacony o obszerną bibliografię źródeł i indeks osobowy jest prawdziwym, imponującym edytorskim pomnikiem polskiego żołnierza w randze generała, który, o ile się nie mylę, nie ma w Polsce kamiennego pomnika.

Jerzy Kirszak – „Generał Kazimierz Sosnkowski. 1885-1969. Wola, wytrwałość i upór”, Wydawnictwo Instytutu Pamięci Narodowej, Warszawa 2025, str. 758, ISBN 978-83-8376-585-3
„Zły” po lubelsku
Mój stosunek do gatunku „kryminalnego” był zawsze niejednolity. Zakochany od lat dziecięcych w przygodach Sherlocka Holmesa Artura Conan Doyle i w powieściach Raymonda Chandlera, nie potrafiłem zagustować w lekturach innych przedstawicieli gatunku, ani w Agacie Christie, ani w polskiej powieści kryminalnej, obficie wydawanej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w seriach z kluczykiem i z jamnikiem. Lubiłem czytać kryminały Georgesa Simenona, ale raczej dla ich magicznej paryskiej scenerii niż dla kryminalnej intrygi. Szersze zainteresowanie powieścią kryminalną, ale raczej jako gatunkiem literackim niż jako dostarczycielką czytelniczych emocji (tzw. „dreszczyk” nigdy mnie nie dotykał) przyszło do mnie po lekturach krytycznoliterackich poświęconych temu gatunkowi właśnie. Nie badałem szczegółowo pola piśmiennictwa na ten temat, ale wiem, że istniało ono już w latach trzydziestych XX wieku, a autorem studium „Powieść kryminalna” był Stanisław Baczyński, krytyk literacki, ojciec poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W ostatnich latach w Polsce ukazało się co najmniej kilkanaście tytułów krytyczno-literackich poświęconych gatunkowi powieści kryminalnej, omawiających ją pod różnymi kątami i w rozmaitych oświetleniach. Ich wspólnym mianownikiem było dostrzeżenie walorów gatunku, polegających na wykroczeniu poza czystą funkcję „rozrywkową” tego typu literatury popularnej i wejściu w przestrzeń socjologiczną, psychologiczną, kulturową, a nawet filozoficzną, ale także stricte literacką, stanowiącą już nie tylko tło kryminalnej intrygi, ale jej równoprawny segment. Od czasu, gdy przeczytałem owe studia, patrzę na czytane kryminały przez pryzmat owych kryteriów. Do lektury „Stemplarza lubelskiego” zachęcił w mnie w pierwszym rzędzie jego lubelski kontekst historyczno-topograficzny, choć tu autorka nie jest prekursorką po serii kryminałów Marcina Wrońskiego. Z legendą o Czarciej Łapie stykałem się od dzieciństwa, jeszcze zanim drewniany stół z odciśniętą „czarcią łapą” znalazł się wśród eksponatów muzeum na Zamku Lubelskim i stał w przedsionku, obok szatni, w kawiarni „Czarcia Łapa” przy ulicy Bramowej. Ciekaw byłem jednak także tego, jak debiutująca autorka poradzi sobie z podjętym przez siebie zadaniem. Rzecz dzieje się współcześnie w Lublinie. Zbrodnie dokonują się w „trybie” seryjnych zabójstw sygnowanych przez sprawcę stemplem „czarciej łapy”. Grono postaci tworzą w dużym stopniu niegdysiejsi uczniowie ( w tym policjant) mieszkającego na Starym Mieście nauczyciela historii, a fabułę – ich osobiste, często dramatyczne perypetie i sekrety. Moje wrażenie generalne z lektury jest dobre. Była zajmująca i momentami nie chciałem się od niej odrywać, całość została nieźle skonstruowana, sylwetki psychologiczne postaci uformowane plastyczne, a tło obyczajowe (w tym erotyczne) ciekawie i trafnie zarysowane. Można by się oczywiście doszukać jakichś drobnych niedociągnięć (przydałaby się szczypta więcej specyficznego kolorytu lubelskiego), ale mamy w końcu do czynienia z debiutem w trudnym gatunku. Podobno pomysły Anny Dymek na kolejne powieści już się realizują. Najszczerzej życzę autorce powodzenia i czekam na nie. A kto zabił i dlaczego? Odpowiedź pozostawiam czytelnikom, choć poniekąd tkwi ona w tytule niniejszego omówienia, nawiązującego do słynnej powieści Leopolda Tyrmanda.

Anna Dymek – „Stemplarz lubelski. Kryminał inspirowany legendą o Czarciej Łapie”, wyd. Norbertinum, Lublin 2025, str. 247, ISBN 978-83-7222-845-1
Mrok i zbrodnia Petersburga
Od strony stricte fabularnej słynna powieść Fiodora Dostojewskiego „Zbrodnia i kara” jawi się gatunkowo do pewnego stopnia jako rodzaj „kryminału”, bo opowiada o losach byłego studenta prawa Rodiona Raskolnikowa, który postanawia zamordować i obrabować bogatą lichwiarkę petersburską. Pomysł na tę powieść narodził się w czasie, kiedy sam autor przebywał na katordze. Zainteresował się wtedy psychologią współwięźniów, wśród których byli i tacy, którzy zostali skazani za morderstwo. 23-letni bohater powieści, jest półsierotą, ma jednak kochającą rodzinę. Jego matka i siostra darzą go głęboką miłością i wspierają finansowo. Jednak bohater, zbuntowany przeciw porządkowi świata, decyduje się popełnić morderstwo. Jest przekonany, że jako jednostka wybitna ma prawo zabijać, gdyż geniusz usprawiedliwia wszystkie zbrodnie na zwykłych ludziach. Morderstwo ma stać się rodzajem sprawdzianu jego odwagi, ma być ekspresją jego najwyższej woli, woli „nietzscheańskiego nadczłowieka”. Ramę „Zbrodni i kary” tworzy psychologiczny pojedynek jaki Raskolnikow toczy z sędzią śledczym Porfirym Piotrowiczem, bo w nim zawiera się cały bogaty egzystencjalny i filozoficzny jest świat tej powieści. Do tego posępny, mroczny mistyczny niemal obraz Petersburga, scenerii powieści. Zawsze warto wracać do zbrodni i kary.

Fiodor Dostojewski – „Zbrodnia i kara”, Wydawnictwo MG, warszawa 2023, str. 560, ISBN 9788382411232
O podwójności natury ludzkiej
„Idiota” to najgłębiej badająca mroczne tajniki duszy powieść Fiodora Dostojewskiego, choć tytułowy bohater, książę Myszkin jest wcieleniem piękna duchowego wnętrza, chrześcijańskiej caritas. Ubogi książę Lew Myszkin przyjeżdża do Rosji, by objąć spory majątek. Swej dobrotliwości, pokorze oraz irytującej wręcz naiwnej ufności do ludzi, zawdzięcza on tytułowy przydomek, jakim obdarzają go inne postaci. Myszkin to postać z innego czasu i innego świata, może z Ewangelii, zagubiona w XIX-wiecznym świecie, bezwzględnym dla słabych, pełnym nierówności i złych namiętności. Książę Myszkin chce naśladować Chrystusa, chce być człowiekiem przepięknym moralnie, ale wikła się w sieci, które na niego nastawia złość i pożądliwość ludzka. Idiota to zarazem arcydzieło jako portret dwóch kobiet Nastazji Filipownej i Agłai Iwanownej, pomiędzy których uczucia rozdarte jest serce księcia. To przypowieść o bezgranicznym opętaniu miłością, która może doprowadzić wręcz do unicestwienia osoby kochanej. Może jednak najbardziej arcydzielnie zbudowana została postać Rogożyna, towarzyszącego Myszkinowi uosobienia, wcielenia zła.

Fiodor Dostojewski – „Idiota”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2026, str. 656, ISBN 978-83- 82412-01-7
„Ostatniego Mohikanina” (1826) czytać miał Juliusz Słowacki na ławce w swoim ulubionym paryskim skwerze Palais Royal. Powieść ta bowiem, część pięcioksiągu przygód Sokolego Oka Jamesa Fenimore Coopera, była wtedy niezwykle popularna.
Jej akcja rozgrywa się w połowie XVIII wieku, gdy w Ameryce Północnej toczyła się wojna między Brytyjczykami i Francuzami, w której dużą rolę odgrywały lokalne plemiona Indian. Sokole Oko wraz ze swoimi przyjaciółmi Chingachgookiem i Unkasem postanawia pomóc w eskortowaniu dwóch córek angielskiego pułkownika do fortu William Henry. Przeprawa to bardzo niebezpieczna i najeżona potyczkami z wrogimi Indianami.
Pełna dramatyzmu akcja powieści i wartka narracja przenoszą czytelnika w świat konfliktów i zdrad, w którym mimo wszystko zwycięża niezachwiana lojalność i przyjaźń. Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka to literacki prawzór gatunku, najpierw piśmienniczego, później filmowego zwanego „opowieściami z Dzikiego Zachodu”, czy później,już w epoce
filmowej- westernem. Jego kluczowym tworzywem jest barwnie opisany świat przygód. W wymiarze gatunkowym jest to wyraz odrębnej kategorii romantyzmu w prozie. W porównaniu z dzisiejszymi standardami popularnej prozy przygodowej opartymi głównie na szybkim tempie i agresywnym rysunku akcji i postaci, faktura literacka, narracyjna „Ostatniego Mohikanina” może wydać się staromodna i statyczna, ale za to odznacza się niezwykłym pięknem opisów przyrody, romantyczną i filozoficzną zadumą, a także aurą romantycznej właśnie tajemniczości. Lektura „Ostatniego Mohikanina” to czytelnicza kąpiel w pełnym urody stylu. Joseph Conrad napisał, że dla Coopera „przyroda nie stanowiła tła, ale była zasadniczym składnikiem istnienia” i że – dodawał poetycko – jej opisy „mają w sobie władczą szerokość gestu wskazującego wielki łuk rozległego horyzontu, barwy zachodu, świetlisty spokój gwiazd (…)”. Jednak spośród pięciu części cyklu Coopera,”Ostatni Mohikanin” ma formułę najbliższą klasycznej powieści przygodowej i dlatego właśnie ona była najczęściej ekranizowana.

James Fenimore Cooper – „Ostatni Mohikanin”, przekład Tadeusz Evert, wyd. Materia, Warszawa 2025, str. 480






