Zakopiańską „Operetkę” Andrzeja St. Dziuka z Teatru imienia Stanisława I. Witkiewicza obejrzałem równo pół wieku po łódzkiej prapremierze sztuki w inscenizacji Kazimierza Dejmka (1975). Co się zmieniło przez ten szmat czasu w widzeniu tego tekstu? Czym różni się Dziukowa „Operetka” Anno Domini 2025 od tamtej, dejmkowskiej, z innego świata? Wydawało się, że tamta jest bardzo szalona, ale kudy jej do tej obecnej, z jej szaleństwem do kwadratu a może i do sześcianu? Dziukowa „Operetka” jest bardziej wybujała, bardziej „odleciana”, bardziej „wyj…ana w kosmos”, jak mówi młodzież. Tamta, mimo wszystko, trzymała się jeszcze resztek prawdziwych, staromodnych, klasycznych manier. Może dlatego, że ówcześni starzy ludzie pamiętali jeszcze tradycyjne maniery sprzed pół wieku? Tamta, dejmkowska „Operetka”, przy całym konwencjonalizmie, sztuczności i kretynizmie operetkowej formy, miała w sobie resztki poczciwej, nie pozbawionej elegancji, operetkowości Offenbacha, Straussa czy Lehara. Ta jest zgrywą rozpasaną do ostatnich granic a może nawet bezgranicznie, jak współczesny świat i jak on wyzbyta umiarkowania. Wtedy zapewnie nikomu nie przyszło do głowy, by obuć aktorów w koturnowe buty. Dotykali desek scenicznych przez cienkie podeszwy. Dziś wznoszą się na groteskowo monstrualnych koturnach. W tamtej, Himalajowie, hrabia Szarm, baron Firulet czy mistrz Fior prezentowali resztki – jednak – prawdziwych manier czyli dawnej kultury, ci dzisiejsi uprawiają tylko zgrywę, chełpienie się i agresję. Kabotyński idiotyzm formy, jaką jest operetka, z jej monstrualną sztucznością i krańcowym konwencjonalizmem jest w Dziukowej „Operetce” czymś gorszym od zwykłego kabotynizmu, jest groźnym produktem współczesności. Toteż i tamtejszy upadek arystokratycznego „Parnasu”, starego świata, nie był jednak aż tak dotkliwy. Upadek tamtego kończył się hukiem, ten – by strawestować T.S. Eliota – kończy się tylko „skomleniem”. Czy z ruin tego upadłego świata może zrodzić coś lepszego? Rien de reveries. Żadnych marzeń. Nowy świat, ten bez arystokracji, to tylko mali złodziejaszkowie i pieski hasające na smyczy. Nadziei nie przynosi także młodość, uroda i nagość Albertynki. A tak kiedyś w młodość wierzono! Albertynka dejmkowska sprzed 50 lat pokazywała się naga en face, w całej radosnej okazałości kobiecego łona. Albertynka nasza współczesna pojawia się naga „półgębkiem” a może „półdupkiem”, bokiem do widowni, skromnie zasłaniając się uniesionym udem, jak jakaś skromnisia. Nie jest to jednak skromność seksualna, bo jak może być taka w epoce powszechnego bezwstydu. Albertynka Dziukowa po prostu nie wierzy w kreatywny, rewolucyjny walor swojej młodej nagości. Jest też ta „Operetka” zdezindywidualizowana, zglajszachtowana, tak jak współczesny świat. Himalajowie, Szarm, Firulet, Fior nie są w tym spektaklu wyodrębnionymi indywidualnościami, solistami każdy w swoim rodzaju. Mimo swych ekstrawaganckich strojów zlewają się z pospolitym tłem, w końcu podobnie barwnym jak oni w czasach powszechnej dostępności taniej odzieży. Stąd w tym znakomitym i głupio dynamicznym, jak dzisiejszy świat, widowisku, aktorzy nie dzielą się na pierwszoplanowych i na tło. Wszyscy bez wyjątku grają znakomicie, brawurowo ale jak kolektyw, jak jedna pięść. W tej „Operetce” na miarę naszych czasów, świat, zanim zaskomli na maksymalną skalę, w najgorszą godzinę, bawi się na całego, wesoło. Jak pasażerowie na „Titanicu”, a może, bo przecież z Gombrowiczem mamy do czynienia, na „Transatlantyku”.
Witold Gombrowicz – „Operetka”, opracowanie tekstu i reżyseria Andrzej St. Dziuk, scenografia Jacek Staniszewski, muzyka Jerzy Chruściński, Teatr im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem, gościnny występ na deskach Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie.






