Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego
„Książę pierwszy, hołota za nim”
„Na Radziwiłła idą, siła ich” – powiada w sienkiewiczowskim „Potopie” Soroka, wierny wachmistrz pana Andrzeja Kmicica. W ogóle w „Potopie” jest istne zatrzęsienie Radziwiłłów i przeciętnemu odbiorcy właśnie z tą powieścią i jej ekranizacją się oni na ogół kojarzą. W innej scenie, w Kiejdanach, Zagłoba wyklina publicznie księcia Janusza Radziwiłła (swoją drogą ciekawy fenomen z zakresu historii percepcji imion polega na tym, że oweż kiedyś pysznie, dostojnie i szumnie brzmiące, odbieramy dziś jako doszczętnie splebeizowane („Janusze”). W „Potopie” jest jednak tylko maleńki i jednostronny wycinek radziwiłłowskiego świata. Maciej Radziwiłł, opowiada rozmówcy o losie swego rodu i o losie własnym w skali panoramicznej, sięgając aż do Radziwiłłów-przodków z XV wieku. Jego los własny w młodości to los m.in. młodego działacza solidarnościowej opozycji lat „Solidarności” i stanu wojennego, kogoś kto poznał milicyjne „kazamaty” na warszawskiej osławionej komendzie Milicji Obywatelskiej przy ulicy Wilczej. Podobno lud jest na ogół antyarystokratyczny, ale lud polski to nie lud francuski, który antyarystokratyczny jest naprawdę i dał tego dowody zwłaszcza za Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Polski lud na arystokrację patrzy ciepło. I nawet dołowy reprezentant milicyjnego aparatu z owej Wilczej w stanie wojennym, gdy wyprowadzał z celi zatrzymanych, wśród których był Maciej Radziwiłł, zdobył się na życzliwy i zaskakująco finezyjny żart wypowiadając komendę brzmiącą: „Książę pierwszy, hołota za nim”. Ale żarty na bok. Opowieść Macieja Radziwiłła o swoim rodzie jest frapująca, erudycyjna, soczysta, bogata w anegdoty, nasycona poczuciem humoru i autodystansem. To pokaźny, z cechami panoramicznymi, kawał dziejów sławnego rodu, w którym byli i herosi i zdrajcy, i wybitni i przeciętni, tak jak i u zwykłych ludzi. To także fragmenty historii najnowszej i osobistej. Jeśli do tego dodać, że jeden z antenatów Macieja, Krzysztof Radziwiłł, który był posłem na Sejm PRL w latach stalinowskich i szefem protokołu dyplomatycznego MSZ i u Bolesława Bieruta, zwykł mawiać, że za „trzydzieści srebrników da się przeżyć”, to rzecz jawi się pysznie. Takie poczucie humoru i autoironia warte są wszystkich pieniędzy, a lektura tego tomu nie mniej wyśmienita.
„Maciej Radziwiłł w rozmowie z Aleksandrem Kaczorowskim”, Iskry, Warszawa 2025, str. 350, ISBN 978-83-244-1196-2
Literatura to styl, a styl to człowiek
Jestem niezmiennie przekonany, choć raczej należę do zdecydowanej mniejszości, że o wartości literatury i o jej smaku rozstrzyga ostatecznie nie temat, ale język czyli styl, czyli sposób przedstawiania świata, a nie sam świat przedstawiony czyli fabuła. Dawno już przeczytałem setki „fascynujących” opowieści, przez które brnąłem ze znużeniem z powodu sposobu w jaki zostały napisane. I, przeciwnie, ulegałem czarowi opowieści pozornie do bólu szarych ale napisanych stylem tak genialnym, że „zatykało dech”, takich jak n.p. „Stary” Williama Faulknera, w którym iście „socrealistyczny” temat walki z kataklizmem powodzi został przez niego przedestylowawany w artyzm literacki próby najwyższej. To samo odczuwam przy lekturze prozy Marka Hłasko. Sięgam po nią już od kilku dekad i nigdy nie rozczarowałem się podczas któregokolwiek z powrotów. Na pozór mamy do czynienia w tej prozie ze światem zetlałym jak stara tkanina, a przy tym wyzbytym uroku stylizowanej, odległej „dawności”. Świat Hłaski nie ma nawet tego stylizowanego, nieco teatralnego wdzięku, który stanowi o atrakcyjności obrazu Warszawy lat pięćdziesiątych Leopolda Tyrmanda w jego „Złym”. Warszawa lat pięćdziesiątych Hłaski jest „brzydka jak noc” na sposób realistyczny, bez konwencjonalnych sztuczek. A mimo to obraz jej jest frapujący i to nawet bez tych cudownych, nieco „chandlerowskich” „gadek” uprawianych przez postacie. Co prawda „Cmentarze” nie są akurat powieścią „warszawską” (choć akcja w Warszawie się toczy), a mimo to ową popękaną, zrujnowaną, plugawą „warszawskość” czasów stalinowskich czuje się dobitnie. „Cmentarze”, z powodu których Hłasko opuścił Polskę nigdy się nad Wisłą do tej pory nie ukazały. Cenzura gomułkowskiego PRL odrzuciła ją jednym ruchem i bezapelacyjnie. I nic dziwnego. Jest to utwór „antysocjalistyczny”, „szkalujący Polskę Ludową” wręcz wzorcowo, w stopniu radykalnie przekraczającym wymowę wielu utworów innych pisarzy, którzy nie wiedzieć czemu odegrali w historii powojennej literatury polskiej rolę „dysydencką”, choć czasem trudno się dziś w ich utworach dopatrzeć czegokolwiek niecenzuralnego, a co najwyżej niecenzuralnego w sposób bezobjawowy. Hłasko jest „antysocjalistyczny” w formie jawnej, bez ogródek, z całym „katalogiem” tego rodzaju treści. Jest antypartyjny, antymilicyjny, krytykuje ustrój, kataklizm nędznego zaopatrzenia sklepów, chamstwo ekspedientek, jest proamerykański i antykoreański. Drwi sobie nawet z plakatu z widokiem „amerykańskiego żołnierza przebijającego bagnetem koreańskie dziecko” (akcja „Cmentarzy” rozgrywa się 28 marca 1952 roku), checheszkuje sobie z UB („Raz późno wracam ja do domu./ I nagle wolność kończy się./Cywilne płaszcze, automaty./Legitymacja u-be-pe…” i ze Stalina cytując wierszyk: „Niech żyje nam towarzysz Stalin! On usta słodsze ma od malin! On jest marzeniem mym, tęsknotą. Mojego życia bajką złotą”. Wracam do esencji stylu Hłaski, który jest efektowny stylistycznie, czyta się go znakomicie, ale istotą tej znakomitości jest prawda, która mimo upływu 56 lat od śmierci Hłaski w Wiesbaden ani trochę nie zwietrzała. Z warszawskich „Cmentarzy” przenosimy się w „Drugim zabiciu psa” i „Nawróconym w Jaffie” na emigrację, do Izraela. Obcość świata, w którym dane mu było zamieszkać i żyć, nie ułatwiała pisarzowi wgryzienia się weń, w jego substancję. Musi się do niego zaadoptować, dlatego jest tu bardziej zależny od literackich konwencji (szczególnie w „Drugim zabiciu psa”, napisanym w szpitalu psychiatrycznym pod Monachium w konwencji czarnego kryminału), mniej swobodny, ale w sukurs przychodzi mu ogólna natura świata. Hłasko uświadamia sobie, że świat jest brzydki, okrutny i podły w ogóle, nie tylko w PRL, Warszawie i bloku wschodnim. Tyle tylko, że w różnych krajach jest podły na różne sposoby. „Izrael w ujęciu Hłaski – jak napisał we wstępie Radosław Młynarczyk – to kraj wariatów, posttraumy i agresji”. „Nawrócony w Jaffie” nasycony jest ponadto czymś rzadkim u witalnego i behawioralnego na ogół Hłaski i refleksją nad przemijaniem, doświadczeniem utraty i schyłku. W moim najgłębszym odczuciu, Marek Hłasko uniknął literackiego lamusa i choć opisywał brzydki, poraniony wojną świat sprzed trzech czwartych wieku, brawurowo przeszedł limes literacki XXI wieku.
Marek Hłasko – „Cmentarze”, „Drugie zabicie psa”, „Nawrócony”, Iskry, Warszawa 2025, str. 458, ISBN 978-83244-1199-3






