14 października 2025
A jednak warto!

553 strony, ogromna cegła. Warta jednak, z wielu powodów, przeczytania. Nawet, gdy z wieloma opiniami chciałoby się nawet nie polemizować, a napisać wprost, że są niezbyt mądre, że słów użytych w tekście, ja bym nie użył, że są tam prawdy Joachimiaka, które z prawdą mijają się zasadniczo.
Autor w liście (tymi listami są oczywiście maile) do znajomego pisze, że druga część tych dzienników jest znacznie ciekawsza od pierwszej. Kompletnie się z tym nie zgadzam. Dla mnie to właśnie czas dojrzewania poety, jego lata formacyjne, te szczecińskie i pierwsze gdańskie są dużo ciekawsze (choć i tam odnajduję fragmenty wciągające, czasami odkrywcze, na pewno elektryzujące nazwiskami moich bliskich znajomych). Może też dlatego, że odnalazłem tam jedną historię, jeden epizod, który mną wstrząsnął i jest dla nas wspólny. Otóż pierwsze 20 lat swojego życia przyszły poeta mieszkał w Szczecinie. W roku 1962 miał więc lat 12. I przypomina historię z tego roku, gdzie sowiecki czołg wjechał podczas jakiejś parady w tłum. Zginęło kilka osób, w tym dzieci. Sprawę, oczywiście, wyciszono. W moim życiu był krótki, trzyletni epizod, w którym nie mieszkałem w Warszawie, a właśnie w Szczecinie (lata 1961-1963). I czytając „Aneks do kalendarza” przypomniałem sobie opisane zdarzenie. Nigdy o nim wcześniej nie myślałem. Ale wróciło. Zapewne musieli o tym rozmawiać rodzice, bo przecież nie sześciolatki (tyle lat wówczas miałem).
Cóż więc takiego przyciąga uwagę w tym dzienniku, w jego pierwszej części? Opowieść o grudniu 70 roku, wspomnienia lat wcześniejszych, sprawa karna i wyrok, pierwsze próby literackie, młodzieńcze miłości, ojciec rzeczywisty i ten, który dał mu życie. Racibórz i Studium Nauczycielskie. Jakaś ogromna aktywność, związki z hippisami, ich narkotyki, jego abstynencja, bujne życie erotyczne. Relegowanie ze studiów za… za wyrok. Przenosiny do Gdańska, tam studia w WSN, w potem na uniwersyteckiej polonistyce, prof. Józef Bachórz.
Wiersze, wiersze, wiersze. Sporo ich w tym tomie. Dałoby się poukładać z tego ze dwa tomy. Lepsze, gorsze, na pewno oddające czas i nastrój ich autora.
Próba tworzenia grupy literackiej. Opozycja wobec Nowej Fali, dziesiątki, setki nazwisk – znajomych, czytanych i tych, których nawet nie kojarzyłem.
Kobiety w dużych ilościach, związki raczej mało trwałe, choć serdeczne, często także po formalnym zerwaniu.
Dom rodziców w Krępie. To tam, chyba trochę żartobliwie, widział poeta swoją przyszłość w roli… sklepowego.
Ten Gdańsk to oczywiście środowisko literackie, ale też poeci z wielu miejsc Polski. To Antek Pawlak, Bożena Ptak, Marian Terlecki, to Katarzyna Boruń, Chwinowie, Zbigniew Żakiewicz, Adzik Zawistowski, spotkania, wieczory, zanotowane rozmowy, recenzje. To lektury obowiązkowe w tym czasie.
A potem? Potem Sierpień ’80, wizyta w Stoczni, list młodych twórców, którego nie podpisał Stefan Chwin, małżeństwo z Amerykanką, córka, stan wojenny, wyjazd z Polski do Stanów Zjednoczonych. Gęsto. W gruncie rzeczy trudno pojąć dlaczego wrócił. Tęsknota? Język (ten pierwszy jest chyba zawsze dla poety najważniejszy)? Ludzie? Sytuacja materialna? Rozstanie z żoną?
Nie, nie zawsze znajdziemy klucz, odpowiedź na pytania cisnące się na usta. Ale to przecież naturalne prawo diarysty do zapisywania tego, co chce powiedzieć, pokazać, na ile chce się odsłonić.
Nie da się opisać w krótkim tekście tematów, które porusza Joachimiak. Jego lęków, relacji z kościołem, miłości do córki – to wydaje się w tym tomiszczu niezwykle ważne.
Warto jednak zwrócić uwagę na jakieś rozdwojenie autora, na różne miary ludzi, na jakiś rodzaj dezynwoltury (nie znajduję innego słowa). Zwłaszcza po roku ’89. Jak ocenić jego pracę w Tower Press u Edwina Myszka? Dla wyjaśnienia: to człowiek bezpieki, jeden z jej najgroźniejszych i najbardziej szkodliwych agentów. Nie przeszkadzała mu ta wiedza… „Edwin zrobił dużo dla literatury”. Jak reagować na serdeczność okazywaną Markowi Wawrzkiewiczowi, konsultantowi Służby Bezpieczeństwa do sprawy o kryptonimie Almanach na środowisko literackie? A z drugiej strony zarzucanie tchórzostwa Chwinowi.
Jakże ważny jego ogląd Janka Sochonia, ich rozstanie. Nie, nigdy bym się nie odważył na ocenę cudzych relacji z Bogiem. Księdza tym bardziej…
Słów kilka o wyborach ideowych Joachimiaka, odległych od moich. Ale przecież nie to jest problemem, że mu blisko do lewicy. Problemem jest sposób w jakim o tym mówi, pisze. Pieniądze ministerialne, PiS-owskie, bierze na Migotania, które redaguje od kilkudziesięciu lat, z obrzydzeniem. Jakież tu podwójne standardy. Podkreślenie: to pieniądze z ministerstwa. Niczego mi nie narzucają… Wcześniej dobry pan minister z Platformy, Bogdan Zdrojewski, dał z odwołania i jeszcze przeprosił. A Piotr Gliński to „profesor, głąb, cham i dupek polityczny”. Z uśmiechem czytam zdania o Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim finansującym pismo Joachimiaka. Obiektywny… Z rozbawieniem zwracam uwagę na zdania o działalności politycznej Elona Muska. Bo autor dziwnym trafem zapomina o kimś takim, jak George Soros i miliardach wydanych na lewicową agendę. Wściekam się, gdy czytam, że Bohdan Wrocławski jest cenzorem, zastanawiam nad jednostronnością spojrzenia, gdy znajduję zdanie, że Jarosław Kaczyński wniósł do polskiego życia nienawiść (polecam lekturę „premiera z Krakowa”, Jana Rokity). Zastanawiam się nad ślepotą autora „Aneksu do kalendarza” piszącego o „uszanowaniu dla konstytucyjnych zasad ustrojowych państwa” przez KO. Argumentacja rodem z „silnych razem”.
Przykra jest pomyłka w nazwisku twórcy Toposu, jednego z najważniejszych pism literackich w Polsce, Krzysztofa Kuczkowskiego (str. 493). Przykre jest przekonanie autora, że państwo ma obowiązek finansowania Migotań, bo tyle lat, bo taki poziom… bo ma taki obowiązek i tyle (a Wrocławski, mimo że PiS-owiec nie dostał)…
Tyle zastrzeżeń, a jednak warto? Warto!!! Także dlatego aby zweryfikować, odnieść się do decyzji, opinii Joachimiaka, twórcy przecież i ważnego, i docenianego. Wiele osobistej przyjemności sprawiły mi listy od i do moich przyjaciół, np. Marii Jentys-Borelowskiej. Wiele satysfakcji dostrzeganie twórców słabo rozpoznawalnych, a przecież dla polskiej kultury istotnych.
Zbigniew Joachimiak – Aneks do kalendarza. Dziennik 1970-2025. T. 1 i 2, Fundacja Światło Literatury, Gdańsk 2025, str. 553.






