Setki, jeśli nie tysiące moich rówieśników szły na medycynę między innymi dlatego, że w ich bibliotekach domowych znajdowała się mitologiczna książka Paula de Kruifa „Łowcy mikrobów”, której bohaterami są odkrywcy bakterii. Może była źle przetłumaczona i okrojona ze wspaniałych kapitalistycznych smaczków oryginału, pozbawiona noty biograficznej, jednak nawet w niedoskonałej polskiej wersji zachowała sugestywny styl, który zmusza wyobraźnię do zdwojonej pracy. i to nie tylko biologicznej czy historycznej. Takiej w ogóle. Gdyby czytelnicy znali życiorys autora, choćby to, że Kruif asystował przy pisaniu co najmniej jednej książki noblisty Sinclaira Lewisa, wiedzieliby, że „Łowców mikrobów”, w gruncie rzeczy publicystykę popularnonaukową, można traktować jako literaturę piękną. Zawiera bowiem drugie dno, buntowniczą pożywkę. W jej interpretacji nauka jest wyrazem sprzeciwu wobec świata, wykładnią pomysłowości i ambicji. Jednak dla startującego medyka może to być wizja zawodna.
Ponieważ w XX wieku w Polsce od kandydatów na egzaminie wstępnym wymagano encyklopedycznej wiedzy z zakresu nauk ścisłych, świeżo upieczony student miewał przekonanie, że medycyna należy właśnie do kategorii niemal wyłącznie bio-matematyczno-fizyko-chemicznych. Dlatego z początku wśród studentów medycyny młodych kandydatów na naukowców jest wielu. I tak jest do dzisiaj.
Później te szeregi topnieją, by zaniknąć niemal całkiem na szóstym roku studiów. Student doskonale widzi, co się dzieje w polskim światku naukowym, a zwłaszcza jakie w Polsce są w tej dziedzinie perspektywy. Że marne. Na gwałt szuka też autorytetów naukowych i co chwila się przekonuje, że wzorce w stylu Witolda Sylwanowicza, Witolda Orłowskiego czy Jana Nielubowicza, o których czytał w „Propedeutyce medycyny” Tadeusza Kielanowskiego, dawno znikły z horyzontu, a młodsi nauczyciele jakoś nie chcą mieć ani tej charyzmy, ani podkreślać swej klasy. Posługują się gorszym językiem, nie umieją tak barwnie i precyzyjnie pisać, nie mają poczucia humoru, a nawet nie wyróżniają się oryginalnymi przywarami. Stali się w swej masie dość nijacy. Są wyjątki, ale te tylko podkreślają problem. O ile dawniejszy absolwent którejkolwiek szkoły wyższej do śmierci pamiętał swoich nauczycieli, o tyle teraz pamięta do miesiąca po egzaminie. Tym bardziej że egzaminy z wiedzy zwykle już nie są osobiste, ale testowe, a tak zwane praktyczne (np. przy łóżku chorego) zdarzają się rzadko.
Z drugiej strony sama nauka lekarska okazuje się o wiele mniej ścisła, niż to by wynikało z literatury na jej temat. Na pewno uczy obserwacji i maksymalnego wysiłku w definiowaniu faktów i zjawisk, którym do ścisłości daleko. Co więcej, w ramach biologii człowieka brakuje ścisłości nawet w obrębie najbardziej ścisłych dziedzin, takich jak chemia, fizyka czy matematyka. To nie jest tak, jak się w XIX wieku wydawało dawnym pozytywistom czy scjentystom. Powiedziałbym, że medycyna jawi się chwilami nawet jako magiczna, bo oparta na niestabilnym i dziurawym systemie wiedzy, dodatkowo przetykanym produktami wyobraźni, by nie powiedzieć fantazji. Dla wnikliwego studenta uznawanie w medycynie obliczeń statystycznych za podstawowe fakty naukowe jest co najmniej niepewne. Za dobry lek uważa się taki, którego skuteczność przekracza 70%, nie musi to być 100, bo w 30 mieszczą się przypadki nietypowe i zakłócone. Biologia jest do tego stopnia zmienna, że takie rachunki muszą lekarzowi praktykowi wystarczyć. Naukowcowi niekoniecznie.
Co gorsza, wiele prawdziwych zdarzeń tej natury można by zaliczyć wręcz do fikcji, a poznanie ich i zrozumienie nazywamy doświadczeniem lekarskim, sztuką lekarską, wreszcie jakże ważną intuicją. To z kolei niestety daje wdzięczne pole do popisu relatywizmowi, nadinterpretacji, manipulacji, i co gorsza promuje nienaukę (np. medycynę tak zwaną naturalną) lub wręcz antynaukę (np. znachorstwo). Wszystko przez małe marginesy bezpieczeństwa w myśleniu i na skutek stosowania logiki rozmytej.
W nauce lekarskiej, która na co dzień bardziej przypomina humanistykę niż matematykę, a jednak rości sobie prawo do korzystania z eksperymentu, naprawdę trudno się znaleźć. To wymaga pracy, samodoskonalenia. Chyba że się ma ludzkiego przewodnika. Tę rolę powinny brać na siebie uniwersyteckie wydziały medyczne, ale nie zawsze im się to udaje, a ostatnio jest jeszcze gorzej, bo powstało sporo wydziałów pozbawionych badaczy i wykładowców z doświadczeniem, umiejętnościami, także materiałów, zaplecza szpitalno-laboratopryjnego, sprzętu. Odkrycie nowych bakterii wciąż okazuje się łatwiejsze, niż opisanie, dlaczego wywołując chorobę, w każdym organizmie zachowują się trochę inaczej. Niełatwo też godzić to z faktem, że dobry lekarz rozpoznaje chorobę mimo istnienia jej niezliczonych objawów i wariantów, i wie, jak się ustosunkować do niespotykanych problemów terapeutycznych u danej osoby. każdy człowiek jest bowiem biologicznie i psychicznie kimś kompletnie innym niż nawet jego bliźnię jednojajowe. Nauka tego nie opisuje, a lekarz opiera się na owej intuicji, na tym „wydaje mi się, że na pewno”, czyli na przesłankach, których matematyk nigdy nie zechce zaakceptować.
Wbrew pozorom ta sytuacja intelektualna jest bardzo pociągająca. Przy całym olbrzymim zasobie wiedzy ścisłej ociera się mimo wszystko po trosze o magię (bo czymże jest „doświadczenie lekarskie” albo „sztuka lekarska”?), a po trosze o rachunek prawdopodobieństwa.
Pacjent-matematyk okaże się więc najgorszym typem pacjenta, bo nie akceptuje „nienaukowego faktu”, że lekarz może pominąć wszystko, co znajduje się w encyklopedii zdrowia i podręcznikach, i podać trafne rozstrzygnięcie problemu bez żadnych dowodów. „To jest tak, bo tak jest” – powie pan doktor i wyleczy człowieka. Jeśli jeszcze ów chory dla porównania (a matematykom zdarza się to nagminnie) pójdzie do drugiego lekarza, który postawi identyczną diagnozę, lecz nazwie ją inaczej, to obu uzna za niekompetentnych, niedouczonych, apodyktycznych, podejrzanych konowałów i – zostanie na lodzie. Taki może nawet umrzeć na chorobę, którą łatwo się leczy i która wobec tego nie jest śmiertelna. Zejdzie z tego świata z powodu, jak to nazywam, naukowej głupoty.
Mitologia „Łowców mikrobów”, traktujących o biologii w wydaniu eksperymentalnym, musi zblednąć w konfrontacji z mitem wiedzy nieteoretycznej, niejasnej, a jednak nad wyraz skutecznej. W ponadpięćdziesięcioletniej praktyce miałem do czynienia z młodymi, inteligentnymi lekarzami, którzy w pierwszych latach pracy wciąż jeszcze nie wiedzieli, czy podołają tej „nienaukowej nauce lekarskiej”. Trudno im jest pojąć, że nikt nie ma intuicji lekarskiej w genach. To się zdobywa samemu, bez mamy i taty (chyba że ci są lekarzami, rzecz jasna, i dobrze swemu dziecku doradzą). Ale później owi młodzi medycy krzepną i już nie przeraża ich groźba chronicznej niesamodzielności. Jeśli tylko mają, jak to nazywał jeden z moich mistrzów śp. dr Zbigniew Herman, krótkie drogi nerwowe, dużo wiedzą i mają zmysł zapamiętywania obserwacji, to pewnego dnia budzą się z umiejętnością niemal boską: zaczynają korzystać z pokładów nagromadzonej statystki: tej z literatury i tej własnej, dla pozostałych mglistej, niejasnej, tajemnej.
Trudno się więc dziwić, że mit „Łowców mikrobów” może być mniej pociągający niż mit „sztuki lekarskiej”. Że w medycynie praktycznej sukcesy często zdarzają się niemal codziennie, a w naukowej jakby dużo rzadziej.
Piotr Müldner-Nieckowski
(Uaktualniona wersja artykułu drukowanego w „Forum Akademickim”)





