Strona główna Felietony Krystyna Habrat – Dwa Michały

Krystyna Habrat – Dwa Michały

1
124

Dobry człowiek zwykle przegrywa ze złym, bo taki pokona go podstępem, bezczelnością, kłamstwem i tym wszystkim, czego nie wypada, co jest grzechem, nawet przestępstwem.
Jeden drugiego popycha, jak tańczące dwa Michały z wesołej dziecięcej piosneczki, i na koniec obaj padają na ziemię sfatygowani żwawym wywijaniem i w dodatku popychaniem. Ale padają obaj, I ten popychany, co nie nadążał. I ten, co rozbisurmaniony popychał tego słabszego – też. Jak w życiu.
Tak. Niektórzy za dużo sobie poczynają. Maja przyjemność dokuczania bliźnim, tak złym słowem czy bez słowa, bo milczeniem, jak i pięścią, czy władzą niczym pięść.
Na szczęście istnieje jeszcze coś takiego jak szacunek ludzi. Jego otoczenia. Bliższego i dalszego. A jak smakuje szacunek nieuczciwy nigdy nie pozna. Nie szanują go nawet jego poplecznicy, bo im obce są takie słodkie doznania jak szacunek. Oni są zdolni tylko do bezmyślnej nienawiści. Siada więc taki do komputera i hejtuje. Chyba, że ma inne możliwości ulżenia sobie.
Z kim więc przegrywa człowiek uczciwy?
Opowiada się, jak to mężczyzna w pokrwawionych bandażach, chwali się w szpitalu sąsiadowi z sąsiedniego łóżka, że i tak on wygrał, bo w zażartej dyskusji on uderzył tamtego z 10 razy kapeluszem, a tamten go tylko raz kłonicą, jaką wyrwał ze swej furmanki.
A kto ów pan w kapeluszu?
To mogą być wszyscy ludzie nieśmiali, introwertyczni, oczywiście dobrze wychowani i przestrzegający 7 przykazań i wszelkich innych nakazów i zakazów. Łącznie z kategorycznym oznajmieniem, jakie w szkole podstawowej wisiało w mojej klasie na poczesnym miejscu koło tablicy, a brzmiało: BĘDZIEMY KARNI. I byliśmy najlepszą klasą, póki prowadziła nas ta sama pani, a o kontynuację jej wychowawstwa po czwartej klasie sami poprosiliśmy.
Nasza pani, osoba koło pięćdziesiątki, była surowa i wymagająca, ale o dziwo już potrafiliśmy to docenić, bo uczyła nas też życia, czyli postępowania w sytuacjach, jakich rodzice nie zdążyli przewidzieć. Choćby to. Zaraz pierwszego dnia w klasie zapowiedziała, że do szkoły przynosimy sobie drugie śniadania i jemy je podczas przerwy w swojej ławce. Tylko blat ławki nie jest wystarczająco czysty, żeby położyć na nim swą kanapkę. I nieładnie wyglądałaby, na papierze, z którego ją odwinęliśmy. Musimy więc poprosić nasze mamusie, aby zrobiły nam ładne serwetki, taki kwadrat z białego płótna, obrąbiony i ozdobiony, żeby położona na nim nasza kromeczka wyglądała estetycznie. Nazajutrz wszystkie pierwszaczki miały na ławkach piękne serwetki. Mamy się postarały. Uczono tego dziewczęta. Moja serwetka była biała, obszyta koronką i z koronkowym rombem pośrodku. Pamiętam. Bo to było miłe i ładne.
Gwoli uczciwości muszę poprawić, że to kiedy pani nam tak powiedziała to był już drugi dzień szkolny, bo w pierwszym była tylko uroczysta inauguracja roku szkolnego, gdzie wszystkie klasy ustawiły się w wielki prostokąt na boisku szkolnym i przemawiał pan kierownik. A po powrocie z tej uroczystości oświadczyłam rodzicom, że więcej do szkoły nie pójdę i już. Co mnie tak zniechęciło? Nie kierownik, ale pan woźny!
Gdy już czekaliśmy na inaugurację ustawieni parami, klasa za klasą, przybiegł dziwny osobnik z grubymi ramionami, w zielonej podkoszulce na ramiączkach, z wielką, grubą dechą i zaczął nią odpychać chłopców, wysuwających się z szeregu do przodu, aby klasa tworzyła równą linię z innymi. Przeraziło mnie takie popychanie tych najmłodszych. Starsze klasy jak i dziewczęta w mundurkach z marynarskimi kołnierzami stały bez ruchu, jak je postawiono, choć te małe przestraszone, jak ja.
Takiego czegoś w szkole bym nie zniosła – oznajmiłam zaskoczonym rodzicom. Tyle mi przecież tato naopowiadał, że jak pójdę do szkoły będę miała piórnik i tornister, i mundurek z marynarskim kołnierzem, a elementarz zdążyłam już przestudiować, choć mniej był ciekawy od sylabizowanej ukradkiem „Kobiety o aksamitnym naszyjniku” Dumasa – ojca. Najbardziej zmartwił się tato. Nawet dużo później, gdy raz wspomniałam, że jak już nie będę musiała się uczyć, to… tato oburzony mnie poprawił, że uczyć się muszę całe życie.
Ale wtedy miałam już za sobą ucieczkę z przedszkola i samodzielny marsz do domu przez całe nasze – wtedy może 30-tysięczne – miasto, a miałam chyba 4 lata. Mamę dogoniłam dopiero w domu. Stawiała chyba większe kroki. Uciekłam, bo po prostu w przedszkolu było nudno. I tak po tygodniu zakończyła się moja kariera przedszkolaka. Na próżno mama namawiała, że w przedszkolu taka ładna pani wychowawczyni… Jak to ładna? Przecież mama jest ze wszystkich najładniejsza!! Byłam o tym święcie przekonana. No i nie nabyłam znajomości przedszkolnych zabaw. Za to po latach uczyłam nauczycielki przedszkolne psychologii. Cały rok.
Rodzice zdołali mnie jakoś przekonać, bym nie zakończyła kariery szkolnej po jednym dniu i chociaż zobaczyła, jak jest w klasie. Zgodziłam się w końcu i potem dawałam sobie radę w szkole nieźle, choć nie wszystko mi się podobało i już w pierwszych klasach postanowiłam zostać pedagogiem, jakimś bardzo ważnym, żeby pouczać dorosłych, jak źle z dziećmi postępują, co sama obserwowałam.
A ten woźny z dechą okazał się nie tak groźnym człowiekiem . Czasem posypywał korytarz płatkami skrobanymi nożem ze świecy, że spadały niczym śnieg, aby parkiet błyszczał, bo my chodziliśmy w papciach. A okazja zobaczenia tego, była, gdy pani pod koniec lekcji wysyłała tego, to innego ucznia, żeby sprawdził , która godzina na zegarze w końcu korytarza. Początkowo przynosiliśmy wiadomość w tym stylu, że mała wskazówka jest na 12, a duża jest między 4, a 5. Szybko jednak każdy uczył się, jak nazywać to poprawnie i w ten sposób pani nauczyła nas zegara, a przy tym rozwijała ambicje uczenia się ciągle nowych umiejętności życiowych, tego „Ja już to wiem!” czy „Ja muszę być pierwszy! Lepszy” To przecież przekładało się na motywację do wszelkiej nauki.
A pan woźny zazwyczaj przesiadywał w swoim kantorku i się o nim nie pamiętało. Chyba, że przychodząc na drugą zmianę, za bardzo hałasowaliśmy. Krzyczał wtedy na nas grubym głosem, jakiego nikt więcej w szkole nie miał. Dlatego on wydawał się tak groźny. Był za to wybawcą, gdy się w szkole coś popsuło, czy należało coś przedźwigać. Nawet ta gruba decha, z jaką się nam w pierwszym dniu zaprezentował, była dla nas, pierwszaków, ogromnie ciężka. Dlatego się go baliśmy.
O podobnych ludziach chcę dziś opowiadać. O tych porządnych, spokojnych i niepozornych. Takich, co boją się publicznie zabrać głos. Nigdy nikomu umyślnie nie zaszkodzą. Za to ich zwykle prosi się o pomoc. Od nich się tego wymaga. Bywają niezauważalni w szkole, bo nigdy nie podnoszą palców do odpowiedzi, i nigdy nie są chwaleni. Potem w pracy pomijani w awansach. Krzywdzeni przy podziale spadku przez pazerne bratowe albo butnego szwagra, a nawet brata , takiego „z cicha pękł”. Tracą, bo mają za mało tupetu, bezczelności. Ci nieśmiali bywają całe życie nieszczęśliwi w poczuciu swej gorszości i braku sukcesów. A przyczyny mieszają się tu ze skutkami i tak powstaje błędne koło. Dziewczyny też rzadziej takich wybierają, wypatrując tych, którzy przewodzą w każdej grupie, licząc, ze taki otoczy je opieka, pociągnie w górę, stworzy bajkowe życie. Nie baczą, czy taki górujący nad wszystkimi będzie wiernym i oddanym mężem. Tylko zdaje się jej, że tamtym ciamajdą w kącie, który zawsze milczy, sama musiałaby się opiekować. Chyba na tym polega dobór naturalny wśród ludzi: silniejsi, ci zwycięzcy są bardziej pożądani. Nieśmiałe dziewczęta też rzadko układają sobie szczęśliwe życie. Zakochują się raz i drugi, ale chowają to głęboko w sercu i w końcu pozostają samotne i na uboczu. Ale bywa też, że wychodzą za mąż wcześniej niż ich piękne i wygadane koleżanki, oblegane przez adoratorów, bo niejeden chłopak w takiej cichej, niepozornej zauważa skarb. Potem leczą nawzajem swe kompleksy, bo te giną szybko w atmosferze wzajemnej akceptacji i miłości.
O podobnych ludziach czytałam niedawno w zbiorze opowiadań Barbary Korta-Wyrzyckiej „Tutejsi”. Ta opowiada o mieszkańcach Nowej Huty, takich porządnych, pracowitych i nieco zakompleksionych. O podobnych im pisywał już Gogol i Czechow, a nawet Kafka, opisując szarych urzędników, których nikt nie zauważa, a wszyscy krzywdzą. I w tej książce krzywdzona jest przez swe kuzynki nieśmiała dziewczynka z miasta, nie znająca wiejskich realiów. Pokrzywdzony bywa młody naukowiec, nie przewidujący w swej prostodusznej szlachetności i zapracowaniu, że mechanizmy kariery naukowej bywają zagmatwane. Biedne są starsze, samotne panie. Takich ludzi się często nie zauważa. Nawet, gdy pożera ich kafkowska machina. Tacy nie krzyczą tubalnym głosem, jak nasz szkolny woźny w zielonym podkoszulku. Nie upominają się o swoje. A przecież takich lubimy. Doceniamy, tylko zaraz o nich zapominamy, gdy zamkną się drzwi. Takie pomiędzy nimi , a nami.
Zdaje się najwyższy czas, bo odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie cechy w sobie wypracowywać? Jak wychowywać dzieci? Co im wpajać? Szlachetność, przyzwoitość, wzniosłe idee, czy przeciwnie: umiejętność radzenia sobie stylem ”po trupach, byle jak najwięcej dla mnie”, bo uczciwość wychodzi z mody?
Podobno ci, co się nachapią najwięcej dóbr, nie potrafią się nimi cieszyć? Muszą ich strzec, dorabiać się dalej. Dzieciom wieczorami nie opowiadają bajek, bo mają ważne spotkania biznesowe, zresztą należy się tu i tam pokazać. To i tamto opić, przepchnąć… W końcu te osamotnione dzieci zaczynają sprawiać kłopoty. Rozwydrzone nie uczą się, narkotyzują. Należy sprawdzić u psychologa, czy nie są autystyczne? Potem korki załatwią co trzeba. To nie zawsze pomaga, a gdy robi się karierę, brakuje czasu na coś więcej.
Czytałam kiedyś angielską powieść pt „Przetrwają najsilniejsi”. Mam nadzieję, że tytułu nie przekręcam. Ale autora musiałabym już poszukać w moim spisie przeczytanych albo Google. Powieść opowiada dzieje grupy angielskich adeptów pióra od przed wojny do czasu jej zakończenia. Jednym się lepiej udaje z pisaniem i w życiu, innym gorzej. Niejedno życie przerywa wojna, ta II światowa. Niejedno – burzy skomplikowana osobowość nawet nieźle zapowiadającego się autora. Wszystko w myśl tytułowego hasła, że przetrwają najsilniejsi, ci bardziej odważni, przebojowi, zdolniejsi. Takim niewątpliwie łatwiej, ale szczęście też kapryśnie przebiera, komu dać miłość, komu większy talent.
Tylko kto ten najsilniejszy? Ów pan w kapeluszu z początku, co trafia pobity do szpitala? Czy ten, co go pobił kłonicą?
A gdzie te dwa Michały?
To z dziecięcej piosenki o tańcujących dwóch Michałach, jeden duży, drugi mały. I ten duży jest szybszy i silniejszy, a mały nie może w tańcu nadążyć, więc duży używa siły, popycha małego. I tańczą razem, zwalniając i przyspieszając, a mały wciąż popychany. I jaki efekt? Obaj padają na ziemię. W tym wesołym wierszyku są tylko zmęczeni tańcem. Przepychanki w prawdziwym życiu miewają gorsze konsekwencje. Profesor psychiatrii nieraz nam na wykładzie powtarzał: „Zawał to choroba dyrektorów”. Zawsze to sobie przypominam, gdy obserwuję, jak ludzie się nawzajem nękają. Jak jeden drugiemu nie daje żyć. Zamiast pracować dla wyższego dobra, wyższych idei, jak dobro ojczyzny, czy spokojne szczęście rodzinne, kopią pod drugim dołki, szczerzą wilcze zęby…, a ja nawet nie wiem, gdzie tu dopiąć rozum czy ludzki szacunek? Czasem przychodzi to za późno.
Ci niby silniejsi też padają.
Nawet ten duży Michał, silniejszy, co według wspomnianej powieści angielskiej powinien przetrwać, pada na ziemię. Widać brutalne popychanie, też szkodzi zdrowiu tego, co tak czyni, jak każde zło. I mały Michał pada, bo nie użył podstępu jak biblijny Dawid, nie mając procy, tylko swój zapał do tańca. Szkoda jego dobrych chęci. Jego zapału do tańca.

Krystyna Habrat
Katowice
15.7.2025r.

Poprzedni artykułMichał Piętniewicz – Wyimki, Fragmenty, Intuicje, Błyski Cz. 60
Następny artykułRoman Soroczyński – Historia Bez Patosu

1 KOMENTARZ

  1. Krysiu, gratuluję. Znakomity tekst, przywołujący na myśl wiele refleksji.
    Odwaga, przyzwoitość, kultura osobista, wiedza, umiejętność dialogu – cechy , które wydają się niezbędne w codziennych ludzkich relacjach, powinny być obowiązkowymi kryteriami w polityce. A jaka jest rzeczywistość, jacy awansują, kogo się gloryfikuje w takich czy innych gremiach?
    Człowiek odważny nie znaczy o mentalności „woźnego w zielonym podkoszulku” z Twojego opowiadania, a niestety i takich dzisiaj niektórzy cenią. Człowiek silny, nie znaczy prostacki zabijaka. Człowiek przyzwoity, czyli uczciwy, który nigdy nie splami się oszustwem. Młode pokolenie powinno mieć dobry przykład nie tylko w domu rodzinnym ale również w sferach władzy. Awansować powinni wyłącznie ludzie będący autorytetem rzeczywistym. Obowiązująca ordynacja wyborcza ( metoda d.Hondta) de facto nie całkiem demokratyczna , niestety sprzyja awansom osób (niekiedy wciąż tym samym), spośród których nie każda z nadaje się do tak zaszczytnej i odpowiedzialnej roli wobec narodu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko