Wyliczanka
Jeden. (lato)
Siedział jak zwykle w swoim bujanym fotelu. Kiedyś nienawidził tego fotela. Uważał go za wybryk i niepotrzebny trend. Teraz chyba jest mu wygodnie. Siedzi i patrzy przed siebie. Zazwyczaj to przed siebie oznacza w okno. Dzisiaj pięknie świeci słońce, a w pokoju promienie figlują na ścianie, układając się w różne wzory. Jego twarz wręcz zalana jest słońcem. Siedzi i patrzy, tylko nikły uśmiech świadczy o tym, że jest tu ze mną. Wie, że i ja jestem. Siedzę na kanapie obok i go obserwuję, a przypominają mi się nasze kocięta. Mieliśmy ich pięć, pięć kociąt, które sąsiad podrzucił nam do ogródka. – Jak nie weźmiecie to wszystkie utopie! – groził, kiedy mama poszła mu je oddać. Wtedy pierwszy raz wpadłam w szał. Płakałam i krzyczałam za biednymi kociętami, które ktoś chciał utopić bez powodu, ot tak, bo sobie żyją. Czy to ich wina, że sobie żyją? Tak długo rozpaczałam, że tata wziął te kocięta do siebie, do szopki i powiedział, że od teraz to będzie ich nowy dom. Oczywiście po tygodniu zapomniałam o kociętach, ale one miały się już doskonale. Chodziły przy nodze mojego taty, jak rasowe psy. Nie opuszczały go na moment. Wszystkie razem, nigdy osobno. Tata nie nadał im imion, mówił, że przez to przywiąże się do nich, a kiedy odejdą, będzie mu smutno. Więc wołała do nich po prostu ‘koty’, a one gromadnie stawiały się przy nim. Kochał te swoje kocurki. I jesienią wszystkie się wyprowadziły. Co jakiś czas wracały, ale coraz sporadyczniej, aż całkowicie zniknęły z taty życia. Nie zauważyłam tego zniknięcia. Ale tata posmutniał.
-Przyniosłaś o co prosiłem? – zapytał w ogóle na mnie nie patrząc. Podałam mu słoik, milcząc, bo sam akt był odpowiedzią. – Pewnego dnia mój przyjaciel przyszedł na zmianę bardzo zmartwiony. Nie mogłem mu pomóc, tylko wesprzeć dobrym słowem, ale do nikogo się nie odzywał. Nie wiedzieliśmy co mu dolega, a zamiast poprawy humoru, jego nastrój z dnia na dzień coraz bardziej podupadał. Odkąd tu przyjechał, na ulicy, w parkach, dosłownie wszędzie widział martwe drzewa. Próbował podpytać swoich współlokatorów w akademiku, co jest nie tak z tym krajem, ale nie bardzo wiedzieli, o co mu chodzi, kiedy pytał o martwe drzewa. I wtedy zaskoczyła go wiosna. Bo te drzewa wcale nie umarły. One po prostu zimowały, co roku odradzają się na nowo. Od tylu lat żyje w tym kraju, a nadal nie może się nadziwić, że jesienią liście opadają, ale nie zwiastują one śmierci. W Kamerunie drzewo bez liści oznacza drzewo uschnięte, martwe. Cykl powtarzalności, który tak kochał, okazał się archetypicznym cyklem natury.
Słucham mojego ojca, ale żadne słowa nie wpadają do mojej głowy, skrzętnie omijają też uszy. Za to moje nozdrza rozszerzają się raz po raz, czujne jak pies przy furcie wejściowej. Ojciec otwiera słoik. Doskonale wiem, co to za zapach. Czułam go całe dzieciństwo, rozkochana do nieprzytomności we wszystkim co drewniane. A teraz ten zapach zamknięty w słoiku po dżemie wiśniowym przyniosłam ojcu. Może nawet oba zapachy – wiśni i zapach wnętrzności drzewa, zamknięte w słowiku w postaci trocin, bo oba wymieszały się ze sobą. Siedzi z tym słoikiem na kolanach i wciąż patrzy przed siebie, ale słyszę mimowolnie, że jego oddech się wydłużył. Wdycha. Wdycham i ja. Oboje zahipnotyzowani zapachem, który działa na nas jak odświeżacz wspomnień, odświeżacz minionych lat. Nie wytrzymuję długo. W obopólnej ciszy, wychodzę.
Dwa. (jesień)
Dzisiaj pada deszcz, nie ma promieni, które ogrzewają taty twarz, przy okazji bawiąc się w ulotne ścienne gryzmoły. Kropla po kropli spływa po brudnej szybie. Powinni wymyć te okna, niech tato chociaż popatrzy na ostatnie objawy życia przez ich czyste szkła. Jego włosy wyglądają jak przyprószone pyłem. Wyglądał tak samo, kiedy stał i ostrzył moje szkolne ołówki na szlifierce stolarskiej. Leży na drewnianym łóżku i patrzy na drewniany krzyż, który nad nim wisi. Nigdy nie wiem co kłębi się w jego głowie, ale często też nie chcę wiedzieć. Zasłyszane historyjki rodzinne, te same anegdoty, opowiadane w kółko, już mi zobojętniały, już nie rozbudzają mojej wyobraźni, a raczej ją przekodowują.
-Wiesz dlaczego lipa jest najlepsza? – Najlepsza do czego tato? – ale odpowiedzi już nie usłyszałam. W mojej głowie, mój tata zawsze będzie taki sam. Dumny i nieco arogancki. Zawsze taki był. I taki będzie. Nawet dumnie i arogancko będzie umierał. Tak sobie go wyobrażam. Kiedyś nie lubiłam tej dumy, a arogancji bałam się i uciekałam w popłochu do lasu. Ale dzisiaj sama pielęgnuję tę dumę. Chcę być dumna, arogancka i wysoko nosić głowę, jak mój tata. Na razie średnio mi to wychodzi, bo dopiero oderwałam swój podbródek od klatki piersiowej, a mój wzrok zaczął dostrzegać coś więcej niż stopy. Jednak wciąż chcę być taka jak on. Kolejne spotkanie niczym nie różniło się od poprzednich. Rutyna domu starców to rutyna samotności. -Wiesz dlaczego lipa jest najlepsza? – ale tym razem nic się nie odzywam. – To miękkie i bardzo lekkie drewno. Kiedyś twoja mama poprosiła mnie, żebym zrobił dla was zabawki. Nigdy wcześniej nic takiego nie robiłem, ale bardzo chciałem spróbować. Wreszcie z kawałka lipy zrobiłem dla was konia, ale nie na biegunach. Nic z tych rzeczy. To był kij z głową konia, coś jak lajkonik. Biegaliście z nim jak królewiczówny, po całym polu. Mieliście tyle zabawy, a my śmiechu. Z czasem tego konia przemalowaliście. Najpierw długopisami i mazakami, aż wreszcie białą farbą. Biedny był ten koń. Później leżał w szopce z narzędziami, a biała farba odchodziła z niego jak łuski ze smoka. Mama go przed śmiercią spaliła. Sucha lipa pali się tak szybko.
Rzadko wspominam te dni i te chwile. Siedzę bezradnie i słucham, a każde słowo świdruje w moim umyśle jak wkręcana śruba, czuję jak dociska mój mózg do czaszki i pulsuje od wiercenia. Chciałabym nie usłyszeć znowu tego samego, a może powinnam się już przyzwyczaić? Może powinnam zapomnieć? Czy w ogóle do utraty można się przyzwyczaić, a traumę można oswoić? W ogóle co to za pytania? Po co je zadaję? Nie chcę myśleć.
Trzy. (zima)
-Kiedy wracaliśmy z Norwegii kolega odwoził nas busem na lotnisko do Stavanger. Wszyscy pili, jak zwykle. Pili i palili, przez to musieliśmy się częściej zatrzymywać. Byliśmy już blisko, ale kolejny przystanek był koniecznością. Zatrzymaliśmy się w takim sosnowym czy świerkowym zagajniku. A może sosnowo-świerkowym? Sam nie wiem. Pełno tam zagajników, lasków, laseczków. Było tuż po deszczu, drzewa pachniały, ale ziemia nie parowała, bo wciąż jeszcze nie była nagrzana. Stałem w tym zagajniku i patrzyłem na te wysokie drzewa, na ich igliwie, krótkie, ostre, gęste. Czułem ich soki, przecież była wiosna, wszystko budziło się do życia. Nieźle byłem wkurzony, bo te postoje działały mi na nerwy, no ale te drzewa… i ten zapach. Był z nami mój przyjaciel. Ciężko pracował i wszystko ciężko przepijał. Wracał do Polski bez pieniędzy, czasami nawet mu pożyczaliśmy, żeby z lotniska miał jak wrócić do domu. Ciągle kłamał swoją żonę. Ostatnim razem powiedział jej, że go okradliśmy, dlatego nie ma pieniędzy i już więcej nikt mu nie pomógł. Więc on pracował, pił i zaczął chodzić po śmietnikach, zbierając norweskie puszki, które wymieniał na korony i dalej pił. Raz ktoś zostawił na śmietniku piłkę. Zwykłą, starą i zużytą piłkę do nogi. Bronek ucieszył się, że będzie miał prezent dla syna. I dalej przepijał każdą koronę.
Dzisiaj zaczął padać śnieg. Prószył raz obficie, a raz delikatnie. Nie wiem dlaczego tacie zapachniała wiosna. Może podświadomie czuje święta no i te choinki. O przyjacielu słyszałam już tysiąc razy. Za każdym razem historia jest krótsza lub dłuższa. I ta ma na pewno ciąg dalszy, ale już go nie poznam. Tata zna różne anegdoty i historyjki związane z innymi ludźmi. Pół swojego życia przepracował za granicą. Jeździł na kilka miesięcy i wracał na wakacje do domu. Powinno być na normalnie, ale nie było, dlatego to my byliśmy rodziną na odwrót. Mama płakała kiedy taty nie było i płakała kiedy wracał. Nie umieliśmy żyć bez siebie, nie umieliśmy z sobą. Mądrze mówią, że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Oswajaliśmy się wzajemnie prawie cały czas. Bliscy, a obcy. Nie mogłam powiedzieć o sobie półsierota, co ułatwiłoby mi wiele w moim młodym życiu, ale taty wciąż z nami nie było. Za to teraz jest ze mną. Jesteśmy przyspawani emocjonalnie.
Cztery (wiosna)
Nie lubię tu przychodzić. To miejsce wysysa ze mnie całą energię. Nienawidzę tego smrodu starości. Uryny, potu, chemikaliów. Za każdy razem, kiedy wracam autobusem, wiem, że czuć ode ten zapach. I czuję się źle. Czuję się jak wyrodna córka. Wszyscy patrzą na mnie oceniającym wzrokiem – to ta, której ojciec jest w domu starców; sama powinna się nim zająć; tyle jej dał, a ona go oddała jak niepotrzebną rzecz; oj nie udała się ta starość nikomu. Tak myślą. Choć wiem, że postąpiłam dobrze, to pod naciskiem i ciężarem oczekiwań innych, moje wyrzuty sumienia oblewają mnie smołą rozpaczy, a ja padam na kolana, a później na ręce i nie mogę się ruszyć, bo ta smoła oczerniła moją duszę i przykleiła ją do podłogi autobusu. Już leżę i pełznę do drzwi, ześlizgując się z nich jak żmija z parkowej ławki. Kiedy dopełzam do domu, zrzucam z siebie jadowitą skórę i szoruję ciało pumeksem, żeby zedrzeć każdy mili centymetr urynowego smrodu. Moje ciało płacze, moja dusza nie ma już łez. I co dzień jest tak samo. Umieram żeby się odrodzić. Cykl życia zachowuje w swojej głowie i czekam na śmierć. Taty i swoją. W takiej kolejności.
– Na polu u mojego dziadka była szopka. Bardzo lubiłem się tam bawić, bo było tam wszystko. Dziadek pozwalał mi siedzieć ze sobą i patrzeć jak czaruje w drewnie. A później nauczył i mnie czarować. Umarł jak byłem w wojsku. Nie mogłem wtedy płakać. To były inne, dziwne czasy, my mężczyźni nie płakaliśmy. Ale kiedy wróciłem na przepustkę, zamknąłem się w tej szopce i z butelką bimbru i przeleżałem na podłodze dwa dni. Piłem i płakałem. Tym piciem uzupełniałem łzy. Nigdy nie kochałem tak nikogo, jak dziadka. Był dobry jak świeży chleb z piekarni. Pokazał mi takie życie, którego nigdy nie miałem. Dziadek był w obozie pracy w czasie wojny. Przetrwał dzięki temu, że umiał zrobić z drewna wszystko. I tego mnie nauczył, tego wszystkiego i tej wielkiej miłości do drzew. Wiedział, że tylko tak przetrwam, cokolwiek się wydarzy. Dlatego mogę powiedzieć, że swojego życia nie przeżyłem, ja je przetrwałem. Wszyscy pytają o ten krzyż, ale nie, ja nie wierzę. Nigdy nie uwierzyłem w boga, który na swoje podobieństwo tworzy ludzi, bo co to za bóg, to diabeł. Ale ten krzyż mam. Dziadek wierzył i ten krzyż jest jego. Dla mnie to amulet. Żeby przetrwać bez względu na wszystko.
Za rok kończę sześćdziesiąt sześć lat. Mój tata dziewięćdziesiąt. Kiedy się urodziłam mój tato miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Był młody, butny i może dlatego nie umiał połączyć naszej rodziny, nie miał doświadczenia życiowego, a może po prostu nie zdążył się nażyć i dlatego wciąż uciekał. Był wolnym strzelcem, byle z dala od domu. Kiedy mama umarła, wrócił do mnie, po mnie. A mama umarła tak poetycko, literacko, w otchłani rzeki jak Virginia Woolf. Tak przynajmniej chciałam zawsze myśleć. Tata nigdy nie opowiadał o jej śmierci, a ja nie pytałam. Virginia Woolf zaspokajała moją ciekawość. Wrócił do domu i zajął się mną. Nigdzie już nie wyjeżdżał na dłużej niż dwa tygodnie, na co dzień pracował w warsztacie i przetrwał dzięki temu. A ja siedziałam z nim w tym warsztacie, wdychając opary klejów i drewna. Najbardziej lubiłam jeździć do tartaków. Wymykałam się z auta i zbierałam ze ściętych drzew i bali żywicę, a później bawiłam się nią jak plasteliną. Tak. Pachnieliśmy drzewami i drewnem. Mój tata i ja w naszym drewnianym świecie. Dzisiaj ten świat zamienił się w świat starości i oczekiwania. I za rok już będziemy z tatą wspólnie siedzieć, nierozłączni, aż do śmierci, ale zamiast zapachu drewna, pozostanie nam zapach wspomnień.






