Strona główna Rok 2025 Nr 589 Franciszek Czekierda – Polska Akademia Literatury z perspektywy Nałkowskiej i Dąbrowskiej

Franciszek Czekierda – Polska Akademia Literatury z perspektywy Nałkowskiej i Dąbrowskiej

0
189

WPROWADZENIE

Pierwsze pomysły utworzenia akademii literatury pojawiły się w czasach rozbiorowych, gdy po rewolucji 1905 roku carat złagodził politykę społeczną i ograniczył cenzurę. W 1909 roku Wacław Grubiński opublikował w „Nowej Gazecie” dwa artykuły: Polska Akademia, na które zareagował polemicznie Henryk Lukrec w artykule Akademia „Nieśmiertelnych” czy „Nieśmiertelni” bez Akademii? w tygodniku „Społeczeństwo” – podaje Agata Zawiszewska w opracowaniu Niebezpieczne związki literatury i polityki. Na przykładzie Polskiej Akademii Literatury, 2012.
Pomysłodawcą akademii był Stefan Żeromski, który opublikował na początku 1918 roku broszurę pt.: Projekt Akademii Literatury Polskiej. Instytucja miała dbać o czystość i piękno języka polskiego, szerzyć kulturę literacką w warstwach inteligencji i ludu oraz bronić „twórczości wolnej” (Barbara Winklowa, Polska Akademia Literatury. O współczesnej kulturze literackiej, 1973).
Z inicjatywy Wandy Melcer, po uzyskaniu patronatu Zofii Nałkowskiej i Stefana Żeromskiego, w maju 1920 roku zorganizowany został w Warszawie wszechdzielnicowy zjazd literatów, na którym wybitny pisarz zreferował projekt powołania akademii literatury. Sprawa toczyła się długo, nie przynosząc efektów. Na kolejnym zjeździe literatów w lutym 1922 roku przygotowano co prawda statut akademii, lecz referujący temat Żeromski był sceptyczny, ponieważ rząd pozostawał obojętny wobec proponowanej inicjatywy. W lipcu 1924 roku pisarz po raz ostatni zabrał w tej sprawie głos na łamach „Wiadomości Literackich”, wyjaśniając potrzebę powołania Akademii Literatury Polskiej, jednak był rozczarowany postawą literatów i władzy.
W związku z toczącą się debatą na ten temat „Wiadomości Literackie” ogłosiły w maju 1925 roku plebiscyt pn.: Kogo wybralibyśmy do Akademii Literatury? We wrześniu ogłoszono wyniki; zwyciężył Stefan Żeromski, za nim uplasowali się: Władysław Stanisław Reymont, Jan Kasprowicz, Wacław Sieroszewski, Leopold Staff, Stanisław Przybyszewski, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Tadeusz Żeleński-Boy, Andrzej Strug i Aleksander Świętochowski, który zamykał listę dziesięciu najpopularniejszych literatów.

ROZWINIĘCIE

Ferment towarzyszący pomysłowi utworzenia akademii literatury oraz wyniki głosowania czytelników „Wiadomości Literackich” żywo interesowały Zofię Nałkowską (mieszkającą wówczas w Grodnie). Po opublikowaniu wyników przez gazetę pani Zofia rozmawiała z Eugenią Exe, z którą się zaprzyjaźniła. Była to młodsza o kilkanaście lat od pisarki „kobieta wielkiej urody i nieprzeciętnej inteligencji”, z pochodzenia Rosjanka, żona oficera służącego w Wojsku Polskim w garnizonie grodzieńskim.
– Jest pani w tej chwili pierwszą pisarką w kraju – Eugenia uniosła tygodnik, składając na pół jego wielką płachtę. Na pierwszej stronie widniały (wytłuszczonym drukiem) nazwiska trzydziestu literatów, którzy uzyskali najwięcej głosów. Pod nimi figurowały kolejne nazwiska z Nałkowską na czele. Za nią znaleźli się m.in.: Adolf Nowaczyński, Maria Rodziewiczówna, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Włodzimierz Perzyński i… Józef Piłsudski.
– Och, droga pani Żeniu… – westchnęła z trudno skrywaną satysfakcją. – Proszę zwrócić uwagę na ten „drobny szczegół”: przede mną znalazło się trzydziestu mężczyzn – rzekła ironicznie.
– Ostatni z nich, Orkan, otrzymał niewiele więcej głosów od pani. „Rzeczpospolita” widzi panią w gronie akademii.
– Tylko dlatego, że przed ogłoszeniem wyników zmarł Kazimierz Morawski. Zajęłam jego miejsce, choć „Wiadomości” pozostawiły mię poza jej progiem.
– Ostatnie recenzje Domu nad łąkami były bardzo pochlebne – zauważyła pani Eugenia. – Czy mogły mieć wpływ na głosowanie?
– Sądzę, że liczył się cały dorobek. Recenzje zaś dały mi pokrzepienie w mniemaniu o sobie. Ale z tego, co mogę osiągnąć piórem, to jest teraz chyba maksimum – pisarka powiedziała pesymistycznym tonem.
– Proszę tak nie mówić, pani Zofio – przyjaciółka życzliwie zaprotestowała.
– Już jutro pierwszą może stać się Szczucka albo Dąbrowska. Pani Maria jest wyjątkowo utalentowana. A ja? Cóż, może korzystam z przelotnych koniunktur? Tu, w powiatowym miasteczku, jestem daleka, cicha, poza centrum dziejących się spraw.
„Miejsce zamieszkania chyba nie ma znaczenia – pomyślała pani Exe. – Ale jej tego nie powiem, bo mogłaby się obrazić”.
– Czy ta akademia wreszcie powstanie? – Eugenia zapytała zniecierpliwionym tonem.
– Jeśli uzyska wsparcie oficjalnych czynników. Bo jak pani wie, Żeniu, bez pieniędzy nic się nie ruszy.

W styczniu 1926 roku Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy Polskich wyłoniło spośród swoich członków Straż Piśmiennictwa Polskiego, która miała zająć się realizacją projektu Żeromskiego. Rok później, po obietnicy marszałka Piłsudskiego, że przeznaczy środki finansowe na akademię literatury, władze zażądały wskazania dwudziestu jeden kandydatów na przyszłych akademików. Kiedy Straż Piśmiennictwa poinformowała, że członkowie akademii zostaną mianowani przez władze, Juliusz Kaden-Bandrowski oskarżył ją o uzurpowanie sobie prawa do reprezentowania środowiska literackiego. Gdy jesienią 1927 roku ZZLP przyłączył się do inicjatywy Straży, przedsięwzięcie przyspieszyło, jednak nie na tyle, aby nabrało instytucjonalnego kształtu. Przeciwnikami powołania akademii byli m.in. Karol Irzykowski, Jan Nepomucen Miller i Aleksander Wat.
W tym samym roku, po wizycie w Warszawie Tomasza Manna zorganizowanej przez polski PEN Club (Nałkowska uczestniczyła we wszystkich spotkaniach z gościem), stowarzyszenie to umieściło pisarkę na swojej liście dwudziestu członków przyszłej Polskiej Akademii Literatury.
Na początku marca 1928 roku pani Zofia zaprosiła do siebie Dąbrowską (która nie była jeszcze uznaną pisarką, wydała zaledwie trzy zbiory opowiadań). Jednak książka Uśmiech dzieciństwa (1923) dowodziła, że na horyzoncie literackim pojawiła się nowa gwiazda. Po wymianie uprzejmości i zdawkowych uwagach o polityce, rozmowa zeszła na temat akademii literatury.
– Ostatnia wieść o skreśleniu budżetu na akademię przez Piłsudskiego przygnębiła mię – Nałkowska rzekła zasmucona. – Myślałam, że po tylu latach dysput i gnuśnych zabiegów pomysł Żeromskiego wreszcie się upostaciowi.
– Jest to niewątpliwie szlachetna inicjatywa. Jednak propozycja podporządkowania akademii władzy i mianowanie przez nią członków napawa mnie niepokojem.
– Ja również nie chciałabym, aby wpływ polityków był całkowity. Mogę ewentualnie przystać na kompromis, że na przykład część członków wyznaczy środowisko, a resztę powołają instytucje publiczne finansujące akademię.
– Proszę wybaczyć, lecz w tej kwestii jestem radykalna. Literatura i wszelkie organizacje twórcze powinny pozostać niezależne – Dąbrowska stwierdziła kategorycznie.
– A gdyby pani, droga Mario, otrzymała propozycję zostania członkiem tego ciała…?
– Nie rozważam takiej ewentualności. Zresztą mam za mały dorobek, a ten nie zyskał jeszcze powszechnego uznania. Któż zna Dąbrowską?
– Przed trzema laty czytelnicy „Wiadomości” oddali na panią swoje głosy – Nałkowska stwierdziła z nutką optymizmu.
– Ciśnie mi się na usta pytanie o reprezentatywność tego plebiscytu. Czytelnicy wybrali do gazetowej akademii samych mężczyzn.
– Trzydziestu akademików. Za dużo. Żadnej pisarki, czy poetki. Szkoda, że zajęły dalsze miejsca.
– Spośród kobiet to pani otrzymała n
ajwięcej głosów – Dąbrowska powiedziała głosem zabarwionym delikatnym pochlebstwem.
– To nie ma znaczenia – skłamała. – Ale ma znaczenie, że znalazła się pani wespół z Rodziewiczówną, Wielopolską, Kossak-Szczucką i ze mną w czołówce najbardziej poczytnych pisarek.
– Z Rodziewiczówną… – pani Maria powtórzyła nazwisko pisarki z przekąsem.

Po piętnastu latach od inicjatywy Żeromskiego, 29 września 1933 roku Rada Ministrów powołała piętnastoosobową Polską Akademię Literatury z siedzibą w Pałacu Potockich (wcześniej Tyszkiewiczów) na Krakowskim Przedmieściu 32. Członkostwo było honorowe, natomiast za udział w posiedzeniach każdy akademik otrzymywał dietę 100 zł. W jej skład weszli: Wacław Sieroszewski, Leopold Staff, Juliusz Kaden-Bandrowski, Wacław Berent, Piotr Choynowski, Karol Irzykowski, Juliusz Kleiner, Bolesław Leśmian, Zofia Nałkowska, Zenon Przesmycki-Miriam, Karol Hubert Rostworowski, Wincenty Rzymowski, Jerzy Szaniawski, Tadeusz Zieliński i  Tadeusz Żeleński-Boy. Andrzej Strug i Kazimiera Iłłakowiczówna nie przyjęli nominacji, zastąpili ich odpowiednio: Jerzy Szaniawski i Bolesław Leśmian. Prezesem został Sieroszewski, sekretarzem generalnym Kaden-Bandrowski, mający istotny wpływ na politykę akademii. Pierwszych siedmiu akademików powołał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, pozostałą ósemkę wybrali nominaci. Członkostwo było dożywotnie. W prasie pojawiły się protesty, że w gronie nie znaleźli się m.in.: Aleksander Świętochowski, Maria Rodziewiczówna i Maria Dąbrowska. Pytano także, dlaczego w akademii nie ma Kornela Makuszyńskiego, a jest Wincenty Rzymowski? Tego ostatniego broniły „Wiadomości Literackie”, uzasadniając, że reprezentuje on publicystykę, nie zaś sensację.
Maria Dąbrowska dowiedziała się o powstaniu PAL po powrocie z Piorunowa, gdzie przebywała u znajomych w wiejskim dworku. W warszawskim mieszkaniu na Polnej poinformował ją o tym Stanisław Stempowski, jej partner.
– To dzieło Kadena, a więc w zarodku skażone moralnie – skomentowała niemalże ze wstrętem.
– Proszę, oto korespondencja od tego skażonego dzieła – Stempowski wręczył jej zamkniętą kopertę z pieczątką PAL. Pani Maria otworzyła ją i pośpiesznie przeczytała list.
– Zaproszenie na uroczyste otwarcie – była zaskoczona.
– A jednak pamiętają o tobie.
– To raczej gra o wpływy.
– Zignorujesz? – wskazał wzrokiem na zaproszenie.
– Przeciwnie. Jako obserwatorka życia kulturalnego jestem ciekawa, jak ta oficjałka będzie wyglądać. Bo jak wiesz, członkostwo w tym ciele nigdy mnie nie interesowało.

Ósmego listopada odbyła się inauguracyjna sesja z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego i premiera Janusza Jędrzejewicza. Na uroczystości obecna była Dąbrowska.
Po powrocie do domu Stempowski, pomagając jej zdjąć płaszcz, zapytał o wrażenia.
– Oficjalna bujda w złym guście – podsumowała zgryźliwie.
– Aż tak źle?
– Ogół literatury, sztuki i nauki potraktowano jak motłoch. To właśnie ten ogół powinien być gospodarzem, nie władze. Sala wypełniona była dostojnikami wojskowymi i cywilnymi, a literaci nie będący akademikami stali gdzieś w tyle z wyciągniętymi szyjami.
– Kto przemawiał?
– Posiedzenie otworzył Jędrzejewicz. Gadał głupio coś o mieczu i słowie.
– Czyli władza i literaci, którzy – domyślam się – mają ją popierać lub usprawiedliwiać jej poczynania.
– Boy kwilił coś niewyraźnie, Berent szeptał, że nikt go nie mógł usłyszeć, Miriam mlaskał. Po gali jaśniepaństwo poszło gdzieś na przyjęcie, a literaci zabawiali się w antyszambrach. Wyszłam po angielsku.
– Niezły temat na artykuł.
– Wyobraź sobie, że o tym myślałam. Stwierdziłam jednak, że nie warto. Pisać do Kadena, Rzymowskiego, Jędrzejewicza, Sirki? To to samo, co mówić do ściany.
– Członkostwo w akademii to niby prestiż, ale… dobrze, że nie kandydowałaś.
– Prestiż dla snobów. Znaczenie powinna mieć wartość tego, co pisarz wypuszcza spod pióra, a nie jego oficjalne życie.
– Ani prywatne – uzupełnił pan Stanisław.

Minęło trochę czasu. Pod koniec 1934 roku „Wiadomości Literackie” ogłosiły kolejny plebiscyt pod nazwą: „Kogo wybralibyśmy do Akademii Niezależnych, gdyby taka akademia powstała?”. Był to przejaw quasi opozycyjnego nastawienia wobec Polskiej Akademii Literatury. Dziesiątego lutego następnego roku ukazały się w tygodniku wyniki. Pierwsze miejsce zajął Julian Tuwim (11.245 głosów), na dalszych pozycjach uplasowali się: Antoni Słonimski (9.881), Andrzej Strug (7.694) i Maria Dąbrowska (7.662).
Kilka dni potem redakcja organizowała obiad literacki w restauracji Pod Bachusem, gdzie miało obradować jury przyznające nagrodę „Wiadomości”.
W swoim mieszkaniu Dąbrowska słuchała radia, paląc papierosa (po przerwie znowu powróciła do nałogu). Gdy z przyjemnością zaciągała się dymem, zadzwonił telefon.
– W pierwszych słowach gratuluję, pani Mario, czwartego miejsca w plebiscycie – odezwał się Mieczysław Grydzewski, redaktor naczelny „Wiadomości Literackich”.
– Pierwsze poza podium – zażartowała.
– Z tego, co mi wiadomo nie chciała pani zostać członkiem akademii, jednak nie baczący na to czytelnicy obdarzyli panią zaufaniem, wybierając do Akademii Niezależnych. Ponad siedem tysięcy głosów! – mówił z ekscytacją. – Świetny wynik, który świadczy o pani pisarstwie, o popularności…
– Vox populi.
– Właśnie! Jesteśmy ważnym głosem, mógłbym nawet górnolotnie powiedzieć: reprezentujemy głos ludu, to znaczy czytelników, którzy przeciwstawiają się życiu literackiemu narzuconemu przez oficjalne gremia według własnej modły.
– Faktycznie między tymi pierwiastkami istnieje zasadniczy dysonans w postrzeganiu kultury – rzekła z delikatną wstrzemięźliwością, gdyż nie wiedziała do czego zmierzał.
– Otrzymała pani wiadomość o obradach jury i zaproszenie na uroczysty obiad? – zmienił temat. – Będą Goetel, profesor Bückner, Nowaczyński, Pawlikowska, Iłła, Parandowski, Strug… – wyliczał szybko.
Dąbrowska wzdrygnęła się po usłyszeniu nazwiska Nowaczyńskiego. Z trudem powstrzymała się od komentarza.
– Przygotowałam do pana list z głosem na Wojciecha Bąka, który wnosi do literatury to, co jest najcenniejszą i rewolucyjną wartością społeczną: indywidualność.
– Więc nie będzie pani?
– Żałuję. Jestem chora.
– Pani Mario, może do tego czasu poczuje się pani lepiej.
„Nawet gdybym była zdrowa nie poszłabym. Wolę żyć, nie jedząc obiadu z Nowaczyńskim – myślała, słuchając redaktora. – Nikt mnie nie zmusi do siedzenia przy jednym stole z tym antysemitą, paszkwilantem i delatorem, który w roku dwudziestym napisał, że marszałek zmawia się z Rosją. Że też tacy ludzie nie mają smaku w gębie”.
Dziesiątego marca 1935 roku tygodnik ogłosił, że nagrodę „Wiadomości Literackich” otrzymał Wojciech Bąk za tomik wierszy Brzemię niebieskie (w wysokości 2 tysięcy zł).

Tego samego miesiąca Maria Dąbrowska otrzymała zaproszenie na posiedzenie Polskiej Akademii Literatury. Zrezygnowała z udziału. Wybrała w radio IX Symfonię Beethovena, którą ostatnio słyszała pięć lat temu. Piątego listopada akademia przyznała poetom i pisarzom nagrody Złotego Wawrzyna za „Wybitną Twórczość Literacką”. Wśród dwudziestu jeden nagrodzonych twórców znalazła się Dąbrowska.
Pod koniec listopada zmarł Piotr Choynowski, członek akademii. W pierwszą niedzielę grudnia Maria Dąbrowska była na obiedzie u Józefa Ujejskiego, profesora literatury. Obecni byli także Stanisław Rogoż, publicysta, Maria Sobańska, działaczka organizacji kobiecej (hrabina, lecz nie obnosząca się z tytułem) oraz Stanisław i Maria Ossowscy, socjo
logowie.
– Kilka dni temu zmarło się Choynowskiemu – gospodarz zainicjował rozmowę. – Szkoda. Był znakomitym nowelistą.
– Pięćdziesiąt lat, niestary jeszcze… – włączył się Rogoż.
– Życie idzie naprzód. Chyba nie naruszę dobrych obyczajów, jeśli powiem, że zwolnił się fotel w akademii – Ujejski zerknął na Dąbrowską. Pisarka milczała, czuła się lekko skonsternowana.
– Mam sprawdzoną informację, że pani kandydatura – Rogoż zwrócił się w jej stronę – jest poważnie rozważana… Le roi est mort, vive le roi! – zawołał niemal triumfalnie, myśląc, że zrobi jej tym przyjemność.
„Ten człowiek nie budzi mojego zaufania. Widzi mnie pierwszy raz i od razu wygaduje takie rzeczy…” – Dąbrowska pomyślała poirytowana.
– Jestem pewna, że wezmą Goetla – odezwała się po krótkiej pauzie. – Otrzymał teraz wawrzyn.
– Pani także otrzymała – włączył się Ujejski.
– Wśród ponad dwudziestu laureatów. Chyba przesadzili z tą ilością… – pisarka rzekła wątpiącym głosem. „Dobrze, że nie powiedziałam im, że wysłałam do akademii list, zrzekając się wawrzynu – myślała usatysfakcjonowana. – Jak mogłabym przyjąć nagrodę pośrednio od władzy, która ogranicza swobody obywatelskie, a pod kluczem trzyma więźniów politycznych”.
– Pani Mario, jest pani teraz czołową pisarką… Moim zdaniem nie powinna pani zrezygnować z ewentualnej propozycji – gospodarz naciskał. – Bycie akademikiem to nie tylko zaszczyt, ale także wpływ na pewne istotne sprawy…
„Miły ten Ujejski, zresztą bardzo go lubię, ale niewiele rozumie. Poza tym nie znoszę wywnętrzać się przed osobami, których dobrze nie znam” – pomyślała o Rogożu i Ossowskich.
– Panie Józefie, od początku, gdy akademia rodziła się w bólach, nie zamierzałam być jej członkiem. I obecnie, kiedy sytuacja w sferze publicznej pogorszyła się, tym bardziej nie zmienię zdania.
– Jest pani przeciwniczką akademii? – Rogoż zapytał mało dyplomatycznie.
– Właśnie kończę pisać dla niej referat Zagadnienia tragiczności u Żeromskiego, który za kilka dni wygłoszę na posiedzeniu z okazji dziesięciolecia śmierci pisarza – Dąbrowska odrzekła z nutką wyższości.
– Z uwagą go wysłucham – Ujejski uśmiechnął się do pisarki.
Na wakujące miejsce po Piotrze Choynowskim został wybrany w 1936 roku Ferdynand Goetel, z rekomendacji Karola Irzykowskiego.

W listopadzie tegoż roku wybuchła afera plagiatu Wincentego Rzymowskiego. Ujawnił go Jan Mosdorf (Andrzej Witkowski) w tygodniku „Prosto z Mostu”. Oskarżył go (nie wprost) o skopiowanie treści artykułu Jeana Prévosta do tekstu Ostatnie minuty i sekundy (1935) zamieszczonego w „Kurierze Porannym” oraz o kradzież intelektualną fragmentów eseju Bertranda Russella Pochwała lenistwa i wykorzystanie ich w książce Prawo do życia a powinność pracy (1936). Rzymowski tłumaczył się nieporadnie, że pisząc książkę włączył zrobioną dawno temu notatkę, zapominając, kto był jej autorem, a po upływie jakiegoś czasu był przekonany, że były to jego zapiski.
Na styczniowym posiedzeniu Polskiej Akademii Literatury (bez obecności Rzymowskiego) komisja pod przewodnictwem Tadeusza Zielińskiego przygotowała łagodny projekt rezolucji, wyrażając ubolewanie z powodu zaistniałej sytuacji, choć Karol Irzykowski domagał się użycia ostrzejszych sformułowań łącznie z naganą. Współakademicy, z wyjątkiem wspomnianego Irzykowskiego, byli solidarni z oskarżonym kolegą. Nałkowska, Boy, Kaden i Zieliński zredagowali końcową rezolucję, nie podtrzymując oskarżenia o plagiat. „Dobroć serca i słabość charakteru każe mi popierać tę właśnie [rezolucję], która uchyla «rozmyślny plagiat» i potępienie wyraża tak, by Rzymowski mógł jednak pozostać w Akademii” – zanotowała w Dziennikach Zofia Nałkowska (24 I 1937).
Miesiąc później Rzymowski zrzekł się członkostwa PAL, co zostało odczytane, jako przyznanie się do winy. „Wiadomości Literackie” stały na stanowisku, że nie powinien rezygnować z członkostwa. Na zwolnione miejsce wybrano w czerwcu 1937 roku Kornela Makuszyńskiego.
W czasach PRL-u w literaturze przedmiotu próbowano zminimalizować nadużycie Rzymowskiego ze względu na jego lewicowe poglądy, antysanacyjną aktywność oraz piastowane po wojnie funkcje (był ministrem i posłem). Podkreślano przy tym, że za wykryciem afery stało faszyzujące „Prosto z Mostu”. Jednak nie można było ukryć faktu, że popełnił plagiat.

Pod koniec marca 1937 roku odbyło się kolejne posiedzenie Polskiej Akademii Literatury.
– Idę na ważne spotkanie z pułkownikiem Kocem – oznajmił przewodniczący Sieroszewski. – Wstępnie już z nim rozmawiałem. Może uzyskam więcej informacji o zamierzeniach władzy wobec spraw literatury… Czy szanowni członkowie mogą delegować na tę naradę także pana Goetla?
Na sali zapanowała głucha cisza. „Przecież Sirko tak bardzo się rozporządza bez naszej wiedzy i zgody, tak bardzo jest we wszystko wtajemniczony, więc po cóż mu, u licha, potrzebna nasza akceptacja co do Goetla? Zresztą jaka to narada? To audiencja. – Nałkowska myślała poirytowana. – Akademik z poważnym dorobkiem idzie na kolanach do jakiegoś wojskowego dziennikarzyny, który tylko tym się wyróżnia, że jest u władzy”.
Tu trzeba wyjaśnić, że Adam Koc należał do wpływowej „grupy pułkowników”, był senatorem i redaktorem naczelnym prosanacyjnego „Kuriera Porannego”.
W pomieszczeniu panował ziąb. Kleiner wytarł nos, Kaden kilka razy chrząknął.
– Więc…? – Sieroszewski spojrzał na Kadena.
Ten nie zareagował. Panowało milczenie.
– Żeby akademia nie żałowała, bo może być za późno – rzekł groźnym tonem.
– Pośpiech jest wskazany… w innych okolicznościach – Boy zażartował. Większość obecnych zaśmiała się.
– Niestety nasza akademia nie cieszy się popularnością u rządu – Sieroszewski powiedział pesymistycznym tonem.
– Powinno wystarczyć, że rząd cieszy się popularnością w akademii, szczególnie wśród niektórych członków… – Nałkowska zaripostowała.
– Słuszna konstatacja – poparł ją Irzykowski.
Nałkowska zerknęła na niego ze zdziwieniem. „Mój stały przeciwnik, a od chwili żądania ode mnie zwrotu jego miłosnych listów – wróg. Czasem jednak potrafi się wznieść na wyżyny obiektywizmu” – pomyślała zadowolona.
– Szanowni państwo, musimy wykonać jakiś ruch wobec władzy – przewodniczący przekonywał.
– Pierwsi nie możemy zrobić kroku, nie wiedząc, co się właściwie zamierza w sprawach literatury – Boy odrzekł logicznie.
– Może wie coś prezes, który rozmawiał z pułkownikiem – zapytał Kaden-Bandrowski.
– Rozmawiałem bardzo krótko i nic nie wiem – odpowiedział.
– A może więcej wie kolega Goetel, który często się z nim widuje – Miriam spojrzał w jego kierunku.
– Niestety nic nie wiem – odezwał się pan Ferdynand.
– No bo Koc, jak się orientuję, właściwie też nic nie wie – podsumował Boy, któremu paru członków zaklasnęło z rozbawieniem.
– Na Boga, nikt nic nie wie – Kaden zdenerwował się.
„Co za sytuacja! – zastanawiała się pod koniec obrad Nałkowska. – Te słowne przepychanki malują aktualny obraz spraw dziejących się w kraju. Tu widzę je, jak pod mikroskopem. Ci którzy byli na początku, którzy robili tę Polskę, jak Kaden, dziś odpadają. Dotychczas był wobec nas nieformalnym rzecznikiem władzy, teraz jest odrzucony i zbyteczny. Za marszałka było niedobrze, teraz jest bardzo źle, a przypuszczam, że będzie jeszcze gorzej”.

Prezes Sieroszewski nie potrafił sprawnie prowadzić obrad. Miał skłonność do gwałtownych reakcji, przeszkadzał mówić Irzykowskiemu, Przesmyckiemu i Boyowi. Natomiast
wobec Goetla i Kadena był pobłażliwy, pozwalał im perorować nawet, jeśli mówili nie na temat.
Po śmierci Leśmiana (5 listopada 1937) na jego miejsce wybrany został w styczniu 1938 roku Kazimierz Wierzyński. Po rezygnacji Karola Huberta Rostworowskiego w 1937 roku (nie zgadzał się z sanacyjną polityką państwa), wakujące miejsce zajął w następnym roku Jan Lorentowicz, publicysta, dyrektor kilku teatrów i były prezes PEN Clubu. Podczas głosowania nad jego kandydaturą Nałkowska była przeciwna. Przed laty oboje mieli romans. Lorentowicz wyznał jej swoje uczucie w 1915 roku. Miał wówczas czterdzieści siedem lat, był żonaty, miał córkę. Po roku Nałkowska zaczęła wycofywać się z romansu, rozumiejąc, że sprawa nie ma przyszłości. Do końca nie była pewna swego uczucia: „Przecież go kocham, a jest mi obcy” – zanotowała we wrześniu 1915 roku.
Podczas sesji akademii w kwietniu 1938 roku, tuż przed rozpoczęciem obrad, Lorentowicz poprosił Nałkowską na słowo. Wyszli na korytarz.
– Powtórzono mi, że była pani przeciwna mojej kandydaturze – zagadnął mało sympatycznym tonem.
– Dziwi mię, że pan o tym mówi. Czy naprawdę chce pan, abym podała mu swoje motywy? – pisarka odwzajemniła się takim samym tonem i formą grzecznościową.
– Jak mogła pani tak sądzić po napisaniu taaakich książek – rzekł tajemniczo.
– To znaczy jakich?
– Zmieniła się pani tak, iż wątpię o pani identyczności…
– Nie zamierzam dociekać sensu tych domysłów – Nałkowska zdenerwowała się.
– Mógłbym mówić wiele godzin, aby dogłębnie wytłomaczyć tę zmianę – mówił z pretensją w głosie.
– Musimy już zająć miejsca, za chwilę Sirko zacznie obrady.
– Pani jest potworem – rzucił z zalotnością upstrzoną uczuciem hassliebe.
Pisarka uśmiechnęła się kpiąco.
– Od dawna nienawidzę panią jako… kobietę, jako kobiety – zakończył rozmowę z zawziętością porzuconego kochanka.
„Godnym litości jest, że na starość nie potrafi zachować klasy. Kiedyś go ceniłam. Teraz… Wstyd mi za niego – Nałkowska odwróciła się energicznie i poszła w kierunku swojego miejsca przy stole.

ZAKOŃCZENIE

Jak pisze Agata Zawiszewska we wspomnianym na wstępie opracowaniu, Polska Akademia Literatury była instytucją uzależnioną od rządu pod względem organizacyjnym i finansowym, „[…] dlatego nie mogła realizować zadań statutowych i de facto nie miała realnego wpływu na życie kulturalne, w tym literackie, kraju”. Akademia była instytucją „która stanowiła dowód na fundamentalne niezrozumienie się literatów i polityków […]. Akademia, która miała […] organizować, dynamizować i demokratyzować życie literackie i kulturę narodową oraz zapewniać finansowe bezpieczeństwo ludziom pióra, okazała się – jak o tym zdecydowali politycy – reprezentacją środowiska literackiego podporządkowaną władzy i pozbawioną realnego wpływu na życie literackie i kulturalne Polski międzywojennej. […] Nawet pisarze postrzegani jako najbliżsi władzy, np. […] zasiadający w Akademii Literatury Juliusz Kaden-Bandrowski, Karol Irzykowski, Tadeusz Żeleński-Boy czy Zofia Nałkowska, konsekwentnie odmawiali apologii współczesności. Postrzegali zatem swoją rolę «państwowotwórczą» jako rolę «krytyczną» i «pouczającą», zgodną z etosem inteligenckim wykrystalizowanym przed 1918 r. […]. Ich głos został jednak spacyfikowany”.
Odnośnie do postulatu Żeromskiego, by bronić „wolnej twórczości” Polska Akademia Literatury uczyniła niewiele; będąc ciałem zależnym od rządu nie mogła występować przeciwko jego polityce, na przykład w sprawie ograniczenia poczynań cenzury, nie mówiąc o więźniach politycznych.
Nie można jednak działalności akademii oceniać całkowicie krytycznie. Na miarę swoich możliwości aktywizowała życie literackie; propagowała literaturę w kraju i za granicą, popularyzowała czytelnictwo, wskazywała kandydatów do stypendiów, przyznawała Nagrodę Młodych (otrzymali ją: Michał Choromański, Światopełk Karpiński, Jalu Kurek, Józef Łobodowski, Jerzy Andrzejewski), typowała twórców do Złotego i Srebrnego Wawrzynu Akademickiego. Złoty Wawrzyn otrzymało ponad 200 ludzi kultury i innych dziedzin życia społecznego, wśród nich wielu twórców zagranicznych mających dokonania dla polskiej kultury. Ponadto Polska Akademia Literatury była instytucją budzącą duże zainteresowanie społeczne, o czym świadczą czytelnicze plebiscyty organizowane przez „Wiadomości Literackie”.

Poprzedni artykułMebluję Głowę Książkami
Następny artykułAndrzej Lam – Nowych przysłów polskich zbiór wtóry

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko