Mam jeszcze płyty z występów kabaretu Dudek, gdzie Jan Kobuszewski opowiada, jak znalazł na ulicy czyjś mózg. Jakiś człowiek go zgubił.
Dotąd słyszę charakterystyczny głos aktora, gdy dziwi się, jak ten, który go zgubił, sobie radzi? Zaniepokojony postanawia go odszukać i oddać zgubę. Okazuje się nim być jakaś nowa szycha na urzędzie. Znalazca ciska mu więc ten mózg na jego biurko w gabinecie – „Trach!” – a ten pyta: co to?
„Nie poznał” – stwierdza, jeszcze bardziej zdziwiony Kobuszewski. I dodaje, że jak miał poznać, gdy nie ma mózgu. Ale awansował?
Reszta w domyśle.
Ja już dokładnie tego nie pamiętam. Płyty jednak nie nastawię, bo kabarety jakoś mnie znudziły. Jakby wyszły z mody. W dodatku mózg ostatnio też niespecjalnie modny.
A pół roku temu w miesięczniku Twórczość ukazało się moje opowiadanie, gdzie główną rolę gra mózg i cały system nerwowy pt „Pan Kościej przy fortepianie”. Ten Kościej to zwyczajny kościotrup, a ściślej model anatomiczny człowieka, pomagający studentom przy nauce anatomii. Głównie studentom medycyny, bo właśnie moja wnuczka zaczęła ja studiować na UJ, gdzie ja kiedyś studiowałam, i na wieść o jej przyjęciu, zmartwiłam się, że będzie miała bardzo dużo nauki, by poznać wszystkie nazwy łacińskie, często dwu i trzyczłonowe każdej kości, mięśnia narządu czy nerwu. Coś o tym wiedziałam, bo na I roku Psychologii na UJ miałam: anatomię systemu nerwowego – coś 6 godzin tygodniowo, oraz fizjologię systemu nerwowego – coś 4 godziny. Profesor Jerzy Kreiner rysował na tablicy kolorowymi kredami przekrój mózgu i tam poszczególne miejsca, przechodzących nerwów. Na innym przekroju znów, jak one przechodzą, jak się łączą, krzyżują. Dotąd pamiętam zaledwie: girus rectus; lemniscus medialis; lemniskus lateralis… inne mniej pewnie, albo wcale. A profesor pytał nas z tego na każdym wykładzie i to na stopnie. Inaczej nie wymusił by systematyczności w tej nauce i prędzej czy później dochodziłoby do kompletnego zagubienia się w tym. O tym, że udało się, świadczy piątka w indeksie. Profesor był zawsze uśmiechnięty, ale bardzo wymagający i dokładny. Nikt się go nie bał, ale wszyscy na roku bardzo się staraliśmy. Kilka lat później wyczytałam w książce, że z jego matką chciał się żenić Wyspiański, ale ona wybrała nauczyciela z Bochni.
A obecni studenci medycyny wcale nie muszą uczyć się nazw łacińskich, tylko wybrać terminologie angielską.
A skąd to moje opowiadanie o Kościeju? Pomysł na to wpadł mi do głowy, gdy przypomniałam sobie scenę w której uczestniczyłam, gdzie student I roku medycyny przybył z dziadkiem do jego znajomych, aby pożyczyć model anatomiczny od ich córki, będącej już na wyższym roku. Ona sięgnęła po pudło z tym modelem oparte o nogę fortepianu. Reszta trochę z życia, trochę z wyobraźni, jak to z pomysłem bywa. Lubię to od dawna opowiadać, odkąd rozmiłowałam się w temacie mojej pracy magisterskiej, pt „Geneza pomysłu twórczego”. Zafrapowały mnie wypowiedzi twórców – poetów, prozaików, uczonych, wynalazców – jak rodziły się ich dzieła, odkrycia, wynalazki.
Dlatego, wbrew zamierzeniem, rozpisałam się na temat powstawania mojego opowiadania. Tylko wbrew początkowemu pomysłowi nie kościotrupa przerobiłam na mniej odpychającego, a nieco dwuznacznego, Kościeja.
Mam zatem od czasu studiów sentyment do mózgu. Nie tylko dlatego, że tyle było z tym uczenia pamięciowego, a ja tego typu pamięć – do słów obcych -mam gorszą, ale na studiach uczyliśmy się dużo o procesach poznawczych, a więc o myśleniu, popularnie mówiąc: o umiejętności rozwiązywania problemów, o inteligencji, zdolnościach, pamięci, uwadze, wyobraźni i o uzdolnieniach. Siedliskiem tego wszystkiego jest mózg.
Ile myśmy wtedy książek o rozwijaniu inteligencji pochłaniali! Wydawało mi się, ze wszyscy się tym pasjonują. Że każdy chce być inteligentny. Bardziej inteligentny! Najbardziej, jak tylko to możliwe. To wtedy było modne.
W pracy też tym musiałam się zajmować. Zwolna stawało się to nudne. Dorwali się do tego niekoniecznie specjaliści i co ambitniejsze osoby zaczęły testować się do Mensy – organizacji skupiającej osoby powyżej pewnego poziomu ilorazu inteligencji. Różne osoby zaczęły się przechwalać wysokim wynikiem, co nie było pożądane, bo to nie medal, nie herb szlachecki, a tylko pewna możliwość do wykorzystania w pracy, w karierze, w życiu. Wydarzenia lat 90. w naszym kraju przysłoniły te sprawy. Głośniej już było o osiąganiu sukcesu.
Sukces!! – słyszało się na każdym kroku. Pojawiły się poradniki, jak osiągnąć sukces. Niejedna bizneswoomen, obwieszona od brody po pas biżuterią, prezentowała tak, że ona osiągnęła sukces. Czyli pieniądze!
Odtąd pieniądz miał być synonimem sukcesu życiowego. Cele do jakiego warto, a raczej trzeba koniecznie zdążać. Nawet Maryla Rodowicz śpiewała: że „liczy się tylko kasa” i seks.
Nawet dziś na Facebooku znajduję humor rysunkowy, jak osiągną sukces, czyli forsę. Najpierw trzeba zrobić licencjat, potem magisterium, wreszcie doktorat… I na koniec – kurs stylizacji paznokci.
O mózgu zapomniano. Tylko studenci medycyny muszą dalej cierpliwie wkuwać terminologię łacińską lub angielską anatomii mózgowia i rdzenia kręgowego oraz nerwów obwodowych. Ja już mogę o tym nie pamiętać. Nawet coś niechcący przekręcić. A moja wnuczka jakoś sobie na razie radzi na studiach.
Czemu więc teraz wraca myśl o znaczeniu mózgu? Czy w dobie, gdzie pieniądz jest szczytem kariery, szczytem dążeń, inteligencja jeszcze ma szanse?
Teraz małżeństwa się rozpadają, bo żona chce mieć jeszcze lepszy samochód, jeszcze domek z ogródkiem, jeszcze pojechać do Nowej Zelandii na miesiąc, a tu mąż za mało zarabia.
Ludzie chcą dużo mieć. Rodziny, niby kochające się, po śmierci rodziców się kończą, przestają się znać, bo zażarcie walczą o spadek. Ci co mają dużo chcą jeszcze więcej. Kosztem drugiego.
Nawet japoński film o zapobieganiu demencji prze godzinę pokazywał różne statystyki, objawy demencji, a terapia miała polegać tylko na bieganiu. Wiadomo, ze ruch jest ważny, ale mam gdzieś jeszcze artykuł z lat 80. prof. Grochmala, gdy chyba był rektorem AM w Krakowie, gdzie główny nacisk w zapobieganiu demencji kładzie na pracę umysłową mózgu. I nie tylko rzuca od niechcenia, jak teraz się to czyta, zachętę do rozwiązywania krzyżówek i czytania książek, ale mówi wprost, że im wyższe wykształcenie człowieka i intensywniejsza jego nieustanna praca umysłowa do późnych lat, tym mniej mu zagraża otępienie.
Zatrzymam się na ostatnim stwierdzeniu: czytanie książek. U nas w kraju słyszy się ciągle, że czytelnictwo spada. Ba, kilka lat temu usłyszałam w radio, jak wysoko postawiony autorytet stwierdził, że w Polsce nie ma teraz dobrej literatury. I przeszedł nad tym do porządku.
A przecież robi się wszystko, żeby dostęp do książki nie był łatwy. Kiedyś wystarczyło wejść do księgarni, przejrzeć książki wystawione na ladzie, popytać o zapowiedziane, których recenzja w piśmie literackim jak i każdym innym na poziomie, zachęciła nas do kupna, i wychodziliśmy z egzemplarzem opakowanym w szary papier. Czasem był to arkusz z drukarni, gdzie błędnie coś wyszło, i w domu czytało się strony jakiejś nieznanej, czasem znanej, książki, o niezwykłych wydarzeniach. Potem i tę książkę chciało się kupić. Lub wypożyczyć. Ja idąc z pracy do tramwaju miałam dwie księgarnie i jeszcze bibliotekę. Te kupione odkładałam na później, bo te z biblioteki miały miesiąc na oddanie, a wstyd mi było prolongować, jakbym za wolno czytała.
W maju bywały kiermasze książek. Podpisywali swoje znani autorzy.
A teraz mało co się wie, jakie teraz książki wychodzą. Pełno mało znanych wydawnictw, dużo osób piszących. O nowych książkach są mikroskopijne zachęty na Facebooku, ale książkę należy kupić droga pocztową i zapłacić jeszcze za przesyłkę.
Patrząc na to okiem czytelnika, największą stratę ponosi czytelnik, gdy nie dotrze do niego książka w jego guście czytelniczym, bo autor nie ma pieniędzy , aby ją wydać, albo brzydzi się okpiwanego dawniej wydawania własnym sumptem, albo reklamowania samemu własnej książki, albo już wie, że on na tym nie zarobi, bo lepiej sprzedają się książki lekkie, łatwe i przyjemne (jak niegdysiejsze piosenki w „Rewii piosenki” – Lucjana Kydryńskiego).
Do tego czytelnik nie ma już w pobliżu księgarni i książkę może kupić tylko przez internet, dokładając do ceny książki opłatę za przesyłkę (nie tak bagatelną w sumie, a czasem przewyższającą cenę książki), a w końcu okazuje się, że ten „kot w worku” mu nie pasuje. Plując więc sobie w brodę, długo następnej książki tak w ciemno nie kupi. Wzdycham więc czasem do PRL-owskiego hasła: „Maj miesiącem książki” (czy jakoś tak?) z kiermaszami na ulicach. I księgarniami na każdym kroku.
Poza tym autorzy książek to chyba jedyna grupa pracownicza, której się nie płaci, a wymaga, by płacili za wydanie swej książki, sami ją promowali, sami, sprzedawali i płacili za przesyłkę książek, za recenzję wg cennika, a nawet blogerce , która coś tam o książce napisze w internecie. I jak ma być u nas dobra literatura? Kogo to obchodzi?
Reforma rynku książki jest niezbędna, bo w obecnej sytuacji czytelnictwo upada, marnują się talenty literackie, czytelnicy mają mniej dobrych książek do czytania. Autorowi nie opłaca się pisać, a nawet rozwijać swego talentu, bo liczy się tylko, ile książek sprzeda, jeżdżąc po kraju jak obwoźny komiwojażer z walizką książek swego autorstwa. Paskudny to los. Ale o tym opowiada się niechętnie. Ani o zawalonej piwnicy i pokojach nakładem książki, którą się samemu zapłaciło. Słyszałam raz, jak stary autor o tym opowiadał na spotkaniu autorskim. Co gorsza, prawie nic z przyniesionych książek nie sprzedał, bo były drogie, a tyle mu wyszło z kalkulacji, by pokryć poniesione koszta.
Ja to przynajmniej mam dużo książek w domu, ale wielu młodych książek nie ma, nie kupuje, nie czyta. Nie wiedzą nawet, że powinni czytać. Nie tylko, żeby rozwijać swój mózg, ale dlatego, że to ze wszech miar miłe zajęcie. I nie tylko.
Potrzeba nam mądrych i szlachetnych obywateli.
Chcielibyśmy, aby naszą Historię tworzyli ludzie mądrzy i szlachetni. Mamy takich dużo. Tylko tacy są za delikatni, by iść po trupach do celu. Zbyt szybko się poświęcają innym, jak i wielkim sprawom, zbyt łatwo wybaczają i nadstawiają drugi policzek, próbują przykleić ucho wrogowi, gdy je traci, jak sobie zasłużył. I jak zwykle zostają wykiwani przez … lepiej umięśnionych, cwanych i podstępnych, którzy nie mają zasad moralnych. Tak bywa w szkole, w pracy, wszędzie. Mówiono, że prawo doboru gatunku poprzez eliminację słabszych – Darwina – nie dotyczy ludzi. Akurat! Teraz się już o Darwinie milczy.
Ludzie biegają, uprawiają sporty, dbają o ciało, o zdrowie, bo wszędzie się słyszy jak to ważne. Za mało się jednak robi dla ducha, dla umysłu, dla mózgu. Nie tylko po to, by unikać demencji, ale po to, żeby żyć ciekawiej. Być człowiekiem w pełni: zdrowym, sprawnym fizycznie i inteligentnym, mądrym, oczytanym, o szerokich horyzontach. Takich ludzi potrzebujemy. Żeby dobrze rządzili krajem, a pozostali żeby mądrze ich wybierali przy urnie.
Najpierw należy sprawdzić, czy mózg się nam nie zapodział. Potem go dobrze trenować za pomocą modrych ksiąg. I myślenia. Trzeba myśleć samodzielnie. Samodzielnie wyciągać wnioski. Nie gnać jak baran za innymi „bezmyślowcami”. Albo za cwaniakiem, który ma w tym własny interes. Trzeba iść według własnego, głębokiego, pomyślunku!
Optymistycznie zmieniłam tytuł o mózgu zagubionym, co wiadomo, przynosi nieszczęścia, na mózg odnaleziony. Bo trzeba sobie o nim przypomnieć.
Krystyna Habrat
7.5.25r.





