Strona główna Eseje Adam Lizakowski – Kalifornijska sosna i brzoza chicagowska. O korespondencji Czesława Miłosza...

Adam Lizakowski – Kalifornijska sosna i brzoza chicagowska. O korespondencji Czesława Miłosza i Tymoteusza Karpowicza uwagi osobiste

0
344
Okładka książk

Ukazała się w tym roku korespondencja Czesława Miłosza i Tymoteusza Karpowicza[1], epistolografia nieobfita, ale ważna, gdyż już za życia zaliczano ich obu do grona najświetniejszych poetów i ta opinia utrzymuje się do dziś. Obaj zasługują na miano „poeci poetów”. Tak się w moim życiu złożyło, że miałem szczęście i zaszczyt poznać obu w miejscach ich zamieszkania w Ameryce – Miłosza spod hippisowskiego San Francisco w Berkeley, Karpowicza spod Chicago w miasteczku Ernesta Hemingwaya Oak Park. Jak możliwa była przyjaźń pomiędzy nimi, tak różniącymi się od siebie nie tylko dykcją poetycką, ale sposobem wyrażania świata? Karpowicz jest nazywany ostatnim wielkim modernistą oraz mistrzem polskiej poezji lingwistycznej[2], Miłosz zaś gospodarzem literatury polskiej, czasem jej ogrodnikiem[3].

Analizowanie korespondencji tych poetów to analizowanie dwóch wielkich postaci, ich relacji wobec siebie i wobec czytelników ich wierszy. Relacji bardzo skomplikowanych w przestrzeni, w której żyli nie tylko jako poeci, ale i ludzie. Ich znajomość musiała być oparta na jakichś zasadach i nie mogła polegać tylko na tym, że obaj byli poetami. Musieli od siebie nawzajem czegoś oczekiwać. Co miał z tej znajomości Miłosz a co Karpowicz? Niejeden czytelnik ich listów może zadać sobie takie pytanie. Jasnej i jednoznacznej odpowiedzi na nie w nich nie znajdą.

***

San Francisco i Kalifornia to zupełnie inna kraina niż Chicago i Illinois. Nie mam na myśli tylko natury, bo wiadomo, że Kalifornia ma klimat śródziemnomorski, a Illinois to zimna północ. Aby to zrozumieć, trzeba zobaczyć samemu, jaka wielka różnica dzieli monotonną, nużącą, płaską panoramę amerykańskiej prerii wokół Chicago od przepychu – jako pierwszego wrażenia wizualnego – intensywnej palety kolorów wokół San Francisco. Może to być pustynia i jej piasek zmieniający kolor w zależności od godziny, dnia i pory roku, życiodajne doliny lub Góry Skaliste, których materię natura namalowała tak, że oczy wchłaniają barwę kolorów.

Przede wszystkim jednak ta „inność” polega na stosunku do polskości w obu wymienionych miejscach Stanów Zjednoczonych. Miłosz przebywał w środowisku amerykańskim, daleko od polskości i Polaków, a Karpowicz nie, i to on był, wbrew pozorom, w bardziej dramatycznej sytuacji niż przyszły noblista. Miejsce Karpowicza było niezwykłe, ale on tej niezwykłości praktycznie nie wykorzystał, bowiem od półtora wieku miejsce jego życia w Stanach było skrawkiem polskości na ziemi amerykańskiej. Niezwykłość polega na tym, że poeta w środowisku ciężko pracującej Polonii jest postacią bezbronną i z braku siły nie może przeciwstawić się światu zarządzanemu przez ludzi, dla których kultura jest ostatnią rzeczą na długiej liście materialnych potrzeb.

W dodatku Karpowicz zachowywał się tak, jakby nigdy nie wyjeżdżał z Wrocławia. Pisze wiersze całkowicie oderwane od rzeczywistości, w której się znalazł. Nie dostrzega otaczających go ludzi, tego, co oni czują i myślą. Będąc z Miłoszem, mimo wszystko, tak blisko siebie, praktycznie nie interesują się sobą nawzajem. Można powiedzieć więcej – nie wiedzą o swoim istnieniu. Polonia zna nazwisko Miłosza mieszkającego tysiące kilometrów od Chicago. Wie, że „sława” Miłosza po Noblu zaczęła go wyprzedzać. To powinien być dla amerykańskiej Polonii powód do dumy, a jest wręcz przeciwnie – jego światowa rozpoznawalność nie jest tu mile widziana. Dla żołnierzy walczących z bronią w ręku na wszystkich frontach świata, którym Stalin „ukradł” Polskę, bowiem poprzesuwał granice, poeta Miłosz był problematyczny.

***

Studenci poety z Berkeley to przede wszystkim rodowici Amerykanie, dla których Polska była egzotycznym krajem. Większość z nich nie miała w życiu żadnego kontaktu z polskością. Uczenie ich literatury i kultury polskiej wymagało nie lada sprytu i podejścia takiego, które nie zniechęciłoby ich, ale wręcz przeciwnie – zachęciło do nauki. Państwo dobrze wiecie, że bycie nauczycielem/profesorem to nie jest łatwy zawód, wymaga wiele pracy oraz wysiłku, w szczególności od tych, którzy sami są twórcami i muszą dzielić swój czas na przygotowanie się do zajęć i własną twórczą pracę. Miłosz wyglądał na twardego, wyrachowanego gracza. W korespondencji z Karpowiczem zakładał maskę człowieka obdarzonego intensywną, żywotną inteligencją, który ma niewiele złudzeń co do swoich studentów, mierzy ich uważnym i nieufnym spojrzeniem.

Studenci Karpowicza z Oak Park byli emigrantami solidarnościowymi (wyemigrowali z Polski po 1980 roku) albo dziećmi pierwszego pokolenia Polaków, których rodzice, na dobrą sprawę, nigdy nie nauczyli się dobrze języka angielskiego. Na pewno były też osoby niemające nic wspólnego z tą częścią Europy, której kulturę chciały poznać, studiując literatury słowiańskie i bałtyckie. Na marginesie dodam, że w Oak Park mieściła się stacja radiowa 1490 AM, której właścicielem stał się z czasem Związek Narodowy Polski. Z niej praktycznie przez 24 godziny na dobę nadawane są audycje w języku polskim lub angielskim prowadzone przez Polaków urodzonych w Polsce albo w Stanach Zjednoczonych. Kontakt z żywym językiem polskim dla kogoś, kto chce się go nauczyć, jest zatem na wyciągnięcie ręki. W Chicago jest ponadto największe poza granicami kraju Polskie Muzeum i wspaniała biblioteka z interesującym księgozbiorem, liczącym tysiące tomów.

Mówiąc o Karpowiczu, autorze Z przedsionka polskiego piekła, nie sposób jest nie wspomnieć o jego żonie Marii, lubianej i szanowanej pracownicy biblioteki przy Polskim Muzeum w Chicago, do której zwracano się: „pani Marylo”. Poznałem ją, odwiedzając wiele razy bibliotekę. Drobna, szczupła pani, z którą rozmawiało się bardzo cicho, miała szeroki uśmiech i życzliwość wypisaną na twarzy. To przez nią skontaktowałem się z Profesorem Karpowiczem. Nie musiałem się przedstawiać, dużo o mnie wiedział, pani Maria dobrze mnie zapowiedziała. Dzięki niej poznał mój tomik wierszy Złodzieje czereśni[4], wydany w San Francisco. Pamiętał także moje wiersze z łam paryskiej „Kultury”.

Żona była doskonałą łączniczką między mężem a polskością. Dzięki pracy w bibliotece miała dostęp na polskiej prasy, także tej sprzed lat, wydawanej w kraju i na emigracji. Karpowicz miał też własną, legendarną, domową bibliotekę i to, czego potrzebował, zawsze pod ręką. Łatwość dostępu do fachowych bibliotek plus perfekcjonizm i wygórowane standardy literackie moga być przeszkodą w pisaniu własnych utworów. Karpowicz był tego doskonałym przykładem. W jego gabinecie wszędzie leżały kartki i fiszki (na przykład niedokończony poemat Rozwiązywanie przestrzeni). Ciągłe niezadowolenie z siebie i uparte dążenie do ideału prowadziły go wprost do artystycznej klęski, wynikającej z dociekliwości i ciągłego braku czasu. Tworzenie, które słusznie można nazwać „grzebaniem w słowie”, przygniatało go i całkowicie pochłaniało. Ucieczką od frustracji była dla niego praca w domu – zwłaszcza zajęcia ogrodnicze stanowiące „furtkę”, przez którą wychodził na „świeże powietrze” i odrywał się od pożółkłych, utleniających się kart książek.

Dla wielu może być dziwne, że emigrant zgromadził tysiące książek pod własnym dachem, aby mieć dostęp do polskości, gdziekolwiek by ona nie powstawała. A Karpowicz tęsknił za polskością, czego dowodem była biała brzoza posadzona przez niego koło domu, symbol polskości w dalekiej Ameryce, o której opowiedziała mi jego żona. Wiosną 1993 roku urwał się mój kontakt z nią, bo zmieniła pracę – po siedmiu chudych, bibliotekarskich latach powróciła do zawodu nauczycielki w Chicago Public Schools.

Dzwoniłem do Profesora od czasu do czasu, ale nie za często. Nie za zawsze czułem się dobrze podczas tych rozmów. Karpowicz potrafił być miłym i ujmującym człowiekiem na początku rozmowy, ale wraz z upływem czasu stawała się ona „jazdą bez trzymanki”. Nasze rozmowy „nie kleiły się”, były udziwnione poprzez zlepki słów, których nie rozumiałem, przez wyrazy, których nie znałem, gdy mówił o literaturze czy kulturze w szerokim słowa tego znaczeniu, nawet wtedy, gdy przekazywał mi tylko informacje. Jak choćby tę, że należy czytać wiersze poetki Krystyny Miłobędzkiej z Puszczykowa[5]. „Czy ją znam” – zapytał mnie. Nie, nie znam. Podoba mi się nazwa miejscowości Puszczykowo.

Karpowicz był zawiły w swoich wypowiedziach, czasem miałem odczucie, że się zgrywa, udaje kogoś lub coś, że specjalnie chce być trudnym do zrozumienia. Najciekawsze dla mnie były jego monologi o pracy w ogrodzie albo o tym, że coś trzeba było w domu naprawić, bo praktycznie sam wykonał wszystkie meble, łącznie z kuchennymi. O swojej twórczości czy pisaniu wierszy raczej nie mówił, unikał tego tematu, jakby uważając, że ważniejsza jest pielęgnacja ogrodu. O uprawie kwiatów, warzyw i ziół rozprawiał z wielkim znawstwem.

***

Znając obu autorów korespondencji, z radością rozciąłem folię, w którą była zapakowana książka licząca 150 stron i prawie pół wieku historii w niej zawarte między 1965 rokiem a 2003 – od rewolty studentów w San Francisco po wejście Polski do NATO i Unii Europejskiej. Kilka dekad zmagań Polaków w „budowaniu” komunizmu, a później kapitalizmu, okres Solidarności i stanu wojennego, dwa literackie Noble dla polskich poetów. Ale ani o polityce, ani mijającym czasie historycznym nie ma w tej książce mowy. Można także powiedzieć, że jest to skromne 150 stron, jak na takich gigantów polskiej literatury polskiej, największych poetów polskiej emigracji mieszkających w USA w XX wieku wśród amerykańskiej Polonii chłopsko-robotniczej, z którą ani jeden, ani drugi nie mieli prawie nic wspólnego.

W książce znajduje się 27 listów, w tym 11 autorstwa Miłosza. Jest też sporo dziur czasowych, obejmujących nawet dziesięć lat. A nie były to czarne dziury, które – jak pisał znajomy Miłosza, Albert Einstein – zakrzywiają czasoprzestrzeń tak bardzo, że człowiek może jednocześnie zobaczyć swoje narodziny i śmierć, nawet własne plecy, jednym słowem całe życie.

***

List pierwszy Miłosza z 1963 roku rozpoczyna się jego irytacją jako tłumacza, że Karpowicz zamiast wyrazić zgodę na publikację czterech wierszy w przygotowywanej przez niego w Ameryce antologii poezji polskiej powstałej po drugiej wojnie światowej – słynnej Postwar Polish Poetry[6] – zasłania się ZAiKSsem. Jakby miał obawy przed komunistami, że bez ich „błogosławieństwa” nic nie można zrobić. W następnym liście Karpowicz dziękuje tłumaczowi za przekład i pamięć, przy czym skarży się: „na Zachodzie tłumaczy się moje wiersze [z] okresu wcześniejszego, „publicystyczne”, tak bardzo dla mnie, w zasadzie nietypowe. Trudno” (s. 40). Nie wiem, kto jeszcze poza Miłoszem tłumaczył na Zachodzie wiersze poety z Wrocławia, ale list kończy się serdecznym podziękowaniem i najmilszymi pozdrowieniami. Ich znajomość, dość powierzchowna, przetrwa jednak prawie 50 lat, aż do śmierci Miłosza. Poza literaturą polską i troską o nią będzie w niej rozmowa o Julianie Przybosiu, spiritus movens awangardowej polskiej poezji, dziesięć lat starszym od Miłosza. Karpowicz i Miłosz byli mistrzami w prowadzeniu rozmów, ale ich wzajemna rozmowa się nie powiodła, nie miała właściwego klimatu, cieniem kładł się na niej ten trzeci poeta.

***

List szósty autorstwa Karpowicza pochodzi z marca 1971 roku. Ósma dekada XX wieku jest wyjątkowa, z tego okresu zachowało się najwięcej listów poetów, bo aż dziewięć. Lata te to „środek ciężkości” tej korespondencji, ani wcześniej, ani później już się tak sprzed sobą nie otworzą. W liście z marca poeta z Wrocławia pisze o ewentualnym zaproszeniu go do pracy na którymś z uniwersytetów amerykańskich. Gdyby nie przypis wyjaśniający, że to Leon Szwed przebywający w Stanach w latach 1970–1971 nawiązał kontakt z Miłoszem i zasugerował mu, aby pomógł poecie z Wrocławia, list ten byłby zagadką. Karpowicz chce przyjechać do Stanów, ale jest – jak pisze: „obłożony pracą i obowiązkami”. Musi dokończyć to, co rozpoczął. Chciałby przyjechać do Ameryki później, bo wtedy dopilnowałby wydania tomu wierszy Odwrócone światło, oddałby także do druku książki o Leśmianie i Przybosiu. Karpowicz jest zajęty, praca go pochłania. Wspomina też o tym, że gdyby się spotkali, mogliby porozmawiać o „skompletowaniu materiałów do mego studium o Panu” (s. 47). Z tego listu możemy się dowiedzieć, nad czym poeta pracuje. Oddanie Leśmianowi i Przybosiowi pozostanie z nim do końca jego życia, ale studium o Miłoszu nigdy nie napisze. Pomiędzy listem piątym a szóstym jest „dziura” trzech lat.

***

List siódmy jest autorstwa Miłosza. Dowiadujemy się z niego, że Karpowicz ma poważnie zamiary napisania książki o nim, a także i to, że jest już osoba pisząca podobną książkę. Miłosz nie zdradza Karpowiczowi, kim ona jest, i zastanawia się, dlaczego on, Leśmian i Przyboś mają być razem w jednej książce. Sugeruje, że Karpowicz traktuje go zbyt poważnie, a przecież: „Jakże mogę przedstawić siebie, że podoba się Panu moja poezja, jeżeli cokolwiek jest w niej dobre, jest karygodną zbrodnią według poetyki Przybosia – i na odwrót” (s. 51). Miłosz miał jakieś uprzedzenia do Przybosia jeszcze sprzed wojny, podzielał też nienajlepsze o nim zdanie Aleksandra Wata[7], którego wysoko cenił jako człowieka i pisarza.

List kończy się genialnym wyczuciem sytuacji w Polsce lat siedemdziesiątych XX wieku. Miłosz jako gospodarz literatury polskiej martwi się zbyt dużym zamiłowaniem w kraju do poezji anglosaskiej, a także niskim poziomem tłumaczonych wierszy. Stwierdza też, że „dobrych poetów na Zachodzie [jest] niewielu” (s. 51). Gospodarz polskiej literatury przeczuwa, że w następnych dekadach amerykańska poezja, przede wszystkim nagminnie przekładana tak zwana szkoła nowojorska, tak bardzo zdominuje poezję polską, że poeci urodzeni w drugiej połowie XX wieku, zafascynowani nią, obniżają jej poziom.

***

List dziewiąty jest najdłuższy w całej korespondencji. Karpowicz odpowiada w nim na siódmy list Miłosza, wyjaśniając, dlaczego chce w swej monografii połączyć Leśmiana, Przybosia i Miłosza. List jest datowany na 24 grudnia 1973, pisany w Iowa City. Ma aż 42 przypisy, stanowi sam w sobie małe arcydzieło.

W liście jedenastym Miłosza pobrzmiewa echo siódmego listu. Poeta raz jeszcze pięknie uzasadnia, co jest, a co nie jest, według niego, literaturą. Dowiadujemy się z niego, że Mickiewicz nie jest literaturą, ale są nią twórczość Żeromskiego, Reymonta i Kasprowicza. Raz jeszcze powraca w jego refleksji Przyboś, ignorujące go podejście Miłosza, pewna forma zdystansowanego czytania, przeciwstawienie mu Gombrowicza.

List trzynasty jest pisany przez Miłosza. Powraca w nim Przyboś. Poeta z Berkeley pisze: „Ładnie, że Pan broni Przybosia, brzydko, że na niego napadam” (s. 84). Jest też troska o przyszłość Karpowicza, któremu starszy poeta daje do zrozumienia, że jeśli chciałby zostać w Ameryce, może mu w tym pomóc, uprzedzając go, że: „Dla polskiego poety niezdrowe miejsce” (s. 85). W przypisach znajdujemy informacje, że wkrótce po liście do Karpowicza Miłosz napisał dla niego rekomendację do szefa Wydziału Slawistyki Uniwersytetu Illinois w Chicago, gdzie jesienią Karpowicz rozpoczął pracę, którą kontynuował przez dwadzieścia lat, aż do emerytury w 1993 roku.

W Miłosza liście czternastym powraca sprawa Przybosia. Powołuje się na wspomnienia Wata, chce oddać Karpowiczowi taśmy z nagraniem swojego głosu, które z czasem przepisze i wyda jako książki. Poezję Przybosia określi jako „poezję głęboko i mimo woli komiczną, łącznie z całym systemem ‘dyskretnych’ rymów” (s. 90). Przyboś nie daje spokoju Miłoszowi, przez co Karpowicz jest cały czas podejrzany o to, że próbuje gospodarzowi „sprzedać coś, czego on tak naprawdę nie potrzebuje”. Przyboś jest „małą kością niezgody” a także przeszkodą w „głębszej znajomości”. Jednak w trzecim wydaniu swojej antologii, w 1983 roku, Miłosz znajduje miejsce dla jego twórczości[8].

List siedemnasty Miłosza to kolejne arcydzieło samo w sobie. Autor opisuje w nim amerykański system nauczania i daje młodszemu koledze profesorskie wskazówki. Opisuje, jak widzi amerykańskich studentów i jak należy do nich podejść w nauce literatur słowiańskich. List datowany na 14 sierpnia 1974 roku, czyli po czternastoletnim doświadczeniu Miłosza z uczeniem amerykańskiej młodzieży, jest rozpisany w punktach od jeden do cztery. Punkt czwarty wydaje się najciekawszy, jest podzielony na podpunkty a, b, c, d. Autor Widzeń nad Zatoką San Francisco m.in.: „Uczenie polskiej literatury jest przedsięwzięciem niemal beznadziejnym, bo kogo ma Pan uczyć – to zasadnicze. Umysły to zupełnie dziecinne i należałoby wyliczyć błędy najpospolitsze wykładowców” (s. 102). Czy Karpowicz zgadza się pod tym względem z Miłoszem, tego nie wiemy, sprawa ta w ich listach już nie wraca.

Miłosz wymienia cała gamę problemów w nauczaniu. Padają nazwiska pisarzy – od Kochanowskiego po Gombrowicza – tytuły książek. Kończy następującym stwierdzeniem: „Ogólna obserwacja: nie chcieć im wyłożyć za dużo. Utrzymać się na poziomie dla nas najzupełniej elementarnym, pamiętając, że dla nich to są już pojęcia zawiłe” (s. 103). Te słowa pisze twórca, który za kilka lat otrzyma literacką nagrodę Nobla, wykładowca nauczający literatury „drugiej” Europy, właściwie nieznanej studentom. Można dziś, po pięćdziesięciu latach, dodać, że to się niewiele się zmieni. Nadal Europa Wschodnia, Polska, będzie dla Amerykanów gdzieś blisko Alaski, w najlepszym przypadku – blisko Rosji. Amerykańskich studentów trzeba ostrożnie uczyć polskiej literatury i historii naszej części świata, w przeciwnym razie szybko się zniechęcą i stracą zainteresowanie.

List dwudziesty pierwszy autorstwa Karpowicza jest krótki, ale treściwy. Został napisany w Monachium 11 lutego 1978 roku i jest ostatnim listem burzliwej ósmej dekady XX wieku. W nim Karpowicz sygnalizuje wielką rodzinną i osobistą tragedię obu poetów, która rozegra się na przestrzeni nadchodzących dwóch dekad. Zacznie się ona od ciężkiej choroby jego żony Marii. Karpowicz może by się pomodlił za jej szybki powrót do zdrowia, ale, jak pisze Miłoszowi, jest osobą niewierzącą. Bardzo chciałby ujrzeć ją w cudownym ogródku pełnym kwiatów. Mimochodem wspomina, że żona popełniła wielki błąd, wracając do kraju, bo nie może znaleźć pracy i są problemy z jej powrotem do USA, a także, że nie może publikować swoich sztuk teatralnych w Polsce. Donosi także o tym, że belfruje na dwóch uczelniach w Niemczech.

W ostatnich dwudziestu latach korespondencji między poetami niewiele się już dzieje. Dynamika lat siedemdziesiątych „ulotniła się”. Miłosz stał się noblistą, poetą międzynarodowym a Karpowicz nie napisał swojej książki o Miłoszu, przytłoczony ogromnym materiałem, który zebrał.

***

List 22 z maja 1983 roku rozpoczyna dziewiątą dekadę XX wieku. Jest to ważny rok dla Karpowicza, bowiem sto lat wcześniej zmarł Cyprian Kamil Norwid. Miłosz jest trzy lata po Nagrodzie Nobla. Pomiędzy listem 21 a 22 jest aż pięcioletnia dziura czasowa. Karpowicz przygotowuje się do konferencji poświęconej poecie zmarłemu w przytułku św. Kazimierza. Próbuje zaprosić Miłosza do Chicago. Czterdzieści lat od tego wydarzenia wciąż są Polacy, którzy pamiętają występ Stana Borysa, który wyreżyserował sztukę Pana Tymoteusza o Norwidzie, jego genialne wykonanie wiersza Po to właśnie:

Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co Twoje będzie zatracone

Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?

Cześć materiałów pokonferencyjnych zostanie opublikowana w akademickim, niskonakładowym piśmie w języku angielskim „The Polish Review” w Nowym Yorku.

***

Dwudziesty trzeci list – Karpowicza do Miłosza – jest datowany na 27 grudnia 1991 roku, zatem ponownie o wielkiej dziurze czasowej. Karpowicz przygotowuje się do następnej, czyli trzeciej przygotowanej przez siebie w Chicago konferencji naukowej, poświęconej tym razem Julianowi Przybosiowi, która ma się odbyć wiosną następnego roku. Chicagowska Polonia nie jest z tego powodu zbytnio zadowolona, jak zawsze mało pomaga finansowo, a nawet utrudnia organizację imprezy. Przyboś był przecież komunistą. Dlaczego Karpowicz lansuje w stolicy światowej Polonii komunistę? Argumenty Profesora, że było to wielki poeta, lingwista, jeden z najważniejszych przedstawicieli awangardy, na nikim nie robiły większego wrażenia. Przyboś był da nich chłopskim synem, który – jak tysiące innych synów chłopskich – skorzystał z ustrojowej przemiany i wspiął się w górę po drabinie awansu społecznego. Zatem komunista i karierowicz, nic więcej.

Polonia widziała tylko dwa kolory – czarny i biały, innych nie znała i nie zna. Zapowiadała się wielka burza, ale wiadomo, że z wielkiej chmury często powstaje mały deszcz. Ani władze Kongresu Polonii Amerykańskiej, ani Polskiego Związku Narodowego, do którego należy wychodzące ponad sto lat polski „Dziennik Związkowy”, nie powiedziały stanowczego „NIE”. Dzięki żonie poety Jacka Bierezina, Ewie Bierezin, absolwentce łódzkiej polonistyki, która pracowała w „Dzienniku Związkowym” jako redaktor działu polonijnego, już kilka miesięcy wcześniej materiały dotyczące konferencji były publikowane w weekendowych wydaniach pisma, łącznie z rozmową, którą przeprowadziła z profesorem z Oak Park Ewa Bieriezin. Amerykańska Polonia mogła poznać sylwetki profesorów, przyszłych uczestników konferencji, zamieszczane były nawet ich zdjęcia. Podobnie było z polskim radiem w Chicago, radiostacja WPNA 1490 Am w Oak Park nie szczędziła czasu antenowego na promowanie nadchodzącej konferencji.

***

Karpowicz w liście dwudziestym trzecim pisze do Miłosza wprost: „Znając Pana stosunek do Przybosia, nie zaprosiłem Pana do grona prelegentów” (s. 119). Miłosz nie bierze udziału w konferencji, ma inne zajęcia, zaplanowane dużo wcześniej. Organizator konferencji postawił na piedestał swojego ulubionego poetę, tak jak to widział od lat: Norwid – Leśmian – Przyboś. Dla ateisty Karpowicza była to święta trójca poezji polskiej, nowatorzy, którym on się pokłonił. Można się domyśleć, że Karpowicz widział siebie na czwartym miejscu, po Przybosiu w gronie nowatorów poezji polskiej. Chicago zaczynało żyć Przybosiową konferencją, bo profesor Karpowicz i jego studenci ze środowiska polonijnego docierali do tych wszystkich, którzy powinni o tym spotkaniu naukowców wiedzieć, i potrafili im w jakiś sposób pomoc.

Na marginesie trzeba dodać, że w roku 1991, przypadała 70 rocznica urodzin poety z Wrocławia. W związku z tym przedsiębiorczy studenci zaplanowali uroczystość w konsulacie polskim w Chicago. Konsulem wtedy był Andrzej Jaroszyński, który miał wspaniały kontakt z Polonią chicagowską. Zaproszono osoby związane życiem kulturalnym Polonii. Dla wielu sensacją był nadesłany list gratulacyjny od Miłosza, który wywołał niemałe poruszenie na Sali. Dobry gospodarz literatury wszystko wie i trzyma rękę na pulsie. Karpowicz najwyraźniej się ucieszył, ale wydawał się też być zaskoczony listem.

Dla niego Miłosz stał po drugiej stronie barykady, miał własne zdanie i swoją drużynę, która miała udowodnić oraz zwrócić uwagę czytelników, że jest jeszcze inna droga prowadząca w las polskiej poezji w XX wieku. Konsul od spraw polonijnych Sławomir W. przeczytał list gratulacyjny Miłosza, w którym najbardziej zapadły w pamięć słuchaczy jego słowa, że „nic a nic nie rozumie” z poezji szanownego jubilata. W tym momencie na twarzach zebranych ukazało się zdziwienie, a także lekka konsternacja. Jubilat tymi słowami za bardzo się nie przejął, tym bardziej, że z dalszej wypowiedzi Miłosza wynikało, że to „niezrozumienie” nie umniejsza znaczenia jego twórczości. Wyglądał na zadowolonego. Miłosz zakończył swój list słowami, które naprawdę mogą się podobać, że: „pisze do niego nie jak do profesora, ale jak do kolegi poety” (s. 143). Wśród zebranych nie zabrakło byłych studentów Profesora Karpowicza, którzy bardzo go lubili, mówili o nim z wielkim szacunkiem i życzliwością, z dumą, że mogli być jego studentami. Nie pytałem o jego język polski, czy na wykładach też był taki udziwniony, jak ten, którego używał po wykładach, bowiem zajęcia odbywały się w języku angielskim. Dzisiaj po trzydziestu trzech latach od tamtego wydarzenia przeczytałem ten list osobiście i mogę spokojnie powiedzieć: „Pięknie Pan to napisał, Panie Czesławie, sam Karpowicz nie mógł napisać o sobie lepiej”.

***

W następnym roku w kwietniu odbyła się Przybosiowska konferencja zapowiadana od miesięcy na łamach „Dziennika Związkowego”. Uczestniczyłem w niej w galerii Jurka Kenara (Wooden Gallery). Ku mojej radości galeria była wypełniona ludźmi i organizator powinien być zadowolony z frekwencji. Były też możliwości nie tylko zobaczenia i posłuchania, ale i porozmawiania z uczestnikami spotkania, na przykład ze Stanisławem Barańczakiem, który wpadł do Chicago jak po ogień. Nadarzyła się też okazja porozmawiania z profesorem Edwardem Balcerzanem, który, ku mojemu zaskoczeniu, zaprosił mnie i moją grupę poetycką „Niezapłacony Rent”[9] do hotelu Blackstone w down town Chicago. Razem ze mną pojechał Arnold Warchał, Darek Wiśniewski oraz właściciel Teatru Chopin Zygmunt (Zyggy) Dyrkacz. Przybysze rozsiedli się na łóżkach hotelowych, chcieli posłuchać poezji tworzonej na jeziorem Michigan. Każdy z nas przedstawił się i przeczytał po kilka wierszy. Odbyła się mała dyskusja między słuchającymi nas profesorami, Wiesławem Pawłem Szymańskim, Marią Delaperriere. Zdzisławem Łapińskim oraz córką poety, Utą Przyboś, którą też zaproszono. Jednak największym zainteresowaniem zebranych cieszył się Zygmunt Dyrkacz, który przedstawił siebie jako doktora czy też piszącego doktorat o języku pszczół. Według niego porozumiewają się one ze sobą za pomocą tańca. Najwięcej pytań do niego miał profesor Balcerzan. Goście profesora Karpowicza zrobili na nas jak najlepsze wrażenie i tym profesor, nawet o tym nie wiedząc, zrobił nam największą przyjemność.

***

Ostatnim listem jest dwudziesty siódmy, z dnia 21 września 2003 roku, Obaj panowie przeżyli straszny XX wiek i wkroczyli w XXI z chorobami. Druga żona Miłosza, Carol, już nie żyje, za rok umrze w kwietniu pani Maria, żona Karpowicza pani Maria, a 14 sierpnia tego samego roku Miłosz. O Karpowicza śmierć upomni się rok później, pod koniec czerwca. Ale zanim to nastąpi, napisze on do Miłosza: „z głębi mojego wileńskiego (wciąż!) serca dziękuje Panu za upomnienie się o moją twórczość i ‘byt ekonomiczny’ u ministra Dąbrowskiego” (s. 127).

Dzięki Aneksowi książki dowiadujemy się, że w lipcu 2003 roku poetka Anna Frajlich napisała z Nowego Yorku list do Miłosza, w którym przedstawiała katastrofalną sytuację Karpowicza, określając ją „finansową niezaradnością” (s. 144). Pomijając kwestię finansową, sytuacja rodzinna profesora też nie była do pozazdroszczenia: „żona chora na raka od kilka lat na chemioterapii a on jest opiekunem, pielęgniarzem, kucharzem. Wszystko jedną ręką” (s. 144). Aby dopełnić obrazu, trzeba powiedzieć, że Karpowicz w dzieciństwie stracił lewą dłoń. Nie miał samochodu i prawa jazdy, bez którego życie w Ameryce jest niemożliwe. Przerażające jest to, że polskie placówki dyplomatyczne w Ameryce, ambasada i nawet konsulat w Chicago nie wiedziały, że organizator międzynarodowych konferencji poświęconych literaturze polskiej mieszka kilkanaście kilometrów od jego siedziby.

Pani Anna tak pisała do Miłosza: „W konsulacie nikt nawet nie wie, kim jest Karpowicz i nawet nie wiedzą, że tam mieszka” (s. 144). Miłosz odpowiedział błyskawicznie, napisał list do Ministra Kultury z prośbą o pomoc dla poety w uznaniu jego zasług dla promocji polskiej kultury w Ameryce, a ten w liście do Noblisty z 3 września 2003 poinformował go: „postanowiłem przyznać prof. Tymoteuszowi Karpowiczowi – w uznaniu doniosłych dokonań literackich, naukowych i dydaktycznych – order Zasłużony dla Kultury Polskiej wraz z nagrodą pieniężną w wysokości 20 tysięcy złotych” (s. 148). Pomoc dla profesora została wyceniona na 20 tysięcy złotych. Trudno jest dziś powiedzieć, czy to dużo, czy mało. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że nigdy na nic się nie uskarżał poza brakiem czasu i pieniędzy, a na starość brakiem zdrowia.

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że nie był najlepszym organizatorem swoich konferencji od strony finansowej, nie nadawał się też na lidera grupy. Za każdym razem musiał dopłacać z własnej kieszeni, nie mówiąc o własnej pracy. Jego wkład w promocję polskości i polskiej poezji w Ameryce w końcu XX wieku był ogromny. Wydawać by się mogło, że Chicago, potężne polskie środowisko, powinno być najlepszą glebą dla takiej działalności, wydać piękne owoce. Niestety, po raz kolejny okazało się, że jest to ziemia jałowa.

Korespondencja poetów zaczęła się od ponaglenia przez Miłosza Karpowicza o zgodę na druk przekładów jego czterech wierszy a zakończyła się listowną prośbą Miłosza do Ministra Kultury o pomoc dla młodszego kolegi. Ostatnie listy poetów są bardzo osobiste, dominują w nich tematy egzystencjalne, a w nich ton przygnębienia i bezradności wobec starości naznaczonej chorobami. Na końcu śmierć dochodzi do głosu i to ona stawia kropkę.

Tak lapidarnie kończy się korespondencja dwóch czołowych poetów polskich XX wieku. Miłosz powrócił do Polski na stałe, przywitał go krakowski dwór znajomych redaktorów czasopism i wydawnictw, przyjaciół z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zjazdy tłumaczy i interpretatorów jego twórczości. Rozpoczęły się pod jego patronatem krakowskie Spotkania Poetów, z czasem powstał Festiwal Miłosza. Jego osoba, twórczość i światowa sława przynosiła i nadal przynosi zyski. Dwadzieścia lat po śmierci poeta wciąż żyje i jego duch krąży po Krakowie.

Karpowicz po śmierci żony skazany był na podwójną samotność. W stanie ciężkiej depresji nie myślał o powrocie do Polski. Pisanie wierszy uważał za poznawanie samego siebie, ale poczuł się zraniony brakiem odzewu ze strony czytelników i krytyki. Wydany w kraju tom jego wierszy Słoje zadrzewne[10] nie spełnił pokładanych w nim nadziei, nie wywołał takich dyskusji, jakich by sobie życzył autor. Nie powinien się temu dziwić, przecież uważał się za spadkobiercę poezji trudnej, Norwida, Leśmiana, Przybosia. Uśmiechał się, gdy jego uczeń Frank Kujawiński[11] miał ogromne trudności z przekładem na angielski jego wierszy, które umieszczał w nieregularnym kwartalniku „2b”[12], ukazującym się w Chicago w ostatniej dekadzie XX wieku. Nie martwił się tym. Jego marzenia się spełniły, stał się poetą trudnym, a nawet hermetycznym, co uważał za komplement.

***

Obaj panowie byli profesorami uczelni, ale jeden i drugi prowadził zajęcia i wykłady jakby z przymusu, bo życie i potrzeby zarobkowania zmusiły ich do tego. Obaj byli przede wszystkim poetami i praca pedagogiczna nie pomagała nimi być w takim stopniu, jakiego by sobie życzyli. Od liczby studentów zależało ich życie codzienne, płacenie rachunków, spłaty kredytów, robienie zakupów, etc. Jeśli ich nie mieli, nie mieli pracy. Miłosz nie tylko był poetą, ale czuł się gospodarzem literatury polskiej i na jej na strony zapraszał gości, którzy, według niego, powinni się tam znaleźć. Obaj mają dla siebie szacunek. Miłosz dla nowatorstwa Karpowicza i wyrażania idei pisania po swojemu, w indywidualnym idiomie. Ten zaś ma szacunek dla Miłosza w kwestiach poszukiwania i wypracowywania własnej problematyki i dykcji poetyckiej.

Miłosz, mistrz wielkich historycznych tematów, dla którego ważna była przeszłość, odwoływał się do osobistego przeżycia historii i własnej biografii. Tej drogi wstecz Karpowicz wybrać nie mógł, podobnie jak Miłosz nie mógł wybrać jego drogi. Ale pomimo tak wielkich różnic, Karpowicz nosił się z zamiarem napisania książki o Miłoszu, a ten zaangażował się w ten pomysł. Korespondencja prowadzona jest w tonie wzajemnej uprzejmości i szacunku, nawet jeśli się ze sobą nie zgadzają. Obaj wpiszą się w amerykański, chłodny sposób uprzejmości, przecież bycie miłym nic nie kosztuje. Z listów przebija troska obu twórców o polską poezję i czytelnik jest przekonany, że obaj robią wszystko, co tylko jest możliwe, aby literatura polska była jak najszerzej znana w świecie amerykańskim.

Istnieje powoli rosnące grono miłośników i czytelników poezji Karpowicza. Wydawnictwo „Biuro Literackie” opublikowało najwięcej książek autora wiersza rozkład jazdy. Wydawnictwo to publikuje także poezję tzw. nowojorczyków, przed których złym wpływem na polską poezję Miłosz pięćdziesiąt lat wcześniej ostrzegał Karpowicza. We Wrocławiu działa wydawnictwo „Warstwy”, które wydawało omawianą przeze mnie korespondencję. Działa także Fundacja Na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza. Nie wolno również zapomnieć o panu Janie Stolarczyku[13]. Powstały ciekawe prace doktorskie Karoliny Górniak-Prasnal[14] i Joanny Roszak[15]. Samotnik z Dębowego Parku spod Chicago miewa się dużo lepiej po śmierci niż za życia. Powstaje może nie dwór, ale krąg młodych wielbicieli, którzy chcą jego poezji. Ministerstwo, wojewoda, prezydent miasta Wrocławia mogą dopomóc finansowo, nie jest już tak tragicznie, jak było dwie, trzy dekady temu. Za rok będzie wielka okazja, dwudziesta rocznica śmierci poety, jeśli młodzi dobrze ją wykorzystają, mogą powstać kolejne prace na temat samotnika z Oak Park. Miejmy nadzieję, że poeta emigrant Karpowicz na stałe zawita do ojczyzny, jak jego starszy kolega Miłosz.

Ps.

Pisząc ten komentarz do korespondencji Miłosza i Karpowicza, nie udało mi się uniknąć osobistych wątków. Będąc w Ameryce ponad trzydzieści lat i od ośmiu w Polsce, mogę stwierdzić, że czytelnik w Polsce wie tyle samo o Polonii amerykańskiej, ile Amerykanie o Polakach w Polsce. A przecież obaj poeci jedli chleb amerykański przez dekady. Nieznajomość Polonii amerykańskiej w kraju i moja znajomość obu poetów wzięła tym razem górę nad czytelnikiem i miłośnikiem poezji.

  1. Wszystkie cytaty, jeśli nie ma podanego źródła, pochodzą z książki Czesław Miłosz / Tymoteusz Karpowicz. Korespondencja [19652003], zebrał, opracował i notą edytorską opatrzył E. Pasierski, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2024.

  2. M. Wieliczko, Tytan poezji zakodowanej. Tymoteusz Karpowicz, www.wroclaw.pl/dla-mieszkanca/tymoteusz-karpowicz-tytan-poezji-zakodowanej

  3. Czesław Miłosz jest często nazywany „gospodarzem literatury polskiej” ze względu na jego ogromny wkład w rozwój polskiej literatury i kultury.

  4. A. Lizakowski. Złodzieje czereśni, Artex Publishing, Stevens Point 1990.

  5. Krystyna Miłobędzka (ur. 8 czerwca 1932 w Margoninie) – polska poetkadramaturg, doktor nauk humanistycznych, żona pisarza i krytyka Andrzeja Falkiewicza.

  6. C. Miłosz, Postwar Polish Poetry; an anthology, Publisher Doubleday Collection, Garden City, N.Y.1965.

  7. Aleksander Wat w 1964 roku objął posadę asystenta w Center for Slavic and East European Studies na Uniwersytecie Berkeley. Wtedy udzielił Czesławowi Miłoszowi serii wywiadów, które ukazały się w opracowaniu Miłosza jako Mój wiek.

  8. C. Miłosz, Postwar Polish Poetry. An Anthology, University of California Press, Berkeley–Los Angeles– London 1983.

  9. Grupa Poetycka Niezapłacony Rent działała w Chicago od roku 1991 do 1998. W jej skład wchodzili Adam Lizakowski, (założyciel grupy), Maria Zamora, Dariusz Wiśniewski, Arnold Warchał, Anna Powichrowska, Leonard Gogiel, Adrian Wiśnicki oraz Aneta Sierżęga. Grupa wydawała czasopismo, kwartalnik „Dwa Końce Języka” od 1993 do 1996 roku.

  10. T. Karpowicz, Słoje zadrzewne, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999.

  11. Frank Kujawiński (1940-2008), wieloletni wykładowca, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Loyola. Tłumacz poezji Tymoteusza Karpowicza, którego był studentem na University of Illinois at Chicago.

  12. Kwartalnik „2b” ukazywał się w Chicago w latach 90. XX wieku. Elitarny, wielojęzyczny periodyk; główne zawierający teksty w języku angielskim i polskim. Założycielem pisma i jego redaktorem naczelnym był Tomasz Tabako.

  13. Jan Stolarczyk, kurator spuścizny pisarskiej Tymoteusza Karpowicza, a także edytor twórczości i nieformalny sekretarz Tadeusza Różewicza. Mieszka we Wrocławiu.

  14. K. Górniak-Prasnal, Dwudziestowieczna poezja polska w kontekście anglo-amerykańskiego modernizmu. „Słoje zadrzewne” Tymoteusza Karpowicza i „The Pisan Cantos” Ezry Pounda.

  15. Joanna Roszak, adiunkt w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Doktor nauk humanistycznych – autorka dysertacji doktorskiej Synteza mowy Tymoteusza Karpowicza.

Poprzedni artykułAarne Puu – Pytania
Następny artykułAnna Andrych – Wiersze Tygodnia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko